Wiem, że powinnam pisać zupełnie inne opowiadanie, ale brakuje mi pomysłów. To powstało pod wpływem chwili. Mam nadzieję, że się spodoba.

Uwaga: Na razie T, ale w każdej chwili może się zmienić na M.

Zapraszam do czytania! :)

Lis, rozkazy i krew

Naruto – 7 lat

Naruko – 12 lat

Menma – 15 lat

Minato&Kushina – 34&33 lata

Wszyscy kompani Naruto z jego klasy w tradycyjnym kanonie: 12 lat

Fugaku&Mikoto – 37&34 lata

Itachi – 16 lat

Kakashi – 24 lata

Iruka – 21 lat

Jiraiya – 48 lat

Konohamaru – 7 lat

(Wiem, że to niezgodne z kanonem, ale tu kanonu nie będzie)

Młody chłopiec patrzył na pogrążoną w ciemności wioskę. Miał na imię Naruto. Jego włosy były krzaczaste i miały barwę czystego złota, a oczy promieniowały błękitem. Na policzkach miał po trzy szramy, z którymi się urodził. Nosił dres, składający się z czarnych spodni i pomarańczowej bluzy z kapturem (podobnej do tej, którą nosił Minato, jak był mały). Chłopiec wiedział, że kiedy wróci do domu, znowu będzie zwykłą sprzątaczką.

Jego starsza siostra, Naruko, była oczkiem w głowie rodziców. Miała smykałkę do pieczęci i bardzo często można było zauważyć, jak trenuje z jednym z rodziców. Często się śmiała i była otoczona wianuszkiem przyjaciół. Jedynie jej kolega z drużyny, Uchiha Sasuke, ignorował ją jak tylko mógł. Zaliczała się bowiem do jego fanklubu. Miała długie, złote włosy z czerwonymi końcówkami i granatowe oczy. Rysy jej twarzy były bardzo delikatne i można powiedzieć, że odziedziczyła urodę po ojcu.

W jego rodzeństwie był jeszcze brat, najstarszy, Menma. Kiedy Naruko była bardzo nieutemperowana, on zachowywał spokój, zupełnie jak Minato. Był bardzo dobrym tropicielem, pomimo że nie grzeszył byciem geniuszem. Potrafił bez problemu wyliczyć w jakiej odległości kto się znajduje, ale jeśli przychodziło do kartki papieru i ołówka, prawie dostawał zawału. Był nazywany kopią Minato, jedyne, czym się wyróżniał, to długie do pasa włosy. Miał też „mocniejszą" budowę od ojca.

Oboje byli bardzo ważni w rodzinie Namikaze. Byli nazywani przyszłością i często rodzice ich trenowali. Obchodzili huczne urodziny, byli zaproszeni wszędzie, gdzie było ciekawie. Jiraiya, przybrany dziadek dzieci Minato i Kushiny, uwielbiał tą dwójkę. W dodatku, oboje mieli w sobie po połowie Kyubiego. Menma Yin, a Naruko Yang. I oboje ignorowali jak się dało Naruto.

Jego los został przesądzony tuż po narodzinach. Rodzice wiązali z nim spore nadzieje i snuli plany na wielką, szczęśliwą rodzinę. A zwłaszcza szanowaną. Jednakże, medycy odkryli coś, co zawaliło te marzenia. Okazało się, że Naruto ma tak małą ilość chakry, że nigdy nie zostanie shinobim. To był spory szok. W końcu Kushina i Minato mieli bardzo dużo chakry, więc nikt nie rozumiał, jak to się mogło stać. Oczywiście, hańba rodziny została odtrącona.

Kushina była wściekła. Nazywała Naruto ślepym zaułkiem. Planowała go nawet oddać do sierocińca, ale Minato i Menma zaoponowali. Może i nie byli dumni z takiego nabytku, ale nie chcieli zmieniać jego życia w większe piekło. Przekonali ją tym, że to negatywnie odbije się na stosunku ze strony innych klanów. Dali więc Naruto dom, ale ten czasami czuł się tak, jakby nie było różnicy, czy jest sierotą czy nie. Od kiedy nauczył się chodzić i posługiwać rękami, sprzątał i wykonywał różne przykre obowiązki. Nie obchodził urodzin, a rodzina go ignorowała. Często płakał na początku, ale z czasem przyzwyczaił się do tego, że jest śmieciem.

