Witam wszystkich, niedawno przyjaciółka tilliana01/Miris poleciła mi serial Sherlock, kilka tygodni później miałam już pomysł na fanfiction, w którym zapewniam, mogą zdarzyć się różne rzeczy. ;) Dawno mnie tu nie było, pewien etap mojej twórczości na raczej się już zakończył i zmierzam z tym, co po nim pozostało w innym kierunku, co oznacza, że jeżeli do tego opowiadania zagląda teraz, ktoś, kto czytał moje dawne prace, jest ciekawy zakończenia, w przyszłości, może nie aż tak znowu dalekiej, na pewno je pozna.
Tradycyjnie (dla tych, którzy mnie znają) podaję listę piosenek, które towarzyszyły mi podczas pisania:
Green Day - Boulevard of Broken Dreams
Green Day - 21 Guns
Linkin Park - Castle of Glass
Linkin Park - Numb
Linkin Park - In the End
Three Days Grace - I am an outsider
OneRepublic - Let's Hurt Tonight
OneRepublic - Counting Stars
OneRepublic - Connection
Alan Walker - Darkside
Avici - Without You
Foo Fighters - Best of You
UWAGA: Nie jestem właścicielką serii Sherlock! (Co powinno być oczywiste, ale lepiej to napisać. ;))
A teraz życzę wszystkim przyjemnego czytania! ;)
Rozdział 1
Rozrzucone korale
Deszcz uderza o szyby, smyczek delikatnie ociera się o struny, piętro wyżej płacze dziecko. Wszystko wydaje się na swoim miejscu. Nawet ślady po moich strzałach trafiły ponownie na ścianę. Tylko ta cisza… Mimo że ciągle staram się ją zagłuszyć wszelkimi możliwymi absurdalnymi dźwiękami. Czasem nawet największy umysł nie potrafi pojąć tego, co najprostsze.
Mężczyzna schowany pod zielonym parasolem powłóczy nogami. Jednodniowy spadek formy albo długo postępujący proces dążenia do zmian. Brak jednak jakichkolwiek efektów. Zapewne ich nigdy nie będzie. Z postury wynika, że to przypadek beznadziejny. Chce się rozwieść, ale jest mocno przywiązany do żony, a przynajmniej tak mu się wydaje, zwykły pantoflarz i tyle.
Kobieta w beżowym płaszczu przebiegła przez środek ulicy. Wysoce nierozsądne. Nie uważa na siebie, pewnie jest samotna, nie ma chłopaka, przyjaciół, wygląda raczej na zapracowaną. Wierna żona swojej pracy. Hmm, może to ją nakręca…
Nie, nudny przypadek.
Hmm, kiedy ostatni raz przerwałem dedukcję jakiejś osoby?
Ten snajper miał pewną dłoń i wysokie morale, widział śmierć, nie zawahał się, strzelił w imię wyższych wartości, mógł być żołnierzem. Heh. I tu już mamy. Cały John. Pierwsza przerwana w połowie dedukcja.
Co teraz mogę powiedzieć o tym snajperze? Ma zaniżoną samoocenę. Myśli, że nie jest taki, jakim widzą go inni ludzie. A właśnie, że w stu procentach taki jest.
Mieszkając z kimś przez tyle lat, można całkowicie przestać dostrzegać jego osobowość, wyłapywać tylko te zewnętrzne zmiany: nowa fryzura, utykanie na prawą nogę, trzęsące się dłonie, rozbiegany wzrok, całe to wnętrze schodzi na dalszy plan. Przyzwyczajamy się do siebie.
Dziecko przestało płakać.
Dwie minuty szybciej. Brawo doktorze.
W tym tempie może zacznie w nocy sypiać. Przynajmniej ktoś.
Ciężkie kroki. Agresja. John jest agresywny, bo jest zmęczony. Schodzi na dół? Po co?
– Zachowujesz się gorzej od dziecka – stwierdza. Nieźle. Brzmi zabawnie. Ciekawe do czego pije. – Czy to, że nie śpisz, musisz wyrażać każdej nocy przy pomocy tych cholernych skrzypiec i z każdym kolejnym dniem robić to coraz głośniej? Nawet nie słyszysz, kiedy ktoś do ciebie mówi. Żyjesz w tym swoim świecie. Pałac nie pałac, wróć na ziemię i odpocznij trochę. Może rano pojawi się jakaś ciekawa sprawa.
– Rano przyjdzie kobieta, którą zdradza mąż. Potem pojawi się facet, który podejrzewa, że ktoś podmienił mu konia w stadninie. Ma rację. Stało się to podczas ostatnich zawodów. Wtedy tego nie zauważył, bo był zbyt zadowolony z wygranej, ale teraz koń go nie słucha. Później po schodach wdrapie się gruby facet, który podejrzewa, że jego sąsiad jest tajnym agentem. Nie jest. Mam dalej wymieniać? – zapytałem, patrząc na Johna z politowaniem.
– Skąd ty to wiesz? – Doktor pokręcił głową. Idź spać John, gdy jesteś zmęczony, nie dostrzegasz najoczywistszych faktów. Cóż, kiedy jesteś wypoczęty, jest podobnie, ale mniejsza z tym.
– Z obserwacji. Odbieram pewne sygnały i dochodzę do pewnych wniosków – wzruszyłem ramionami. Prawda jest taka, że po prostu wiem. Skąd? Nie mam pojęcia. Po prostu wiem i tyle. – Odłóż skrzypce i schowaj w futerale, proszę. – Oddaję mu instrument, a John bez żadnych zastrzeżeń wykonuje moje polecenie. Wspaniały przyjaciel. Siadam w fotelu i zaczynam przewiercać wzrokiem ścianę. Od wielu tygodni mnie dekoncentruje. – Jedna z kul jest o dwa milimetry za daleko niż przed eksplozją.
John wybucha śmiechem. Podchodzę do ściany. Ze stolika biorę nożyk i wyjmuję kulę. Chwytam pistolet, po czym oddalam się na odpowiednią odległość, żeby tym razem dobrze wycelować.
– Nieee! – krzyczy John, przy tym akcie desperacji pozbył się całego powietrza z płuc. – Dopiero co uśpiłem Rose. Panią Hudson zaniepokoją strzały. Opanuj się Sherlocku.
Pociągam za spust. Jeden milimetr. Znów podchodzę do ściany i wydłubuję kulę, która mi nie pasuje. Odsuwam się i pada kolejny strzał. Tym razem celny.
– Co się dzieje?! – wbiega rozhisteryzowana pani Hudson. John miał rację.
– Zmieniałem dekoracje – wzruszam ramionami. Kobieta wzdycha. Dziecko zaczyna płakać. – A ty przestań niańczyć mnie i zajmij się swoim dzieckiem. – John oczywiście pędzi na górę.
Wybucham histerycznym śmiechem i padam w fotel. John rano będzie wściekły. Nie odezwie się ani słowem, obdaruje mnie tymi kilkoma spojrzeniami w stylu: tym razem przesadziłeś, wiesz, że nie umiem jej usypiać. Bo nie potrafisz na podstawie obserwacji dojść do właściwych wniosków.
Wyskakuję z fotela. Kładę się na leżance, koło której mam schowane plastry z nikotyną. Pod szezlongiem znajduje się natomiast encyklopedia roślin uznawanych za główne składniki substancji trujących.
Chyba już wiem, jak spędzę resztę tej nocy. Sięgam po pilota i włączam wieżę. Koncert Bacha. Wspaniale.
Encyklopedia jest gruba, lecz szybko czytam, a jeszcze szybciej zapamiętuję, kończę ją więc jeszcze przed ustawionym na punkt szóstą budzikiem Johna. Znów schodzi. Nie odzywa się, co oznacza, że miałem rację. Robi kawę, jednak przyzwyczajenie każe mu przygotować drugą filiżankę wypełnioną herbatą, która oczywiście będzie dla mnie. Po kilku minutach wewnętrznego wahania stawia porcelanę na stoliku po mojej prawej stronie.
Wyjmuje kilka kromek chleba tostowego, przekłada serem i szynką, po czym wkłada je do opiekacza, nie robi jednak śniadania dla mnie. Trudno, póki co nawet nie myślę o jedzeniu. Kroi pomidora i pół ogórka. Nie da się zaprzeczyć, jest fanem zdrowego jedzenia. Nigdy nie skusiłby się na tradycyjne angielskie śniadanie(1). Cóż, ja też nie, choć mam ku temu inny powód – taki posiłek z pewnością trawi się wiele godzin, a to spowalnia umysł, który nigdy nie darowałby mi takiej głupoty, jak objadanie się.
John z kubkiem kawy i jedzeniem siada przy kuchennym stole, sięgając też naturalnie po wcześniej przygotowaną gazetę. Pewnie znów coś o nas napisali. Pff! Nie wiem, czym on się jeszcze fascynuje. Nudy! … Ej! Co on tam zakreśla? Ech, z tej odległości nie jestem w stanie odczytać tych malutkich liter. Choć zawsze mogę sprawdzić później, odnoszę wrażenie, że w tym, co teraz robi John, jest coś niepokojącego. I nie rozumiem też, dlaczego mnie to w ogóle obchodzi.
Biorę herbatę i idę w stronę kuchni po mleko(2), przy okazji udając, że mam problemy z równowagą, wpadam na ciemnobrązowy drewniany stół, przy którym siedzi John i pozoruję, że zawartość filiżanki zaraz zaleje mu czytaną prasę.
– Może spróbuj trochę ostrożniej – mruknął John, nie odrywając oczu od zakreślonej kolumny.
– To tylko herbata, gdybym miał teraz kwas, to dopiero byłaby zabawa. – Dalej gram, oczywiście, że tak nie uważam, musiałbym być skończonym kretynem, żeby rozlewanie kwasu po meblach, w pobliżu Johna, uważać za zabawne.
On jednak ma już w głowie pewien obraz mojej osoby, więc muszę go od czasu do czasu podtrzymywać, żeby nie dostrzegł, jak bardzo zmieniłem się przez te niespełna sześć lat, a zwłaszcza, jak bardzo rozbiły mnie wydarzenia sprzed kilku ostatnich miesięcy. Na szczęście John nie dostrzega w moim zachowaniu gry.
Patrzy na mnie za to z nieskrywanym niesmakiem.
– To z pewnością. Świetna rozrywka – prychnął, po czym wziął do ust kawałek tosta.
Kolumna z nieruchomościami. Marszczę brwi.
– Po co to przeglądasz? – Pytam niezobowiązująco. Nie pokażę mu zdenerwowania ani zaskoczenia.
– Szukam mieszkania – odpowiada chłodno.
Odczuwam pewną niepewność. Zdaję sobie sprawę, co to może oznaczać.
– Tu jest idealnie. Pani Hudson daje nam śmiesznie niski czynsz. Mamy blisko do Scotland Yardu, twojej przychodni, szpitala, kostnicy, blisko jest żłobek, a nawet szkoła, gdybyś myślał kategoriami przyszłościowymi. Wiem, że jest naprawdę dobra, sprawdziłem ją na wszelki wypadek. No i Mary chciała, żebyśmy tutaj mieszkali i przyjmowali naszych klientów. Poza tym, mnie się podoba, i uważam, że decyzję o przeprowadzce powinniśmy uzgodnić wcześniej. Rozumiem, zapewne sądziłeś, że to wydedukuję, ale nie dałeś żadnych sygnałów – wyliczam, bawiąc jedną z rozłożonych gazet. Składam ją i rozkładam. Wiem, że ma na myśli coś zupełnie innego, ale muszę przez moment udawać idiotę.
