Autor: Jess Pallas

Tytuł oryginału: For Want Of Silken Thread

Link do oryginału: s/5645589/1/For-Want-of-Silken-Thread

JEDWABNA NIĆ

1. Dementor

Szkoła Magii i Czarodziejstwa Hogwart, luty 1994.

Było zimno.

Remus Lupin zignorował dreszcz przebiegający mu wzdłuż kręgosłupa; ciaśniej otulił się peleryną, wpatrując się w ciemność, która rozpościerała się u stóp Zakazanego Lasu. Dzień chylił się już ku wieczorowi; noc granatowym pasmem nadchodziła znad wierzchołków gór na wschodzie, a na zachodzie nieuchronnie oddalała się pomarańczowa poświata znikającego za horyzontem słońca.

Nie miał wiele czasu – a był jedyną osobą, która wiedziała, czego szukać.

Łapy. Syriusza.

Myśl o przezwisku z czasów młodości była jak zgrzyt w jego umyśle – ostre wspomnienie czasów, kiedy ufał, kiedy wierzył i był cudownie nieświadomy tego wszystkiego, co miało nadejść. Teraz oczywiście nie było już po nim śladu, jak po popiele rozsypanym na wietrze; wypaliła je utrata Jamesa, Lily i Petera. Mężczyzna, zdrajca, który podłożył płomień, poprzedniej nocy dostał się do zamku Hogwart i groził nożem trzynastoletniemu chłopcu; potem zniknął.

Tego dnia Remus przysłuchiwał się szeptom, podejrzeniom i teoriom uczniów, których mijał na korytarzach; słyszał ich obawy, czuł ich strach i cały dzień zastanawiał się: czy to jego milczenie było powodem, dla którego musieli trwać w takim strachu? Czy tylko jemu znany był sekret tajemniczego włamania Blacka?

Ostatnia nić jego zaufania coraz bardziej się strzępiła. Ostatni sekret, który zachował, palił go żywym ogniem.

To musiała być Czarna Magia. Słowa te po raz kolejny rozległy się w jego głowie, walcząc z mrokiem i widmem niepewności. Musiała. Jak ktokolwiek mógłby przegapić psa wielkości Łapy, jeżeli w ten właśnie sposób uciekł z zamku?

Jednak musiał mieć pewność. Chodziło o ludzkie życie. Nie będzie mógł żyć ze sobą, jeżeli nie wymknie się i przynajmniej tego nie sprawdzi...

W taki właśnie sposób znalazł się tutaj, przeczesując obrzeża terenów Hogwartu w poszukiwaniu śladów.

Śladów psich łap.

Zimno przenikało go do kości; zachodzące słońce coraz bardziej wydłużało cienie drzew. Jego umysł wydawał się dziwnie odizolowany.

Wiedział, że zadanie, które sobie wyznaczył, było impulsywnym, niebezpiecznym idiotyzmem. Nie wiedział przecież co zrobi, jeżeli znajdzie coś więcej, niż tylko ślady łap. W pierwszych, koszmarnych dniach po śmierci Jamesa, Lily i Petera zastanawiał się nad wieloma zaklęciami i klątwami, które z wielką chęcią rzuciłby na Syriusza Blacka, jeśli kiedykolwiek jeszcze byłoby im dane się spotkać, ale teraz był starszy i bardziej znużony, a jego myśli o zemście przeszły w umęczoną rezygnację. Teraz Remus chciał już tylko, aby Syriusza złapano – i żeby Harry był bezpieczny.

Nikomu nie powiedział, co robi. Snape i bez tego był w stosunku do niego podejrzliwy, szepcząc wśród grona pedagogicznego pomówienia i kłamstwa, ale w rzeczy samej – jak by to wyglądało, gdyby ogłosił, że wychodzi, by szukać Syriusza – Blacka – sam? Nie, lepiej będzie, gdy zrobi to, co ma zrobić, bez zbędnego rozgłosu. Jeżeli natomiast znajdzie to, czego szuka – a modlił się, by tak się nie stało – to wtedy pójdzie do Dumbledore'a i wszystko mu wyzna.

Jakaś jego część chciała znaleźć te ślady i wreszcie mieć powód, by zrzucić kłamstwa ze swoich barków. Ale była też inna część, która bała się zimnego rozczarowania w oczach Dumbledore'a i ciężaru poczucia winy.

Jeśli to Łapa – jeśli właśnie w ten sposób ukrywał się w cały ten czas – to jest to moja wina. Został animagiem dlatego, że ja byłem wilkołakiem. I jeżeli znów zabije... jeżeli zabije Harry'ego...

To będzie moja wina.

