Tytuł oryginalny: Ashes

Autor: StixieMarie

Tłumaczenie: myszyna

Beta: alicemau

Zgoda na przekład: jest


John Watson leżał w łóżku przy 221b Baker Street, rozkoszując się ciszą i spokojem, które mogły oznaczać tylko jedną z dwóch rzeczy: jego współlokator jeszcze spał (mało prawdopodobne), albo bladym świtem opuścił mieszkanie i pognał gdzieś w swoich równie tajnych jak niedorzecznych sprawach (bardziej prawdopodobne).

Niezależnie od powodu, John miał zamiar skorzystać z okazji i jeszcze trochę poleżeć. Odetchnął głęboko i odwrócił się na plecy, doszukując się wzorków w zaciekach na suficie. Zastanawiał się leniwie nad naprawą dachu, poziewując i przecierając z oczu resztki snu.

Fakt, cieszył się spokojem, musiał jednak przyznać, że poranek bez Sherlocka w mieszkaniu stawał się, jakby to ujął przyjaciel, nadzwyczaj „nudny".

Zastanawiał się właśnie nad śniadaniem, kiedy z dołu dobiegło go trzaśnięcie drzwi i niski okrzyk Sherlocka, który spowodował, że serce podeszło mu do gardła.

– John! Pali się!

Watson wyskoczył z łóżka szybciej niż myślał że jest to możliwe i złapał porzucone na podłodze spodnie. Udało mu się wciągnąć jedną nogawkę, gdy usłyszał pośpieszne kroki na schodach, a drzwi otworzyły się na oścież.

– John. – Sherlock zatrzymał się i omiótł spojrzeniem skąpo umeblowany pokój. – Co, jeszcze śpisz? Wiesz, która godzina?

Watson skrzywił się, podskakując na jednej nodze, żeby naciągnąć drugą nogawkę.

– Tak, dobrze, myślę że właśnie teraz, tuż po tym, jak krzyknąłeś że się pali, możemy porozmawiać o tym, jak długo śpię. – Chwycił telefon ze stolika i pobiegł w stronę otwartych drzwi. – Wynośmy się stąd! Gdzie się pali, w kuchni? Dzwoniłeś po straż?

Sherlock spojrzał na Johna z irytacją.

– W kuchni? – Wyciągnął telefon i zaczął pisać esemesa. – Nie mam pojęcia o co ci chodzi. – Odwrócił się i ruszył w dół po schodach. – Chodź, Lestrade przysłał po nas samochód.

– Czekaj, ale co z ogniem? – zawołał za nim John.

– Przecież dlatego Lestrade przysłał samochód – odparł niecierpliwie Sherlock. – Czekam na ciebie na dole.

John zaklął pod nosem, ale chwycił płaszcz i ruszył za Sherlockiem, rejestrując po drodze, że nic się nie pali i że w całym domu wszystko jest w porządku.

Zrozumiał o co chodziło przyjacielowi, gdy zbiegł na dół i znalazł Sherlocka zajętego telefonem.

– Rozumiem, że gdy krzyczałeś, że się pali, miałeś na myśli sprawę?

– Oczywiście, a co innego mógłbym mieć na myśli? – odpowiedział szybko Sherlock, nie odrywając wzroku od komórki.

Przez chwilę stali w milczeniu. John tłumił ziewanie mrużąc oczy w jasnym porannym słońcu i przyglądał się śpieszącym dokądś przechodniom, zastanawiając się, skąd w nich tyle energii. Po chwili podjechała do nich elegancka limuzyna.

– To po nas – powiedział Sherlock, w końcu chowając telefon do kieszeni.

John zagwizdał cicho, gdy szofer wysiadł z samochodu i otworzył im drzwi.

– Od kiedy należy nam się takie traktowanie?

– Hmmm... zawsze nam się należało, mój drogi Watsonie – stwierdził Holmes lokując się na tylnym siedzeniu samochodu.