– Szukam mieszkania dla siebie i Rose – oznajmia John, z tego, co widzę, robi to ostrzej, niż zamierzał.
– Nie rozumiem – wzdycham, siadając na taborecie naprzeciwko Johna.
A więc to tak.
– Całe noce nie śpisz, zapominasz o jedzeniu, aż słabniesz i krzyczysz: „John, zrób albo zamów coś do jedzenia, bo za półgodziny stracę przytomność!", strzelasz do ścian, bawisz się dziwnymi substancjami chemicznymi, im bardziej żrąca, tym lepiej, w lodówce przechowujesz ludzkie organy, pamiętam, jak znajdowała się tutaj głowa, przychodzą tu niebezpieczni ludzie, twoja rodzina także może stanowić zagrożenie, robisz bałagan, którego nie sprzątasz, a nawet nie pozwalasz robić porządków pani Hudson, w środku nocy grasz na skrzypcach, okresowo zażywasz narkotyki. Mam małe dziecko, które już i tak wiele przeszło, nie chcę, żeby każdego dnia oglądała szalonego wujka naukowca, jeżeli ma już cię widywać, to jako wspaniałego geniusza – wymienił, niemal nie oddychając.
– Wow! Tylko tyle? – zapytałem, uśmiechając się.
– Po ostatniej nocy mam dość. Ledwie uda mi się uśpić Rose, a ty chwytasz za broń i włączasz na cały regulator jakiś koncert. – Ale się nachmurzył.
– Hahaha – wybucham śmiechem, a John jeszcze bardziej nie może uwierzyć w moje zachowanie.
– Co znowu? Eksperyment? Sprawdzasz, ile dni potrafię wytrzymać z tobą i cię nie zabić, wyprowadzić się albo zakończyć naszej przyjaźni? – zapytał zdezorientowany.
– Może po prostu daj mi jeszcze jedną szansę, zanim podejmiesz pochopną decyzję, John – zasugerowałem mu. Tylko po jego postawię (wierci się i rozgląda na boki, gdy przeglądał gazetę co najmniej trzy razy odrywał wzrok od kolumny z nieruchomościami) widzę, że nie jest przekonany do swojej decyzji. Może on też robi to na pokaz? Tak czy inaczej odwiodę go od tego pomysłu szybciej, niż zdążył pojawić się on w jego głowie.
– To nie takie proste. Nie mieszkamy już tylko we dwóch, z panią Hudson na dole. Teraz mamy Rose. No i… kiedyś było mi łatwiej znosić twoje dziwne stany, nietypowe, często niebezpieczne zachowania. Może się starzeję, ale czasami mam ochotę po prostu odpocząć, tylko że wielki Sherlock Holmes nie odpoczywa – skwitował z pewnym smutkiem.
– Być może – moje usta opuszcza lekki pomruk niepewności – to jednak nie znaczy, że nie mogę spróbować być… być bardziej znośny, naprawdę się postaram – obiecuję. To prawdopodobnie wystarczy.
John długo na mnie patrzy, jego oczy odnajdują moje. Dziwne. Jeden taki gest, a w powietrzu odczuwa się coś jakby zaufanie.
– Zgoda. Nie zmarnuj mojej dobrej woli Sherlocku – podkreśla. Chce mi się śmiać, ale w odpowiedzi tylko przytakuję głową.
Och John, jesteś taki przewidywalny. Choć czasem potrafisz zaskoczyć.
Nie sądziłem, że w nocy podejmie decyzję o wyprowadzce. Według znanego mi schematu powinien raczej nie odzywać się do mnie do powrotu z przychodni. Cóż, tak czy owak nadal miałem rację, bo od pomysłu o przeprowadzce udało mi się go odwieźć w przeciągu kilku minut.
Nawet nie wiem, dlaczego tak bardzo mi zależy, żeby ciągle tu mieszkał, ale mimo to poprosiłem, żeby się tu wprowadził jakiś tydzień po generalnym remoncie mieszkania, a jakiś miesiąc po całym tym zajściu z Eurus. Hmm, podkreśla, że się przyjaźnimy, razem rozwiązujemy zagadki, ale kiedy znajduje się dłuższy czas poza Baker Street, mój umysł zaczyna wariować, nie mogę się na niczym skupić i wtedy muszę zażyć jakiś kilkuprocentowy roztwór w strzykawce, tak jak kilka miesięcy po jego ślubie. Choć wymówkę dla Johna i swojego umysłu miałem wtedy wyborną, prawda odrobinę mnie przeraża, jakby obecność Johna w moim życiu stanowiła substytut morfiny albo kokainy, mimo że te opiaty i alkaloidy w rzeczywistości zastępują rozwiązywanie zagadek, kiedy ich nie mam.
Dziwaczne błędne koło.
John idzie do pracy. Sięgam po skrzypce i zaczynam grać Kaprys Hiszpański Czajkowskiego. Na ulicach, jak przewidywałem, nuda. Ech.
– Wszystko w porządku? – pyta pani Hudson, podchodząc do mnie od tyłu. – Przyszłam po Rosie – dodaje, jakbym nie był tego świadomy, choć robi to codziennie od kilku miesięcy.
Hmm, to ciekawe, że John nigdy nie chce mi powierzyć opieki nad małą. Chyba nie sądzi, że byłbym zdolny zrobić jej krzywdę albo na niej eksperymentować.
– Tak, po prostu niemiłosiernie się nudzę. Jak ja bym chciał, żeby ktoś dokonał jakiegoś ciekawego morderstwa – wzdycham. Kobieta jak zwykle się trwoży.
– Powinieneś uważać z takimi życzeniami. Och, ale jeśli już, na pewno niedługo dostaniesz jakąś ciekawą sprawę – zapewnia mnie.
– Oczywiście – mówię pod nosem, mój głos przypomina bardziej mruczenie. – Niech pani to odłoży – podaję jej skrzypce.
Z lodówki wyjmuję kilka próbek ludzkich tkanek. Ostrożnie przekładam je na szkiełka i ustawiam pod mikroskopem.
Nierówności. Ziarniste. Splot sieci. Podłużne. Zmiana temperatury je rozpręża. Pukanie. Co? Och, ktoś puka do drzwi.
– Niech ktoś w końcu otworzy! – Wrzeszczę, odrywając wzrok od mikroskopu. Zapisuję sobie w myślach, że eksperyment może teraz przejść do kolejnego etapu, czyli skóry.
Jak się spodziewałem, blondynka, którą zdradza mąż.
– Dzień dobry – wita się uprzejmie – mam pewien problem – wyznaje. Oczywiście, że masz, inaczej nie byłoby cię tutaj. – Henry, mój…
– Tak, mąż ostatnio dziwnie się zachowuje – kończę za nią. – Widzę to, bo jego zachowanie odbija się również na pani. Masz rozmazany makijaż, drżące wargi, rozbiegany wzrok, co wskazuje na niepewność i kilka nieprzespanych nocy, natomiast obgryzione paznokcie świadczą o nerwowości, która wynika z problemów małżeńskich, widzę to po sposobie, w jaki traktuje pani obrączkę. Czule ją dotykasz, żona, która zdradza, często się jej pozbywa, żona zdradzana, trzyma się jej jak ostatniej nadziei. Tak, pani mąż panią zdradza. Przykro mi. – Kłaniam się teatralnie i odsyłam ją do drzwi.
– Naprawdę? – Nie dowierza.
– Kiedy kupił pani tę sukienkę? Rok temu? Myślę, że wcześniej. Była czerwona, ale kolor już wyblakł, mąż nie zauważył, że chodzi pani w zniszczonych sukienkach. Jaki mąż tak robi? Nawet, gdyby praca bardzo go pochłonęła, zauważyłby, bo to właśnie dla pani by tak ciężko pracował. Skoro nic pani nie kupił, a ciągle nie ma go w domu, oznacza to jedno. Ma kochankę. – Mówię dobitnie. – Dziękuję i życzę miłego dnia. – Otwieram przed nią drzwi. – Wkrótce się pani przekona. Wystarczy zajrzeć do szafy. Mąż ma granatową marynarkę, w której…
– Skąd pan wie? – zapytała sceptycznie.
– Cóż, wielu mężczyzn posiada granatowe marynarki, ale nie wszyscy trzymają tam zagubioną bieliznę kochanki, którą prawdopodobnie jest jego sekretarka. A, że zaglądała dziś pani do jego szafy, prawdopodobnie, żeby zrobić mu pranie, przesiąkła pani pewną mieszanką dość oczywistych zapachów – podchodzę do niej bliżej, żeby ją dokładnie obwąchać (mydło, żel pod prysznic, balsam, perfumy, płyn do płukania tkanin, przyprawy, płyn do podłogi, pot, męskie perfumy – mąż, kulki na mole, szafa, prawie niezauważalny, ale obecny zapach kochanki, który według większości ludzi powinien wywietrzeć i nie być odczuwalny) – a także znajduje się na pani syntetyczne włókno, z którego jest materiał wspomnianej przeze mnie marynarki – wyjaśniam, gdy pewne obrazy w mojej głowie zaczynają się łączyć w oczywiste fakty. – Niech pani sprawdzi. Gorąco zachęcam. Do widzenia. – Zamykam drzwi. – Pani Hudson, słyszała pani. Pierwsza klientka, zdradza ją mąż. Potwierdzi to pani Johnowi, który pewnie myśli, że w nocy przesadzałem mówiąc, iż wiem, kto do mnie przyjdzie.
Kobieta przytaknęła głową, kołysząc delikatnie Rosie.
– Idziemy z naszą śliczną panienką do żłóbka, jakbyś mnie potrzebował Sherlocku, wrócę za półgodziny.
Chrząknąłem na znak, że rozumiem, po czym udałem się do mieszkania i położyłem na kanapie. W ciągu kilku godzin przez mieszkanie przewinęło się kilkanaście osób z osobliwymi problemami. Wszystkie błahe, nudne i łatwe do odgadnięcia oraz rozwiązania.
John wrócił późnym popołudniem. W tym czasie pani Hudson zdążyła odebrać Rosie i bawi się z nią w swoim mieszkaniu na dole.
– Jak tam sprawy? Coś ciekawego? – zapytał na powitanie.
– A wyglądam, jakby coś takiego się pojawiło? – odpowiedziałem z nutą czegoś nienazwanego w głosie. Nie było to zmęczenie, choć nie spałem już cztery dni, a ostatni raz jadłem przed wczoraj. Dla irytacji było to jednak za słabe.
– Szkoda – stwierdził John. Chyba naprawdę widzi, jak bardzo brakuje mi umysłowych wyzwań.
– Och, nie mogę przestać myśleć o tej kobiecie, pierwszą klientkę Sherlocka mąż zdradza z sekretarką! – Bardzo ładnie pani Hudson.
– W nocy miałeś rację – zauważył John, na co lekko się uśmiechnąłem.
– To nic takiego – odmruknąłem, choć czułem się wyjątkowo doceniony przez Johna i nawet nie rozumiem, dlaczego w ogóle mnie to obchodzi.
