Tytuł oryginału: "30 days"

Autor: the-shiny-girl

Zgoda na tłumaczenie: brak odpowiedzi

Betuje: Jorge Luis Borges


Dzień pierwszy

Powoli otwieram oczy, jęcząc z powodu bólu dającego o sobie znać z tyłu głowy. Całe moje ciało jest obolałe, mięśnie nóg dokuczliwie napięte.

Co mi się stało? Gdzie ja jestem?

Gdy tylko orientuję się w moim otoczeniu, czuję, że ogarnia mnie panika. Nie rozpoznaję tego miejsca: jest tu ciemno, wilgotno i zimno. Niewiarygodnie zimno. Wygląda na to, że leżę na materacu. Szybko się podnoszę, biorę kilka szybkich oddechów i próbuję przyzwyczaić się do ciemności. Dokładniej lustruję pokój i zauważam małe okno. Nie, nie okno. To przypomina raczej małą dziurę w ścianie. Zakratowaną dziurę.

Czuję, jak drżę, jak oblewam się zimnym potem, a moim ciałem wstrząsają dreszcze. Okno jest zdecydowanie zbyt wysoko, żebym mogła je dosięgnąć. Może gdybym stanęła na krześle...

Wyczuwam jakiś ruch i natychmiast zamieram w napięciu.

Pomieszczenie jest nazbyt ciemne, bym była w stanie cokolwiek zobaczyć. Nie przyszło mi wcześniej do głowy, że może tu być ktoś poza mną. Stoję zupełnie nieruchomo wstrzymując oddech, ale przez kilku długich sekund słyszę jedynie kołatanie swojego serca.

Cała się trzęsę w oczekiwaniu i strachu.

I nagle ktoś się odzywa.

Panno Granger?

Cofam się na ten dźwięk, czując się, jakby ktoś wylał mi nagle na głowę wiadro lodowatej wody.

Czy powinnam odpowiedzieć? Kto to może być?

To z pewnością mężczyzna, tyle jestem w stanie stwierdzić. Ale dlaczego nazwał mnie panną Granger? Gdzie ja jestem? I kim on jest?

– T-tak? – dukam, a jednocześnie nasłuchuję jakiegokolwiek sygnału o ruchu.

– Nareszcie się obudziłaś.

Wydaję z siebie westchnienie ulgi; nareszcie zrozumiałam, do kogo należy ten głos.

Profesor?

– Byłaś nieprzytomna przez kilka ładnych godzin – oświadcza spokojnie mój rozmówca.

Ledwo go widzę w otaczających nas ciemnościach. Siedzi gdzieś naprzeciw mnie.

– Profesorze, co się dzieje? Gdzie my jesteśmy?

Desperacko potrzebuję odpowiedzi.

– Czyżby umknęło twojej uwadze, panno Granger, że znajdujemy się w lochu? – głos profesora ocieka sarkazmem.

Jestem zbyt zbita z tropu i wystraszona, by jego kąśliwe uwagi mogły mnie zirytować. I nie mogę nic na to poradzić, ale czuję się nieco bezpieczniej wiedząc, że nie jestem sama. Gdziekolwiek właśnie jestem, cokolwiek się ze mną dzieje, ostatecznie nie jestem sama. Profesor Snape jest tu razem ze mną.

– Co się stało? – pytam, próbując zachować spokój. – Nie mogę sobie niczego przypomnieć.

Słyszę jak głęboko wzdycha i dopiero wówczas udziela mi odpowiedzi.

– Wygląda na to, że zostaliśmy złapani przez śmierciożerców. Przywleczono mnie tu już wczoraj, a zaledwie po kilku godzinach przyprowadzili także ciebie.

– D-dlaczego? – pytam, czując jak narasta we mnie panika.

– Użyj mózgu, Granger – warczy. – Czego mogliby od nas chcieć?

– Informacji?

– Najprawdopodobniej – zgadza się i dodaje: – Może wymiany. Ty za Pottera. Albo po prostu chcą poprzez ciebie skrzywdzić Pottera.