– Cóż, miło zobaczyć że inspektor Lestrade wreszcie się z tym pogodził – mruknął Watson wsiadając za nim. Szofer zamknął drzwi i wrócił za kierownicę, po czym zgrabnie wyprowadził samochód na Baker Street.

– Dokąd jedziemy? I dlaczego na litość boską – dodał z przelotnym zaciekawieniem – Lestrade wzywa cię do pożaru?

Sherlock przechylił lekko głowę, nadal wyglądając przez okno.

– Nie mam zielonego pojęcia... i to odpowiada na oba twoje pytania – odparł w zadumie i ponownie pogrążył się w milczeniu.

Cisza oderwała myśli Johna od obecnej sytuacji i przeniosła go do poprzedniej podróży podobnym samochodem – „sławetnego uprowadzenia przez Mycrofta", jak Sherlock zwykł o niej mawiać. Sam detektyw okazał się nie lepszym partnerem do rozmowy niż Anthea.

John został wyrwany z zamyślenia po mniej więcej dwudziestu pięciu minutach, gdy zatrzymali się w nieznanej mu, średnio zamożnej dzielnicy. Sherlock wyszedł nie czekając na kierowcę i zatrzymał się na środku jezdni, obracając się szybko, podczas gdy rozwścieczeni kierowcy z furią naciskali klaksony. W końcu zatrzymał się i spojrzał na to, co John uznał za kierunek północny.

– Chodź, John, tędy. –Ruszył wąską uliczką między dwoma budynkami, a John pospieszył za nim.

– Nie powinniśmy spytać kierowcy, dokąd iść? – krzyknął za nim John.

– Nie ma potrzeby, tędy.

– Skąd wiesz?

– Nie czujesz? – Głos Sherlocka zawibrował lekko i Watson, nawet nie widząc jego twarzy wiedział, że detektyw prawie niedostrzegalnie się uśmiecha.

– Co miałbym czuć?

– Powietrze smakuje popiołem.

John zatrzymał się zaskoczony i spojrzał w niebo. Wyciągnął język jak uczniak zimą, mający nadzieję złowić zabłąkany płatek śniegu, ale niczego nie poczuł.

– Wyglądasz śmiesznie.

Opuścił wzrok, kilka metrów dalej zobaczył Sherlocka marszczącego brwi i z zakłopotaniem schował język.

Wyszli z zaułka na tyłach osiedla kilku domków z brązowej cegły. Ogrody były otoczone wysokimi płotami. Sherlock odwrócił się w stronę przytłumionych głosów i poprowadził ich aż do ostatniego ogrodu – jedynego, którego brama stała otworem. W miarę jak się zbliżali, gwar stawał się coraz głośniejszy.

Sherlock zatrzymał się.

– Czujesz to? – zapytał. Watson powąchał powietrze.

– Czuję... no tak, pożar. Zwykły dym.

– Dokładnie, nie czuć benzyny, rozpuszczalników, solwentu, alkoholu... Do czego niby jestem tu potrzebny? – zastanawiał się głośno detektyw, wchodząc do ogrodu i uważnie lustrując otoczenie.

W ładnym, starannie utrzymanym ogrodzie wszystko pokryte było sadzą. Był mały, a ze względu na kręcących się po nim ludzi wydawał się jeszcze mniejszy. Kilka osób z zespołu medycyny sądowej stało w rogu po lewej, paląc papierosy, a Sherlock niemal uśmiechnął się ironicznie. Kolejni nie mający zajęcia policjanci wałęsali się tu i tam, ale oczy detektywa zwróciły się w prawo, gdzie na ziemi siedziała młoda kobieta. Stało nad nią dwóch sanitariuszy. Twarz miała wpół zakrytą maską tlenową, na widocznych fragmentach skóry widać było czarne smugi w miejscach, gdzie bezskutecznie próbowała zetrzeć sadzę.

