Zapomniałam już, czym jest deszcz w tym samotnym świecie. Odkąd wyciągnął do ciebie rękę, nieustannie świeci słońce. Czasami tylko na błękicie nieba pojawia się jakiś niewinny obłoczek, lecz szybko znika. Nie przeszkadza mi to. Ten spokój jest przyjemny. Nie potrzebuję nic innego, jestem szczęśliwa.
Widziała jego spojrzenie w odbiciu lustrzanej tafli, gdy układała włosy w misternego koka. Kimono na dzisiejszy wieczór leżało obok tego, które tak niefrasobliwie Hisagi porzucił po przyjściu. Z jej drobną pomocą.
– Nie wstajesz jeszcze? – zapytała.
– Wolę jeszcze na ciebie popatrzeć – zamruczał.
– Robisz się leniwy.
Starała się skoncentrować na przygotowaniach, żeby nie zareagować na pełne namiętności szare spojrzenie.
– Jest w tym coś złego? Zwłaszcza po tym, co jeszcze przed chwilą robiliśmy – wymruczał jej do ucha.
Policzki Corrie od razu przybrały soczysty, czerwony kolor. Rozbawiło go to. Czasami wystarczyło jego jedno słowo bądź pojedynczy gest, by ją speszyć.
– Poza tym mam jeszcze kilka pomysłów, które moglibyśmy teraz zrealizować – kontynuował.
– Shuuhei – zganiła go. – Spóźnimy się przez te twoje wymysły. Naprawdę nie wiem, skąd ci się to wzięło. Kazeshini ma stanowczo zły wpływ na ciebie.
– Kazeshini ma ograniczoną wyobraźnię – odparł z wyraźną urazą.
Wolał nie mieszać swojego Zanpakutou do rozmów w tym tonie. To się zawsze źle kończyło.
– W takim razie nie chcę wiedzieć, co masz w głowie – stwierdziła. – Ubierz się, chcę za kilka minut wyjść.
Westchnął. Naprawdę nie chciało mu się nigdzie iść, wolał ten czas spędzić z nią w zaciszu sypialni. Ostatnio tak rzadko się widywali w ferworze obowiązków, że tak po ludzku się za nią stęsknił.
Objął ją w pasie, przytulając się do jej pleców. W żyłach wciąż czuł namiętność, a niezbyt schludny w tej chwili strój Corrie tylko podjudzał niezbyt czyste myśli, których nie potrafił się pozbyć.
– Shuu...
Nie pozwolił jej powiedzieć niczego więcej, całując namiętnie. Odpowiedziała z równą pasją, nie dała się zbyt długo prosić, co jasno powiedziało mu, że w pełni się z nim zgadzała. Tylko grała taką niedostępną.
Pchnął ją na podłogę. Stanowczo, ale na tyle delikatnie, by nie zrobić jej krzywdy. Poły niezbyt mocno związanej yukaty rozsunęły się zachęcająco, pobudzając w nim wszystkie zmysły. Objął dłońmi szczupłą talię, przesuwając je najpierw ku biodrom lekko unoszącym się ku niemu, następnie ku górze. Pisnęła cicho, gdy poczuła dotyk na piersiach, ale z przyjemnością poddała się pieszczocie. Własne palce wplotła w jego włosy.
Językiem rysował kółeczka na płaskim brzuchu wsłuchany w coraz głośniejszy oddech partnerki. Chwilę później sam uderzył plecami o drewniane panele, gdy niespodziewanie przejęła dowodzenie. Zaborczo krążyła dłońmi po jego ciele, zębami złapała za wargę, rozrywając ją ponownie. Metaliczny smak krwi pobudził ich bardziej. Jej biodra opadły na jego, z gardła wydostało się westchnienie. Przyciągnął ją bardziej, wyrównując rytm. Przez chwilę byli jednym oddechem i biciem serca.
Przytulił ją, słuchając, jak uspokaja oddech. Jej ciepłe ciało wciąż obejmowało jego, więc dał Corrie chwilę na odpoczynek. Jednak dłoń już nieposłusznie gładziła ją po kręgosłupie. Drżała. Wiedział, jak ją doprowadzić do takiego stanu.