Przyswajam jego słowa i biorę głęboki oddech, zastanawiając się nad moim pytaniem. Nie pozwalam sobie na rozmyślenia o tej okropnej sytuacji, w której się znaleźliśmy. Decyduję się całą uwagę skupić na kwestii ocalenia.

– Kiedy oni zamierzają nas uratować?

Oni? – pyta.

– No, Zakon. Pewnie już wiedzą, co się nam przytrafiło i...

– Nie licz na to, panno Granger – przerywa mi lodowatym tonem. – Nawet jeśli wiedzą, co się z nami stało, szanse na to, że znają naszą lokalizację są naprawdę znikome.

Drżę. Sama myśl, że nigdy nie zostaniemy uratowani jest nie do zniesienia.

– Nie r-rozumiem – wyznaję cicho. – O czym pan mówi?

– Mówię, że nie powinnaś sobie robić nadziei – powtarza beznamiętnie.

Wściekle potrząsam głową, mimo że on tego najprawdopodobniej nie widzi. Oczywiście, że nas ocalą. Niezależnie od słów profesora Snape'a, postanawiam na powrót połączyć ze sobą urywki poprzedniego dnia.

– Ostatnim, co pamiętam, jest... to, jak dostałam szlaban. Od pana, za pomaganie Neville'owi! Miałam zgłosić się do Filcha – zaczynam nabierać pewności. – To jest to! Porwano mnie podczas szlabanu lub gdy wracałam z niego do dormitorium.

– Panno Granger – zaczyna powoli. – Rzeczywiście dałem ci szlaban. Ale to było cztery dni temu.

Cofam się o kilka kroków i powoli siadam z powrotem na materacu, próbując zrozumieć, o czym do mnie mówi. Czuję, jak krew odpływa mi z twarzy. Cisza wypełnia loch, mogę usłyszeć nawet bicie mojego serca.

– Jak twoja rana na głowie? – pyta nagle, wyrywając mnie z zamyślenia.

Moje ręce wędrują do tyłu głowy, wyczuwam niewielki guz. Boli, ale to nic poważnego.

– W porządku – odpowiadam. – To pewnie oni mnie uderzyli, albo może ja sama... – cichnę. W parę chwil kilka różnych scen rozgrywa się w mojej głowie i nagle wybucham: – Cholera! Dlaczego nie mogę sobie nic przypomnieć?

– Nie możesz tego przyspieszyć – mówi głosem, którego zazwyczaj używa na zajęciach. – Ale twoja amnezja jest tymczasowa, najprawdopodobniej spowodowana lekkim urazem głowy lub wstrząsem.

Po prostu kiwam głową i próbuję się uspokoić. Pamiętam, że o tym czytałam. Stracone wspomnienia zwykle wracają, kiedy ludzie najmniej się tego spodziewają. A im bardziej próbują sobie coś przypomnieć na siłę, tym gorzej im to wychodzi.

Coś do mnie dociera.

– A jak było z panem, profesorze? – pytam cicho. – Dlaczego pan się tu znalazł?

Głęboko wzdycha i mówi:

– To byłoby... nierozsądne, dyskutować z tobą o takich rzeczach.

Otwieram usta by zaprotestować, ale nagle zdaję sobie sprawę, że nie wiem, co powiedzieć. Może rzeczywiście nie jest wskazane, żeby opowiadał mi o tym, jak został schwytany. Trochę o nim wiem. Rzeczy, o których nigdy się nie rozmawia na głos, ale o których się szepcze. Szepczemy, że profesor Snape jest śmierciożercą, ale zarazem również członkiem Zakonu Feniksa. Dumbledore mu ufa, a dla mnie to aż nadto by również mu zawierzyć. Istnieje związek między profesorem Snapem i Voldemortem. Może z powodu tego wszystkiego nie może mi opowiedzieć o porwaniu.

– Myśli pan, że mają jakiś sposób by nas podsłuchiwać? – pytam ostrożnie, oplatając się ramionami.

– Nie – odpowiada. – Ale im mniej będziesz wiedziała, tym bardziej będziesz bezpieczna.

Przyjmuję do wiadomości tę odpowiedź. Chwilowo.

