- John, idziesz z nami na piwo? – zapytała Molly, zamykając drzwi kostnicy. – Wybieramy się ja, Lestrade, Anderson…
Patrzyła na niego przyjaźnie i John poczuł gwałtowny przypływ sympatii do dziewczyny. Ale uśmiechnął się tylko i pokręcił głową.
- Przepraszam, Molly, ale nie tym razem. On dalej jest chory, a wiesz jak z nim bywa… Sherlock zobowiązuje.
xxx
Po drodze zrobił zakupy. Na Baker Street, na nieszczęście, skończył się chleb tostowy, a niedawne doświadczenia Johna wykazały, że chory Sherlock z tostami jest nieco mniejszym utrapieniem niż chory Sherlock bez tostów.
Kupił też syrop na kaszel. Okazało się, że Sherlock tankuje syrop jak soczek.
W domu było nie do wytrzymania ciepło, wręcz duszno. Sherlock marzł i krzyczał na Johna za każdym razem, gdy ten próbował trochę przewietrzyć mieszkanie.
- Na miłość boską, Sherlock, tu jest jak w dżungli! – krzyknął, wchodząc do mieszkania i prędko rzucając kurtkę na oparcie fotela.
- Skąd wiesz? – burknął Sherlock – nigdy nie byłeś w dżungli.
Leżał skulony na kanapie, odwrócony plecami do pokoju i owinięty kocem. John spróbował położyć mu rękę na czole, ale detektyw odepchnął jego dłoń i usiadł, z wysiłku aż czerwieniejąc.
Trzeba mu przyznać – pomyślał John – że choruje spektakularnie.
Oczy Sherlocka błyszczały od gorączki, gdy skupiał lekko nieprzytomny wzrok na twarzy Johna.
- Co za marnotrawstwo czasu – mruknął. – A tyle miałem ciekawych spraw.
- Przedtem mówiłeś, że są beznadziejne i rozwiążesz je wszystkie w godzinę.
Sherlock machnął ze zniecierpliwieniem ręką.
- Teraz za to nie rozwiążę żadnej! Muszę tu siedzieć… Ubrany w to… ponczo. Słuchać twojego zrzędzenia…
John uniósł brew.
- Przyniosłem ci syrop, gdybyś był zainteresowany – powiedział, rzucając buteleczkę na kolana detektywa.
- Daj mi od razu morfiny. To jedyny skuteczny lek.
- Ale ten też przypadł ci chyba do gustu.
- Och, zamknij się – mruknął Sherlock, potężnym haustem opróżniając pół butelki.
Wewnętrzny lekarz Johna odruchowo chciał zaprotestować, ale reszta jego jestestwa stwierdziła: a co mu tam. Tak się zahartował kokainą i gorszym nawet świństwem, że nic mu nie będzie od odrobiny syropu.
Westchnął i usiadł do komputera. Powinien napisać na blogu krótką notkę, w której przeprosi za brak wpisów. „Wielki detektyw niedysponowany, choroba zaburzyła pracę jego genialnego umysłu". Sherlock chyba zrzuciłby go za to z dachu.
Chwilę szperał po Internecie, ale cały czas czuł na karku spojrzenie Sherlocka. W końcu zazgrzytał zębami i odwrócił się. Zawinięty w koc detektyw wpatrywał się w niego spode łba. Nieruchomym, wszystko widzącym wzrokiem.
- Co? - warknął John.
- Czemu nie poszedłeś z Molly, Andersonem i Lestradem na piwo? – zapytał surowo Sherlock.
- A ty skąd o tym niby wiesz?
- Bo Anderson do mnie napisał. – Sherlock wygrzebał spod stosu poduszek komórkę, odszukał w niej coś i rzucił Johnowi.
„Idziemy świętować spokojny tydzień bez Sherlocka Holmesa! Szkoda, że przez ciebie John nie mógł się wyrwać. Miłego chorowania. Jimmy Anderson". A pod spodem dołączone zdjęcie uroczo roześmianej Molly i Andersona, wznoszących kufle pełne jasnego piwa.
- To niegrzeczne – zauważył John. – Znowu się z nim pokłóciłeś?
Sherlock wzruszył ramionami.
- Nie bardziej niż zwykle. To dlaczego nie poszedłeś z nimi?
Tym razem to John wzruszył ramionami.
