Witajcie po długiej przerwie. Należą się Wam pewne wyjaśnienia odnośnie tej historii... Była przedstawiona zupełnie inaczej, ponieważ gdy publikowałam po raz pierwszy, a było to dość dawno, pisałam po prostu dla siebie. Jednak zaczęłam pisać dla kogoś kto nie zna tego fandomu i w związku z tym w mojej opowieści Hannibal Lecter pojawia się dopiero w rozdziale trzecim, a narracja będzie prowadzona z punktu pacjentki. Uznałam, że ta wersja jest o wiele lepsza od poprzedniej, postarałam się też poprawić błędy.
Mam nadzieję, że się Wam spodoba :)

Pozdrawiam, AD.


Zimny wiatr rozwiewał jej włosy, tworząc wokół głowy puchową aureolę. Trzymała rękę w powietrzu, wyciągniętą za otwarte okno samochodu. Zza uchylonych powiek obserwowała leniwie swoją dłoń. Otwierała i zamykała palce, czując jak powietrze niby aksamitna grzywa rozpędzonego rumaka przelewało się między jej palcami. Przyjemnie było pozwolić uciec choć części ciała i umysłu od nagrzanego wnętrza pojazdu. Rozmyślania przerwał jej cichy śmiech kierowcy.

- Uważaj, Księżniczko. Przeziębienie nie byłoby teraz dobrym pomysłem.

Dziewczyna uśmiechnęła się lekko i spojrzała na mężczyznę. Zawsze troszczył się o jej zdrowie. Taka była jego praca. Z westchnieniem wcisnęła przycisk zamykający okno.

Jechali główną autostradą na północnym wschodzie. Zawsze kiedy byli sami podczas podróży, rozmowy potrafiły ciągnąć się godzinami, jednak tym razem w powietrzu prawie namacalnie czuć było napięcie. Za szybami w zastraszającym tempie ginęły cienie drzew, oświetlone resztką zimowego słońca. Tak szybko jak kształty znikały sprzed jej oczu, tak coraz bardziej ogarniały ją wątpliwości. Druga przeprowadzka w tym roku. Siódma w ciągu ostatnich trzech lat.

- Rozchmurz się, Księżniczko. To jeszcze nie koniec świata.

Rzuciła mu krzywe spojrzenie, lecz w odpowiedzi otrzymała przepraszający uśmiech.

Tylko Rey wiedział o tym, jak ciężko znosi wszystkie wymysły wuja. Był przyjacielem jej rodziców na długo przed tym jak przyszła na świat. Obiecał, że jeśli cokolwiek się im stanie, zaopiekuje się ich jedynym dzieckiem. Nigdy nie żałował swojej decyzji. Nawet wtedy, gdy trzymał w ramionach czternastoletnią Rose. Małe, zapłakane i drżące dziecko, któremu w brutalny sposób oznajmiło się, że zostało same na świecie. Nie mógł jednak przewidzieć, że opieka nad dzieckiem spadnie na barki najmniej odpowiedniej na to miejsce osoby. Wuj Rose, Benedict Hamilton, był zawsze zbyt zajęty i pozwalały mu na to jego pieniądze. Tak więc Rey zatrudnił się jako osobisty kierowca Rose. Na nic innego pan Hamilton nie wyraził zgody. Na całe szczęście dziewczyna często podróżowała.
Teraz Rose miała dziewiętnaście lat i po raz siódmy zmieniała miejsce zamieszkania, a on po raz siódmy wiózł ją do siódmej rezydencji wuja. Zwykle dziewczyna reagowała na to obojętnie, pozostając bierna pomysłom opiekuna. Tym razem mężczyzna wyraźnie wyczuwał niepokój.

- Rey, daleko jeszcze?

- Zaraz zjedziemy z autostrady. Parę kilometrów. – zerknął na nią przelotnie. – Jesteś zmęczona?

- Nie. – odparła, lecz zdradziła się ziewając. – Spałam jakiś czas.

Przez chwilę jechali w ciszy.

- Wiesz coś o tym domu?

- Cóż… Na pewno jest duży. – zignorował dziewczynę, która prychnęła i przewróciła oczami. Nie musiał tego mówić. Każdy dom Hamiltona był ogromny. – Poza tym znajduje się na kompletnym odludziu, a to coś nowego jak na niego.

Tym razem Rey nie mógł zignorować wyraźnego drgnięcia Rose, która pod wpływem jego słów i wewnętrznego impulsu podciągnęła kolana pod brodę.