Ściskając mocniej różdżkę w dłoni, Remus kontynuował swój wolny spacer przy zanikającym świetle dnia. Przed nim rozciągały się hogwarckie błonia, na które powoli wstępowała mgła z Zakazanego Lasu. Chłód powietrza stawał się z każdym kolejnym krokiem coraz bardziej dojmujący. Jego oddech opuszczał płuca w formie pary, a ciemne myśli krążyły w głowie.

Przeze mnie, powtórzył miękko w ciszy swojego umysłu. To wszystko przeze mnie; przez wilkołaka, który niszczy wszystko, czego tylko dotknie. Czy to kara? Czy to wszystko stało się dlatego, że miałem czelność starać się wieść normalne życie? Mieć przyjaciół, braci, ludzi, na których mi zależało i którym zależało na mnie?

Coś ciemnego szepnęło sunąc między drzewami i zostawiając za sobą chłód, ale Remus nie zauważył niczego, zaabsorbowany własnym mrokiem, który ogarniał jego myśli i emocje.

Moje ugryzienie. Remus delikatnie przesunął palcami po piersi, śledząc niewidoczny półksiężyc, jaki tworzyły ślady zębów szpecących skórę pod szatą. To wszystko przez moje ugryzienie.

Nie pamiętał niczego z tamtej straszliwej nocy, która zmieniła jego życie; nigdy nie pamiętał. Jego rodzice powiedzieli, że był zbyt młody, a samo zdarzenie – zbyt traumatyczne. To, co ukształtowało całą jego egzystencję i życie jego bliskich, przepadło jakby odgrodzone ścianą w jego umyśle. Ale skutki tej zapomnianej nocy wciąż dawały mu się we znaki i tak będzie już zawsze. Nie powstrzymując niebezpiecznych planów Jamesa i Syriusza by zostać animagami, a następnie wypraw podczas pełni księżyca, podsycił tylko ich arogancję. Gdyby nie przytomność umysłu Jamesa, wiele lat temu zabiłby Severusa Snape'a pod Wierzbą Bijącą. Jego likantropia doprowadziła do rozłamu w Zakonie, rozłamu, który odwrócił uwagę od Syriusza i jego prawdziwych zamiarów. Ale największy horror, jaki niósł ze sobą jego stan, objawił się w straszliwą noc drugiego listopada 1981 roku, kiedy to pozostawiony sam z cierpieniem i zbyt dużą ilością Ognistej Whiskey, stracił nad sobą kontrolę na jeden, fatalny moment i pozwolił, by wilk całkowicie opanował jego ludzki umysł. Fakt, że Alastor Moody nie został zraniony podczas jego szaleńczego ataku był w znacznie większej mierze zasługą szybkiego pojawienia się Albusa Dumbledore'a niż jego zachowań i chociaż nigdy więcej nie dał się ponieść swoim najniższym, zwierzęcym instynktom, to nie był jednocześnie w stanie zapomnieć tego jednego momentu, kiedy Remus Lupin przestał istnieć, a jego umysł był całkowicie wilczy.

Był świadkiem tak wielu cierpień. Tak wielu strat...

Było naprawdę straszliwie zimno.

Cienie przesuwały się, a mroczne wspomnienia unosiły.

Syriusz Black śmiał się szaleńczo na zdjęciu pod nagłówkiem zawiadamiającym o śmierci Potterów...

Nie, przestań.

Oczy nastoletniego Severusa Snape'a wypełniła nienawiść, kiedy patrzył, jak Remus wchodzi do klasy na ich pierwszą wspólną lekcję po ataku...

Przestań.

Oczy Albusa Dumbledore'a były pełne współczucia. „Remusie – chodzi o Lily i Jamesa..."

Przestań.

Alastor Moody zatoczył się do tyłu trzymając się za krwawiący policzek... „Lupin! Opanuj się! Lupin!"

Natychmiast przestań.

Blada, zagubiona twarz jego ojca pojawiająca się w jego kominku. „Remus, twoja matka..."

Przestań!

Srebrzysta poświata księżyca. Wrzeszcząca Chata.

Nie, nie, przestań! Co się z tobą dzieje?

Coś ciemnego otarło się o jego nadgarstek; zakapturzona postać wyłoniła się spomiędzy drzew...

Dementor.

Dementor, który patrolował teren szkoły w poszukiwaniu śladów Syriusza Blacka, zupełnie tak jak on. A Remus wpadł prosto w jego łapy.

Każda szczęśliwa myśl zniknęła.

Srebrzysta księżycowa poświata, blask księżyca w pełni...

Ten dementor nie był sam.

Dwaj dementorzy. Trzej dementorzy... Byli wszędzie dookoła, gromadzili się; byli głodni. Poczuli jego umysł, jego duszę i przybyli z nadzieją na łatwy posiłek. Owszem, byli posłuszni Dumbledore'owi, ale Dumbledore'a tu nie było, a Remus był sam...