– Czyżby naoczny świadek? – mruknął Sherlock do siebie, idąc wzdłuż poczerniałego ogrodzenia w stronę tarasu. Zatrzymał wzrok na potłuczonym szkle na ziemi i na otwartych drzwiach balkonowych z wybitą szybą.

– Hej, nie można tu wchodzić... A, to tylko ty, świrze.

– Witaj, Sally. Gdzie Lestrade?

Wskazała głową w lewo.

– Czeka na ciebie na górze. Weź to. – Wetknęła mu do rąk pudełko lateksowych rękawiczek i pospiesznie przepchnęła się obok nich na świeże powietrze.

– Dziwne – mruknął Sherlock wprawnie nakładając rękawiczki.

– Co masz na myśli? – zapytał Watson, walcząc ze swoimi.

– Zazwyczaj stara się mnie choć chwilę zatrzymać.

Przeszli nad odłamkami szkła i natychmiast zaatakował ich zapach, w środku dziesięć razy gorszy.

Sherlock obrzucił pokój uważnym spojrzeniem i przejechał dłonią w rękawiczce kolejno po nadpalonych meblach. Podszedł do kanapy, pochylił się nad nią i podniósł coś, przytrzymując ostrożnie między kciukiem, a palcem wskazującym. Skrzywił się, gdy potarł je o siebie, a potem ruszył w kierunku schodów.

Góra wyglądała znacznie gorzej niż parter, prawie wszystko było sczerniałe i rozpadające się. Inspektor Lestrade wyszedł z pokoju po lewej.

– Ach, jesteś. Nie miałeś problemów z dostaniem się tutaj?

– Czemu wysłałeś po nas samochód? – zapytał z ciekawością Watson.

Lestrade otworzył usta, aby odpowiedzieć, ale Sherlock był szybszy.

– Wszystko tutaj jest lekko wilgotne, większość dymu została wywietrzona i temperatura wraca do normy. Więc pożar wybuchł w nocy, ugaszono go najprawdopodobniej dwie do trzech godzin temu. To oczywiście oznacza, że prasa wie, co się stało i prawdopodobnie oblega to miejsce –przerwał i kąciki jego ust uniosły się nieco. – Nie mogą się dowiedzieć, że Scotland Yard wezwał posiłki, prawda? – Odwrócił się do Lestrade'a, szybko zmieniając temat.– Czy ten zapach to to, co myślę?

Lestrade skinął ponuro głową.

– I naprawdę wolałbym, żeby tak nie było.

Watson przenosił wzrok z detektywa na inspektora.

– Co to jest? – zapytał.

Sherlock zmarszczył brwi, ale wyprostował ramiona z determinacją.

– Ludzkie ciało – rzucił wchodząc do pokoju, podczas gdy John stał w miejscu oszołomiony.

Widok i swąd sprawiły, że nawet Holmes zatrzymał się i zaklął pod nosem. Opanował się szybko, uniósł rękę kryjąc usta i nos w rękawie płaszcza i wszedł do spalonego pokoju. Podłoga zaskrzypiała niepokojąco pod jego nogami, więc zwrócił się do Lestrade'a.

– Zakładam, że konstrukcję uznano za bezpieczną, skoro pozwoliłeś mi tu wejść.

– Strażacy właśnie wyszli – odmruknął inspektor, wsuwając się do pokoju zaraz za Watsonem.

– Och, słodki Jezu – zaklął Watson, wzorem Holmesa zasłaniając usta i nos.

Cały pokój pokryty był szaro-czarną, łuszczącą się spalenizną. Sherlock skierował wzrok na przeciwległą ścianę i stojące pod nią łóżko z jego makabryczną zawartością.

Skóra była niemal całkowicie sczerniała i pomarszczona, w niektórych miejscach zupełnie się spaliła, odsłaniając pasma czerwonawych mięśni. Pomimo obrażeń widać było, że ciało należało do mężczyzny o szerokiej klatce piersiowej. Jeśli miał na sobie jakieś ubrania, musiały całkowicie spłonąć.