Tylko raz doznał uczucia, które można nazwać miłością. Miało to miejsce jakiś rok temu. Wdrapał się na głowę Hashiramy, aby zobaczyć, jak wygląda Konoha z góry. Była już północ i prawie nikogo nie było na ulicach. Był zachwycony widokiem i z otwartymi ustami podziwiał go. Wtedy jednak potknął się o własne stopy i spadł. Cudem przeżył. Złamał parę kości i żeber, z ust lała mu się potokami krew.

Leżał tam przez kilka godzin, płacząc. Nie był w stanie krzyczeć. I tak nikt by mu nie pomógł. W końcu był nieudacznikiem, ślepym zaułkiem, któremu pozwolono żyć. Był śmieciem. Okazało się, że bogowie nie opuścili go do końca. Minato został przetrzymany w swoim biurze i późno wracał do domu. Nie spieszyło mu się, więc szedł spokojnie spacerkiem. Bez problemu zauważył obiekt w kałurzy krwi pod głową pierwszego.

Wahał się. Rozważał, czy go nie zostawić. Jednakże, to był w końcu jego syn. Bez względu na to, jak bardzo go nie chciał, musiał go uratować. Podszedł do płaczącego chłopaka powoli, ostrożnie stawiając każdy krok, jakby bał się zasadzki. Pochylił się nad nim i szybko zbadał jego stan. Zagryzł wargę, czując, że jego serce mięknie pod spojrzeniem pełnym błagania, nadziei i bólu. Wziął go na ręce i zaniósł do szpitala. Po kilku dniach pojawił się tam Kakashi, który był jednym z niewielu, którzy mieli zupełnie obojętny stosunek do chłopaka. Odstawił go do domu.

Potem, kiedy pobiło go paru starszych chłopaków z Akademii, włóczył się po ulicach, jęcząc. Nie miał najmniejszej ochoty wracać do miejsca, gdzie Naruko się z niego naśmiewa, Kushina go otwarcie nienawidzi, a Menma i Minato ignorują. Dowlókł się do parku i usiadł pod drzewem, płacząc. Słyszał wielokrotnie, jak dzieci, które nie były szczęśliwe, uciekały, ale on nie chciał. Nie wyobrażał sobie tego, że będzie w stanie odejść z wioski. To był w końcu jego dom.

To właśnie wtedy spotkał się Yoshitsu. Wyglądał jak kot w butach, ale był lisem, miał na sobie sandały, yukatę i opaskę. Był wielkości przeciętnego 4-latka. Przy pasie nosił sakiewkę. Naruto wypytywał go o różne rzeczy, a ten udzielał mu wszelkich odpowiedzi. Kiedy wywiad się skończył, nadeszła pora na Yoshitsu. Ten przedstawił mu propozycję. Otóż, Naruto dowiedział się czegoś, czego nie wiedział nikt inny. Okazało się, że ma dużo chakry, ale większość jest skoncentrowana w oczach blondyna. Yoshitsu chciał, aby podpisał pakt, co znacznie rozszerzyłoby horyzonty lisów i wyniosło ich na pozycję dumnych sumonów. W zamian, oferował trening i możliwość przywoływania sprytnych lisów, których pokolenia były nękane przez kleptomanię.

Naruto oczywiście się zgodził. Już następnego dnia Yoshitsu z przyzwyczajenia zwinął mu kapcie, ale później je oddał, twierdząc, że są do niczego. To właśnie on nauczył go czytać i pisać. Trenował chłopca w każdej możliwej chwili. Blondyn nauczył się rozsyłać chakrę po całym swoim ciele, żeby zachować równowagę. Tuż po swoich 7 urodzinach udało mu się wykonać pierwsze jutsu – henge.