Oboje milczymy przez kilka długich chwil. Zdaje się, że trwa to całą wieczność. Zastanawiam się, jak on może być taki spokojny? Dlaczego nie wpada w panikę jak ja? Pewnie nie martwi go nasza sytuacja – to chyba dobrze, prawda? Ale co jeśli on tylko udaje? Może czuć, że musi być silny. Z mojego powodu. Mimo wszystko, jest osobą dorosłą i do tego nauczycielem. Co jeśli tylko udaje, że się nie martwi? Ta możliwość przeraża mnie najbardziej.

– Jak pan myśli, co oni z nami zrobią? – pytam przerywając ciszę.

– Czy ja ci wyglądam na profesor Trelawney, panno Granger? – odpowiada sarkastycznie.

Jego zachowanie zaczyna mnie irytować. I nienawidzę sposobu, w który się do mnie zwraca, tak jakbym nie wiedziała nic o niczym.

Opieram się o ścianę i podciągam do siebie kolana, opierając na nich głowę. Żadne z nas nie odzywa się przez bardzo długi czas.

Otwieram oczy i zdaję sobie sprawę, że nastał już dzień. Jak w ogóle mogłam zasnąć? Jestem w śmiertelnym niebezpieczeństwie i zasypiam. Czując się zażenowana i zła na samą siebie, rozglądam się wokół i dostrzegam profesora Snape'a stojącego w rogu lochu, opartego o ścianę, z rękoma skrzyżowanymi na piersi i z nieprzeniknionym wyrazem twarzy.

Nie mogę na to nic poradzić, ale zastanawiam się, czy choć trochę spał tej nocy. To takie dziwne, wyobrazić sobie drzemiącego Snape'a. Nigdy dotąd przecież o tym nie myślałam. Właściwie nie zdziwiłoby mnie, gdyby się okazało, że on w ogóle nigdy nie śpi.

Odkładając na bok te myśli, pozwalam sobie rozejrzeć się dookoła i po raz pierwszy naprawdę obejrzeć loch. Jest mały, mieszczą się w nim dwa materace, po dwóch przeciwnych stronach. Do tego tylko jedno krzesło stojące pośrodku i... nic więcej. Absolutnie nic. Nie ma nawet poduszki ani koca. Nawet łazienki.

Spoglądam na siebie i zdaję sobie sprawę, że wciąż mam na sobie hogwardzki mundurek i ani śladu jakichkolwiek skaleczeń. Zmuszam się, aby spojrzeć na profesora Snape'a. Jest ubrany w swoje ciemne szaty nauczyciela i również nie wygląda na zranionego. Co oznacza, że nie walczył z porywaczami. Albo uderzyli go zaklęciem zanim zdążył cokolwiek zrobić. Ta teoria jest jednak zbyt mało realistyczna. Jestem pewna, że profesor Snape jest naprawdę dobrym przeciwnikiem w pojedynku, więc byłoby to zbyt dziwne, gdyby komuś udało się go pokonać tak łatwo.

– Merlinie – zaczęłam nerwowo. – Jak długo?... – urywam w połowie zdania i zaczynam jeszcze raz: – Co oni chcą z nami zrobić? Jak długo będą nas tu trzymać?

– Tak długo, jak to będzie potrzebne – to jego jedyna odpowiedź.

Ta beznamiętność profesora zaczyna mnie już drażnić. Chociaż nie mam pojęcia, co bym zrobiła, gdyby zaczął panikować, irytuje mnie, że zachowuje spokój pomimo tego wszystkiego, co się dzieje. Stawia mnie to w złym świetle, jak gdyby moje zamartwianie się naszą sytuacją było czymś złym.

Milczy przez dłuższy czas; wygląda na to, że zupełnie zatopił się w swoich rozmyślaniach. Nie chcę mu przeszkadzać, wobec czego postanawiam skoncentrować się na czymś innym.

Chce mi się pić. Naprawdę chce mi się pić. Na szczęście nie czuję jeszcze głodu i nie muszę się tym martwić. Ale i tak mam jeszcze jeden problem. Muszę skorzystać z toalety.

