- A teraz, proszę, opowiedz wszystko od początku do końca.
Zbliżał się wieczór. Jasnowłosa lekarka spojrzała nerwowo w protokół, który trzymała na kolanach. Jej blada cera kontrastowała z ciemnoszarymi płytkami na ścianie szpitalnej sali. Nie było to nic nadzwyczajnego – każdy mieszkaniec Kirigakure charakteryzował się mlecznobiałą karnacją, chyba, że akurat wrócił z misji lub miał mieszane pochodzenie. Głównym tego powodem jest to, że w naszej ojczyźnie słońce rzadko ma szansę przedrzeć się przez warstwę gęstej, leniwie płynącej mgły, by choćby musnąć twarz któregoś z nas. Patrzyła na mnie wyczekująco, lekko marszcząc brwi i nerwowo skubiąc róg czerwonej teczki. Ja natomiast starałem się skupić na czymkolwiek, byle nie przywoływać wspomnień ostatnich wydarzeń.
- Jiro, słyszysz mnie? - Nie chciałem słyszeć. Myśli przepływały przez moją głowę szybko i bezładnie, tylko niektórymi obrazami kalecząc moją świadomość na dłużej niż kilka sekund. Krew, panika, mokry dźwięk rozdzieranego ciała… Aiko, którą wstrząsały ostatnie konwulsje, gdy przez rozrytą klatkę piersiową mogłem obserwować pracę jej serca z dokładnością pozwalającą na rozróżnienie skurczu komór i przedsionków.
- Jiro…
Wiedziałem, że już raz zeznawałem, tak samo jak wiedziałem, że nie ominie mnie ta rozmowa, lecz nie pamiętałem prawie niczego co miało miejsce przed moim zaśnięciem wczorajszego wieczora. To podobno nazywa się syndrom pourazowy. Nie chciałem jednak myśleć o sobie, jako o kimś dotkniętym traumą. Nie chciałem się tak czuć, ani być tak traktowany. Być może wchodziło to na moją ambicję przyszłego najlepszego ninja wioski, może miało związek z surowym wychowaniem. Wiedziałem, że jako shinobi będę świadkiem takich sytuacji, jednak musiałem sam przed sobą przyznać – nie jestem na nie gotowy. Zdałem sobie sprawę, że dostałem dreszczy.
- Jiro, powiedziałeś tutaj, że egzamin rozpoczął się w akademickim dojo, a twoim przeciwnikiem była…
- Aiko.
Wypowiedzenie jej imienia przyszło mi bardzo łatwo. Tyle razy wołałem ją przez niski kamienny murek oddzielający dziedzińce naszych domów, by wyjść na trening lub do baru z sajgonkami. Tyle razy strofowałem, mówiąc by się nie spóźniała, wytarła po sobie naczynia, nie uświniła się przy jedzeniu… Imię mojej kuzynki było dla mnie czymś tak podstawowym, że nawet po jej śmierci mój własny głos, w tak znajomym i naturalnym tonie wypowiadając te dwie sylaby zachował część jej osoby w teraźniejszości.
- Walka się rozpoczęła, jednak ona od razu użyła techniki maskującej. Znikła mi z pola widzenia. Nie zadałem ani jednego ciosu.
Lekarka zanotowała moją odpowiedź, co mnie bardzo zdrażniło. Jakkolwiek był to jej obowiązek, myśl o tym, że cała ta historia znajdzie się na papierze nie należała do najprzyjemniejszych.
- Starając się znaleźć Aiko, nie skupiałem się na innych osobach, do czasu aż zobaczyłem… Zabuzę, mordującego kunaiem dwóch studentów. Wiedziałem, że naszym zadaniem było zabić wyłącznie swojego przeciwnika, więc się wsytraszyłem.
Przyznanie się do strachu nawet w tych okolicznościach wywołało we mnie ukłucie wstydu. Przypomniałem sobie twarz mojego ojca, surową i pomarszczoną, z niepasująco wydatnymi ustami wygiętymi w grymasie złości. „Chłopiec się boi, mężczyzna zapobiega". Tylko czy naprawdę mogłem zapobiec temu co się stało?
