Nadbałtycka plaża
Prusy wspominał. Siedząc na brudnej ziemi, plecami wsparty o mur, odgrzebywał w pamięci swój niepokój, gdy niespodziewanie zniknęło Święte Cesarstwo Rzymskie, zdziwienie, jakie ogarnęło go, kiedy znalazł małego blondwłosego chłopca. To dziecko stało się najważniejszą osobą w jego życiu; opiekował się nim i chronił najlepiej jak potrafił. Obserwował jak dorasta. Trochę zbyt szybko w jego oczach. Patrzył jak staje się silnym, samodzielnym państwem. Ale Niemcy wciąż był dla niego najważniejszy. Wciąż byli razem. Aż do tego momentu.
-Bruder? – Usłyszał stłumiony głos. Jego serce podskoczyło, a motyle zatrzepotały w żołądku.
-West? Jak dobrze znów cię słyszeć.
Tego dnia, Gilbert stał w pierwszym szeregu. Był jednym z pierwszych, którzy przekroczyli granicę, rozbijali mur. Był już bardzo słaby, ale tęsknota dodawała mu sił. W końcu udało się – Mur Berliński runął.
W głowie kręciło mu się ze szczęścia. Teraz tylko odna… Jego wzrok natrafił na znajomą sylwetkę. Ich spojrzenia spotkały się na moment, nim padli sobie w objęcia.
-Mein Bruder… - Szeptał to jeden, to drugi.
Nastąpiło zjednoczenie Niemiec, a ich chwilowe szczęście nieubłaganie zmierzało ku końcowi. Gilbert zaczynał umierać. Ludwig wiedział to, powoli przejmując obowiązki Prus w państwie. Bo czymże jest personifikacja bez własnego kraju? Pruskie ziemie od dawna należą do Polski. Mimo że Gilbert jest jednym z germanów i mógłby spokojnie żyć z Ludwigiem w Berlinie, jego pruska duma na to nie pozwoli. Tak samo jak na okazanie słabości. Nikt oprócz Niemiec nie wiedział, co się z nim dzieje, dopóki na spotkaniu z Austrią nie zaczął kaszleć krwią. Później nie mógł się już ukrywać.
-Bruder? Co ty robisz?
Niemcy opierał się o framugę i patrzył jak Gilbert krząta się po pokoju, zgarniając swoje rzeczy do torby.
-Chcę odwiedzić kilka miejsc. – Odpowiedział, grzebiąc w jednej z szuflad. Po chwili namysłu dodał: - Może nawet odwiedzę Rosję.
-Nie! – Zaprotestował trochę zbyt gwałtownie. Starał się uspokoić głos. – Nie pozwolę ci iść do tego psychopaty. Zatrzymam cię nawet siłą…
-Dobrze. – Uciął Prusy. Westchnął ciężko. Wyraźnie nie miał sił na kłótnie. – Dobrze, nie pójdę do Ivana. Ale muszę zobaczyć się z Polską i Litwą.
-Przecież wiesz, że rozstali się już dawno. – Ludwig nie miał zamiaru mu odmawiać. Może sam po prostu nie chciał patrzeć na jego cierpienie.
-Może uda mi się spełnić ostatni dobry uczynek. – Uśmiechnął się smutno.
Zatrzasnął swoją niewielką walizkę i ruszył do wyjścia. Przed drzwiami zatrzymał się jednak i odwrócił do brata.
-Żegnaj, West.
I pocałował go całkowicie nie po bratersku. Następnie po prostu wziął bagaż i wyszedł, pozostawiając za sobą oniemiałego Niemcy. Blondyn zupełnie odruchowo znalazł się w pokoju Prus. Coś przykuło jego uwagę. Na stole leżał jego największy amulet – krzyż maltański. Poczuł się jak uderzony węgierską patelnią w łeb
-Bruder… Naprawdę nie zamierzasz już wrócić?
Któregoś dnia na nadbałtyckiej plaży ktoś zobaczył białowłosego mężczyznę. Wyglądał na bardzo słabego. Chwilę później już go nie było.
End.
