Kim jestem? Nie pamiętam nawet tego. Nic nie pamiętam. To okropne uczucie, szukać we własnej głowie wskazówek, drążyć w głąb w poszukiwaniu chociażby skrawka informacji o własnym istnieniu.


Z czasem przychodzi ból. Powoli odzyskuję czucie w kończynach. I bynajmniej nie jest to miłe uczucie. Oceniam straty we własnym organiźmie. Próbuję ruszyć prawą nogą, bezskutecznie. Lewa również nie chce współpracować. Możliwe, że są połamane, cholernie bolą. Udaje mi się ruszyć głową. Jest zdecydowanie zbyt ciężka. Rozglądam się niemrawo, powoli dostrzegając coraz więcej szczegółów otoczenia. Spojrzałam w dół. Nic dziwnego, że nie mogę ruszać nogami, są przygniecione stertą gruzu. Uniosłam ręce i spróbowałam odgarnać co mniejsze kawałki. Pod nimi była wielka, betonowa płyta. Oparłam dłonie o krawędź i spróbowałam ją ruszyć, bez rezultatów. Opuściłam głowę, żeby dać odpocząć mięśniom, pomyśleć. Tak, mam wiele do przemyślenia.


Mam na imię Jane.

Jane Shepard.


Wspomnienia napływały powoli, stopniowo. Najpierw przypomniałam sobie to, co zdarzyło się niedawno. Promień Żniwiarza trafił prosto w nas. Komunikator w hełmie kombinezonu wykrzyczał jasny komunikat: "Cały oddział został wybity!".

Potarłam skroń, powoli dopadała mnie migrena. Gruz stawał się coraz cięższy. Moja sytuacja pogarszała się z godziny na godzinę. Stopniowo traciłam poczucie czasu.


Byłam na Cytadeli. Byłam, prawda? Musiałam być. Udało mi się zniszczyć Żniwiarzy a razem z nimi całe syntetyczne życie we wszechświecie. Wygraliśmy ten cykl. Łzy napłynęły mi do oczu. Nie, tego nie można nazwać wygraną. Zbyt wiele istnień poświęciło się dla sprawy. Anderson, EDI, Legion, Mordin. Tylu przyjaciół, bliskich mi jednostek, musiało dokonać żywota, żebym ja znalazła się tutaj. Dalej zastanawiam się, czy słusznie postąpiłam.

Pociągnęłam nosem i zbliżyłam dłoń do ust. Na palcach zobaczyłam świeżą krew. Jeśli szybko czegoś nie wymyślę to i ja dokonam żywota. Marna to śmierć, umrzeć pod pozostałościami Cytadeli.


To nie Cytadela. Stacja była zbudowana w większości z metalu, a ja leżę w kupie kamieni. Jakim cudem znalazłam się z powrotem w Londynie? Upadek z orbity nie dawałby mi szans na przeżycie, musiałam się tu dostać w inny sposób. Mój zmęczony umysł nie potrafił bądź nie chciał znaleźc rozwiązania tej zagadki. Miałam teraz na głowie większy problem. Nogi mi drętwiały, jeśli zostanę tu jeszcze trochę to mogę się z nimi pożegnać. Zdecydowanie, czas na mnie. Liara byłaby zła, jeśli bym nie wróciła. Jeszcze raz spróbowałam zdjąć z siebie kawał betonu. Używając biotyki naparłam na płytę najmocniej jak potrafiłam. Z ust wyrwał mi się wrzask bólu, na chwilę zrobiło mi się ciemno przed oczami, oddychałam głośno i nierówno. Przez głowę przemkneła mi myśl, że naprawdę mogę nie wrócić. Uchyliłam powieki uspokajając bicie serca. Rozejrzałam się. Głaz leżał kawałek dalej, już nie na moich nogach. Spróbowałam nimi ruszyć i ku mojej uldze wydawały się sprawne. Kostka u prawej nogi była najpewniej skręcona, stopa leżała pod bardzo dziwnym kątem. Z lewej nogi powoli schodziło odrętwienie.


- Boże, dlaczego ja żyję?!