Sugestia Kazeshiniego sprawiła, że przerwał w pół ruchu. Że też zawsze musi się odezwał w nieodpowiednim momencie.
– Shuu? – Podniosła na niego zielone spojrzenie.
– Masz rację, spóźnimy się. – Westchnął.
Zrozumiała i podniosła się, choć robiła to z niechęcią. Nie miała pewności, czy przez cały wieczór zdoła utrzymać ręce przy sobie. I to wszystko przez vice-kapitana Dziewiątki.
– Włosy uciekły ci z koka – zauważył.
– Dzięki tobie. – Wystawiła mu język.
Nie spodziewała się, że posadzi ją przed lustrem i sam zabierze się za poprawienie jej fryzury. Uśmiechnęła się do niego w odbiciu.
– Jesteś niemożliwy – stwierdziła.
– Już mi to mówiłaś.
– Więc powtarzam. – Zaśmiała się. – Nieźle ci idzie.
– Zdolny jestem. – Pocałował ją w policzek.
Roześmiała się. Te rzadkie chwile, kiedy Hisagi podkreślał swoje zalety, zawsze ją bawiły. Był wtedy tak inny od tego codziennego Shuuheia, którego znała prawdopodobnie lepiej niż on sam. Lubiła obu, składali się bowiem na pełny obraz Hisagiego, a tego niewielu miało zaszczyt poznać tak bardzo.
Niedługo później wchodzili na teren Dziesiątego Oddziału w odświętnych, eleganckich kimonach i nieco tylko spóźnieni. Przybyli jako ostatni, lecz trudno było ich nie zauważyć, w końcu pomarańczowe kimono Corrie zwracało uwagę.
– Shiroyama-san, Hisagi-kun, czyżbyście zapomnieli zegarka? – zagaił Ichimaru.
Zdawał się być srebrzystą zjawą. Corrie uniosła lekko brew w uprzejmym zaskoczeniu.
– Wątpię, żeby kapitan Hitsugaya był rad z pańskiej obecności na przyjęciu, kapitanie – odparła.
– Towarzyszę Rangiku, Shiroyama-san – odpowiedział, nawet na moment nie przestając się uśmiechać. – Nie mógłbym pozostawić jej samej w tak ważnym dla Dziesiątego Oddziału dniu.
– O, jesteście wreszcie. – Matsumoto pojawiła się tuż obok. – Corrie-chan, ślicznie ci w pomarańczowym.
– Dziękuję, Rangiku-san. Ty też pięknie wyglądasz.
– Powinniśmy się przywitać z pozostałymi – napomknął Hisagi.
– Racja.
Chwilę później ruszyli do powodów tego dość oficjalnego przyjęcia. Hinamori i Hitsugaya właśnie rozmawiali z Ukitake, Ise i Kyoraku, prawdopodobnie dziękowali za gratulacje. Dziś wiele takich słów usłyszą, bo to od tego wieczoru oficjalnie zostają zaręczeni.
– Nasze gratulacje, Momo, kapitanie Hitsugaya.
Corrie wyściskała serdecznie Hinamori, autentycznie ciesząc się jej szczęściem. Minęło wiele lat od przykrych wydarzeń i teraz w życiu vice-kapitan Piątego Oddziału powinno być tylko i wyłącznie dobrze. Zasługiwała na to. Zresztą Hitsugaya również. Jemu jak i Shuuhei podała tylko rękę, bez tego był jakiś niezadowolony.
– Coś się stało? – zapytała.
– Kapitan Ichimaru go wyściskał – odparła nieco rozbawiona Hinamori.
– Nie śmiej się, Corrien – ostrzegł ją Toshiro.
– Przepraszam za entuzjazm mojego kapitana. Chyba się przejął – odparła. – Pięknie ci w błękicie, Momo. Czy może raczej już niedługo „pani Hitsugaya".
Hinamori zaśmiała się wdzięcznie z drobnym rumieńcem na policzkach. Oczy jej lśniły.
– A potem będziemy bawić małe Hitsugaye – dodała Corrie.
Efekt był natychmiastowy. Twarz Toshiro pokryła się dorodnym rumieńcem.