Musiał znosić to, że Yoshitsu ciągle powtarzał to, iż powinien się urodzić jako lis. Miał talent do kradzieży (ukradł siostrze ochraniacz i schował go w szafie Menmy, co skończyło się krwawo dla najstarszego), skradania się, robienia ludzi w balona i improwizowania. Naruto jednak skupiał się na swoich oczach, zastanawiając się, czy może mieć jakieś Kekkei Genkai.

Teraz siedział na drzewie. Był środek nocy, ale nie wracał do domu, bo były właśnie urodziny Naruko i nie chciał się stać jej urodzinowym celem. Trenował więc dość ciekawy układ – nie ruszanie się z miejsca do świtu. Strasznie pasjonujące. Ledwo co nie zasypiał.

Wtedy pod drzewo podeszło dwóch podejrzanych typków. Miało dziwne ochroniacze, ze znakiem, którego nie znał. Oboje mieli maski podobne do tej, którą nosił Kakashi.

-To co teraz? Łapiemy demona i w nogi?

-To nie takie proste, debilu. Musimy to zrobić tuż przed nosem Hokage, aby wreszcie zrozumiał, że Neko no Kuni nie jest zwykłą wioską, którą można ignorować.

-Dobra, coś jeszcze?

-Nie, tu...-wyciągnął z sakwy zwój-...są dokładne rozkazy. Musimy szybko to zrobić, w przeciwnym razie zabiją nas.

-No to na co czekamy?

Shinobi schował zwój.

-Łapiemy sukę i zwiewamy. Będzie miała piękne urodziny.

Zachichotali i ruszyli alejką. Naruto zadrżał. Chodziło o jego siostrę, Naruko. Zamierzali ją skrzywdzić. Miękkie serduszko chłopca zadrżało. Nie mógł na to pozwolić. Nie pozwoli im zranić jego rodzinę.

Zeskoczył z drzewa i szybkim, zwinym ruchem, wyciągnął zwój z sakwy. Shinobi zorientowali się, że coś jest nie tak i odwrócili się w jego stronę.

-Oddawaj to, gówniarzu.-warknął jeden z nich i wymierzył w niego ostrego kunaia.

-Zmuś mnie.-wydukał Naruto i rzucił się w stronę jednej z ulic. Shinobi rzucili się za nim, krzycząc przekleństwa. Chłopak nie miał szans na ucieczkę, więc improwizował, znikając w zaułkach, za rogiem albo po prostu rozpływając się w powietrzu.

Nie zdołał jednak im uciec. Dorwali go i zaczęli kopać. Nie wypuszczał jednak z dłoni zwoju, jęcząc. Poczuł w ustach znienawidzony smak krwi. Co chwilę krzyczeli do niego, że ma to oddać, a on odpowiadał im wyzwiskami i odmowami.

Itachi był przerażony. Był już spóźniony na imprezę prawie pół godziny. Wiedział, że Naruko go zleje. Wolał się jednak pojawić, bo mogłoby być później gorzej. W połowie drogi usłyszał krzyki i jęki. Zaciekawiony, ruszył sprawdzić, co się tam dzieje.

Sytuacja, jaką zastał, całkowicie go zdumiła. Dwóch shinobi z nieznanej mu wioski biło najmłodszego syna Hokage, który uparcie trzymał jakiś zwój. Pomimo gróźb, nie wyglądało na to, że zamierza im oddać go. Przynajmniej dopóki żyje. Jeszcze większym zdumieniem było to, że był w stanie zablokować nogami parę ciosów.

-Cholera...-mruknął jeden z napastników na widok Itachiego. Wzięli nogi za pas, uciekając z zasięgu wzroku Uchihy. Ten podszedł do dyszącego Naruto i wyciągnął mu zwój z rąk. Nie napotkał żadnego oporu. Kiedy czytał treść, chłopak zemdlał.

Naruto obudził się w szpitalu. Był podłączony do aparatury. Zauważył, że jego prawa ręka jest w gipsie. Jęknął, próbując się podnieść, ale nie udało mu się. Nagle coś usiadło na jego brzuchu. To coś miało rudą sierść.