– Cóż, gdybym potrafił przewidzieć, z czym przyjdzie do mnie każdy pacjent po kolei albo wiedział, gdzie masz zamiar się pojawić za trzy tygodnie, zanim podejmiesz jakąkolwiek decyzję, to nie uznawałbym tego za: „nic takiego" – wyjawił tym swoim pouczającym tonem. – Może pójdziemy coś zjeść? – zaproponował i bynajmniej nie miał na myśli przyjacielskiego spotkania, lecz lekarskie zalecenie, które mówiło: zjedz coś, zanim się wykończysz. Poza tym wie, że nie odmówię mu wyjścia, zwłaszcza po tych wszystkich ostatnich wydarzeniach. – Pani Hudson, zajmie się pani w tym czasie Rosie?
– Ależ z wielką przyjemnością – odpowiedziała radośnie kobieta.
Mój kolejny gwóźdź do trumny.
– I tak mi nie odpuścisz – stwierdzam ten prosty fakt.
– No to zakładaj płaszcz i szalik, idziemy rozwiązać tajemnicę zawartości ciasteczek z wróżbą – rozkazuje niemal po wojskowemu.
Gdy idziemy ulicą ze wszystkich stron zaczynają docierać do mnie różne informacje – kakofonia dźwięków, choć mimo intensywności wcale nie są one nieprzyjemne. John miał rację, pozytywna dla mego umysłu odmiana. Napawam się tym, co widzę, słyszę i czuję. Kobieta idąca z naprzeciwka, brunetka w granatowym płaszczu, koło czterdziestki, obcasy jej nie służą, ma od nich spuchnięte nogi, zastanawia się, jak powiedzieć mężowi, że od niego odchodzi, ma kochanka co najmniej od pół roku. Gruby mężczyzna w garniturze, właśnie nas wyprzedził, same ciężkie i nerwowe kroki, przegrał w kasynie sporą sumę pieniędzy, teraz nie wie, co zrobić, boi się konsekwencji. Jak wszyscy. Dziewczynka (jakieś sześć lat) idzie z trzydziestoletnim mężczyzną. John na nich spogląda. Pewnie wyobraża sobie siebie i Rose. Nigdy tak nie będą wyglądać. Poza tym, ta sześciolatka nawet nie jest córką tego człowieka, oczywiście, on myśli, że jest, bo tak wmówiła mu partnerka, ale nie trzeba mieć do dyspozycji próbki DNA, żeby stwierdzić między nimi brak pokrewieństwa.
– Nie masz za czym tęsknić ani czego zazdrościć – mówię, gapiącemu się na nich Johnowi. – Nawet nie jest jego córką.
– Co? – John nie wie, o co mi chodzi.
– Patrzysz na nich tęsknym wzrokiem. Wyobrażasz sobie siebie i Rosie, jednak nie jesteś w wieku tego mężczyzny, więc boisz się i mu zazdrościsz. Czasami wydaje ci się, że każda misja ze mną, jakiej się podejmujesz, może być twoją ostatnią, ale i tak to cię nie powstrzyma, za bardzo lubisz te skoki adrenaliny w twoich żyłach. W innym wypadku wykręcasz nadgarstki przypadkowym narkomanom. Wracając do głównego wątku, nie masz mu czego zazdrościć ani wieku, ani tego, że spokojnie patrzy jak ona rośnie, bo nie jest on nawet jej ojcem. Dziewczyna go wrobiła – tłumaczę.
– Niczego im nie zazdroszczę – twierdzi uparcie John.
– To dobrze. – Chowam ręce za plecami.
– Widzę, że ci lepiej – stwierdza. – Poprawił ci się humor.
Wchodzimy do mojej ulubionej chińskiej restauracji i oczywiście zajmujemy miejsce przy oknie, żebym mógł obserwować uliczny zgiełk. Po kilku minutach przychodzi do nas kelner. Nic specjalnego, po prostu się głupio uśmiecha. Chyba każdy w tym mieście, pomimo dawno już zmienionego stanu cywilnego Johna, dosłownie wszyscy, którzy mnie od dawna znają lub mają z nami pierwszy raz do czynienia, stawiają pomiędzy nami wazoniki z kwiatami i świeczki, żeby „tworzyć atmosferę". W sumie nigdy mnie to jakoś specjalnie nie denerwowało. John chyba bardziej się o to wkurza.
Zamawia koszyk ciastek z wróżbą, zupę tangfen z makaronem ryżowym, kurczaka pięciu smaków (choć ja tam dostrzegam zazwyczaj słony, ostry i kwaśny) z ryżem i gotowaną marchewką. Teraz ze zbyt wiele wyobrażającym sobie kelnerem obaj wyczekują na mnie, aż coś wybiorę.
– Makaron z kurczakiem i herbata. – Kelner sobie notuje. – Radziłbym mieć oko na narzeczoną – dodaję. Nie musi wiedzieć, że zdradza go już od ponad roku.
Uśmiech natychmiast schodzi z jego twarzy. Kłania się i odchodzi przekazać dalej nasze zamówienia.
– Naprawdę musisz? – Irytacja i karcący ton Johna w tym momencie wydają mi się niemal słodkie.
– Działał mi na nerwy. – Tobie też zacznie, kiedy przyniesie świeczkę o różanym zapachu. A może nie? Może już przywykłeś do kwiatów i świec. Może tak naprawdę ci się podobają? Wątpię. (Skąd w mojej głowie takie niedorzeczne myśli podsycane jakimś kpiącym tonem? Chyba zaczynam się dziwnie uśmiechać, muszę znaleźć sobie jakiś obiekt zainteresowania, osobę, którą przeanalizuję).
Rozglądam się po restauracji. Dla Johna to już chyba normalne. Nudziarz z burym kotem, jego randka, bo to pewnie tego typu spotkanie, nie jest zadowolona. Blondynka szuka tylko okazji, żeby uciec.
Nie.
Od samego patrzenia na niego można zasnąć.
Faceci w garniturach… Spotkanie biznesowe. Co tam, że ten u szczytu długiego stołu ma romans z asystentką, a drugi po jego lewej to nałogowy hazardzista. Nuda.
Restauracja. Nudna. Chińskie ozdoby: pomarańczowe latarnie, czerwone i turkusowe wstęgi, brązowe stoły przykryte białymi obrusami ze wzorami w czerwone kwiaty (maki). Podłoga drewniana. Wszędzie tu jest drewno (buk).
Kelner przynosi ciastka i herbatę. Jak by to było trudno przewidzieć, stawia pośrodku stolika świeczkę, zapach też bardzo przewidywalny, typowy.
– Wiedziałeś? – pyta przeciągłym, jęczącym głosem John.
– Oczywiście.
– To nawet zabawne. – Potakuję głową. – No nic, zrób tę swoją sztuczkę i powiedz, co kryje się w ciastkach.
W sumie, nic ekscytującego, cieszyło mnie tylko wtedy, kiedy przyszliśmy tu pierwszy raz, tuż po zdjęciu taksówkarza i pierwszej wzmiance o Moriartym. Tamtego dnia rozpierała mnie euforia równająca się odurzeniu kokainą, więc to logiczne, że chciałem podtrzymać ten stan umysłu i odgadłem przed Johnem wszystkie te trywialne sekwencje schowane w ciasteczkach.
Popatrzmy, szanse: jeden do dziesięciu. Wszystkie ciasteczka powinny mieć jednakową wagę bez karteczek, z karteczkami różnią się kilkoma tysięcznymi grama, a ich waga zależy od długości schowanej karteczki oraz ilości użytego do jej zapisania tuszu. Lekkie ciasteczko, krótka karteczka, krótkie zdanie. Ciasteczko waży dużo więcej niż powinno (oczywiście w moim odczuciu, większość ludzi tego nie dostrzega), długa karteczka, co oznacza zdanie co najmniej dwukrotnie złożone.
Wykładam ciastka z koszyka. Potrząsam jednym. Słychać szelest papieru. Jest dobrej jakości. Tusz tak samo.
– Nazwijmy je numerem jeden – pokazuję ciastko wagi średniej – Szczęście, którego szukasz, jest w drugim ciasteczku. Sprawdź. – Podają doktorowi chiński wypiek. Otwiera, kilkakrotnie mruga… z niedowierzaniem. – I?
– Słowo w słowo.
– Cóż, mam pewne ułatwienie, bo wkładają w te ciastka zawsze te same teksty – wyjawiam.
– Tak i jadasz tu dość często, ale nawet to nie wyjaśnia, skąd wiesz, jaki tekst ukryli w którym ciastku – zauważa. – A co się kryje w tym? – Podaje mi kolejne.
– Numer dwa? Hmm, jest cięższe, ale to jeszcze nie górna granica – przeszukuję Pałac Pamięci – Doprowadź wroga do szaleństwa, używając forteli dotąd, aż jego siły zostaną rozproszone. – Ciastko wraca do Johna.
– Zgadza się.
– Oczywiście, że tak – prycham. Zostało osiem.
– Policja zupełnie sobie nie radzi – dociera do mnie płacz jakiejś kobiety. Mam ochotę do niej podejść i zapytać, o co chodzi. Może to jakaś bzdura albo w końcu trafi mi się jakaś ciekawa sprawa. – Ubezpieczenie nie pokryje nawet połowy kosztów remontu. Złapanie tego podpalacza mogłoby wiele pomóc. W ubezpieczalni uwierzyliby, że nie podpaliliśmy domu, żeby wyciągnąć od nich pieniądze.
– Poczekaj, może wkrótce trafią na jakiś trop – druga kobieta ją pociesza. Bzdury. Sami jeszcze nigdy na nic nie wpadli.
Hmm, co dzieje się tym razem? Czemu Lestrade nadal się z tym do mnie nie zwrócił?
– A co jest w tym? – Co? John pokazuje mi ciastko. Nieistotne. Nie widzisz, że myślę? – Halo? – Zaraz zacznie mi machać ręką przed oczami i pstrykać palcami.
– Podpalacz! Czemu Lestrade milczy?! – Wstaję. Taksówka.
– Nawet nie przynieśli nam jedzenia! – Woła za mną John.
– To nieważne – dalej myślę. Jest jeszcze na komisariacie, czy zaszył się już w tym swoim obskurnym mieszkanku? Wybieram posterunek. – Taksówka! – Od razu jakaś się zatrzymuje. – Jedziesz ze mną? – Pytam Johna. W międzyczasie podaję taksówkarzowi adres.
– A jak myślisz? – Retoryczne pytanie. No to w drogę.
Wygodnie usadawiam się na tylnym siedzeniu. John jak zwykle zajmuje mało miejsca, dzięki czemu mnie nie rozprasza.
Jest tyle możliwości. Zemsta. Usiłowanie zabójstwa. Próba nastraszenia. Jakiś kompletny świr. Wypadek (nuda). Eksperymentujące nastolatki (nuda).
Jestem tak nakręcony, że ledwie rejestruję moment, w którym trafiam do gabinetu Inspektora G. Lestrada.
– Nadal nic dla ciebie nie mam. Oczywiście, mogę cię dla rozrywki zabrać na patrol, podobno jakiś nastolatek ukradł poszkodowanej trzydziestolatce portmonetkę – zaoferował na powitanie Greg.