– Corrien! – wrzasnął ku rozbawieniu Shiroyamy. – Za dużo czasu spędzasz w towarzystwie Ichimaru.
– Przepraszam, kapitanie Hitsugaya. Tylko się droczyłam.
– Swoją drogą – odezwała się Hinamori – nie sądziłam, że kiedyś dasz się przekonać do pomarańczy.
Corrie dotknęła karku nagle nieco speszona.
– No wiesz, zieleń jest moim codziennym kolorem – wyjaśniła z niewielkim rumieńcem. – Więc w tak uroczysty dzień mogę nieco zmienić barwy.
– Do twarzy ci w nim.
– Dziękuję.
– Rozgośćcie się – mruknął Hitsugaya.
Para zostawiła narzeczonych i poszła przywitać się z resztą. Niektórzy zdążyli się już zaprzyjaźnić z sake, choć większość starała się kontrolować w obecności tak wielu kapitanów. Zaręczyny shinigamich na tak wysokich stanowiskach nie były byle czym, musiały mieć odpowiedni poziom, więc pojawienie się niemal całej elity Gotei było jak najbardziej oczekiwane.
– Najpiękniejsza kobieta się pojawiła.
– Żartujesz, Yumichika-san? – Zaśmiała się Corrie. – Dziś żadna nie dorówna Momo. Aż nie wierzę, że kapitan Hitsugaya się na to zdecydował. Normalnie jak w bajce.
– Wy to macie własną bajkę, skoro się spóźniacie – zauważył Ikkaku.
– A to już nie moja wina.
Hisagi zakrztusił się sake, co wyraźnie rozbawiło Corrie. Mrugnęła do niego figlarnie, dolewając mu alkoholu, gdy już się opanował.
– Chyba nie chcemy znać szczegółów – mruknął Renji.
– Ktoś tu znowu dostał kosza od panny Kuchiki.
Abarai nachmurzył się jeszcze bardziej i wypił swoją porcję sake. Nie trudno było się domyśleć, że to właśnie z jego winy ta relacja nadal nie wykracza poza trzymanie się za ręce.
– Nie dokuczaj mu. – Ujął się za Renjim Hisagi. – Widzisz, jaki jest przybity.
Nie omieszkał przy okazji skraść jej całusa, co rozbawiło pozostałych.
– To też nie było zbyt miłe – zauważył Yumichika. – Chyba ktoś tu przechwytuje nawyki kapitana Ichimaru. A jeszcze parę lat temu tak ciężko było na was patrzeć.
Para spojrzała po sobie. Wiele się zmieniło przez ostatnie cztery lata, przede wszystkim odnaleźli wreszcie spokój po wojnie z Aizenem. Nie było to proste. Corrie prześladowała niezasłużona śmierć Kiry, który tym samym ochronił Ichimaru, Hisagi wciąż bezsilnie wzdychał do Matsumoto, która z czasem zeszła się z kapitanem Trzeciego Oddziału. Szarpali się długo, aż bezsilność ich połączyła. Nie obyło się bez problemów, bo w tym samym momencie Seireitei musiało zmierzyć się ze złodziejami Zanpakutou, a Corrie mało nie zginęła. Kosztowało ich to wiele strachu, lecz teraz mogli cieszyć się sobą, zaś ich największymi problemami byli Ichimaru i Puści, z którymi musieli się użerać.
– Ale spójrzcie na narzeczonych – powiedziała rozmarzonym tonem Corrie. – Są uroczy. Aż trudno na nich nie patrzeć.
– Aż jestem zazdrosny.
Dosiadł się do nich Shinji. Zwykle uśmiechnięty kapitan Piątki dziś był jakiś nie w sosie.
– Coś się stało, kapitanie Hirako? – zapytał Hisagi.
– Wszystkie piękne dziewczęta są już zajęte – odparł tonem, jakby to było oczywiste. – To niesprawiedliwe. Człowieka nie ma przez chwilę i co?
– Tylko narzekać potrafisz – mruknął Kensei siedzący w pobliżu. – Powinieneś się cieszyć, że twoja vice-kapitan nie jest już wystraszoną dziewczynką.