- Hej, Księżniczko. Wszystko gra?

Chciał na nią zerknąć, ale musiał skupić się na drodze. Przed nimi jakby spod ziemi wyrosła kolumna wielkich ciężarówek. Kątem oka widział jej skuloną na fotelu postać.

- To nic, po prostu… Powiedział mi, że teraz zostanie ze mną w domu.

Rey ze zdziwienia zapomniał o tirach przed nimi.

- Zostaje? To dziwne, o niczym mi nie wspominał. – mężczyzna wrócił wzrokiem na drogę i od razu musiał zrobić unik. Benedict Hamilton był znany z paru rzeczy. Po pierwsze i najważniejsze – miał pieniędzy jak lodu. Po drugie - nie sposób było zliczyć jego kobiet. Po trzecie – nie interesował się Rose i nigdy nie było go w domu. Posiadłości kupował z samej potrzeby posiadania luksusu, nie z chęci zamieszkania w ładnym miejscu. Nowością był dla Reya fakt, że postanawia gdziekolwiek zostać. – Mówił ci może dlaczego?

Dziewczyna wzruszyła ramionami.

- W takim razie czas pokaże. Przygotuj się, za niedługo będziemy.

Rey wrzucił migacz i zjechał na pas prowadzący do zjazdu z autostrady. Kiedy znaleźli się na mniejszej, lokalnej drodze, musiał jeszcze bardziej wytężyć uwagę. Na międzystanowej duży problem stanowiły ciężarówki, które pluły dookoła siebie śniegiem zmieszanym z błotem, ale przynajmniej te drogi były regularnie odśnieżane. Nie była to przyjemna zima dla kierowców. Posiadłość pana Hamiltona znajdowała się w dużym odosobnieniu i mężczyzna obawiał się o stan dróg do niej prowadzących. W najlepszym razie czeka ich nieodśnieżony kawałek drogi, ale Rey bał się gołoledzi. Co prawda wokół nich napadało bardzo dużo śniegu, jednak w Maryland jeśli chodzi o zimę wszystko jest możliwe. Obok niego Rose uparcie milczała, nie odpowiadając na jego próby nawiązania rozmowy. Zapadł ciemny i zimny wieczór, więc zmuszony był do jazdy na długich światłach. Całe szczęście, że pan Hamilton nie szczędzi wydatków na swoje pojazdy. Bez napędu na cztery nie poradziliby sobie w tych warunkach. Jednak Range Rover wspomagany łańcuchami radził sobie świetnie.

Po kilkunastu minutach przedzierania się przez zaspy GPS wreszcie wskazał cel ich podróży. Duży, oświetlony reflektorami gmach w starym stylu wyłonił się majestatycznie wśród drzew. Ostry gotycki łuk prowadził na dziedziniec, teraz otoczony skorupami drzew. Pośrodku stała fontanna z ciemnego kamienia. Z dziobu sporego łabędzia zwisały sople lodu, a jego kamienne, zimne oczy odbijały światła samochodu.

Rey zatrzymał Range Rovera blisko wejścia, wpadając w lekki poślizg. Usłyszał, jak dziewczyna bierze głęboki oddech. W końcu odwrócił się zupełnie i spokojnie spojrzał na Rose.

- Widzę, że coś cię męczy. Powiesz mi co się dzieje?

Reakcją Rose był głębszy i przyśpieszony oddech. Pochyliła głowę i zacisnęła pięści na kolanach.

- Hej, Księżniczko, co się…

- Nie, po prostu, on…

W tym momencie ciężkie drzwi prowadzące do wnętrza budynku rozwarły się. Wyszedł z nich niski mężczyzna opatulony w szale. Zapukał w szybę. Rey otworzył ją z trudem.

- Panna Rose i pan Reynold?!

- Owszem! – Rey zdołał przekrzyczeć wiatr. – Chodź Księżniczko, opowiesz mi wszystko później.