-Wreszcie...-westchnął Yoshitsu-...dwa dni snu chyba ci wystarczyły, co?

-Jestem... tu dwa dni?

Lis pokiwał głową, bawiąc się swoją sakiewką. Naruto z trudem się poruszył.

-Co się stało?-zapytał w końcu. Yoshitsu spojrzał na niego.

-A więc... Itachi ostrzegł Yondaime, że w wiosce są nieznani shinobi i chcą pozyskać bijuu. Moim zdaniem to debilizm, ale kto jak woli. Potem przenieśli cię do szpitala. Poprawka, Menma przeniósł cię do szpitala, kiedy reszta szukała tamtych, ale zdążyli się zmyć. Naruko była niezadowolona z tego faktu, bo chciała się popisać. I coś jeszcze... oczekuj, że ktoś zażąda od ciebie raportu. Byłeś pierwszą osobą, która stawiła im czoło i wiesz najwięcej.

-Skomplikowane...-mruknął Naruto. Podczas gdy Nara mówili: upierdliwe, blondyn mówił: skomplikowane. Yoshitsu zachichotał.

-Trochę mnie wkurzyli.

-To znaczy?-czoło Naruto się zmarszczyło.

-Bo uznali, że to Itachi uratował całą sytuację, a ciebie pominęli. Dranie. Ślepe dranie.

-Daj spokój.-mruknął blondyn-Przyzwyczaiłem się do tego.

-Naruto! Co ty mówisz, debilku? Nie możesz się przyzwyczajać do takich rzeczy! Musisz walczyć! Wznosić się na wyżyny! Jak się poddasz, będzie jeszcze gorzej, stracisz honor, życie, sens istnienia! To najgorsze, co może się przytrafić tak zdolnemu chłopcu jak ty.

Naruto westchnął.

-Nieźle przemawiasz, ale bolą mnie już uszy.

Yoshitsu wyszczerzył kły.

-Tak, powracają wspomnienia z bitew. Hehehe... Pamiętam jeszcze, jak z Pakkunem zmieszałem takiego jednego węża z błotem, pomimo że był od nas 10 krotnie większy... Jak on tam miał? Panda? Manda? Coś w tym stylu. Do tej pory nam nie wybaczył.

-Pakkun? Pies Kakashiego?

-Ninken. Ma na punkcie nazwy obsesję. Tak, ten sam. Pozdrów go ode mnie, jak się z nim spotkasz, dobrze?

-Czemu sam tego nie zrobisz?

-Och... em... Można powiedzieć... No dobra. Zwinąłem mu raz kość sprzed nosa i jest bardzo zły na mnie.

-Aha...-mruknął Naruto, nie pojmując logiki świata sumonów. Uznał, że próba pojęcia jej skończy się dla niego czystym szaleństwem. Wrócił do gapienia się na biały sufit.

-Ktoś się zbliża, papatki!-pomachał mu Yoshitsu i zniknął. Po chwili do sali zajrzała jakaś kobieta. Ich spojrzenia na chwilę się skrzyżowały i Naruto poczuł, że nie ma o nim najlepszego zdania. Przełknął głośno ślinę, bojąc się tego, co może teraz nastąpić. Ta zniknęła.

-Obudził się, proszę tędy, Shikaku-san.-uslyszał. Shikaku, Shikaku... „Ach..." załapał w końcu Naruto. Ojciec Shikamaru. Młody Nara często bywał w ich domu, grając z Menmą albo Minato w szogi. Raz został w u nich na kilka godzin, bo wszyscy musieli wybyć. Oczywiście, poza Naruto. Chłopak lubiał go, bo nauczył go grać w tą trudną grę i nie zwracał uwagi na to, czy miał chakrę czy nie.

Za to jego ojca znał jedynie z widzenia. Wyglądał na straszną osobę, której lepiej nie wchodzić w drogę. Naruto starał się go omijać i na razie mu to wychodziło. Wygląda na to, że teraz cały jego wysiłek miał runąć w gruzach.

