Na lotnisku było, jak zwykle zresztą bardzo tłoczno. Ludzie kierowali się w stronę bramek, albo po odbiór bagaży. Oczywiście większa część osób uciekała z mroźnej Finlandii.

Jedną z takich osób była wysoka blondynka rozglądająca się ciekawsko po budynku lotniska.

Po kontroli celnej zmierzała zamaszystymi krokami na płytę startową.

Wyglądała raczej zwyczajnie. Ot dziewczyna ze skandynawską urodą. Nie była chuda, ani gruba. Złośliwi mogliby powiedzieć, że gdyby nie jej 176 cm wzrostu zaliczałaby się z pewnością do tej drugiej kategorii.

Wyszła z budynku lotniska i skierowała się do stojącego najbliżej wyjścia samolotu linii 'Indoeuropean'. Nie lubiła samolotów. Przerażały ją, a ten wyglądał naprawdę okropnie.

Był mały, żarówki co chwilę gasły, a ze skórzanych siedzeń odchodziła tapicerka.

Pasażerowie też nie wyglądali zbyt ciekawie.

Kilku urzędników, ledwo wyrabiających średnią krajową wraz z zaniedbanymi żonami, pyskatymi dziećmi.

Reszta to młodzi ludzie, mniej więcej w wieku jasnowłosej.

Część z nich wyglądała na 'prawdziwych' artystów, przez swoje dziwaczne ubrania.

Dziewczyna zajęła swoje miejsce. Było z przodu. Gdy tylko usiadła poczuła smród.

Oczywiście musiała dostać miejscówkę koło kibla.

Jane, bo tak jej było na imię, często przyciągała pecha.

Najpierw przy porodzie umarła jej matka, przez co ojciec ją znienawidził i umieścił w domu dziecka.

Tam Jane nie znalazła żadnych przyjaciół. Była dla wszystkich jakby niewidzialna.

Nie było nikogo kto by miał do niej jakiś szczególny stosunek.

Dlatego właśnie Jane 'zaprzyjaźniła się' z książkami. Przeczytała ich w swoim życiu tysiące. Począwszy na 'Baśniach Braci Grimm' na 'Ja Klaudiusz' skończywszy.

Dzięki książkom, jej los odmienił się na lepsze. Zdała maturę na 99%. Dostała się na Uniwersytet Hellsiński.

Studiowała Konserwację Zabytków. Prowadzący na jej roku musiał wybrać jedną osobę, która dostanie roczne stypendium we Włoszech.

Delikwent miałby zapewnione wyżywienie, mieszkanie i otrzymywałby w dodatku pieniądze na swoje potrzeby.

W zamian nadzorowałby prace przy odnowie zamku w malowniczym toskańskim miasteczku, Volterze.

Prowadzący wybrał Jane.

Miał później przez to wielkie problemy (Jane stwierdziła, że pech przeszedł w tym wypadku na kogoś, kto dał jej powód do radości). Studentka, z którą sypiał poczuła się urażona, że wybrał Jane.

Oskarżyła go o molestowanie seksualne.

Jane przetarła dłonią spocone czoło. Denerwowała się.

Samolotem trzęsło jak cholera. Turbulencje trwały jeszcze 5 godzin, dopóki nie wylądowali na lotnisku w Pizie.

Było koło 12, największy skwar, a Jane miała na sobie jeansy, koszulkę i sweter.

Znalazła miejską toaletę, w której otworzyła walizkę, wyszukała bawełnianą sukienkę przed kolano i rzymskie sandałki. Nałożyła jeszcze okulary przeciwsłoneczne, bo jako mieszkanka Finlandii nie była przyzwyczajona do takiego słońca.

Tak ubrana wyszła z budynku, ciągnąc za sobą bordową walizkę.

Bus do Volterry odjeżdżał za pół godziny.

Usiadła więc na odrapanej niebieskiej ławce na przystanku, wyciągnęła z torebki papierosa i zapaliła go.

Nie paliła. w każdym razie nie często, nie była palaczką.

Ale to wyjątkowa sytuacja. W końcu zaczyna nowe życie.

Gdyby tylko wiedziała, jakie zmiany ją czekają, wypaliłaby całą paczkę.

Rozmyślała nad planami odnowy zamku. Był naprawdę stary.

Wiele rzeczy trzeba będzie wyburzyć i postawić od nowa.

Zastanawiała się, kto chce wydawać tak ogromne kwoty na sprowadzanie tkanin, farb, budulca zza granicy.

Kim byli tajemniczy lokatorzy zamku?

Niedługo miała się przekonać. Nadjechał bowiem bus.

Jazda była jeszcze gorsza niż lot z Finlandii. W busie było tak koszmarnie gorąco i pełno ludzi, że Janine już po pół godzinie była całkowicie mokra. Trasa w koncu jednak dobiegła końca.

Trochę się ochłodziło, a słońce chyliło się już ku zachodowi.