– Nazwisko denata?

– Thomas Wellington. Trzydzieści jeden lat. Pochodził z zamożnej rodziny, ale pracował w centrum non-profit – przeczytał Lestrade z niewielkiego notesu.

Sherlock przeniósł wzrok na twarz mężczyzny. Jego gałki oczne zostały poddane tak wysokiej temperaturze, że zagotowały się i rozlały w oczodołach. Usta i włosy spotkał podobny los – i prawie całkowicie się zwęgliły. Sherlock cofnął się odkrywając usta.

– Pożar wybuchł w tym pokoju – stwierdził rzeczowo.

– Oczywiście – zaczął John – ale jak to – wskazał zwłoki ręką – jest w ogóle możliwe?

– Byłeś żołnierzem, John, widywałeś wcześniej takie rzeczy – rzucił szorstko Sherlock, lustrując resztę pokoju.

– Nie takie. Nigdy jeszcze nie widziałem, by człowiek spalił się nie do rozpoznania – odpowiedział cicho doktor.

Sherlock podszedł do ściany i obejrzał jakiś jej fragment. – Ludzkie ciało pali się w stu trzydziestu stopniach... a zapala płomieniem w czterystu osiemdziesięciu – powiedział.

– Było aż tak gorąco?

– Wystarczy mniej niż pół minuty, by niewielki ogień rozprzestrzenił się tak, że już nie można go kontrolować. – Holmes mówił niemal z namaszczeniem. – Temperatura może wynosić od stu stopni w poziomie podłogi do sześciuset na wysokości pasa. – Odwrócił się powoli, uważnie przyglądając ścianom, po czym przeniósł spojrzenie na Lestrade'a i Watsona. – Odetchnięcie czymś takim dosłownie wypala płuca. W pięć minut w pomieszczeniu robi się tak gorąco, że zapala się wszystko naraz... skokowo.

– Tak właśnie mówili strażacy – zgodził się Lestrade.

– Jednak wezwałeś akurat mnie, więc przypuszczam, że podejrzewasz podpalenie...

Lestrade ponownie skinął głową.

– Nie czuję żadnej łatwopalnej substancji, nie ma plam na podłodze, nie widać kanistrów ani nietypowych wzorów ognia. Kryminalistycy również niczego nie znaleźli?

Lestrade pokręcił głową.

– Powtórzę. Wezwałeś akurat mnie.

– Nie widziałeś jeszcze napisu w łazience. – Lestrade wskazał spalone resztki otwartych drzwi po lewej stronie.

Sherlock otworzył szerzej oczy i popędził w stronę łazienki z Watsonem za plecami.

Napis zauważyli natychmiast.

Ściana między sypialnią i łazienką była całkowicie spalona i wyraźnie odcinało się od niej umieszczone na poziomie oczu pojedyncze słowo.

– „Wstyd" – mruknął Sherlock, podchodząc bliżej.

– Czemu to się nie spaliło? – zapytał John.

Sherlock nie odpowiedział od razu, pochylając się tak, że prawie dotykał nosem napisu. Palcem w rękawiczce przesunął po literze „W".

– Farba ognioodporna, najprawdopodobniej przeznaczona do malowania ogrodzeń i podłóg ognioodpornych, wszędzie tam, gdzie może być rozpalany ogień. Można ją kupić w każdym sklepie dla majsterkowiczów... Chociaż morderstwo przez podpalenie raczej nie zalicza się do majsterkowania.

Spojrzał na Lestrade'a.

– Rozumiem, że przeszukałeś teren i znalazłeś wszystkich, którzy nie mieli powodu tu być? – Lestrade przytaknął.

– W porządku – Sherlock wyszedł z łazienki, ściągając rękawiczki.

– Porozmawiajmy w takim razie ze świadkami. – Zeszli w dół i wyszli na zewnątrz, głęboko wdychając świeże powietrze i próbując pozbyć się swędu, który przeniknął ich w sypialni.