– Portfel znalazła w drugiej torebce, a dzieciak okradł kogoś innego w komunikacji miejskiej, ta osoba jeszcze się nie zorientowała albo nie chce w ogóle tego zgłaszać, więc tak czy owak nie masz nic nowego w tej sprawie – dopowiedziałem. Lestrade westchnął, ale potwierdził skinieniem. – Nie chcę iść na żaden patrol, Gawain. – To powinno być oczywiste. – Powiedz mi wszystko, co wiesz na temat pewnego pożaru. Powinniście mieć zgłoszenie od kobiety, brunetki, raczej majętnej, wiek: około trzydziestu lat, można uznać ją za ładną, prawdopodobnie ma męża, a sądząc po tym, jak była przejęta, ucierpiał w pożarze, jest w ciężkim stanie. Nazwiska nie znam. Widziałem ją z przyjaciółką? Blondynką, ładnie ubraną, w sumie obie były ładnie ubrane, ta druga była młodsza. Może kojarzysz? Nie będę nadmieniał, że noszą drogą biżuterię i jedna, poszkodowana, używa perfum Chanel Chance Eau Fraiche, druga Dior Dune. Brunetka miała pomalowane paznokcie na czerwono. Świta coś? Kształt twarzy: owalna…
– Kojarzę. Była u ciebie? – zapytał Lestrade.
– Nie. Natrafiłem na nią w chińskiej restauracji i usłyszałem, jak rozmawia o pożarze i prowadzonej sprawie – wyjaśniłem.
– Lisa Tylor. Tylorowie kilka dni temu cudem nie zginęli w pożarze. Mark, jak już celnie określiłeś, jest w ciężkim stanie…
– Daj mi akta tej sprawy – przerwałem mu, nie interesują mnie jakieś tam nic nie znaczące pogawędki.
– Ta sprawa… nie jest taka prosta. W ostatnim czasie otrzymaliśmy jeszcze trzy inne zgłoszenia podpaleń. Być może sprawcą jest jedna osoba, zorganizowana grupa lub kilka przypadkowych… – próbował wytłumaczyć. Nie idzie mu rozwiązywanie tego.
– Daj wszystkie akta, które wiążą się ze sprawą Thomasów – wtrącam i celowo przekręcam nazwisko poszkodowanych, żeby podkreślić swoją ignorancję emocjonalną.
– Tylorów, ale komu ja to powtarzam. – Greg szuka w szufladach kilku różnych teczek. – Masz. W sumie… może faktycznie będzie lepiej, jeśli ty się tym zajmiesz – stwierdza, ale jego wypowiedź ma charakter wyznania.
– Cieszę się, że tak uważasz. Zamiast tego lepiej zajmij się swoją żoną-nie-żoną. – Tak, Greg, wiem, o waszych rozstaniach i powrotach.
– Em, dużo stracili? Ktoś zginął? – wtrąca nagle John, w jego głosie słyszę ocean współczucia i szczere zmartwienie. I ty uważasz, że nie jesteś tym, za kogo uznawała cię Mary? Och, proszę.
– Cztery, kosztujące niemałą fortunę, wille. Jak na razie w pożarach, które ze sobą wiążemy, zginęli dwaj mężczyźni, kobieta i dwoje dzieci. Dwóch mężczyzn i kobieta w szpitalu w ciężkim stanie, jeden chłopiec z lekkimi poparzeniami no i dwie kobiety, ta Lisa i jeszcze jedna, tylko lekkie zatrucie tlenkiem węgla. Lisa mieszka, jak Sherlock zauważył, u przyjaciółki, a ta druga pojechała do rodziców, nie pamiętam, gdzie, ale wszystko jest w aktach – opowiada z podobnym przejęciem Greg.
– Boże, co za tragedia. Jak ktoś może robić takie rzeczy? – John przetarł twarz.
– Nie mam pojęcia, nigdy nie pojmuję motywów takich ludzi – wyjawił ze zdegustowaniem Lestrade.
– Nudzą sią. Chcą stać się sławni. Przestępstwa są dla nich jak twarde używki. Uzależniają i wprawiają w stany, o których przeciętny człowiek może jedynie pomarzyć – gestykuluję dłońmi i chodzę po pomieszczeniu, obracając się teatralnie. – Rozumiem ich – stwierdzam spokojnym tonem. – John, wracamy do domu – oznajmiam, chwytając „pana rozmownego" za ramię. – Miłego wieczoru, George! – Wychodzimy. Korytarz. Policjanci idioci. Donowan. – Cześć Sally, do zobaczenia prawdopodobnie jutro! – Wołam do ciemnoskórej kobiety. Opuszczamy budynek. – Taksówka! – Kolejne podniesienie głosu. Ale zabawa! Jedna się zatrzymuje. – Baker Street 221 B.
…
W stanie głębokiego zadowolenia opadam na kanapę, a sterta teczek ląduje na stoliku przede mną.
– John – wołam doktora – przynieś mi kilka kartek i długopis – proszę, choć on to uzna za rozkaz. Cóż, po pobycie w wojsku powinien przywyknąć do takiego traktowania – i nożyczki – dodaję po sekundzie namysłu – och, zrób mi też kawę – mówię, kiedy stawia przede mną wszystkie rzeczy, o które go prosiłem – czarna, dwie łyżeczki cukru.
– Coś jeszcze? – Słyszę zirytowanie w jego głosie.
Nie rozumiem, o co się złości, przecież to tylko niewielkie przysługi.
– Potem mogę mieć ochotę na herbatę, powiem ci, kiedy będziesz potrzebny – tłumaczę.
– A jutro? – Pyta, zakładając ręce na piersi.
– Jedziemy na miejsca czterech pożarów szukać śladów. – Przecież to oczywiste, czemu pyta?
– Czyli mam powiedzieć, że nie będzie mnie w przychodni? – O co mu chodzi? Czasem robi tak niemal każdego dnia w tygodniu. Dawno nie brał wolnego.
– Co ci tak zależy na leczeniu grypy? – Podnoszę na niego wzrok. Nie ucieknie.
Oblizuje wargi. Porusza złączonymi ustami – nie wie, co powiedzieć.
– Nie. Nic, po prostu się zastanawiałem – odpowiedział w końcu.
Oooch.
– Nie chcę cię martwić John, ale jeżeli nie jest tajnym agentem, płatnym zabójcą czy międzynarodowym szpiegiem, nie zaakceptuje twojego stylu życia, a jeżeli okaże się szpiegiem, tobie będzie trudno zaakceptować jej podwójne życie. Przerabiałeś to już. Masz nikłe szanse na coś normalnego – wyjawiam mu, choć powinien już od dawna zdawać sobie z tego sprawę. A mimo to wygląda jak Molly, kiedy krytykuję jej nowych chłopaków albo obnażam jej uczucia do mnie. – Przykro mi John, ale chyba zdajesz sobie z tego sprawę. – Nie umiem pocieszać. Podchodzę do niego. – Zawsze mogę się mylić – stwierdzam bez przekonania.
– Nie, rozumiem. Poza tym, powinienem myśleć o Rosie, a nie szukaniu jej nowej mamy. Poza tym… chyba nie potrafię być wierny, więc po co mam komplikować sobie jeszcze bardziej życie – wzdycha.
Głęboki zawód. Na swój sposób szkoda mi go, ale co mam zrobić.
– Nie myśl o tym. Dzięki tobie mam sprawę – kładę ręce na jego ramionach. Patrzy na mnie pytająco. Co z nim? – Zabrałeś mnie na kolację – przypominam. – W restauracji dowiedziałem się o tych dziwnych pożarach. Już nie umieram z nudów. Cieszę się, a mój stan euforii rośnie.
– Och um, nie ma za co – odpowiada skromnie. Chyba czuje się już lepiej.
– Potrzebujecie czegoś? – Pani Hudson pojawia się w drzwiach. – Oooo, może… nie będę wam przeszkadzać – szybko się wycofuje.
Chyba faktycznie stoimy za blisko. Przechodzę do kuchni i wybucham śmiechem. Kawa jest już chyba dobra. Mina Johna bezcenna. Napiął wszystkie siedemdziesiąt mięśni twarzy. Wygląda jak wtedy, kiedy wrobiłem go przed Angelo, któremu napisałem tak wiele i tak niewiele, żeby pomyślał, że przyprowadzam jakąś narzeczoną, narzeczonego. W gruncie rzeczy to wcale nie była moja wina, że tak go wplątałem.
Zabieram kawę i znów siadam na kanapie. Pierwsze akta. Drugie. Trzecie. Nazwiska. Adresy. Przyczyny pożarów. Podpalenie, podpalenie, podpalenie. Cechy szczególne. Zeznania. Pierwsza kartka z danymi ląduje przed lustrem.
Kobieta mówi: W środku nocy obudził mnie zapach dymu. Zobaczyłam, że dom sąsiadów stoi w płomieniach. Zadzwoniłam po straż. Niestety było za późno.
Hmm, przypadek czy celowe działanie.
Naklejam pierwszy plaster nikotynowy na lewe przedramię. Oooch. Kawa się skończyła. Hmm, teraz przyda się herbata.
– John! – Jest chyba u siebie. A może poszedł tłumaczyć się pani Hudson. Nieważne.
No jasne. Cztery adresy. Zaznaczam wszystko kilkoma zakrzywionymi liniami. Przecież to się wiąże. Miejsce jest jedno. Nie cztery. Jedno. Nieostatnie.
Kolejna: Obudziłam się w środku nocy. Dom stał w płomieniach. Andrew gdzieś zniknął, nie mogłam go znaleźć. Przybiegły do mnie dzieci.
Mąż przeżył. Gdzie był? Co zobaczył?
Pytania lądują przed lustrem koło innych poszlak.
Lisa: Kiedy się zorientowałam, że nasz dom płonie, zaczęłam potrząsać Markiem, nie reagował. Było pełno dymu, nie mogłam oddychać. Więcej nie pamiętam.
Bardzo niedobrze. Ale i tak ją odwiedzę. Może już sobie coś przypomniała.
Mało relacji sąsiadów… Dziwne. Trzeba będzie to zmienić.
Kolejna kartka. Drugi plaster na lewym przedramieniu. Mało. Trzeci trafia tuż nad swoim poprzednikiem.
Skrzypnięcie drzwi. Góra. Jednak nie poszedł się tłumaczyć.
– Prosiłem cię o herbatę – głos mam schrypnięty. Chodzę wokół pokoju.
– Niech zgadnę – uśmiecha się. To dobry uśmiech, żartobliwy. – Jakieś dwie godziny temu? Wybacz, nie słyszałem, nie było mnie tu.
– Nie zauważyłem – odpowiadam teatralnie.
– Jakiś trop? – Pyta, nastawiając wodę.
– Co najmniej czterystu podejrzanych – zagryzam wargę – jutro zmniejszę to do najwyżej dwóch.
– Oczywiście. – Typ zgadzania się ze mną pod tytułem: „jesteś najlepszy, więc na pewno".
– Uśpiłeś Rosie – zauważam. Jest po pierwszej. Gdyby było inaczej, nie przyszedłby tu. Dziwne. Kiedy mamy na warsztacie jakąś sprawę, robi to szybciej, choć nie ma na to wpływu. Może po prostu bardziej się stara?
– Cóż, łatwo poszło – wzrusza ramionami. – Poza czterystoma tropami, jakieś konkretniejsze pomysły?