Jane dużo przyjemniej było przy takich okolicznościach czasowo-pogodowych.

Z przystanku było widać zamek.

Stał na wzgórzu. Promienie zachodzącego słońca tańczyły w szybach i dachówkach budowli.

Zapierał dech w piersiach swoją wyniosłością i stanowczością.

Jane westchnęła i pociągnęła za sobą walizkę.

Wreszcie, cała spocona i ukurzona dotarła do zamku w Volterrze.

Trochę się denerwowała, ale w końcu podeszła do wielkich żelaznych wrót i użyła ogromnej kołatki w kształcie głowy lwa.

Nie minęło 10 sekund, a otworzyła je kobieta w czerwonej sukni.

Jane obejrzała ją od stóp do głów. Kobieta była jej wzrostu, ale trochę szczuplejsza, miała idealną cerę, wręcz nienaturalną. Jej skóra zdawała się jakby migotać. Czerwona sukienka do połowy uda uwydatniała kobiece kształty i podkreślała figurę klepsydry. Na ramiona spływały pięknej nieznajomej długie ciemne włosy. A brązowe (niepokojąco świecące) oczy skryte odrobinę pod wachlarzem gęstych, długich rzęs przewiercały wzrokiem wysoką blondynkę. Już po chwili brunetka uśmiechnęła się ukazując rząd białych zębów, wcześniej zasłoniętych nienagannie pomalowanymi czerwonymi ustami.

Jane otworzyła usta i bąknęła cicho:

- Dobry wieczór, nazywam się Janine…

- Varis? Witaj. Ja jestem Heidi. Wiem, że jesteś zmęczona podróżą, ale zechcesz może najpierw przywitać się z Rodziną?

'Kim?' - spytała samą siebie Jane.

Heidi powiodła ją kamiennym korytarzem. Na starych, oblazłych z tynku i farby ścianach wisiały stare portrety, przedstawiające, jak sądziła dziewczyna, poprzednich mieszkańców tego starego zamczyska.

O jakież było jej zdziwienie, kiedy ujrzała wszystkie te twarze w ośmiokątnej sali na końcu korytarza!

Gospodarze zamku byli bardzo bladzi, ale na dziewczynie pochodzącej z mroźnej północy nie zrobiło to wrażenia. Tylko ich oczy… Po prostu zdawały się jej być dziwne i niepokojące, ale kobieta wiedziała, że może to byż uboczny efekt długiej, męczącej podróży.

Zanim Janine zdążyła przemówić, z wielkiego, dębowego fotela obitego tkaniną w kolorze różu pompejańskiego, powstał mężczyzna wyglądający na około 30 lat i przeszedł przez kamienną salę, zatrzymując się tuż przed dziewczyną. Przemówił bardzo charakterystycznym, aksamitnym głosem, przeciągając niektóre głoski.

- Sądzę, że to nasza kochana Jane tak?

W kącie, gdzie stała niska i bardzo młoda dziewczyna o chłodnej aparycji dało się słyszeć cichy syk.

- Wybacz, jesteś już naszą drugą Jane! - zaśmiał się Aro przyjaźnie i dźwięcznie.

Parę osób obecnych w wielkiej komnacie zawtórowało mężczyźnie. Janine uśmiechnęła się też lekko. Rozglądała się w dalszym ciągu po sali, w której jak szybko skalkulowała było około 25 osób. Przy każdym wejściu, a było ich cztery, stały po dwie osoby. Na swego rodzaju podeście, do którego prowadziły szerokie stopnie ustawiono trzy fotele, za nim stało kilkunaście osób. Środkowy fotel, na którym zwyczajnie zasiadał Aro był pusty, z jego lewej strony siedział mężczyzna, którego wieku Jane nie potrafiła określić. Chodź wydawał się być dość młody, to jego twarz ukazywała mądrość i cierpienie tak wielkie, że wydawał się oglądać naprawdę wiele w swoim życiu. Ubrany był w ciemne, eleganckie spodnie, szarą koszulę i haftowaną w florystyczne wzorki ciemnozieloną kamizelkę. Całą jego smukłą sylwetkę przykrywał staromodny płaszcz. Zaś z prawej strony zasiadał wyraźnie młodszy człowiek. Wyglądał na dwudziestolatka. Jego uroda przyćmiewała swoim specyficznym blaskiem. Włosy miał niemalże białe, brwi choć też jasne to rysowały się wyraźnie nad dużymi, owalnymi oczyma, o kolorze niemal sadzy. Jane nawet nie spostrzegła, kiedy do boku blondyna podeszła niezwykle chuda kobieta i poczęła mu szeptać coś do ucha, gładząc go po dłoni opartej na drewnianej gałce przy fotelu. Mężczyzna prychnął i odepchnął kobietę od siebie, uwalniając się z uścisku. Podniósł się z tronu i szybko ruszył ku najbliższym drzwiom. Na odchodne rzucił:

- Po prostu mówcie do niej Janine i nie będzie kłopotu.