Ktoś przyniósł młodej kobiecie krzesło, więc nie siedziała już na ziemi. Nie miała też maski tlenowej, jednak nie zadała sobie trudu oczyszczenia włosów, skóry i ubrań z sadzy i popiołu, co uniemożliwiało Sherlockowi przyjrzenie jej się dokładniej.

– Dlaczego nie zabrano jej do szpitala? – zapytał cicho Lestrade'a, patrząc jak dziewczyna próbuje odgonić sanitariusza ze strzykawką.

– Odmówiła – odpowiedział szybko Lestrade – powiedziała, że mogą obejrzeć ją tutaj albo wcale.

– Hmmm... – Sherlock przyglądał się jeszcze przez chwilę, po czym odwrócił do Lestrade'a. – Przypuszczam, że to żona ofiary, niedawno wzięli ślub sądząc po zdjęciach, które przetrwały pożar. – Nie czekając na potwierdzenie inspektora ruszył w stronę kobiety, ufny że inni podążą za nim.

Skuliła się na krześle z głową pochyloną w dół i twarzą przysłoniętą długimi włosami nieokreślonego koloru. Sherlock podszedł na tyle blisko, by mieć pewność że zauważyła czubki jego czarnych butów. Odkaszlnął, zanim się odezwał.

– Przepraszam, pani Wellington, czy mógłbym zadać pani kilka pytań?

– Claymore – powiedziała cichym i zmęczonym głosem.

– Słucham?

– Nazywam się Claymore. Nie zmieniłam nazwiska po ślubie. – Spojrzała na niego wreszcie i jej oczy rozszerzyły się z zaskoczeniem. – Przepraszam... Sherlock?

Sherlock zacisnął usta.

– Znacie się? – odezwał się ze zdumieniem Watson.

– Nie jestem pewien – odpowiedział Sherlock, wyglądając na dość zaskoczonego. Jego umysł natychmiast zaczął odejmować lat, odsłaniać włosy i zmywać ciemne smugi z twarzy, aż z siedzącej przed nim dziewczyny pozostały ciemnobrązowe włosy, miękkie rysy i jasne oczy, które pamiętał.

– Alexandra?

Lestrade spoglądał na nich oboje z niedowierzaniem.

– Więc się znacie?

– Najwyraźniej – odparł zwięźle Sherlock. – Choć w czasach naszej znajomości nie miała na nazwisko Claymore.

– Nie znałeś mojego nazwiska – powiedziała kobieta ze zdumieniem.

Sherlock prychnął i przewrócił oczyma.

– Znałem nazwiska wszystkich.

– To naprawdę fascynujące – zaczął Lestrade – i chętnie poznałbym całą tę historię, czy jednak teraz moglibyśmy wrócić do naszej sprawy?

Sherlock cofnął się o krok, obciągając rękawy.

– Wiem już wszystko, co można odczytać ze śladów pozostawionych w miejscu zbrodni.

– No to oświeć nas, proszę – westchnął Lestrade.

Sherlock nabrał tchu i zaczął mówić pospiesznie, odrobinę znudzonym tonem.

– Pożar wybuchł w sypialni na górze około czwartej rano. Wellington spał tam w pościeli z bawełny poliestrowej, której zwęglone resztki zostały na kanapie, Alexandra spała na dole. Z jego pozycji na łóżku można wnioskować, że Wellington prawdopodobnie stracił przytomność od toksycznych oparów i nawet się nie obudził. Miałeś rację sądząc, że to podpalenie, choć jeśli użyto jakiejś substancji łatwopalnej, to całkowicie się wypaliła i nie ma już po niej śladu. Brak jakiegokolwiek charakterystycznego zapachu sugeruje coś, czego nie widziałem wcześniej, co rozprzestrzenia się szybko i płonąc wytwarza bardzo wysoką temperaturę. Jeśli chodzi o to, co konkretnie, to faktycznie nie mam zielonego pojęcia. – Nabrał powietrza. – I tu się robi ciekawie. Notatka na ścianie łazienki sugeruje podpalenie z premedytacją, co w konsekwencji oznacza morderstwo. Morderca był szybki i pomysłowy, i najprawdopodobniej znał Thomasa Wellingtona oraz miał okazję namazać na ścianie napis czymś ognioodpornym. Więc właściwe pytanie brzmi, czego Wellington się wstydził i za co właściwie miał zapłacić?