– Wątpię, żeby to była zorganizowana grupa. Rozważam coś pomiędzy jedną osobą o nieznanym motywie, a czterema różnymi… przypadkowymi, choć to rzadko są przypadki. Zginęli ludzie, mnóstwo rannych, ogromne zniszczenia, wysokie koszty. Bardziej skłaniam się za tą jedną osobą. Tylko… czy jest seryjnym piromanem, który lubi patrzeć jak płoną domy i giną ludzie czy jest tu coś głębszego – John potakuje głową, wygląda, jakby rozumiał.
– Przeszła ci przez myśl… Eurus? – Zapytał z wyraźnym wahaniem, stawiając przede mną filiżankę z herbatą z mlekiem. – W dzieciństwie spaliła wasz dom, potem szpital, wysadziła nam mieszkanie… – urywa.
– Mycroft ma na nią oko. Jest pod stałą, dokładną obserwacją.
Mój głos jest osobliwy. Mój najlepszy przyjaciel oskarża moją… niedawno poznaną siostrę, która w dzieciństwie spaliła dom, zabiła mojego pierwszego najlepszego przyjaciela, którą wymazałem z pamięci, a mimo to mam ochotę jej bronić. To nie ona. Mycroft obiecał ją pilnować. Kilka tygodni temu ją odwiedziłem, graliśmy razem na skrzypcach.
– Rozumiem. To dobrze. Czyli to po prostu ktoś inny, kto pewnie ma motyw. – Lekko przeżuwa tkankę znajdującą się pod dolną wargą.
– Czytałeś akta sprawy? – Muszę zmienić temat. John. Mycroft. Eurus. To mąci mi w głowie. Zaburza procesy myślowe.
– A ty jadłeś? – Uważnie mi się przygląda. Zachowuje się, jakby dedukował, ale nie ma tego wcale w zamyśle.
– Obaj znamy odpowiedzi – wytykam mu w końcu.
– Zrobię ci tosty z serem – oznajmia – może ugryziesz chociaż jednego.
– Lepiej przeczytaj te akta, zanim pójdziesz spać. – Staję mu z czymś w rodzaju opozycji.
– Jak zrobię tosty. – Surowy ton. Uśmiecham się mimowolnie.
– Dobrze.
Chwila milczenia. Łyk herbaty. Piknięcie opiekacza. Co widział ten mężczyzna? Według akt przeżył. Stan ciężki. Nieprzytomny. Muszę go zobaczyć. Wepchnięty w ogień, może były ślady po pobiciu i ktoś próbował to zamaskować poparzeniami. Sprawca jest jeden. Jaki motyw?
Przypominam sobie tę kobietę… Lisę, czuć było od niej swąd spalenizny, lekko podtruła się tlenkiem węgla. Mimo straty ładnie ubrana. Musi mieć kochanka i część rzeczy trzymać u niego. No i perfumy i biżuteria. Niby załamana, ale coś tu nie pasuje. Nie. To nie jej kochanek. Nie spaliłby pozostałych domów. Słodkawy posmak dymu na języku. To oznacza, że niewiele brakowało, a zginęłaby. Dobra. Pogadam z nią jutro.
Czemu macie tak mało zeznań?
SH
Inspektor pewnie śpi. Poczekamy do rana. I tak jego odpowiedź nic nie da.
– Muszę zrobić listę. Pierwszy dom. Wszyscy zginęli. Oględziny. Rozmowy z sąsiadami. Drugi dom. Mężczyzna zginął. Kobieta w ciężkim stanie. Zginęło jedno dziecko. Tutaj też pozostają tylko oczy sąsiadów. Trzeci dom. Lisa i Mark. Bezdzietne małżeństwo. On w szpitalu. Ona ma się całkiem dobrze. Pogadamy z panią Tylor, trzeba też przepytać kilku sąsiadów. I ostatni. Mężczyzna w szpitalu. Żona u rodziców… Oooch, jest poza miastem, zapisać w głowie, do tego oczywiście sąsiedzi… Hmm, może rozmowy nie będą potrzebne… Czasem miejsce może powiedzieć więcej aniżeli ludzie… Hmm, sprawca jest jeden. To raczej oczywiste. Motywy… Co z tym mężczyzną… Znał sprawcę? Trzeba iść do szpitala. Hmm, a niech będzie i kostnica. Sprawy są świeże. Jednodniowe odstępy. Zwłoki powinny nadal tam być. Jeszcze ich nie pogrzebano. Poza tym, sprawa się toczy. Tylko… czego szukam na zwłokach… hmm, dobre pytanie, potem do tego dojdę. Muszę je po prostu zobaczyć. Dla pewności. – Siadam w fotelu.
Johna nie ma. Poszedł spać. Serce mi galopuje. Chyba chodziłem tam i z powrotem po salonie. Nie czuję zbytniego zmęczenia. Adrenalina. Eksperyment. Chyba się przedłuży. Lekka euforia. Praca nad sprawą wzmaga w moim mózgu produkcję hormonów szczęścia. Jestem daleko od rozwiązania, a już to czuję.
Ale teraz wszystko stoi w martwym punkcie. Muszę… się oderwać. Tkanki. Wycięte z prawego uda. Wstępnie: wskazują na niedostateczną ilość wody w organizmie. Po zamrożeniu naprężyły się, kiedy temperatura rośnie, rozprężają się. Skóra. Obserwacje: wysuszona. Po sprawie wytnę z lewego uda niewielki fragment. Niemal jak skaleczenie. Przecież ciągle uszkadzamy skórę lub tkanki podskórne, mięśnie. Nie wiercę przecież kości. Cel badania: wpływ braku snu na skórę i znajdujące się najbliżej niej tkanki. Zazwyczaj u organizmów martwych wypełniają się płynem, choć niekoniecznie wodą. Wytwarza się pewna posoka. Niektórych może to obrzydzać, mnie fascynuje.
Do świtu została godzina, dwadzieścia dwie minuty i osiemnaście, siedemnaście, i tak dalej. Sekundy szybko mijają. Oczywiście nie tak szybko jak nanosekundy, ale nadal szybko. Dla przeciętnego człowieka są niemal nieuchwytne. Mrugnięcie okiem. Wdech bez wydechu.
Biorę skrzypce, podchodzę do okna i zaczynam grać Piekielny galop Offenbacha(3). Puste ulice. Niby ciemno, a jednak widać pewne prześwity jasności. Hmm, pewnie, że niezwykłe. Co mogę powiedzieć. Ale nie kieruję się sentymentami. A przynajmniej się staram.
…
W powietrzu unosi się pył. Szare i ciemne drobiny idealnie pasują do pochmurnego popielatego nieba. Właśnie, popiół. Tylko tyle zostało z czterech wystawnie urządzonych rezydencji. Czasem fragmenty ścian, cegły, drewniane deski. Wszystko ląduje w szklanych fiolkach zamykanych dębowym korkiem.
– Czego szukamy? – pyta John, próbując pomóc mi zapełniać probówki.
– Ogniwa. – John jednak nie rozumie. – Czegoś, co wywołało pożar, niekoniecznie czynnika zapalnego, a raczej sprawcy.
Mamy kilka różnych śladów butów. Damskie wykluczam. Która kobieta w szpilkach zajmowałaby się podpalaniem. Hmm, na pewno jakaś szalona. Na razie wykluczam szalone kobiety.
Dobra, męskie sportowe, eleganckie… mężczyźni w eleganckich butach raczej nie podpalają. Sportowe. Czym się różnią. Może to takie same rozmiary. Nie. Czterdzieści trzy i pół – elegancki. Czterdzieści sześć – sportowy. Według wszelkich możliwych obliczeń oraz długości stawianych kroków, nie jest możliwe, żeby buty należały do jednej osoby.
Z domu obok, po lewej, wyszła staruszka. Idziemy tam.
– Przepraszam? – Zagaduję kobietę. Włosy ma koloru otaczającego ją popiołu. Okrągła twarz. Lekka trwała, włosy się puszą. Usta pomalowane ciemnoróżową szminką. Elegancko ubrana. Ciemna koszula i spodnie. Dom pasuje do dzielnicy. Oczywiście drogi ozdobiony na setki możliwych sposobów. – Ma pani chwilę, żeby porozmawiać?
– Wy w sprawie tego pożaru? – Głos jej się łamie. Bliska relacja. Ból. Smutek. Żal.
– Nie jesteśmy z policji. Po prostu nie mogę uwierzyć, że to się przytrafiło cioci i wujkowi. To taka tragedia – kilka mrugnięć oczami, wciągnąć powietrze nosem, jest ostre od tych wszystkich zanieczyszczeń, co było najsmutniejszą rzeczą w moim życiu… Victor, łzy płyną ciurkiem. Kobieta podchodzi. Obejmuje mnie ramieniem. – Byli jeszcze tacy młodzi. Mogli jeszcze wieść długie, szczęśliwe życie – wciskam twarz w jej ramię, szloch wychodzi sam.
– Tak mi przykro – ten widok doprowadza kobietę do płaczu. – Jestem pewna, że tam, gdzie się znajdują, jest im o wiele lepiej – klasyczne.
Odsuwam się. Wyciągam z lewej kieszeni opakowanie chusteczek, jedna dla mnie, druga dla niej. Drobny gest a wzbudza sympatię. Płacz natomiast zaufanie.
– Jak to się stało? Przecież oni zawsze na wszystko tak uważali – głos przepełniony smutkiem i niedowierzaniem.
– Długo nad tym rozmyślałam – to widzę – pożar wybuchł jakoś tak po północy, szybko się rozprzestrzeniał. Nie wiem, może ostatnio po okolicy faktycznie… kręcił się jakiś dziwny mężczyzna.
– To znaczy? Ktoś konkretny? Może go pani opisać? – Zamyślenie w moim głosie jest zbyt oczywiste.
– Mówił pan, że nie jesteście z policji – tracę jej zaufanie.
– Bo nie jesteśmy. – John szybko oponuje. – Proszę mu wybaczyć, wiele ostatnio przeszedł. – W sumie, nawet, kiedy chciałby skłamać, mówi prawdę. – Po prostu słyszeliśmy, że w tej okolicy te podpalenia… często się zdarzają. Sprawa jest w toku, a my nie wiemy, co mamy mówić. Czy jego wujostwo mogło mieć wrogów?
– Oni? Ależ skąd! – Reakcja równie szybka, co ta Johna. – To już prędzej podejrzewałabym tego faceta. Łysy, niski, ubrany na czarno. Myślałam, że to kurier, bo zostawił Susan paczkę, ale teraz… Sama nie wiem.
– Rozumiem, dziękujemy za pomoc – John się serdecznie uśmiecha. Zagryza tę tkankę pod dolną wargą. Robi to, kiedy nie wie, co więcej może powiedzieć.
– Nie ma sprawy – staruszka jest nim urzeczona – niech się pan opiekuje… przyjacielem – patrzy na nas badawczo.
– Do zobaczenia – kłaniam się i szybko odchodzę. John musi mnie dogonić. Nie słyszę, czy się pożegnał, ale zapewne tak. – Słyszałeś. Masz się mną opiekować. – Chęć zakpienia z niego jest tak duża, że uśmiech sięga moich oczu, mrużą się. Pewnie dla niego jest łobuzerski. On nigdy nie przybiera takiego wyrazu twarzy.
– Tak, jak się tobą opiekuję po tym wszystkim, co się wydarzyło, nikt nie zrobiłby tego lepiej – ciężkie westchnienie.
– Skoro tak uważasz, uznajmy to za prawdę nieowiniętą w kłamstwo.