- Gdy Zabuza zobaczył, że patrzę w jego stronę, rzucił kunai'a. Zrobiłem unik, ale w tym miejscu stała Aiko, ukryta pod maskującą techniką. Kunai utknął w jej szyi, po czym Zabuza podszedł do niej, rozpruwając jej ranę, aż do brzucha.
Te słowa starałem się powiedzieć metodycznie i beznamiętnie, na jednym oddechu. Na nic jednak mi się to nie przydało. Podobnie jak wcześniej, obrazy zaczęły napływać do mojej głowy.
Lekarka wciąż nie zmieniła swojego skupionego wyrazu twarzy, spojrzała jedynie na kartkę, by zanotować moje słowa. Piszczenie jej ołówka sprawiało, że miałem ochotę wbić jej go w oko.
- Czy jesteś w stanie stwierdzić, czy w tamtym momencie mógł być ktoś, kto wpłynął na zachowanie Zabuzy?
- Nie.
- Czy widziałeś na sali któregoś z opiekunów?
- Nie.
- Czy Zabuza mógł być pod wpływem genjutsu?
- Nie wiem.
Te trzy proste odpowiedzi i milczenie lekarki zapowiadały koniec rozmowy. Z protokołu wiedziała, że w tym momencie straciłem przytomność. Przez chwilę skupiąjąc wzrok na oknie, później na mnie, zamknęła teczkę i włożyła ołówek do kieszeni fartucha.
- Jeśli byłoby coś, co chciałbyś dodać…
- Jasne.
Wyszła z sali, i w końcu poczułem się chociaż odrobinę swobodnie. Było dla mnie dużym zaskoczeniem, że wszyscy wkoło wiedzieli o tym jak w naszej wiosce przebiega egzamin na genina. Zastanawiało mnie to jakim cudem społeczeństwu udało się odizolować nas – młodzież – od tej wiedzy. Żadna zrozpaczona matka nie wygadała się przed synem jedynakiem, żaden ojciec nie zdradził co może przydać się podczas zadawania ostatecznego ciosu. Odpowiedzią na pytanie jakim cudem, były represje.
Represje były odpowiedzią na każdy zadziwiający fakt dotyczący naszej Wioski.
Na przykład – w Kirigakure nie wolno brać ślubów z obcokrajowcami. Według Czwartego Mizukage celem była ochrona informacji dotyczących Kraju Wody. Karą jest śmierć.
Ludzie w Kirigakure nie mają prawa do publicznych zgromadzeń. Karą jest śmierć.
Nie mają prawa do utajniania świadczeń majątkowych. Karą jest śmierć.
Nie mają prawa do upubliczniania nieocenzurowanych form wypowiedzi. Karą jest śmierć.
Za wszystko, karą jest śmierć.
Społeczeństwo radzi sobie z obecną sytuacją w dwojaki sposób. Jedni reagują strachem i chorobliwym przestrzeganiem wszystkich nakazów i zakazów, ryglując na noc drzwi i patząc nerwowo przez judasza, gdy słyszą nad ranem kroki w pobliżu swoich domów. Drudzy, jak moja rodzina, próbują zdobyć na tyle wysoką rangę, by ich wyeliminowanie było nieopłacalne dla samej Wioski i stanowią jej militarny potencjał. Należę do Klanu Cienia.
Nasze techniki nie są dziedziczne. Gdyby tak było – szybko zostalibyśmy wybici, ze strachu władz przed powstaniem jutsu, któremu nie udałoby się przeciwdziałać. Władzom zależy na dobrych ninja, ale nie na niepokonanych ninja, bo tacy stają się niebezpieczni dla samej władzy. Wszystkiego co potrafię, może nauczyć się każdy śmiertelnik, o ile dowie się jak. Moja rodzina pilnie strzeże sekretów klanu, a treningi prowadzone są w specjalnie zamaskowanych genjutsu miejscach. Ja, jako niedoszły genin opanowałem jedną, podstawową technikę, nazywaną Odbiciem. Polega na tym, że gdy ustawię się w odpowiedniej płaszczyźnie, tak, by mój cień mógł dotknąć cienia mojego przeciwnika, mogę mu w ten sposób zadać realne obrażenia moim mieczem – Kagebą. Naturalnie, działam w ukryciu i walczę na dystans. Tym trudniejsza wydawała mi się walka w prost z pobudliwą Aiko.