Za nim pobiegła tamta chuda osoba, która szeptała mu na ucho.

- Ta dwójka to Kajusz i Athenodora. Wybacz mi ich zachowanie, oboje są dość specyficzni…

O czym pewnie się jeszcze przekonasz - wtrącił półgębkiem. - Ja jestem Aro - mówiąc to podał jej dłoń.

Była bardzo zimna, ale Janine nie zdziwiło to w ogóle. Jej ręka musiała być ciepła, bo na zewnątrz dopiero zaszło słońce i było koło 28 stopni Celsjusza, a Aro przebywał w wielkim zamku z grubymi murami.

Każdy z, jak to określiła Heidi, rodziny, przywitał się dłużej, lub krócej z dziewczyną. Mężczyzna siedzący na tronie, Marcus, jak się później okazało, jedynie posłał jej smutny uśmiech i opuścił salę. 'Pierwsza Jane' nie pofatygowała się wcale.

Heidi, która pierwsza powitała ją w zamku pokazała jej pokój, w którym miała mieszkać.

Sypialnia była śliczna. Meble z pewnością zabytkowe, na oko Jane pochodziły z XVIII wieku. Były dębowe. Toaletka, małżeńskie łoże, szafa, biurko i szafka nocna.

Ściany w pokoju pokryte były freskami, przedstawiającymi wizerunki greckich bogów. Na podłodze leżał ogromny, tkany dywan, a pościel na wielkim łóżku była nieskazitelnie biała i wykrochmalona. Janine wydała jęk zachwytu, nie zdając sobie sprawy, że Heidi wciąż stoi w drzwiach.

Ciemnowłosa kobieta chrząknęła cicho.

- Do pomocy będziesz mieć pięć osób, zaczniecie jutro o 10, śniadanie podadzą Ci do Mniejszej Jadalni, jest dokładnie piętro pod twoim pokojem. Życzę ci dobrej nocy.

Janine kiwnęła głową do odchodzącej Heidi.

Dziewczyna rozpakowała się. Stwierdziła, że zdecydowanie musi pójść na zakupy w ten weekend. Miała bardzo mało letnich rzeczy, a lato we Włoszech bywa cieplejsze niż w Finlandii.

Zaraz obok pokoju miała swoją własną łazienkę. Była śliczna! Pełno w niej było bibelotówi, które upiększały wystrój. Wszystko było w niej białe albo niebieskie.

W koszyczku w przy wannie znalazła ekskluzywne kosmetyki, odłożyła więc swój tani żel pod prysznic z supermarketu. Odkręciła kurki i wlała trochę płynu do kąpieli.

Zdjęła sukienkę. W Łazience stało duże lustro. Janine widziała siebie całą. Chodź była naprawdę ładna, to była zupełnie pozbawiona poczucia własnej wartości. Miała malutkie rozstępy na biodrach, widoczne w bardzo specyficznym świetle i niewidoczny cellulit, ot taki który ma każda. Ale poza tym jej figura była kobieca i powabna, czego Janine nigdy nie dostrzegała.

Dziewczyna wskoczyła do wanny pełnej piany śmiejąc się. Woda miała idealną temperaturę i pachniała solami o zapachu fiołków.

Kąpiel bardzo poprawiła jej humor.

Czysta i bardzo radosna wróciła do swojego pokoju i podeszła do okna, by je otworzyć. Okna jej komnaty wychodziły na ogród różany, znajdujący się na dziedzińcu zamkowym. Janine usiadła na parapecie w samej krótkiej koszulce nocnej i podziwiała rozgwieżdżone niebo. Dopiero po chwili zauważyła parę siedzącą do niej tyłem.

Starała się zejść szybko z parapetu, ale nie wyszło jej to zbyt sprawnie. Mężczyzna siedzący na ławce odwrócił się.

To był Kajusz. Nie mogła odgadnąć wyrazu jego twarzy. Jednak jego oczybłyszczały nienaturalnie, a soczyste, pąsowe usta miał lekko rozchylone. Obok młodzieńca siedziała popielatowłosa Athenodora. Mówiła coś podniesionym głosem, uniosła nawet dłoń, układając palce w szpony, jakby chciała uderzyć swojego towarzysza.

Jane w końcu ześlizgnęła się z parapetu, szybko zamknęła okno, zgasiła światło i położyła się do łóżka. Pościel była zaskakująco miękka.

Wydarzenia dzisiejszego dnia były bardzo intensywne, ale też bardzo cieszyły Jane. W końcu wyszła na swoje i otrzymała od losu wielką szansę. Jej radość była zakłócana jedynie przez zachowanie paru nowopoznanych osób. Szczególnie zdawali się jej nie polubić Kajusz i Athenodora.

'Faktycznie są specyficzni', pomyślała i zasnęła.