Idziemy prostą drogą w stronę domu numer dwa. Wzrost by pasował do wymiarów stopy. Łysy… Dawny więzień? Może. Trzeba przeszukać kartoteki. Paczka. Szybko rozprzestrzeniający się ogień. Może… coś było w paczce. Nie. Wykluczyć wszelkie bomby. Sąsiedzi by zauważyli.
Kolejne zgliszcza. Ktoś naprawdę znajduje się w swoim żywiole. Zna skuteczne metody. Zna się na chemii, substancjach łatwopalnych, tym, co pomaga ogniu się rozprzestrzenić. Niemal artysta.
W powietrzu czuć coś… metalicznego. Hmm. Zbieramy próbki.
– Ten Robertson… – sześćdziesięcioparoletni mężczyzna złapał się za brodę – niezłe z niego było ziółko. Wszyscy go uważali za wzorowego obywatela, ale znam prawdę. Widziałem, jak kręciły się wokół niego podejrzane typy.
– To znaczy? – Skupiłem na nim wzrok. Żółta rybacka kurtka. Prawie wyłysiał. Ogromne zakola. Pachnie tytoniem. Żółte ślady na paznokciach. Zęby do leczenia. Ogólna postura wskazuje na wieloletnią pracę fizyczną.
– Pan jest krewniakiem, nie zrozumie tego – westchnął, poprawiając kołnierz kurtki wraz z kapturem.
– Zobaczymy, niech pan powie, co wie – spojrzenie prosto w oczy, w tym momencie równie dobrze mógłby się domyślić, że nie jestem jednak siostrzeńcem Harrisa Robertsona.
– Cóż, jeździł drogim samochodem, miał wielką willę, ciągle na wakacjach, a był tylko agentem ubezpieczeniowym. Skąd to wszystko? Ciemne interesy. Może to będzie nieuprzejme, co powiem, ale można się tego było prędzej czy później spodziewać. – Gest jakby pluł, ciekawe. Nie przepadał za sąsiadem.
– Faktycznie, nie pojmuję pańskich oskarżeń. Powinien się pan wstydzić, jak pan śmie insynuować takie rzeczy na temat mojego drogiego stryja! – Podchodzę z zamiarem rzucenia się na mężczyznę. John szybko odciąga mnie.
– Opanuj się William! – Poucza. – Proszę mu wybaczyć, strasznie to wszystko przeżywa. – Usprawiedliwienie. Pięknie. – Dziękujemy. Lepiej już chodźmy – patrzy na mnie wyczekująco, udaję atak furii, patrząc na mężczyznę.
– Jeszcze tylko dwa domy i zajrzymy do laboratorium – informuję Johna. Odchodzimy daleko.
Dom Tylorów jest w o wiele lepszym stanie. Choć będzie potrzebny ogromny remont. Teraz rozumiem, o co chodziło z tym ubezpieczeniem. Kolejne próbki. Sąsiedzi nieobecni. Wieczorem pojedziemy odwiedzić panią Tylor.
– To wszystko – wołam Johna, który próbuje się dostać do trzeciego sąsiedzkiego domu. – Nikogo tam nie ma i w domu obok także – wyjaśniam mu.
Kolejne zgliszcza. Rutynowe czynności. Chwila… ktoś stoi za mną.
– Właśnie miałam iść na policję – miękki kobiecy głos, młody – ale panowie sami przybyli w związku ze śledztwem – odwracam się – Alice Martin – opalona brunetka uśmiecha się do mnie, błękitna kurtka, białe spodnie, wrzosowa apaszka, subtelny, lecz nadal widoczny makijaż, perfumy… znane, Chanel, który rodzaj, nieważne, twarz w kształcie serca, oczy głęboko osadzone, wyraźne, brązowe. Bystra. Ekstrawertyczka. Niezamężna. Zajmuje wysokie stanowisko w korporacji. – To wszystko wydarzyło się niecałe dwa dni temu, byłam taka zapracowana, nie pomyślałam, że może to być ważne. Na kilka godzin przed pożarem Evelyn dostała paczkę. Kurier był dziwny. Łysy, miał mnóstwo tatuaży, kolczyków, czarna skórzana kurtka, znoszone spodnie. Wtedy nikogo nie było w domu, długo dzwonił, co skłoniło mnie do wyjścia. Zapytałam, czy to coś ważnego. Miał gruby głos. Nadąża pan? – zwraca się do notującego wszystko Johna – Ogółem dziwny typ. Powiedział, że musi to niezwłocznie dostarczyć. Jestem upoważniona do odbierania poczty Evelyn podczas nieobecności jej lub jej męża. Popołudniu razem otworzyłyśmy paczkę. Wysypały się z niej czarne koraliki.
Kilka razy powtarzam i skanuję jej słowa.
– Dziękujemy za informacje – wyprzedza mnie John.
Widzi, że odpływam myślami w dalekie zakątki mojego umysłu. Jednak nawet w stanie pół oderwania od rzeczywistości, widzę, jak pożera ją wzrokiem.
– Tutaj jest mój numer – wręczam jej wizytówkę, mój głos dziwnie odrętwiały, ale umysł na pewno pobudzony. – Proszę dzwonić, gdyby pani sobie coś przypomniała.
John wymienia z nią jeszcze kilka słów, jakiś chichot. Pogawędka. Jeszcze trochę, a go tu zostawię.
Przechodzę przez osiedle. Kilka przecznic. Ulica. Taksówki. Łapię jedną. John podbiega w ostatniej chwili.
– Flirt udany? – I tak wiem, że za kilka dni pójdą na kolację.
– To wcale nie tak. – Och, przyznaj się do tego, co już wydedukowałem, po tym zamyślonym wyrazie twarzy i tamtych dzwoniących w uszach odgłosach roześmiania. – Dobra, może… umówiliśmy się na randkę, ale to jeszcze nic nie znaczy. Sam powiedziałeś, mało prawdopodobne, że cokolwiek z tego wyjdzie.
– Mimo to powinieneś zachować więcej optymizmu, zważywszy, że mocno tego pragniesz – mówię, mój głos jest jednak dziwnie ponury.
Molly mnie unika. To już trochę trwa. John kręci się po laboratorium. Spędzimy tu ładnych parę godzin.
– Mogę ci jakoś pomóc? – pyta John z wyraźnym chrząknięciem.
– Weź przejrzyj to – wyrzucam mu kilka losowych probówek.
Gdy wiem, że nie patrzy, obserwuję, jak wyjmuje korek, umieszcza zawartość na szkiełku, a potem pod mikroskopem. Długo wpatruje się w badany materiał. W końcu zapisuje wyniki w notesie. Moje oczy szybko wracają do okularu.
Węglowodory alifatyczne. Benzyna. Związki siarki. W glebie pełno dwutlenku węgla. W drobinach cegieł brak ognisk zapalnych.
Stuk. Ceramiczny kubek uderzył o blat. Bardzo delikatnie. Jej sylwetka powoli znika za drzwiami.
Dużo benzyny i siarki. Domy ówcześnie oblane dostateczną ilością. Jednak mało kreatywne. A z drugiej strony koraliki. Co to wszystko ma znaczyć?
– Wszystko – Chwilowa dezorientacja. Czyżbym mówił na głos? A może czyta mi w myślach? John wskazuje swój notes. Biorę go, przerzucam kartki. Nic odkrywczego.
Lustro znika skryte za stertą karteczek. Wszystko łączę, każdy szczegół. Kurier. Wygląd dawnego więźnia. Ciemne kontakty Robertsona. Mąż Evelyn zniknął wtedy w nocy. Zobaczył podpalacza. Znał go. Koraliki. Pierwsze małżeństwo dostało paczkę. Co zawierała? Też koraliki? Co to ma znaczyć? Wszędzie pojawiał się kurier. Plus jego wygląd. Czy to czyni go sprawcą? Być może.
Odesłałem do ciebie Lisę Tylor.
G. Lestrade
Nowa perspektywa. Wspaniale. To będzie jak powrót do początku… albo zaczynanie od końca.
W takim razie będę jej oczekiwał na Baker Street.
S.H.
Jakieś postępy?
Hmm, na pewno większe niż wasze po tygodniu prowadzenia sprawy.
Mam pewien trop, ale żadnych większych konkretów.
S.H.
Potrzebuję dostępu do kartotek więziennych z ostatnich 10-ciu lat.
S.H.
Wiem, że jesteś… legendą w swojej dziedzinie, ale to nadal wbrew zasadom.
Zasady są po to, żeby je łamać.
S.H.
I tak wiesz, że ci dam. Ech, do wieczora ci prześlę.
Czekam z niecierpliwością.
S.H.
Na schodach słyszę kroki. Nasza klientka. Nie wołam jednak Johna. Bawi się z Rosie, jeżeli klaskanie w dłonie i grzechotanie plastikowym obiektem wypełnionym sztucznymi, kolorowymi drobinkami, można nazwać zabawą.
Szesnasty stopień skrzypi. Raz, dwa, trzy… pukanie.
– Proszę! – Siadam w fotelu. Krzesło ustawione naprzeciwko mnie. – Pani Tylor. Jestem…
– Wiem, kim pan jest. Inspektor Lestrade mi o panu opowiedział – kolejna bystra kobieta. Musi być, skoro ma kochanka. Jednak jej postura wyraża strach, smutek, złość, bezsilność. Zazwyczaj jest ekstrawertyczką, pożar spowodował, że się trochę schowała w głąb siebie.
– Proszę mówić. Jak minął dzień przed pożarem? Wydarzyło się coś niezwykłego? Widziała pani kogoś? – Przechylam głową. Odpowiedź formułuje się w jej mózgu i już wszystko jasne.
– Wróciłam od…
Przerywam jej.
– Tak, wiem o pani kochanku. Obrączka wiele mówi. Przed bramą spotkała pani kuriera – kobieta przytakuje – odebrała pani paczkę, weszła do domu, otworzyła, a w środku były czarne koraliki.
– Właśnie tak. Rozsypały się po podłodze. Długo nie mogłam ich pozbierać. Ale jaki to ma związek ze sprawą? Skąd pan to wie? – Szybko trzepocze rzęsami.
– Bo to działo się już wcześniej. To jest schemat. I tyle mi wystarczy, żeby dowiedzieć się, co tam się stało – wstaję z fotela, podchodzę do okna.
– To wszystko? – pyta Lisa.
– Tak – biorę skrzypce i zaczynam grać jedną z własnych kompozycji. – Do widzenia. – Drzwi się zamykają.
Dziwne. Mój umysł pracuje na najwyższych obrotach. Adrenalina, dopamina, serotonina. Według chemicznej analizy powinienem czuć szczęście. Według mojego schematu życiowego, tak właśnie powinno być. Czemu tak nie jest? W powietrzu coś wisi… Smutek? Z jakiego powodu? Tylko… raz pojawił się w moim umyśle. Wtedy też faza gry mieszała się z jego esencją. A potem był skok, który zmienił wszystko. Ponieważ tak powinno być. Co tym razem się szykuje? Zawsze ufaj swoim przeczuciom, nawet gdy nie mają logicznych podstaw. Ostatecznie w większości przypadków okazują się prawdziwe.
Dźwięk maila. Brawo Lestrade. Słońce zachodzi wśród delikatnych odcieni pomarańczy i szarości. Utwór dobiega końca. Odkładam skrzypce. Muszę przejrzeć teraz tę kartotekę.