Rozglądam się, przekonując samą siebie, że coś tu musi być. Na przykład drzwi do łazienki, które wcześniej przeoczyłam. Ale kiedy przyglądam się otoczeniu, dociera do mnie, że nie opuściłam niczego. Tu są po prostu dwa materace, krzesło i okno. Zbyt wysoko, by móc go dosięgnąć.

Biorę głęboki oddech. Gorzej już być nie może.

– Próbował pan magii bezróżdżkowej? – pytam.

Głębokie westchnięcie, potem odpowiedź: – Próbowałem.

-I?

– Jak możesz się spodziewać, panno Granger.

– Nie można tu użyć żadnego rodzaju magii.

Cisza.

– Jak pan myśli, gdzie my jesteśmy?

– Nie mam najmniejszego pojęcia – odpowiada z trudnością.

Musi być mu ciężko przyznać się do ignorancji w jakimkolwiek zakresie.

– Próbował pan dosięgnąć okna?

– Jest zbyt wysoko, nawet gdybym stanął na krześle.

– Ale... jeśli...

Unosi brew z zainteresowaniem.

– Mógłby pan stanąć na krześle, a ja... – kontynuuję powoli.

– Nie pozwolę ci wspinać się po mnie, panno Granger – mówi zimno.

– Ale to może zadziałać, proszę pana – upieram się, podnosząc nieco głos. – Możemy zobaczyć, gdzie jesteśmy.

– I w czymś nam to pomoże? – pyta, spoglądając na mnie, oczekując odpowiedzi.

Nic nie mówię. Ma rację. To nam nie pomoże.

Znów cisza.

Jak on może tam tak długo stać? Stoi w tym samym miejscu już od kilku godzin. Dlaczego nie usiądzie?

Głośny łomot wyrywa mnie z zamyślenia. Drzwi lochu otwierają się, a ja odruchowo wstaję, moje ciało się całe napina.

Wchodzi mężczyzna. Jest ubrany w czarne szaty, trzyma w dłoni różdżkę. Przyglądam się jego twarzy, ale nie ma w niej niczego znajomego. Nigdy wcześniej go nie widziałam. Wygląda na czterdzieści parę lat.

– Ty – wskazuje na mnie. – Idziesz ze mną.

Zamieram w bezruchu.

– Zostaw dziewczynę – odzywa się Snape. – Weź w zamian mnie. Żądam, byś zabrał mnie do Czarnego Pana.

Słysząc to otwieram usta z zaskoczenia. Dlaczego on chce być zaprowadzony do Voldemorta?

Mężczyzna potrząsa głową i uśmiecha się głupawo.

– Będziesz musiał zaczekać – znów spogląda na mnie. – Chodź ze mną.

– Gdzie mnie zabierasz? – pytam, próbując zachować mocny głos.

– Zobaczysz – odpowiada, a jego głos staje się groźny. – Więcej razy już cię ładnie nie poproszę...

Na to oświadczenie czuję, jak wstrząsa mną wewnętrzny dreszcz, jednak moja twarz pozostaje beznamiętna. Spoglądam na profesora Snape'a i trudno mi spojrzeć mu w oczy. Oboje wiemy, co to oznacza. Nie mogę zwrócić się do niego po pomoc. Jest równie bezbronny, co ja. Nie mogę się spodziewać, że zrobi cokolwiek, by mnie uratować, bo może się to okazać zupełnie bezużyteczne i tylko wpakuje nas w jeszcze większe kłopoty.

Bez słowa podchodzę do mężczyzny, a on łapie mnie za ramię i wyprowadza z lochu.

Zostaję wepchnięta z powrotem do lochu, a drzwi zamykają się za mną z trzaskiem.

– Co się stało? – pyta profesor Snape, zbliżając się do mnie.

Spoglądam na niego i jestem zaskoczona skupieniem wyrytym na jego twarzy.

– Wyprowadzono cię tylko na kilka minut – dodaje, marszcząc brwi.

– Zabrał mnie tylko do łazienki – wyjaśniam. – Powiedział, że mamy pozwolenie na wychodzenie tam dwa razy dziennie i że niedługo przyjdzie po pana, profesorze.

Kiwa głową, odchodząc ode mnie.

