Łódka odbija się od brzegu, a Sam wstaje gwałtownie. Zdecydowanie nie poprawia tym jej równowagi.
— Zwariuję — mówi i Gabriel przewraca oczami.
— Nie zwariujesz.
— Jesteśmy na łodzi!
— Jesteśmy.
— Czemu dałem się na to namówić?!
— Kochasz mnie — odpiera. — I mi ufasz. Ufasz mi, prawda?
Sam bierze wdech i ściskając mocniej jego dłoń, kiwa głową.
— Więc usiądź. Spokojnie. Przecież jestem z tobą i nie pozwolę, by coś ci się stało.
Rozlega się kolejne westchnięcie i mężczyzna siada.
— Kocham cię, Sammy — mówi Gabriel.
— Ja ciebie też, ale w tej chwili jakby mniej — odpiera Sam, a potem zielenieje i wychylając się za burtę, wymiotuje. Znowu.