Rytm bicia serca niebezpiecznie przyśpieszył, pod oczami zatańczyły światła. To było takie oczywiste, wiedziałam, ze coś jest nie tak. Impuls z Tygla zniszczył syntetyków w całej galaktyce, dlaczego więc wciąż żyję? Według słów Katalizatora powinnam być martwa. Od dłuższego czasu zdawałam sobie sprawę, że za moją rekonstrukcję dokonaną przez Cerberusa przyjdzie mi zapłacić.Implanty w moim ciele powinny być spalone co uniemożliwiłoby mojemu organizmowi poprawne funkcjonowanie. Tak jednak się nie stało, dalej oddycham, myślę i czuję. Zaczęło mi być duszno. Wstałam tak szybko jak na to pozwalała skręcona kostka. Omiotłam wzrokiem najbliższe otoczenie. Wokół mnie lezały sterty ciał, spalonych, rozczłonkowanych, okaleczonych. Wyglądało na to, że z całego oddziału przeżyłam tylko ja. Cholerna szczęściara ze mnie, nie ma co. W istocie wolałabym być martwa i dołączyć do bliskich, gdziekolwiek są. Zamiast tego łaskawy los pozostawił mnie przy życiu abym mogła opłakiwać zmarłych i żyć z milionami istnień na sumieniu. Rozejrzałam się po polu bitwy raz jeszcze. Szukałam...sama nie wiem czego. Znajomych twarzy? Nadziei? A może dowodu? Dowodu na to, że moja wygrana okupiona cudzą krwią była rzeczywiście wygraną. Zaczęły mną targać wątpliwości. Potrząsnełam głową - nie czas na to. Musiałam się jak najszybciej dostać na statek Przymierza. Albo na jakikolwiek statek, który usłyszy moje SOS. W tym celu przydałoby mi się radio, niestety najbliższy nadajnik prawdopodobnie znajduje się w punkcie zbornym. Zacisnęłam usta z determinacją. Jeśli wystarczająco długo będę maszerować przed siebie w końcu dojdę do celu. Z tym przeświadczeniem ruszyłam przed siebie kuśtykając.


Szłam już wiele godzin. A może i nie? Tak jak wspominałam, tracę poczucie czasu. Wciąż panuje półmrok, kostka co chwilę dokucza. Nie mam siły spojrzeć za siebie, mięśnie karku są zdrętwiałe i odmawiają posłuszeństwa. Podczas wędrówki jest mnóstwo czasu na kolejne przemyślenia. Ochrzaniłam samą siebie za głupotę. Jestem nieuzbrojona, ciężko ranna i znajduję się na potencjalnie wrogim terytorium. Zadręczałam się też pytaniami o to co się stało, co się może stać. Tęskniłam za ciepłym łóżkiem, kajutą i akwarium. Za dotykiem czułych, niebieskich dłoni. Uśmiechnęłam się pod nosem. Może Liara nie zapomni przez ten cały harmider nakarmić rybek. Weszłam głębiej w miasto. Działania wojenne łaskawie obeszły się z budynkami, niektóre z nich są prawie nienaruszone. Znalazłam sobie zajęcie mające na celu odwieść mnie od ponurych rozmyślań. Zaczęłam liczyć przecznice. Do dwudziestu stawiałam krok za krokiem. Przy trzydziestu sześciu potknęłam się o ciało jednego z wielu poległuch żołnierzy. Padłam na wznak rozcinając sobie policzek i czoło o kawałki szkła. Dotarłam do pięćdziesiątej ósmej przecznicy. Nie miałam siły żeby przeć naprzód. Chyba jednak tu zostanę, prześpię się chwilkę. Może ból minie. Moze w końcu umrę.


Było mi ciepło. Nie czułam już nic. Ciszę jednak co chwila przerywał nieznośny szum. Spróbowałam zatkać uszy, ale nie mogłam ruszyć rękoma. Szum nabierał na sile. Wydawało mi się, że już gdzieś go słyszałam. Szum silników...tak, to chyba silniki. Dlaczego w tym ciepłym miejscu są silniki? Nie potrafiłam pojać tego fenomenu, byłam zbyt ospała. Dudniący, miarowy odgłos, światło, oślepia mnie. Coś dudni coraz bliżej. Moje otępiałe zmysły nie potrafiły złożyć tego do kupy. Czuję, że unoszę się do góry. Czyżby w końcu nadszedł czas na mnie? Ostatkiem sił uniosłam ciężkie powieki chcąc zobaczyć niebo. Zamiast tego zobaczyłam zatroskaną, ubrudzoną twarz. Z niebieskich oczu płynęły łzy żłobiąc ślady w pyle pokrywającym skórę. Już prawie zapomniałam jaką ona ma piękną, błękitna skórę. Usta poruszały się, chyba krzyczała. Wciąż to samo, wciąz jedno słowo. Uśmiechnęłam się mimo bólu jaki mi to sprawiało. Wróciłam do domu.