Zaczęli dyskutować o tym, jak to dawniej było, więc młodsza część towarzystwa zajęła się sobą. Przyzwyczaili się już, że ich dowódcy czasami zaczynają wspominać dawne czasy. Nie było w tym nic dziwnego.
– Ale że kapitan Hitsugaya się na to zdecydował. Nigdy bym nie przypuszczał, że oświadczy się Hinamori – stwierdził Madarame.
– Co w tym złego? Może gdyby było inaczej, już dawno uganialibyśmy się za słodkimi maluchami. Poza tym na to zasługują.
– Mnie tam nie śpieszno do bawienia bachorów – mruknął Ikkaku. – Wystarczy mi vice-kapitan.
Odpowiedzi nie usłyszał, bo wszystko wstali do oficjalnych toastów za narzeczonych. Każdy, kto poczuwał się do obowiązku, mógł coś powiedzieć.
– No to może ja – odezwał się wesoło Ichimaru.
– Nie! – powiedzieli jednocześnie Hitsugaya, Matsumoto i Corrie.
– Ale dlaczego nie? – Wykrzywił się niczym niezadowolone dziecko.
– Kapitanie, proszę, nie dzisiaj – powiedziała Corrie.
– Skoro tak ładnie prosisz, Shiroyama-san.
Hitsugaya odetchnął z ulgą. Naprawdę nie potrzebował toastu stworzonego przez Ichimaru, to by go tylko rozgniewało, a ten wieczór miał być radosny.
– Także mam coś do powiedzenia – odezwał się Hisagi. – Kapitanie Hitsugaya, Hinamori, jeszcze raz najszczersze gratulacje. Nie ma wątpliwości, że zasługujecie na szczęście. Mam nadzieję, że wybaczycie mi tę drobną zmianę tematu.
To było nieco intrygujące, Corrie lekko zmarszczyła brwi, bo nie wiedziała, co mu chodzi po głowie. Nie wspominał o niczym wcześniej.
– Corrie, wyjdziesz za mnie? – zapytał.
– Stop.
Przy boku Shiroyamy zjawił się Ichimaru, spoglądając na Shuuheia spod przymkniętych powiek.
– Co to za porządki, Hisagi-kun? Nie powinieneś przypadkiem najpierw zapytać mnie o pozwolenie jako dowódcy Shiroyamy-san?
– Kapitanie.
– W końcu jestem za ciebie odpowiedzialny, Shiroyama-san. Co innego przenocowywanie vice-kapitana innego oddziału, a co innego poważny związek – wyjaśnił dość zasadniczym głosem. – Nie mogę tak po prostu na ro pozwolić. Rozumiesz, Hisagi-kun?
Shuuhei był tym na tyle zaskoczony, że zdołał jedynie pokiwać głową. Tego chyba nikt się nie spodziewał, z jednej strony mógł to być kolejny wygłup, ale chyba za późno, by go powstrzymać.
Ichimaru zrobił krok w kierunku Shuuheia, odgradzając go od Corrie. Nie bardzo jej się to spodobało, ale nie mogła powstrzymać swego dowódcy. Gdy próbowała, dał jej znać, żeby się uciszyła.
– Hisagi-kun, jakie masz zamiary wobec Shiroyamy-san? Aż tak poważne czy może to przypływ chwili?
– Chcę się ożenić z Corrie, kapitanie Ichimaru.
– I nie będziesz patrzeć na żadną inną?
– Nie.
– Nie sprowokujesz jej do płaczu?
– Nie.
– Będziesz jej gotować i zastępować poduszkę?
Oboje poczuli, że policzki ich palą. Ichimaru zaczynał wchodzić na teren, do którego nikogo nie dopuszczali.
– Tak.
– Zamieszkasz z nią w Trzecim Oddziale czy każesz przeprowadzić się do Dziewiątego?
– To będzie nasza wspólna decyzja – odparł nieco zbity z tropu.
– Chcesz mieć z Shiroyamą-san dzieci?
– Kapitanie, dosyć – jęknęła Corrie.
Nie potrzebowała śledztwa przy wszystkich. To było krępujące, a nawet nie zdążyła odpowiedzieć Hisagiemu. Przez myśl przeszło jej, że Shuuhei zaraz zostanie zniechęcony i odwoła swoje słowa. To by zabolało.