Blask księżyca...

Ścisnął różdżkę w dłoni. Poczuli jego smutek i rozpacz i gromadzili się, by pławić się w jego bezsilności. Musiał udowodnić, że nie jest łatwą zdobyczą i przywołać swojego Patronusa. Szczęśliwe wspomnienie. Potrzebował szczęśliwego wspomnienia...

Ale niełatwo było je znaleźć, gdy w jego głowie kłębiły się ciemne myśli i wizja blasku księżyca w pełni.

Remus nie był w stanie myśleć, nie był w stanie oddychać. Świat wirował, pulsował, a każde szczęśliwe wspomnienie, które mógłby przywołać, rozpłynęło się w nicości. Dementorów było zbyt dużo, byli zbyt blisko.

Ale musiał spróbować.

- Expect...

Światło księżyca...

- Expecto...

Mnóstwo światła księżyca...

- Expecto... expecto...

Księżyc, księżyc w pełni, jego poświata przynosząca ból, ból...

- Expecto... Pat... Patro...

Światło księżyca... tyle bólu...

I nagle coś się w nim odblokowało.

Srebrne promienie przebijały się przez wszechogarniającą ciemność, rzucając cętki światła, które z drwiącym pięknem migotały i błyskały przed oczami. Czuł swój własny, chrapliwy oddech w wyschniętym, bolącym gardle i drżenie wyczerpanego ciała. Biegł zbyt długo, zbyt szybko, ale co innego mógł zrobić? Gałęzie uderzały jego twarz, przewracając raz za razem. Był zrozpaczony, zdezorientowany; szlochał. Był już teraz na czworakach; jego ubranie było w strzępach, a z ran na ciele sączyła się krew; z całych sił starał się uciec...

Słyszał, że to się zbliża. On powiedział mu, że tak będzie.

Nigdy w życiu nie bał się tak bardzo.

Musiał się ukryć. Natychmiast.

Na jego drodze zamajaczyło drzewo, którego gałęzie zwisały dość nisko, by mógł je złapać. Rzucił się na nie rozpaczliwie i objął pień; kora kruszyła się pod jego drobnymi palcami, gdy próbował wdrapać się wyżej, gdzie byłby bezpieczny.

Ale nie był dość szybki.

Słyszał swój własny krzyk, kiedy pazury wbiły się w jego plecy, ściągnęły w dół i cisnęły na ziemię, gdzie pozostał – zwinięty w kłębek na prawym boku, drżący i szlochający w pokrytą mchem ziemię.

To był koniec.

Ciemna sylwetka, ponad dwa razy większa od niego, wynurzyła się z cienia. Jej przednie łapy były pokryte jego zaschnięta krwią; jej zęby błyskały w srebrnym świetle księżyca. Nagle rozległ się niski, zwierzęcy warkot, którego dźwięk zmroził go do kości. Żółte oczy lśniły.

Bestia rzuciła się na niego.

A potem nie było już niczego z wyjątkiem bólu...

- Remus? Remus? Hej, wyłaź stamtąd, wyłaź!

Głos.

Leżał na plecach, na ziemi, tuż obok wysokiego muru, ale nie było żadnego lasu skąpanego w świetle księżyca ani żadnej gleby pokrytej krwią, a ból w jego bliźnie był zaledwie echem. Sześciu dementorów zebrało się wokół niego – postacie-widma, obserwujące spod kapturów, pochłaniające wszystko z wyjątkiem najgorszych koszmarów...

Nie.

Głos jego matki, nucący cicho kołysankę. Krzywy uśmiech ojca, opierającego się o framugę i obserwującego ich. Determinacja na twarzy Jamesa Pottera, gdy przemierzał na swojej miotle boisko do Quidditcha. Triumf na twarzy Petera, gdy wreszcie udało mu się transformować. Śmiech Lily na patrolu prefektów. Patronus Harry'ego Pottera... Rogacz.

- Expecto Patronum!

Błysnęło srebrne światło. Dementorzy uciekli.

Olbrzymia ręka zacisnęła się na jego ramieniu i bezceremonialnie dźwignęła w górę. Równie wielka, ukryta pod brodą twarz Hagrida pochylała się nad nim.

- W porząsiu, Remus? – spytał. – Te diabelne stwory są gorsze, niż sępy...

- Nic mi nie jest. – Remus podejrzewał, że ta deklaracja byłaby bardziej wiarygodna, gdyby był w stanie powstrzymać drżenie. – Naprawdę. – dodał zdecydowanie, gdy dostrzegł niedowierzanie na twarzy Hagrida. – Oni po prostu... zaskoczyli mnie.