Przez większość czasu mój umysł krzyczy: nie. Nie, nie, nie. Wyraźne wytłuszczone: NIE! W przeciągu sekundy odrzucam osoby znajdujące się na zdjęciach. Poszukiwania trwają i trwają.
John pojawia się ze śpiącą Rosie, zanosi ją do sypialni i znów wraca. Oczywiście, że chce pomóc.
– Prześlę ci plik z kartoteką. Opis kuriera znasz. Weźmiesz ostatnie pięćset stron. – Mój głos jest mrukliwy, pewnie przepełniony zamyśleniem i tym, że jestem poniekąd zajęty.
– Jasne – znów ten gest, zagryza tę część pod dolną wargą.
– Zrób nam herbaty – zarządzam.
– O tak, przyda się – stwierdza entuzjastycznie.
Tak bardzo się zmienił, osiwiał, jest rozdarty pomiędzy prowadzeniem sprawy, a życiem rodzinnym. Śmierć zmienia wszystko.
Plik przesłany. Kolejne karty przerzucone. Gwizd czajnika. Woda zgotowana. Herbata na stoliku. John co jakiś czas pokazuje mi byłych, łysych więźniów z tatuażami. I znów seria: nie, nie, nie… Wieczór mija nam spokojnie, w skupieniu, tak samo jak noc. Może kilka pojedynczych żartów dla rozluźnienia atmosfery. O czwartej John wygląda koszmarnie.
– Aaach, może ten? – Wyraźne ziewnięcie zakłóca formę pytania. Patrzę.
Hmm… Jerry Scott. Wzrost zgadza się z moimi obliczeniami. Tak samo postura i waga. A reszta pasuje do opisów. Wyszedł kilka tygodni temu. Siedział za napad na kantor wymiany walut. Równe dziesięć lat. A udział w oskarżeniu i wsadzeniu go do więzienia brali… poszkodowani pożarów.
– To on – mówię z zamyśleniem. – John. Idź spać.
– Dzięki, ale dam sobie radę – oznajmia na wpół przytomnym głosem.
– Okropnie wyglądasz, ledwie się trzymasz na nogach. Nie chcę ci wypominać wieku ani tacierzyństwa, ale musisz odpocząć, to już nie to, co kiedyś, a ja poradzę sobie. Sprawa jest już prawie rozwiązana, muszę dopracować tylko kilka szczegółów i gotowe – oznajmiam mu, szczerząc się szeroko, ton mam zapewniający, nawet uspokajający, ale pobrzmiewa w nim wyraźna reprymenda dla Johna. Cóż, skoro on może prawić mi morały, to ja też mam takie prawo.
– Skoro tak mówisz, chyba faktycznie się chwilę zdrzemnę. – Kiedy to zapowiada, dopada go przeciągle brzmiące ziewnięcie. – Być może tego nie dostrzegasz, ale te fioletowe cienie pod oczami na wyjątkowo bladej skórze wcale nie sprawiają, że wyglądasz lepiej ode mnie. Pojawiło ci się kilka nowych zmarszczek i wątpię, żeby to twój średni wiek był przyczyną, stawiałbym raczej na ogólne niedbanie o siebie i swoje zdrowie na rzecz skoncentrowania umysłu wokół szybko zanikających chwil euforii z prowadzenia i rozwiązania spraw kryminalnych. Jako lekarz zalecam ci, abyś ty także przespał się kilka godzin.
Jego długi monolog wprawia mnie w konsternację. Dziwne. Chyba czasem zapominam, że jesteśmy tylko, a może nawet aż, zwyczajnymi ludźmi, którzy mogą się zmęczyć albo poczuć zakłopotanie.
– Dlaczego aż musisz mi to zalecać? – Podkreślam. Prowokuję go. Zmęczenie najwyraźniej mi także się udziela. Cóż, to byłaby szósta noc bez snu, z kilkoma przerwami na krótki sen w ciągu dnia, jeżeli bywa to możliwe.
– Bo jesteś idiotą i żeby stymulować umysł, dałbyś się zabić, nie przyznasz, że już trochę za długo jesteś na nogach – odpowiada tym tonem, którego się spodziewałem. Wybucham śmiechem, John też. – Czasem trzeba cię pilnować.
Wzdycham.
John idzie do łazienki przygotować się do snu. W tym czasie patrzę na moją mapę myśli. Przypinam informacje na temat Jerrego Scotta. Kolorowymi cienkopisami zakreślam wszelkie powiązania.
John wychodzi. – Dobrej nocy – życzę mu, głos mam cichy, nieobecny.
– Nie położę się, dopóki nie będę miał pewnością, że leżysz w łóżku. – Oświadcza, gromiąc mnie wzrokiem.
– To, że będę w łóżku, nie oznacza, że zasnę – uświadamiam go. – Tam nadal mogę myśleć nad sprawą, a tak się zapewne stanie, bo mój umysł jest zbyt pobudzony, żeby odpoczywać – dodaję.
– Wiem, dlatego zalecam ci wziąć tę tabletkę – wyciąga pudełeczko, odkręca je i pokazuje małą, białą powlekaną kulkę. Leki nasenne. – Przygotuj się, weź ją i idź odpocząć – wzdycha. – To trudniejsze niż uśpienie Rosie.
Śmieję się, ale mimo wszystko się mu poddaję.
Pod prysznicem oraz myjąc zęby, łączę w Pałacu Pamięci pewne wątki, tablica ląduje na jednej ze ścian. Stoję przed nią, samoistnie pojawiają się nowe kolorowe linie. Fioletowe, błękitne. Kurier, sprawca, podpalacz, Jerry Scott i wszystkie informacje o nim to czerwony, czarny łączy tę całość z ofiarami, ofiary fioletowym wiążę z koralikami, a koraliki błękitnym ze sprawcą. Zielonym oplatam sprawcę i narzędzie zbrodni (benzynę). Przez głowę przemykają mi setki rzeczy. Naskórek, tlenek węgla, gleba, trawa, popiół… Odrzucam, zbędne. Nagle wykreował mi się obraz tak oczywisty, że już nie było czego dopracowywać. Za kilka godzin wszystko to się potwierdzi.
Wychodzę. Biorę tabletkę. Idę do mojej sypialni. Momentalnie padam.
…
W gabinecie Lestrada jest jasno. Ma posępną minę.
– Na wszelki wypadek ostrzeżemy pozostałych mieszkańców tej okolicy – mruczy w zastanowieniu, łącząc podane puzzle w cały obraz.
– Coś ci nie pasuje – mówię, bacznie obserwując jego ruchy. Nieznaczne poruszenie wargami, ukryte westchnięcie, przetarcie czoła dłonią.
– Nie masz podstaw do oskarżenia tego człowieka. To, że poszkodowani przyczynili się do osadzenia go, nic nie znaczy – mruczy. Wie, co powiem.
– Tylko dla niskolotnych umysłów to nic. Pokaż zdjęcia sąsiadkom. Powiedzą, że to ten kurier. Lisa Tylor też. Natomiast mąż Evelyn, nie pamiętam nazwiska, wyraźnie znał podpalacza. Zniknął. Gdzie był? Z przestępcą. Próbował go powstrzymać. Wiedział, że po niego też przyjdzie. – Patrzę mu prosto w te jasne niebieskie oczy. Ustępuje.
– Dobrze. Zajmę się tym Scottem.
– Na to liczę – odpowiadam niezobowiązująco.
– Choć fakt, że kręcił się po okolicy i znał poszkodowanych, wcale nie przesądza o wynikach śledztwa – informuje.
– A jednak zazwyczaj tak jest… – chcę powiedzieć, że zna mnie już od tylu lat i powinien czasem bardziej mi ufać, choć wiem, że ufa, jednak przerywa nam Donovan.
– Poinformowaliśmy mieszkańców tamtego osiedla o sposobie działania podpalacza i zgłosiła się do nas kobieta, która właśnie otrzymała paczkę – przekazuje z pełnym profesjonalizmem.
– Pomyliłeś się, to nie zemsta, równie dobrze może być to ktoś inny – Lestrade zwraca się do mnie.
Nie.
Wyciągam rękę z otwartą sztywną dłonią, żeby był cicho, bo muszę pomyśleć.
Opis. Pasuje. Koraliki jako groźba. Subtelne. Zgadzałoby się. To jak pestki pomarańczy. Hmm, pewnie do czegoś nawiązują. Motyw. Kto z kim? Kartoteka. Patrzę na wszystkie informacje… Dom Tylorów pozostał w całkiem dobrym stanie. Do remontu. To się rzuca w oczy. Świadkami w sprawie oskarżonego byli. Robertson. Davis. Nie Tylor tylko Turner… Oooch. Potem Clarke.
– Kobieta, która przyszła nazywa się Turner! – Mój głos jest krzykiem, który wszystkich przyprawia niemal o zawał.
– Nie pytam, skąd wiesz – burczy Sally, zakładając ręce na piersi.
– Jeden dom był dla zmyłki. Żeby zamydlić wam wsze już i tak niedowidzące oczy. – Gestykuluję. Chwytam twarz Lestrada, kciukami zakreślam miejsce jego oczu. – To przecież oczywiste! – Odskakuję od niego. Zaciskam pięści w geście zwycięstwa.
– O czym ty znowu mówisz? Co oczywiste? – żąda Lestrade. Lekkie chrząknięcie.
– Poczekamy do wieczora. O północy przed domem Turnerów pojawi się Jerry Scott z zamiarem podpalenia. Będziemy tam na niego czekać. Pozwól mi tylko na konfrontację – domagam się. Wzdycha. John patrzy na mnie z niepokojem.
– To na pewno dobry pomysł? – niepokoi się doktor.
– Pójdziesz tam ze mną i w razie czego pomożesz – oznajmiam.
– Skąd wiesz, że pojawi się tam Jerry Scott a nie jakiś zupełnie inny człowiek? – pyta Sally.
– Bo to oczywiste. Przejrzyj akta i pomyśl, wtedy na pewno zrozumiesz – tłumaczę.
– Ty i twoi ludzie czekacie w ukryciu. Kiedy skończę pogawędkę ze Scottem, zgarniecie go – mrugam do Lestrada. Wkładam płaszcz, zawiązuję apaszkę. – Do zobaczenia o północy. – Wychodzę. John chciałby teraz normalnie pogadać sobie z Inspektorem. Cokolwiek zrobi, jego wybór.
– Jak sytuacja z żoną? – pyta. Przemieszcza się. Skrzypnięcie. Nie odwracam się. Skupiam słuch. Zajmuje miejsce po mnie naprzeciwko Grega.
– Jak córka? – Lestrade odbija pałeczkę. Nawet na niego nie patrząc, wiem, że skończyło się na upojnej nocy. Wracają do siebie… chwilowo. Potem powiem o tym ciekawskiemu doktorkowi.
– Rośnie jak na drożdżach…
Stąd urywa mi się zasięg. Zresztą, nie muszę tego słuchać, nawet nie chcę. Taksówka. Wracam do mieszkania. Sprawa dobiega końca.
…
Patrzę na odsłoniętą nagą skórę lewego uda. Markerem oznaczyłem małe kółeczko. Cóż, nie oszukuję swoich postanowień. Praktycznie jest już po sprawie. Po mojej prawej leży pudełko. Probówka, skalpel, szczypce, kilka gazików i plastry. Delikatne ruchy ręką, bardziej nadgarstkiem, jak przy grze. Lekki ból. Bardziej jak szczypanie. Chwytam wyizolowany fragment szczypcami i wrzucam do probówki, którą zamykam.