Wysiedli z samochodu. Dziewczyna od razu pobiegła do otwartych drzwi, co skończyło się upadkiem przed samym progiem. Klnąc pod nosem wstała i otrzepała spodnie. Śnieg rozpadał się na dobre, ledwo widziała mężczyzn, którzy wyciągali jej bagaż z samochodu. Uznając, że poradzą sobie bez niej, weszła do domu.
O ile można nazwać ten budynek domem.
Duży kwadratowy hol zdobiły trofea myśliwskie i obrazy przedstawiające sceny polowań. Naprzeciw drzwi wejściowych znajdowały się szerokie schody prowadzące na piętro. Rose weszła głębiej, zaciekawiona otoczeniem. Po prawej stronie widniał rząd zamkniętych drzwi, dość małych i w kolorze zbliżonym do ściany. Skierowała się ku lewym drzwiom, o wiele większym i wykonanym z innego gatunku drewna. Co najważniejsze, otwartych. Wydobywał się z nich migocący, miękki blask ognia i jego ciepło. Dziewczyna usłyszała też delikatne dźwięki fortepianu. Nie przypominała sobie, żeby wuj kiedykolwiek grał. Niepewnie ruszyła w stronę ognia, nagle zdając sobie sprawę z tego, jak wiele ma na sobie śniegu. Mimo tego ostrożnie podeszła do drzwi. Za nimi był największy salon jaki kiedykolwiek widziała. Duże, sięgające sufitu okna wychodziły na zachód. Ciężkie zasłony skrywały białe od śniegu szyby. Na końcu pomieszczenia znajdował się duży kominek z białego marmuru. Nad nim wisiała głowa jelenia z rozłożystym porożem. Tak jak w holu ściany pokrywała mieszanina trofeów i obrazów. Tu jednak przeważała mitologia. Starożytne oczy skryte w półmroku spoglądały na nią beznamiętnie. Pośrodku ustawione były sofy i fotele obite skórą oraz aksamitem. Rzeźby bezimiennych kobiet zdobiły przestrzeń pod oknami. Na samym końcu pomieszczenia, między śniegiem tłukącym w szyby a ogniem, stał fortepian. Wydobywające się z niego dźwięki budziły w dziewczynie uczucie tęsknoty, o której nie miała pojęcia. Zwabiona melodią podeszła bliżej. Benedict Hamilton siedział do niej bokiem, widziała zarys jego prawego profilu. Głowa mężczyzny poruszała się w rytm muzyki, a przez jego ciało przepływała energia pochodząca z instrumentu. Nie zauważył jej. Rose walczyła ze sobą, by nie uciec z pomieszczenia. Jak zawsze miał na sobie elegancką koszulę, jednak krawat i marynarka rozrzucone były na fotelu. Zupełnie zatracił się w muzyce, jego usta rozchyliły się lekko. Przechodząc do ostrzejszych tonów, czarne jak skrzydło kruka włosy opadły mu na policzek. Nagle przerwał w połowie dźwięku.

- Dlaczego nie poszłaś do swojego pokoju?

W pierwszym momencie dziewczyna nie zrozumiała, że wuj zwraca się do niej. Pytanie odnosiło się do ich rytuału. On udawał, że dziewczyna nie istnieje, a ona starała się nie wchodzić mu w drogę. Nigdy się nie witali. Rose zawsze po przyjściu do domu szła do swoich pokoi, lub na zewnątrz, jeśli była taka możliwość. Żadnych pytań o miniony dzień. Żadnych uprzejmości. Sama zdziwiła się swoim zachowaniem.

- Usłyszałam fortepian. Chciałam tylko…

- Dobrze, że nie jesteś głucha. A teraz odejdź.

- Ale ja…

- Wyjdź.

Rose prawie wybiegła z pokoju, przy wyjściu wpadając na Reya.

- Hej, Mała, nic ci nie jest? – jego zatroskane spojrzenie prześlizgnęło się po łzach upokorzenia spływających po jej twarzy. – Twoje rzeczy już są na górze. Co się stało?

Dziewczyna on razu się opanowała. Nie mogła sobie pozwolić na dezorientację. Uśmiechnęła się delikatnie.

- Nic się nie stało. Jestem po prostu zmęczona. – dla autentyczności swoich słów wyprodukowała ziewnięcie, nie do końca udawane. – Gdzie jest mój pokój?

- Raczej pokoje… Ten dom jest ogromny. Po schodach i w prawo. Ostatnie drzwi.

- Dziękuję. Dobranoc, Rey. – dziewczyna odeszła bez względnych tłumaczeń. Mężczyzna stał przez chwilę w holu i patrzył się na nią, dopóki pan Hamilton nie wezwał go do siebie.