– Mordercą był na pewno mężczyzna? – Lestrade wskazał ruchem głowy Alexandrę.

– Statystycznie rzecz biorąc większość podpalaczy to mężczyźni, więc sądzę... Och. Ona tego nie zrobiła, Lestrade.

Alexandra zwróciła się do inspektora, z oczami rozszerzonymi jeszcze bardziej.

– Myśli pan, że miałam z tym coś wspólnego?

– Nic takiego nie powiedziałem – odparł łagodząco Lestrade.

– Nie – Sherlock potrząsnął głową. – Jak mówiłem wcześniej, spała na kanapie, kiedy wybuchł pożar. Gdyby to ona podłożyła ogień, czemu nie opuściłaby domu przez ogród? A wszystko wskazuje na to, że weszła po schodach, żeby spróbować obudzić Wellingtona. Jeszcze nie próbowała się umyć, a nieobecność sadzy wokół ust i nosa sugeruje, że miała dość rozumu by zasłaniać je rękawem. – Wskazał skinieniem głowy na jej dłonie. – Prawą dłoń ma zabandażowaną ze względu na poparzenia, których doznała przy próbie otworzenia drzwi do sypialni. W pośpiechu wyraźnie nie pomyślała o ostrożności. Kiedy nie dała rady ich otworzyć, zbiegła z powrotem na dół, uciekając przed rozprzestrzeniającym się ogniem, ale tym razem była mądrzejsza i kopnięciem wybiła szybę z drzwi balkonowych, co wiemy z układu potłuczonych kawałków i ze skaleczeń na jej prawej stopie. – Sherlock zaskoczył wszystkich unosząc nagle ręce Alexandry, która skrzywiła się z bólu. Powąchał je i bezceremonialnie zrzucił z powrotem na kolana.

– I wreszcie: farba ognioodporna, którą wymalowano napis na ścianie ma bardzo wyraźny zapach, którego nie czuć na jej rękach.

Wszyscy przez chwilę stali lub, w przypadku Alexandry, siedzieli w milczeniu.

– Cóż – Lestrade odezwał się do niej, przerywając ciszę. – Ma rację?

– Dokładnie tak – odpowiedziała, a Sherlock uśmiechnął się drwiąco.

– Sherlock, możemy zamienić dwa słowa, proszę? Na osobności?

Detektyw zmarszczył czoło, ale poszedł za Lestradem na przeciwległy kraniec ogrodu, pozostawiając zakłopotanego Johna z Alexandrą. Doktor uśmiechnął się do niej życzliwie.

– Jestem John... i bardzo mi przykro.

– Dziękuję, John. Ja jestem Alex. – Uśmiech na jej ustach nie sięgnął oczu.

Watson zerknął na Lestrade'a i swojego współlokatora, którzy dyskutowali o czymś zawzięcie.

– Może to nie jest najlepsza pora – odezwał się znowu, wracając wzrokiem do kobiety – ale skąd znacie się z Sherlockiem? Z doświadczenia wiem, że on raczej nie miewa przyjaciół.

Otworzyła usta, aby odpowiedzieć, ale nie zdążyła.

– Czemu spałaś na dole? – krzyknął do niej przez cały ogród Sherlock.

– Co?

– Spałaś na kanapie, na dole. Dlaczego? – On i Lestrade podeszli do nich pospiesznie. Sherlock wpatrywał się w nią intensywnie, czekając na odpowiedź.

– Pokłóciłam się z Tomem, więc spałam na dole.