– Cicho, Shiroyama-san. Teraz my rozmawiamy – zganił ją łagodnie. – Hisagi-kun?
– Jeśli Corrie będzie chciała, nie widzę problemu.
– Nie unikaj pytania, Hisagi-kun. Pytałem, czy ty chcesz?
– Chcę.
– A co zrobisz, jeśli nie pozwolę?
– Gin.
– Nie będę zwracać na to uwagi, kapitanie Ichimaru. Liczy się zdanie Corrie, nie pańskie.
Ichimaru uśmiechnął się jeszcze bardziej i przeszedł za plecy swej vice-kapitan, opierając dłonie na jej ramionach.
– Nie wybaczę ci, Hisagi-kun, jeśli Shiroyama-san będzie przez ciebie cierpieć. Masz ją uczynić szczęśliwą. Mam nadzieję, że się rozumiemy?
– Oczywiście, kapitanie Ichimaru.
– No to na czym skończyliście? A tak, Shiroyama-san, twoja odpowiedź.
Sekundę później był już z powrotem na swoim miejscu u boku Matsumoto, która nie miała pewności, czy ma być zdenerwowana czy rozbawiona jego zachowaniem. Chyba najlepiej wiedziała, jak bardzo Ichimaru pragnie ochronić Corrie, skoro w tym jednym, najważniejszym momencie nie potrafił ochronić Kiry.
Corrie spojrzała na Shuuheia nieco zdezorientowana i wyprowadzona z równowagi przez swojego kapitana. Nie spodziewała się oświadczyn, bo też nigdy jakoś o tym nie rozmawiali. Kiedyś w żartach i owszem, ale tak całkiem poważnie nie było okazji. Jednak nie miała wątpliwości co do odpowiedzi.
– Tak.
Nie mogła się nie uśmiechnąć, widząc radość w jego spojrzeniu. To przyszło tak naturalnie, że wcale się nie zdziwi, jak szybko minie czas i staną się prawdziwą rodziną.
Przez kilka chwil to oni byli w centrum wydarzeń, lecz Toshiro i Momo nie wyglądali na obrażonych. Hitsugaya już dawno stwierdził, że powinni wziąć ślub i zamieszkać razem, bo to chroniłoby ich chociaż trochę przed szkodliwym, jego zdaniem, wpływem Ichimaru. Hinamori za to z całego serca życzyła im szczęścia. Już wystarczająco zdążyli się nacierpieć od czasu zdrady Aizena, a Corrie dodatkowo nie miała łatwo, będąc vice-kapitanem Trzeciego Oddziału.
Było już dawno po przyjęciu i Corrie leżała wtulona w ciepły tors Shuuheia, który zawijał na palcu kosmyk jej włosów.
– Kiedyś naprawdę odetnę mu ten lisi łeb. – Westchnęła.
– Na swój sposób troszczy się o ciebie – odparł Hisagi. – Choć odpowiadanie na te wszystkie pytania w obecności niemal całego grona dowodzącego było dość krępujące.
– Chciałabym, aby chociaż raz zachował się poważnie. Nic dziwnego, że pozostali kapitanowie mają mnie za jakąś maskotkę.
– Nieprawda. Potrafią cię docenić. Kapitan Muguruma twierdzi nawet, że osiągniesz bankai przede mną – odparła z kwaśnym uśmiechem. – A to coś znaczy.
– Że Yuki jest mniej problematyczna od Kazeshiniego? – zapytała z rozbawieniem. – Żeby to było takie proste.
Zaśmiał się. Może na zewnątrz rzeczywiście tak to wyglądało, ale wiedział, że to tylko złudzenie. Wielokrotnie już słyszał marudzenie partnerki, że nie może zapanować nad temperamentną Zanpakutou.
– Na szczęście na razie bankai nie jest nam potrzebne – stwierdziła. – Więc możemy zająć się ciekawszymi sprawami.
Nie musiała długo czekać na jego reakcję, gdy spojrzała na niego tym roziskrzonym spojrzeniem. To była długa noc.