Zobaczył, jak mężczyzna wchodzi do sali. Złapał z stołek, który stał przy ścianie i postawił go przy łóżku. Rozsiadł się na nim wygodnie i wyjął z sakwy pióro i notatnik. Spojrzał na niego z delikatnym uśmiechem, najwyraźniej próbując dodać mu odwagi.

-A więc, Naruto. Musisz mi teraz zdać raport.

-To... znaczy?-wydukał chłopiec. Shikaku zagryzł wargę.

-Zrobimy tak, odpowiesz mi wyczerpująco na pytania, dobrze?

Blondyn pokiwał głową.

-Znałeś tamtych dwóch shinobi?

-Nie.

-Wiesz z jakiej byli wioski?

-E... Mówili coś o... Neko no Kuni.

-Yhym... Minato nie będzie zadowolony. Wspominali o tym coś jeszcze?

Naruto zastanowił się.

-Mówili, że... to nie jest zwykła wioska... i... Hokage nie może ją ignorować.

-Rozumiem.

Shikaku przez chwilę notował z nieodgadniętym wyrazem twarzy.

-Jak zdobyłeś zwój?

-Wyciągnąłem jednemu z sakwy. Podobno tam były rozkazy dotyczące złapania Naruko-san.

Kushina już dawno go nauczyła, że nie ma prawa zwracać się do nich jak do rodziny. Musiał dodawać -san i -sama, inaczej był bity. Kiedy nie było jej w pobliżu, mówił do ojca Tou-sama, bo ten nie zwracał na to uwagi, a chłopiec czuł, że jednak nie jest sam.

-Zgadza się. Co było potem?

-Uciekałem, ale mnie dogonili i zaczęli kopać i bić. Potem pojawił się Itachi-san i uciekli.

-Tak, ale mało szczegółów.

-To znaczy?

-Powiedz, jak wyglądali?

-Nie widziałem twarzy, mieli na sobie maski.

-Tak, to by się zgadzało z wersją Itachiego. No dobrze, rozumiem, że nic więcej na ten temat od ciebie nie wyciągnę. Przejdźmy więc do innej kwesti.

Naruto zamrugał. Nie przypominał sobie, żeby zrobił coś złego.

-Itachi twierdzi, że byłeś częściowo w stanie się obronić. Jednakże, z moich źródeł wynika, że nie jesteś i nie byłeś szkolony. Możesz mi to wyjaśnić? Z góry powiem, że nie interesują mnie teksty dotyczące farta i opatrzności bożej.

-Ja...-Naruto zawahał się. Nie chciał wydawać Yoshitsu, choć ten dokładnie wyraził opinię, że ma to gdzieś, czy zostanie ujawniony, czy nie.-Trenuję czasami.

-Trenujesz?

-Tak. Tai...jutsu. Kiedy nie mam obowiązków.

-Rozumiem. Warto kiedyś dokładniej sprawdzić to. Jak widzisz, masz na ręce gips. Spędzisz w szpitalu parę dni, a potem wrócisz do domu. Na razie nie mam więcej pytań. Trzymaj się, Naruto.

Chłopiec skinął głową. Mężczyzna obrócił się na pięcie i wyszedł, głęboko zamyślony.

Minato z westchnięciem odłożył „raport" w kształcie notatki na biurko i podrapał się piórem po głowie, zostawiając ślady po atramencie. Shikaku już otwierał usta, aby mu o tym powiedzieć, ale w ostatniej chwili zrezygnował.

-Taijutsu? Nie przypominam sobie, żeby trenował... Chociaż, ostatnio znika częściej niż wcześniej. Ech...

-Upierdliwe?-zaryzykował Nara.

-Gorzej. Dziwne. Muszę go poobserwować przez jakiś czas, jak wyjdzie ze szpitala. Mam wrażenie, że umyka mi jakiś szczegół.

Shikaku skinął głową ze zrozumieniem.

I... Cięcie! Koniec!:)