– Doświadczenie uczy, że to zwykle mąż wynosi się na kanapę.

– Być może, jednak...

– Gdzie twoja obrączka? – przerwał Sherlock.

Alex spojrzała zdziwiona na lewą rękę.

– Nie wiem, musiałam jej zapomnieć...

– A nazwisko, czemu nie przyjęłaś jego?

– Ja...

– I szczerze mówiąc, nie wyglądasz na specjalnie zasmuconą.

Alex zachłysnęła się i podniosła z krzesła, piorunując go wzrokiem.

– Jak śmiesz! Ten człowiek nie żyje!

– Ten człowiek? Nie mój mąż?

– Sherlock, co ci chodzi? – odezwał się głośno Watson, niezadowolony ze sposobu, w jaki detektyw odnosił się do kobiety.

– Chodzi mi o to, John, że to było fikcyjne małżeństwo, i nic poza tym.

– To chore... ty jesteś chory – mruknęła Alex.

– Chore? Świeżo upieczone mężatki nie zapominają obrączek. No i ta kanapa... nie sądzę, że się posprzeczaliście, myślę, że po prostu na niej śpisz. Widziałem zdjęcia z waszego ślubu, wszystkie są wyreżyserowane, brakuje spontanicznie zrobionych amatorskich ujęć. Były wyłącznie na pokaz.

– Nie masz pojęcia...

– To jeszcze nie wszystko – przerwał jej znowu Sherlock. – Kiedy się poznaliśmy, nosiłaś nazwisko Breckenridge. Teraz nazywasz się Claymore, a nie Wellington. Więc wyszłaś za mąż za kogoś, kogo kochałaś na tyle, by zachować jego nazwisko przy ponownym zamążpójściu. Najwyraźniej owdowiałaś i poślubiłaś Wellingtona, ale nie przyjęłaś jego nazwiska. Dlaczego? Bo to małżeństwo nie miało długo potrwać. – Sherlock zaczął przechadzać się po ogrodzie, mówiąc bardziej do siebie niż do słuchaczy. – Więc mówimy o fikcyjnym małżeństwie. Dla obywatelstwa? Nie, też był Anglikiem. Co jeszcze wiemy o trzydziestoletnim, pracującym dla organizacji non-profit Thomasie Wellingtonie? Nie miał pieniędzy? Oczywiście, wystarczy spojrzeć, gdzie mieszkał. Jednak Lestrade twierdzi, ze wywodził się z zamożnej rodziny. Och... – zatrzymał się. – Oczywiście. – Uśmiechnął się do siebie. – Konflikt z rodzicami lub dziadkami. Mieli go za nieodpowiedzialnego i postawili warunki, które musiał spełnić, jeśli chciał otrzymać spadek. Żona, dzieci, ustabilizowany tryb życia... Ale on jest pewien, że się nie uda, bo nawet jeśli weźmie ślub... ze swoim chłopakiem... to rodzina nigdy tego nie zaakceptuje. Więc co robi? Poznaje ciebie – Sherlock wskazał palcem w stronę Alex – i dochodzicie do porozumienia, on ci płaci, byś wzięła z nim ślub i grała dobrą żonę przed jego rodziną, a kiedy on otrzyma spadek, ty dostaniesz swoją dolę, rozwód, i będziesz mogła związać się z kimś innym.

– Genialne – powiedział cicho John.

Sherlock podskoczył lekko i potrząsnął pięścią z ekscytacji.

– Mam rację? – zapytał.

– Boże, naprawdę jesteś draniem, co? – Alexandra skrzyżowała ręce na piersi i zmarszczyła brwi.

Sherlock odchrząknął i opuścił ręce.

– Kwestia opinii.

– Czy on ma rację? – zapytał Lestrade i Alex skinęła głową. – I kiedy zamierzała nam pani o tym powiedzieć?

– Nigdy.

– Dlaczego?

