Dajcie znać jak Wam się podoba, krytyka zawsze mile widziana.

Szukam bety.

Rozdziały będę dodawać stopniowo, na początku szybciej. Potem może raz w tygodniu.

Rozdział I

Patrzysz na moje ręce
są słabe - mówisz - jak kwiaty
patrzysz na moje usta
za małe by wyrzec: świat

Długie noce...

- O szym myslyysz? - spytał Ron z ustami pełnymi kiełbasek. - Halo, Ginny, o czym myślisz? - zawołał przełykając ogromny kawałek.

Ginny podniosła wzrok znad owsianki.

- Niedługo powinny przylecieć sowy z listami z Hogwartu… - wybąknęła cicho, zerkając na Hermionę, która na dźwięk słowa „Hogwart" zawsze nerwowo podskakiwała. Lecz sowy nie przyleciały tego dnia. I Hermiona raz po raz, przez cały tydzień prosiła ją, by sprawdzała stolik w salonie na Grimmauld Place gdzie ptaki zwykły zostawiać przesyłki.

- Jak nie masz siły to nie schodź… potem sprawdzę – mówiła. - Po prostu one powinny już być, zwykle były o tej porze, choć może były po siedemnastym. Nie, wydaje mi się, że w poprzednim roku przyszły w poniedziałek po drugim weekendzie sierpnia.

Ale Ginny zawsze schodziła i patrzyła. A potem wracała na trzecie piętro i tym samym pogodnym głosem oznajmiała, że jeszcze nie ma, ale niedługo pewnie przylecą, spokojnie zapewniała Hermionę, że jeszcze nie czas. Jednak odkąd pamiętała, a było to jeszcze z czasów, gdy listy przychodziły do jej najstarszych braci, przesyłki z Hogwartu zawsze przybywały w drugi poniedziałek sierpnia. Tego roku było inaczej i dałaby się pokroić, by dowiedzieć się dlaczego.

W tym roku Ginny miała zacząć czwarty rok. W długie bezsenne noce, w tygodniu, gdy listy ze szkoły nie przychodziły, myślała o tym, że cudownie byłoby nie wracać do Hogwartu.

Lecz mimo jej intensywnym rozmyślaniom i nadziejom dwudziestego pierwszego sierpnia nadeszły listy ze szkoły informujące ich jakie książki należy kupić i kto w tym roku obejmie zaszczytny tytuł prefekta. W Grimmauld Place zawrzało. Jej matka wzbiła się chyba na wyżyny zarządzania zasobami ludzkimi i nawet Syriuszowi, który zwykł spędzać czas albo z Harrym albo w swojej sypialni, przydzieliła zadanie. I tak wszyscy w domu biegali w rytm pokrzykiwań tej niezwykle despotycznej kobiety, wydającej rozkazy i planującej „jak najkorzystniej spożytkować możliwość zorganizowanego wyjścia na Pokątną".

- Niech nikt nie wyobraża sobie, że będzie mógł nawet na chwilę – piszczała – odejść od grupy. Fred, George! Nawet na minutę! Wszyscy jesteśmy zagrożeni. Nie, nie Ron, nie zrobimy przerwy, by popatrzeć na najnowsze modele… Tonks, kochana, nie tutaj, w łazience! Mioteł! Ronaldzie! Lepiej myśl już o nauce...Wstajemy o 8, już, już do łóżek. Bez gadania, będziecie śpiący. Bez marudzenia. Hermiono, to twoje świetne zaklęcie na czyszczenie jak brzmiało?

Ginny jak zwykle starała się przemykać niezauważona z pomieszczenia do pomieszczenia, nie zadając pytań i potulnie odpowiadając: tak, tak, już. W końcu jakoś zasłużyła na miano cudownej córki.

O czwartej nad ranem kiedy cały dom smacznie chrapał i nawet skrzat kuchenny Stworek przestawał na chwilę miotać się we śnie o zdrajcach krwi, Ginny zeszła do kuchni, by przy kubku kawy doczekać świtu.

… i zimne świty

Siedząc w kuchni i patrząc jak powoli za oknem robi się coraz jaśniej, Ginny odczuwała coś co potem nazwała „pruciem się świata". Jakby wszystkie szwy w tej krótkiej chwili próbowały rozerwać się i ukazać podszewkę wszechświata. W godzinie takiej jak ta, zwykle działy się cudowne rzeczy. Tego dnia, pierwsze, zimne jeszcze promienie słońca, przywiodły ku progom Grimmauld Place, nie całkiem mile widzianego gościa.

Severus Snape wkroczył do kuchni z odpowiednim sobie rozmachem dokładnie w chwili, gdy Ginny Weasley zmywała naczynia z ostatniego wieczornego posiłku Syriusza. Nie musiała odwracać się, by wiedzieć, że to właśnie on. Czarodziei takich, jak jej mistrz eliksirów otaczała aura, która pomagała jej bezbłędnie rozpoznać z kim ma do czynienia. Odwróciła się jednak powoli, by zachować pozory. Spojrzeli na siebie trochę zbyt uważnie. On z peleryną wilgotną od porannej rosy, ona z rękami w cytrynowej pianie. O czwartej rano, gdy wstaje słońce nikt nie nosi masek i twarze ludzi oddają ich najskrytsze myśli. Po chwili Ginny skinęła głową na powitanie i wróciła do naczyń zalegających w zlewie. Mężczyzna natomiast zajął miejsce przy końcu długiego kuchennego stołu, blisko kominka i zamknąwszy oczy pogrążył się w tylko sobie znanych myślach. Ginny krzątała się jeszcze chwilę po kuchni, wycierając i chowają naczynia, nastawiając wodę na herbatę, której postanowiła się napić i nie mogąc sobie znaleźć miejsca w owej cichej, lecz natarczywej obecnościinnegoczarodzieja.

Z rozmyślań wytrącił go dźwięk kubka stawianego na stole. Otworzył oczy, by zobaczyć przed sobą naczynie pełne parującego i zachęcająco pachnącego naparu oraz młodą Weasley siedzącą po przeciwległej stronie stołu popijającą swoją herbatę w skupieniu. Widząc, że otworzył oczy, uniosła brew znad kubka, nic nie mówiąc. Słońce było już wystarczająco wysoko i jej twarz przybrała ponownie ten sam dobrze znany mu ze szkoły głupio-dziecięcy wyraz.