- Nie chciałem cię zostawiać tu samego.
Zapadło milczenie. John bawił się guzikiem na mankiecie koszuli. Obracał go w palcach i wpatrywał się weń jak w najbardziej interesującą rzecz pod słońcem. A Sherlock nie spuszczał z niego oka.
Miał zmarszczone brwi i skupiony wzrok. Tak zwykle wyglądał, gdy wyszukiwał szczegółów, które umykały innym. Gdy jego niesamowity mózg przetwarzał wszystkie informacje na raz, miksował je w koktajl Mołotowa i wybuchał niespodziewanym rozwiązaniem.
Ale tym razem Sherlock wyglądał, jakby się zaciął.
- Jawn – odezwał się, przez katar rozciągając samogłoski jeszcze bardziej niż zwykle.
- Słucham cię, Sherlocku.
- Jak to jest być zakochanym?
John przywykł spodziewać się po Sherlocku najróżniejszych dziwactw, ale to pytanie było dla niego zaskoczeniem. Szarpnął guzikiem tak mocno, że został mu w rękach. Pstryknął nim na biurko.
- To dziwne pytanie – odparł powoli. – Czemu…?
Sherlock wzruszył ramionami.
- Bez powodu. Odpowiedz.
- Jak jesteś zakochany – powiedział John – czujesz wszystko trochę inaczej… Nie, nie mogę ci tego tłumaczyć w ten sposób, wyjdzie jak z filmu Disneya…
- Nawet nie zacząłeś.
- Ale już zaczynam gadać, jakbyś był dziesięcioletnią dziewczynką. Jak ja mam ci odpowiedzieć na takie pytanie? Jak odpowiedzieć komukolwiek poważnie na takie pytanie? A szczególnie dorosłemu, aseksualnemu facetowi?
Sherlock spojrzał na niego ze zdumieniem.
- Kto ci powiedział, że jestem aseksualny?
- Ty. Jedno z naszych pierwszych spotkań. Ta nieszczęsna kolacja przy świecach. Mówi ci to coś?
- Powiedziałem tylko, że nie mam dziewczyny ani chłopaka… - Sherlock uniósł brew.
- No tak, ale… - zaplątał się John. – Dobra, nieważne. Czy to ważne? Wcale nieważne.
- To odpowiedz na moje pytanie – powiedział spokojnie Sherlock. – Ludzie się zakochują, prawda? Robią to. Nielogiczna strata czasu. A jednak to robią. Czy to jest aż tak przyjemne? Czy poświęcenie wszystkiego dla tego, kogo kochasz, jest aż tak przyjemne?
- Nie – odparł poważnie John. – To nie jest przyjemne. Miłość nie jest przyjemna. Najpierw jest miło. Poznajesz kogoś i myślisz: o, fajny z niego gość. Podoba ci się. Spotykacie się w pracy czy mijacie na ulicy. Rozmawiacie ze sobą, może nawet się kolegujecie, wychodzicie gdzieś razem i to musi ci wystarczać, wiesz o tym. Ale nie wystarcza. Miłość boli. Cholera, gorzej niż rana postrzałowa, a wiem co mówię. Jest jak wnyki, w które wpadasz przez przypadek i nie możesz się wydostać, możesz tylko przeklinać swoją głupotę. Albo jak jakieś pieprzone zobowiązanie.
John zamilkł. Wpatrywał się nieobecnym, zamyślonym wzrokiem w ścianę, a na jego twarzy malował się dziwny wyraz, którego Sherlock dotąd nie widział. A sądził przecież, że czyta w swoim doktorze jak w otwartej księdze.
- Miłość zobowiązuje – podjął po chwili John. – Wymaga od ciebie poświęceń, przymykania oka na wady drugiej osoby, cierpliwości. Czasami więcej zabiera, niż daje.
- I warto? – zapytał cicho Sherlock.
John spojrzał na niego jakby dopiero teraz ocknął się z zamyślenia. Detektyw pociągnął zaczerwienionym nosem. Szeroki, wesoły uśmiech rozjaśnił twarz doktora.
- Oj, warto – odparł, klepiąc Sherlocka po ramieniu. Jego dłoń znieruchomiała na barku detektywa, gdy spojrzał mu w oczy i spoważniał nagle. – Zdecydowanie warto.