– Czy to nie oczywiste? – wtrącił się Sherlock. – Wciąż miała nadzieję na spadek, chociaż było to mało prawdopodobne. – Uśmiechnął się drwiąco.

Wszyscy patrzyli na Alex.

– Wiem, jak źle to wygląda. – Westchnęła, ale mówiła nadal. – Prawda jest taka, że ledwie znałam Toma, ale był wobec mnie w porządku i nie zrobiłabym mu czegoś takiego.

– No oczywiście, że nie – powiedział poważnie Sherlock.

– Ale...

– Ona tego nie zrobiła, Lestrade. Nie zaryzykowałaby utraty swojej części spadku.

Lestrade westchnął z frustracją.

– No dobrze, w takim razie kto to zrobił?

Sherlock jęknął głośno i podniósł oczy do nieba.

– Wszystko ci muszę wyjaśnić, co? – Spojrzał ponownie na Lestrade'a. – Chciałbym zobaczyć tego chłopaka. Notatka może być jego robotą – wstydliwy sekret ukrywany przed konserwatywną rodziną.

– Czy wie pani, jak nazywał się przyjaciel pani męża? – zapytał Lestrade.

– Nie, miał kogoś, ale nigdy go nie poznałam... Przepraszam, czy jestem już wolna?

– Tak myślę, ale bądźmy w kontakcie. Proszę nie wyjeżdżać z Londynu. – Lestrade odwrócił się i odszedł w stronę sierżant Donovan.

– Nie mamy tu już nic do zrobienia. – Sherlock włożył czarne skórzane rękawiczki i poprawił szalik, po czym skinął młodej kobiecie głową.

– Alexandra. Chodźmy, John. – Odwrócił się i ruszył w stronę bramy, którą przyszli.

– Ej, Sherlock ... czekaj – Watson odwrócił się do Alexandry. – Podwieźć cię gdzieś, może do rodziny? Przecież nie zostaniesz tutaj.

Alex pokręciła głową.

– Nie, nie do rodziny. Nic mi nie będzie. Wynajmę gdzieś pokój. Ale dzięki. Jesteś milszy niż większość ludzi, których spotykam. – Uśmiechnęła się lekko.

– John, z powrotem będziemy musieli wziąć taksówkę – rzucił Sherlock, wracając do ogrodu. – Lestrade odesłał samochód.

Watson podniósł rękę, by uciszyć detektywa.

– W porządku, poczekaj chwilę. – Ponownie zwrócił się do Alex. – Możesz zatrzymać się dzisiaj w naszym mieszkaniu, jeśli chcesz.

– Nie, nie może – zaprotestował Sherlock, stając obok.

– Sherlock, daj spokój – skarcił go Watson. – To nie było zbyt gościnne.

– Bo nie miało być – odparł powoli detektyw.

Alexandra uniosła brew.

– Nie trzeba, John, naprawdę. Coś sobie znajdę.

– Nie, wiesz co? Zatrzymasz się na dzisiejszą noc w moim pokoju, a ja się prześpię w salonie. Przynajmniej będziesz miała gdzie się umyć i odpocząć przed spotkaniem z Wellingtonami. – Zerknął na detektywa. – Ja też tam mieszkam, Sherlock, przypominam.

Holmes zacisnął usta i spiorunował go wzrokiem.

– Znakomicie – prychnął, odwracając się na pięcie. – Ale płacisz za taksówkę – rzucił przez ramię.

John uśmiechnął się z zakłopotaniem.

– Idziemy? – Wskazał na współlokatora i ruszyli za nim, kierując się w stronę ulicy.

– Więc... – odezwał się niepewnie John – Tak z ciekawości, gdzie poznałaś Sherlocka? Na uczelni?

Potrząsnęła głową.

– Nie, nigdy nie poszłam na studia.

– W takim razie gdzie?

Zerknęła na Johna kątem oka, po czym przeniosła wzrok na wysoką, wyprostowaną postać przed nimi.

– Na odwyku.