Rose powoli weszła po schodach. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak bardzo jest zmęczona. W pewnym momencie musiała podtrzymać się poręczy by nie upaść. W drodze do pokoju uznała, że lepiej nie ryzykować kąpieli. Lepiej, by w łazience znajdował się prysznic. Zgodnie z wskazówkami Reya poszła na sam koniec długiego korytarza. Wszystko w tym domu było takie ogromne i stare, że miała podejrzenia jak wyglądać będzie pokój sypialny. Ale nic nie przygotowało ją na widok tego, co zastała gdy weszła do środka.

Machinalnie jej spojrzenie najpierw powędrowało do okien. Podeszła do nich w półmroku spowijającym pokój. Przeszklone drzwi wychodziły na średni balkon, z którego zapewne rozpościerał się wspaniały widok, jednak dziewczyna zobaczyła tylko ciemność i śnieg. Wróciła do drzwi w poszukiwaniu kontaktu. Gdy go wymacała i nacisnęła, jej oczom ukazał się duży pokój w iście gotyckim stylu. Łoże stało bokiem do okien. Było czarne. Baldachim z ciężkiego, czarnego materiału ginął w mroku sufitu. Narzuta była koloru bardzo ciemnego kasztanu, który skrywał ciemnozieloną pościel. Rose usiadła na łóżku. Materac poddał się jej ciężarowi. Zanurzyła się w miękkości pachnącej lawendą. Nie mogła jednak zasnąć, dopóki nie zrobi ze sobą porządku. Ponownie usiadła na łóżku i zrzuciła ciężki buty wraz ze skarpetami ze stóp. W dalszej części pokoju stała sofa i stolik, a także większy stół i krzesła. Najwidoczniej będzie tu jadała. Jak zwykle w swoim pokoju. Za stołem zobaczyła dwoje drzwi. Pomyślała, że któreś z nich powinny prowadzić do łazienki. Wybrała prawe, po czym weszła do pomieszczenia.

Panowała tu nieprzenikniona ciemność, chociaż zapach unoszący się w powietrzu zdradził funkcję pomieszczenia. Jej nagie stopy rozpoznały kształt i chłód kafelek. Włączyła światło. Łazienka miała kształt półkola. Dwie ściany naprzeciw siebie pełniły funkcję lustra. Po lewej stronie stała staromodna umywalka, zaś bidet i sedes schowane były za wnęką. Jednak nie było mowy o prysznicu. prawie całą powierzchnię naprzeciw drzwi zajmował kamienny basen, już napełniony wodą. Jej miłość do wody przeważyła nad wcześniejszymi postanowieniami, zmęczona dziewczyna w pośpiechu zdjęła z siebie ubranie, po czym weszła do letniej wody, która również pachniała lawendą. Basen okazał się głębszy i większy niż myślała. Kiedy stała, woda sięgała jej piersi. Zanurzyła się więc cała i przepłynęła pod wodą na drugi koniec basenu. Dopiero teraz zauważyła, że cały sufit pokrywa mozaika z malutkich kolorowych kafelek, które akurat nad basenem układały się w powabny kształt syreny. Rose była zbyt zmęczona, by pozwolić sobie na długą kąpiel. Umywszy się, wyszła z wody. Po wykonaniu większości niezbędnych wieczorem toaletowych czynności, dziewczyna weszła do pokoju owinięta w ręcznik.

W pomieszczeniu było zadziwiająco ciepło. Zdjęła więc z siebie ręcznik i przeszła nago przez pokój. Przyjrzała się bliżej meblom. Po lewej stronie łóżka stał hebanowy stolik. Na nim leżała pergaminowa koperta. Rose wzięła ją do rąk, domyślając się od kogo owe znalezisko pochodzi i co jest w nim zawarte. Jednak z duszą na ramieniu rozerwała pergamin.

Droga Rose, nie będąc w stanie przekazać Ci tego osobiście, pozwoliłem sobie napisać krótką notatkę.

Możesz swobodnie poruszać się po całej posiadłości, chociaż szczegóły tego omówimy później.

O posiłki się nie martw, będą podawane do Twojego pokoju.

W razie jakiegokolwiek problemu zawiadom panaReynolda.

B.H.

Rose była w szoku. Jej wuj nigdy, przenigdy do niej nie napisał. Przesunęła opuszkami palców po delikatnych śladach stalówki. Zaczęła się poważnie zastanawiać o co
w tym wszystkim chodzi. Przecież na dole zachował się wobec niej podle. Co tak bardzo zmieniło jego nastawienie? Nie była w stanie tego stwierdzić. Zmęczenie okazało się silniejsze. Gdy tylko przyłożyła głowę do poduszki, odpłynęła w niespokojny sen.