- Nie powinno ich tu być. – wymamrotał gajowy wzdragając się; jego wzrok nagle stał się nieobecny. Remus domyślił się, że Hagrid wspomina swój krótki pobyt w Azkabanie i położył dłoń na jego ramieniu w geście pocieszenia. – To są złe, złe stworzenia...

Remus złapał się na tym, że jego umysł pędzi roztrząsając obrazy, które dopiero co ujrzał, ale z wielkim trudem zmusił się do skupienia na tym, co jest tu i teraz. Będzie miał dostatecznie dużo czasu na rozmyślania, kiedy będzie sam.

- Zgadzam się. – rzekł miękko. – I Dumbledore też się zgadza. To nie jest bezpieczne dla dzieci.

Hagrid otrząsnął się z zamyślenia, chociaż w jego oczach nadal widoczny był cień.

- Wszystko już w porząsiu? – spytał nagle. – Mogę cię odprowadzić do Madam Pomfrey, jeśli...

- Nic mi nie jest. – powtórzył Remus natychmiast; sięgnął do kieszeni szaty i wyciągnął tabliczkę czekolady z Miodowego Królestwa. – A w każdym razie nie będzie i to zaraz.

- Skoro jesteś pewien... – Hagrid zaśmiał się lekko.

- Jestem.

Uśmiechając się ostatni raz, Hagrid kiwnął głową i odwrócił się, by wrócić do swojej chatki.

Remus głęboko odetchnął – raz, potem drugi; szybko odpakował czekoladę i odgryzł spory kawałek.

Ciepło natychmiast rozpłynęło się po jego ciele; w palcach rąk i nóg czuł mrowienie, które przynosiło fizyczną ulgę od przeszywającego zimna. Mroźne cienie wciąż jednak kryły się w jego umyśle, ponieważ po raz pierwszy w życiu Remus Lupin zrozumiał, że tak naprawdę zapamiętał tę noc, w którą został ugryziony.

A przecież przez tyle czasu nie był w stanie jej sobie przypomnieć! Wiele lat później, gdy zapytał o to niepewnie, jego matka powiedziała, że był zbyt młody, a trauma tego przeżycia stworzyła w jego umyśle mur, który chronił go przed skutkami zdarzenia, którego nie powinno przechodzić żadne dziecko. Powiedziała, że było lepiej, że nie wiedział.

Tylko raz zapytał ją jak to się stało; wybuchnęła płaczem, więc nie pytał już nigdy więcej.

W ten sposób to, co się wydarzyło, pozostało tajemnicą i był to głównie jego wybór. Ostatecznie radził sobie z nieznajomością okoliczności jego ugryzienia przez niemal całe życie i nie widział powodu, by mącić te spokojne wody; przyzwyczaił się do tego, że nie wie. Ten mur w jego głowie był częścią jego samego i doskonale rozumiał niechęć swoich rodziców do rozmowy o tym, co nazywali – kiedy myśleli, że nie może ich usłyszeć – najgorszą nocą w ich życiu. Niechętnie, ale w końcu zaakceptował fakt, iż pewnego chłodnego, lutowego wieczora pod koniec trzeciego roku jego życia znalazł się w ciemnym lesie zupełnie sam i został zaatakowany przez będącego w pobliżu wilkołaka; przecież nie mógł tego w żaden sposób zmienić.

Ale teraz nagle to zobaczył. To tkwiło tam, w jego umyśle. Było prawdziwe.

I jedyne, o czym był w stanie myśleć, to pytanie: dlaczego?

Dlaczego się tam znalazł? Dlaczego był ścigany? Dlaczego był sam?

Wizja sprowokowana przez dementora „uruchomiła" go – zupełnie jakby pękła jakaś tama zobojętnienia, powodując powódź nieoczekiwanych pytań. Teraz nie wystarczała mu już świadomość, że to się zdarzyło; nie mógł już wzruszyć ramionami i twierdzić, że to nie ma znaczenia, bo zdarzyło się w przeszłości. Ta noc kompletnie odmieniła jego życie – miał chyba prawo wiedzieć dlaczego.

I dlaczego, dlaczego nigdy wcześniej nie mógł sobie tego przypomnieć?

Remus wzdrygnął się gwałtownie i odgryzł kolejny kawałek czekolady. To było idiotyczne, stać tak we wszechogarniającej ciemności i zamartwiać się. Powinien się uspokoić. Powinien odpocząć. Przespać się z tymi myślami.

Rano wszystko będzie wyglądało inaczej. Był tego pewien.

Ale przed oczyma duszy wciąż widział lodowate, żółte oczy, które obserwowały go w świetle księżyca i kryły w sobie zupełnie inną historię.