Po godzinie, może trochę później, mężczyzna znów się zjawia i tym razem zabiera ze sobą profesora. W momencie, w którym zostaję sama w lochu, cała ta sytuacja na mnie opada. Czuję straszliwą gulę w gardle i nie jestem w stanie złapać oddechu.

Wszystkie okropne myśli zjawiają się naraz w moim umyśle i widzę już siebie samą konającą w tym lochu. Ginącą z rąk śmierciożerców lub z głodu. Może nigdy nie zostanę odnaleziona, a moje zwłoki pozostaną tu na wieki wieków.

Tęsknię za moimi przyjaciółmi i za rodziną. Za Hogwartem. Za poczuciem bezpieczeństwa.

Czuję, jak łzy wypełniają moje oczy i nie jestem w stanie ich dłużej powstrzymywać.

Nie powstrzymuję dłużej płaczu, głośno szlocham, a jednocześnie pamiętam, że mam tylko kilka minut. Na te parę chwil pozwalam sobie na totalny upadek.

Profesor Snape wraca po kilku minutach. Do tego czasu na mojej twarzy nie ma żadnych śladów niedawnego załamania. Nigdy się o nim nie dowie.

– Czy Cruciatus niesie za sobą długofalowe konsekwencje? – pytam, przerywając ciszę.

Rzuca mi piorunujące spojrzenie.

– W świetle sytuacji, w której się znajdujemy, nie sądzę, by to był odpowiedni temat na rozmowę.

– Chcę wiedzieć, bo... Jeśli oni...

– Jeżeli zdecydują się torturować nas w ten sposób, nie będziesz się przejmować długofalowymi konsekwencjami. Raczej przetrwaniem każdej kolejnej sekundy.

Jego słowa przeszywają mnie na wylot jak sztylety.

Znów zaczyna się ściemniać. Nie mogę uwierzyć, że minął dopiero jeden dzień.

Drzwi się otwierają i pojawia się w nich tym razem mały skrzat domowy, trzymający niewielką tacę. Oboje z profesorem Snapem patrzymy jak stworzenie odkłada tacę na podłogę i wychodzi, nawet na nas nie spoglądając. Obydwoje wiemy, że próby wydobycia informacji ze skrzata są bezsensowne.

Pochodzę do tacy i widzę na niej mały kawałek chleba i szklankę wody. Tylko jedną szklankę wody.

Oblizuję swoje suche usta, próbując wymyślić, co zrobić. Spoglądam na profesora Snape'a i zdaję sobie sprawę z tego, że nie ruszył się z miejsca.

Odchrząkam i mówię:

– Myślę, że powinniśmy podzielić...

– Możesz zatrzymać całą, panno Granger.

– Co? Nie! – kłócę się. – Jest pan tu dłużej ode mnie, profesorze. Jeśli już, to pan powinien wziąć większą część.

– Współczucie jest tu zbędne – warczy na mnie. – Musisz być silna. Jedz.

Zdaję sobie sprawę, że nie ma szans by przekonać go słowami, więc po prostu kromkę chleba do ręki i dzielę ją na dwie części. Następnie chwytam szklankę wody i przykładam ją do ust. Czuję się wspaniale, kiedy woda przepływa przez moje gardło, ale po trzech łykach odkładam szklankę na tacę. Potrzebuję ogromnej siły, by odmówić sobie resztę wody, ale to jest coś, co należało zrobić. Skupiam swoją uwagę na jedzeniu kawałka chleba.

– Zostawiłam panu połowę – mówię, nie zwracając uwagi na jego wściekłe spojrzenie. Wracam na materac, ciesząc się smakiem chleba w moich ustach.

Wreszcie pije resztę wody, ale pozostawia kawałek chleba nietknięty. Postanawiam o to nie pytać, bo wygląda na to, że jest w fatalnym nastroju. I nie mogę go za to winić.

Wkrótce nastaje zupełna ciemność, a ja zmuszam się do położenia się i zamknięcia oczu. Mimo wszystko, śpiąc nie myślę o tej okropnej sytuacji, w której oboje się znajdujemy. Sen jest jedyną dostępną mi drogą ucieczki.