Analiza. Uszkodzenie kilku naczyń włosowatych. Przyciskam gazę. Doktor powiedziałby, że trzeba to zeszyć. Jak dla mnie wystarczy gaza, plaster i już. Podciągam spodnie. Poruszam nogą. Szczypanie. Ledwie odczuwalne. To dobrze.
Niemrożony fragment skóry egzaminuję pod mikroskopem. Wraca John.
– Zajęty, jak widzę – stwierdza. – Coś ciekawego?
– Zwykłe badanie – unoszę wzrok znad mikroskopu. – Nic specjalnego. Tak tylko, żeby zająć czymś umysł – dodaję.
– Oczywiście – głos Johna jest ciężki.
– Weź broń. Postaramy się gdzieś schować. Choć nie sądzę, żeby był wyjątkowo niebezpieczny, to zawsze trzeba zachować ostrożność – mówię. – Dowiem się kilku szczegółów i oddam go w ręce Lestrada. Dalsza część byłaby już nudna, a nie chcę się nudzić. – Oczywiste.
– Jakie szczegóły chcesz poznać? – Widzę iskierkę zaintrygowania w oczach Johna.
– Dlaczego tamci zeznawali przeciw niemu, skąd ich zna, czemu się mści, dlaczego jako formę ostrzeżenia, groźby wybrał koraliki? Nic specjalnego – uśmiecham się. – Wszystko, żeby poznać kryjące się za tą sprawą szczegóły.
– Pewnie masz jakieś swoje przypuszczenia? – zakłada John. Jest naturalnie ciekawy.
– Znali się, prawdopodobnie wszystkich łączy jakaś… przestępcza przeszłość, coś ciemnego. Zdradzili Scotta. Wsadzili do więzienia. Resztę znasz. Nie rozumiem tylko grożenia koralikami – wyjawiam.
– Brzmi ciekawie – duma John. – Idę na dół do pani Hudson i Rosie. Gdybyś czegoś potrzebował, wołaj… Tylko nie strzelaj – kręci głową z rozbawieniem.
Też się uśmiecham.
…
Od godziny czekamy schowani za drzewami. John od czasu do czasu urządza sobie krótki spacer. Fakt, trochę zimno. Widzę swój oddech.
Turnerowie zostali ostrzeżeni. Lestrade kazał im zgasić ostatnie światło po jedenastej.
– Ktoś przyszedł – John szepcze.
Patrzę w tamtym kierunku. Wszedł przez bramę. Łysy. To on.
– Zachowaj odległość. Kilka kroków za mną. Schowaj się. Jakby co wyjdź, rzuć się na niego, strzelaj, cokolwiek konieczne. I tak niedługo z nudów znów zaczniesz nosić lewarek – śmieję się.
Przechodzę przez bramę. Widzę go. Czuję benzynę. Rozlewa ją tu. Jedna iskra i może zrobić się nieciekawie.
– Może trochę ostrożniej z tym paliwem – podchodzę do niego.
– Kim jesteś? – Warczy. Agresywny. Postura… ogranicza walkę wręcz. Zbyt ciężki. Łatwo można go pokonać.
– Przechodziłem i zauważyłem, że bardzo nieodpowiedzialnie z tym postępujesz – wskazuję brodą benzynę. – Sherlock Holmes.
– No i co z tego? – Scott patrzy na mnie wyzywająco.
– To, że wiem, że podpaliłeś w ostatnim czasie kilka domów w okolicy? Dlaczego? – Podchodzę do niego bardzo blisko.
– Co cię to obchodzi? – Rzuca impulsywnie.
Wywracam oczami.
– Mnie nic, ale policję owszem.
– Chyba że sam jesteś gliną – spostrzega.
– Uwierz – patrzę mu w oczy – nie jestem. Umarłbym tam z nudów.
Prycha.
– To jak? Od czego się zaczęło? – Nie odpuszczam. Wiem, że samoistnie nic mi nie powie. – Zdradzili cię – jego oczy przypominają spodki filiżanki do herbaty, chce zapytać, skąd wiem. – Razem prowadziliście wspólne czarne interesy. Drobne oszustwa, kradzieże. Pewnego razu zdecydowaliście się na skok na kantor. Coś poszło nie tak. Zostawili cię, a potem zeznawali przeciwko tobie. Teraz oni mają drogie domy, żony, dzieci. A ty zostałeś z niczym. – Rany, przerażenie na jego twarzy podkręca mój mózg. Czuję się, jak po porządnej dawce kokainy. – Planowałeś to latami. Miałeś oczywiście dużo czasu. Zrozumiałe. Tylorowie padli ofiarą przypadkiem. Losowo wybrałeś ich dom. Nieszczęśliwy traf. Dziś chciałeś dokończyć swoje dzieło. Być może podrzuciłbyś nam kolejną zmyłkę. O tak. Kolejny losowy dom. I tak jak w przypadku Tylorów, potraktowałbyś tych ludzi łagodniej. – To prosty fakt, nie stwierdzenie. – Nie rozumiem tylko… dlaczego koraliki? Jest tyle form groźby. Ten jest faktycznie nowatorski, subtelny. Nie przynosi na myśl niczego niebezpiecznego.
Scott przez chwilę stał z zapalniczką kompletnie zszokowany. Lewa ręka. O nie. Zaraz…
– David Turner zbił szklaną kulę wypełnioną plastikowymi koralikami. Włączył się alarm i bum… – To ogłoszenie. Zaraz podpali rozlaną benzynę. Odsuwam się, żeby się rozpędzić i na niego rzucić. Myśli, że po prostu nie chcę stanąć w płomieniach. Nim jednak zdążę wrócić do niego i go powstrzymać, wyskakuje John, przyszpila do ziemi, szarpie się z nim, wyrywa zapalniczkę, odrzuca w dal.
Syreny policyjne. Pojawia się kilku obcych mi policjantów. Ekipa zmobilizowana przez Lestrada. Kilka rozkazów. Kajdanki. Pstryk. Sprowadzają go do pozycji pionowej. Przeprowadzają przez ogrodzenie i do jednego z samochodów. Scott oponuje.
– Porozmawiamy na komendzie – słyszę surowy głos Lestrada. Trzask drzwi.
Dobra robota.
Nie musisz mi dziękować.
S.H.
…
Skrzypce opieram na lewym ramieniu. Dochodzi do tego podbródek. Lewa ręka na szyjkę, palce na struny. Pociągam smyczek. Ruch. Wypływa dźwięk. Nic szczególnego. Improwizowana kompozycja. John schodzi na dół. Perfumy. Rosie u pani Hudson.
– Kolejna kolacja z Alice? – Jestem pod wrażeniem. Ponury odcień w moim głosie mnie niepokoi.
– Tym razem z Rebeccą – wyjawia z nerwowym chichotem.
– Och, em później się dowiem, czemu nie z Alice – zapowiadam, mrużąc z uśmiechem oczy. Dziwne, że czasem nie dostrzegam, kiedy zmienia dziewczyny, z którymi się spotyka. Hmm, czemu ma taką niestałość w uczuciach. To już było? Czy pojawiło się dopiero teraz? Było. Inaczej nie zainteresowałby się tą „kobietą z autobusu". Dlaczego? Mary nie mogła mu wystarczyć, teraz zmienił Alice na Rebeccę. Och, czasem nie rozumiem ludzi. – Powodzenia – szczere życzenie.
– Um, dzięki – chrząknięcie.
– John – zwracam jego uwagę – dlaczego od śmierci Mary nie zostawiasz Rosie pod moją opieką?
– Em, nie sądziłem, że jesteś chętny. Ostatnim razem „kłóciłeś się" z nią o grzechotkę – z jego ust wydobył się lekki śmiech. – Skoro chcesz, to powiem pani Hudson, żeby przyniosła ją do ciebie.
– Dobrze – nie wycofuję się, podejmuję wyzwanie. – Do jutra! – mówię.
Patrzy na mnie ze zmarszczonymi brwiami.
– Idziesz na randkę. Nerwowo się zachowujesz w mojej obecności. To bardziej niż prawdopodobne, że nie skończy się na samej kolacji – puszczam do niego oko. Już rozumie.
– No tak, em, to do zobaczenia.
Wychodzi. Kilka minut później przychodzi pani Hudson i zostawia Rosie po godzinie pouczania mnie, jak mam postępować z małą w każdej sytuacji. Przytakuję, że rozumiem. Poczciwa pani Hudson chociaż raz może odpocząć.
Patrzę na małą i wracam do gry. Chyba podoba jej się ta melodia. A to znaczy, że wiem, jak ją nazwę. Melodia dla Rosie.
(1) Tradycyjne angielskie śniadanie, jeśli ktoś nie słyszał, to wyjaśnię, że jest to jedno z najbardziej obwitych i tłustych, jakie można spożyć. Cóż, gdyby Polacy też jedli tak jak nasi przodkowie z czasów Saskich, to polskie tradycyjne śniadanie nie byłoby wcale lepsze. ;)
(2) Anglicy piją herbatę z mlekiem, nie wiem, czy u nas coś takiego przeszłoby przez myśl, skoro preferujemy herbatę z cytryną, ewentualnie pomarańczą, miodem lub syropem malinowym.
(3) Moje tłumaczenie (nie wiem czy poprawne) Infernal Galop Offenbacha, widziałam tę nazwę tylko w oryginale, więc liczę, że to o to chodzi. Wiem, że mogłam dać w tej formie, ale wolałam po polsku. ;)
Póki co to by było na tyle. Teraz mogę dodać, że do dania Sherlockowi sprawy związanej z piromanem, zainspirowała mnie współlokatorka, wszystkie pozostałe elementy układanki znalazły swoje miejsce w przeciągu kilku minut. Jak już wcześniej wspomniałam, pomysłów mi nie brakuje, mam już pewne zarysy fabuły kolejnych rozdziałów, choć gorzej może być z realizacją, gdyż muszę nadmienić, że jestem strasznym pracoholikiem i mam [zawsze] masę roboty, co jest u mnie stanem permanentnym, cóż, kiedy nie mam nic do zrobienia, strasznie się nudzę, co prowadzi mnie zwykle do pisania albo melancholii.
Dobra, a teraz próba skłonienia czytelnika do refleksji, co myślicie. Przyznam szczerze, że pisanie z perspektywy Sherlocka wcale nie przychodzi do mnie z trudem, a zważywszy na to, że w ogóle nie jestem fanką narracji pierwszoosobowej, bo uważam, że w większości przypadków bardzo ona ogranicza autora, no cóż, skoro tutaj dobrze mi się pisze, to to jest wyjątek, który potwierdza regułę, jednak chciałabym, żeby ktoś ocenił, jak jest naprawdę, powiedział coś na temat tego rozdziału (wiem, że jest długi, ale w moim wypadku tylko to daje mi prawdziwą satysfakcję z pisania ;)), sposobu narracji, przyznam też, że jak do tej pory ze skrzypcami nie miałam wiele do czynienia, wolę pianino, ale cóż, jak mus to mus. Ogółem chodzi mi o jakieś KOMENTARZE I OPINIE! ;)
Dziękuję za poświecenie czasu na czytanie, pozdrawiam i mam nadzieję, że zajrzycie też do następnego rozdziału, kiedy się w końcu pojawi. ;)