Wszystkich moich umiejętności nauczył mnie ojciec. Miejscem naszych spotkań było dojo na terenie nieużytkowanego już terakotowego klasztoru – Świątyni Wody. Ludowe obrządki też przestały być akceptowane przez władzę, gdy doszedł do niej Czwarty, więc mieliśmy tam spokój i mnóstwo czasu. Ojciec nigdy się nade mną nie rozczulał. Trenowaliśmy czasami po kilanaście godzin bez posiłku, zawsze tłumaczył mi, że przeciwnik nie zaczeka aż zjem obiad. Nigdy też nie pozwalał mi na rozpoczęcie ćwiczeń od wolniejszego tempa. Jego rozgrzewki, polegające na przebiegnięciu kilku kilometrów w cężarkach, sprawiały, że zanim doszło do realnego stracia między nami, miałem chęć wypluć płuca. Ojciec trenował mnie w podstawowym wodnym ninjutsu, pokazywał, jak używać Kageby. Nauczył mnie techniki uwolnienia i ćwiczyłw walce wręcz. Sam był joninem, jednym z najlepszych w Wiosce, członkiem 2. Dywizji Defensywy.
Któregoś razu ojciec ćwiczył ze mną taijutsu, i wykorzystując technikę wiru, wbił mnie z impetem w ziemię.
- Rzucając się na głęboką wodę, zrobisz sobie mniejszą krzywdę niż skacząc na główkę do płytkiej – brzmiała kolejna z jego jakże pouczających sentencji.
Nie miał skrupułów by mnie bić, doprowadzać na skraj wyczerpania lub wystawiać na realne niebezpieczeństwo. Być może to sprawiło, że zdaję się być dojrzalszy i bardziej wytrzymały niż moi równieśnicy. Jednak niczym nie popierał tych wszystkich swoich starań. Nigdy we mnie nie wierzył.
Pomiędzy misjami chadzał często na spotkania towazyskie z innymi ninja, z dumą nosząc odznakę DD na swojej kamizelce. Nigdy, ani dla mnie, ani dla Lei, ani nawet dla naszej matki nie był zbyt miły, czy troskliwy, ale wszyscy wiedzieliśmy, że mimo tego nie dałby nas skrzywdzić. Matka i Leia czuły się bezpiecznie, miały dach nad głową, i im to wystarczało. Jedynie ja, od kiedy napęczniał we mnie klasyczy przypadek męskiej dumy, nie chciałem dawać sobą pomiatać. Uważałem, że jestem w stanie poradzić sobie sam. Tym gorzej zniosłem to, co wydarzyło się na egzaminie. To, że przeżyłem, zawdzięczam jedynie omdleniu. Zabuza zapomniał o mnie, pomyślał że jestem jednym z trupów taplających się w tak grubej, że aż nie zakrzepłej, spływającej po podłodze warstwie krwii.
- Aby być dobrym shinobi, konieczna jest siła z wewnątrz, synu. Ty jedyną siłę jaką masz, czerpiesz ode mnie. - zadźwięczały mi w głowie słowa ojca. Wypowiedział je kiedyś, gdy pobiłem się z kolegą z klasy, próbując użyć techniki, której uczyłem się sam. Nie udało mi się, i nieźle od niego oberwałem. W tamtym momencie postanowiłem udowodnić mu, że się myli.
Z tą myślą w głowie podniosłem się z łóżka i umyłem twarz. Za oknem przyćmione mgłą kształty powyginanych, łysych drzew tworzyły łuk na ciemnym, pokrytym zgniłymi już liścmi wzgórzu. Sięgnąłem po mój akademicki podręcznik.
„Jutro pójdę pobiegać z rana, i może nawet wykonam parę ćwiczeń" - pomyślałem,
zapalając lampkę. Dzisiejszej nocy nie zamierzałem spać. To by było już zbyt wiele zmarnowanego czasu.
Zbyt wiele scenariuszy moich prawdopodobnych koszmarów.
