1. Martwe serce martwego Wahadła.
Everyone must bury their own
No pack to bury the heart of stone
Now he`s home in hell, serves him well
Slain by the bell, tolling for his farewell
Myślał, że to już śmierć, a nawet chciał, by tak właśnie było. Cholera, pragnął tego w tej chwili tak, jak nic innego, bo w końcu trwająca już od ponad parunastu godzin męka agonii nie kończyła się i ku wszelkim sprzecznościom, raczej nie zamierzała sfinalizować.
Bolało go wszystko, zaczynając urażonej dumy i honoru, kończąc na niewyobrażalnie ogromnych i licznych ranach na ciele. Gdyby mógł, zapewne wyłby z bólu, ale nawet głos odmawiał mu obecnie posłuszeństwa.
Chciał umrzeć i w jego wypadku było to całkowicie naturalne pragnienie.
Tyle, że on nie umierał i to było najgorsze. Nie miał pojęcia co się dzieje i dlaczego to jedno, głupie, proste życzenie nie chce się spełnić.
Jakimś cudem i wysiłkiem wyczuł maleńkie wahania obcego reiatsu, które dotykało go ostrożnie, jakby chciało się upewnić, czy na pewno żyje. Czuł lekkie trącanie i słyszał cichy, słaby szept
- …żyj… musisz żyć… żyj…
Nie miał pojęcia do kogo należy ten cieniutki głos i szczerze mówiąc, nie obchodziło go to. On chciał tylko umrzeć. Starał się ignorować coraz to mocniejsze trącania i ciche prośby o nieumieranie. Co za natręt.
A ból był niemożliwy.
- Zabij mnie… - szepnął chrypliwie. Poczuł jak płuca stały się nagle ciężkie, a w krtani gromadzi się krew. Zakasłał, co wywołało kolejną falę niepotrzebnego bólu.
Natręt zamarł na moment, by po chwili dotknąć delikatnie jego czoła. On zaś ze zdumieniem stwierdził, że coś tam jeszcze czuje, a ręka, która go tak delikatnie i z wyczuciem dotyka, należy do kobiety.
Chciał ją odtrącić, ale gdy spróbował podnieść swoją rękę, ta zabolała go tak, że znowu myślał, że umrze.
Ale był pewien, że nie umrze.
