Tym razem opowiadanie, w którym nie ma ani słowa o Snape'ie. Co więcej, jedynymi postaciami kanonicznymi, które się tu pojawiają są Igor Karkarow, Wiktor Krum i znany w kanonie tylko z nazwiska Poliakow. Cała reszta z głównym bohaterem włącznie to OC, a miejscem akcji jest Durmstrang, o którym też praktycznie nic nie wiadomo. Poza tym, że to siedziba złych i mrocznych czarnoksiężników, rzecz jasna.

Jeżeli ten wstęp Cię nie odstraszył, potencjalny czytelniku czy też czytelniczko, to spieszę z krótkim wyjaśnieniem o czym właściwie jest to opowiadanie. W dużym skrócie: reprezentacja quidditcha Durmstrangu osiąga dno dna i grozi jej wypadnięcie z pierwszej ligi międzynarodowych rozgrywek szkół magii. Igor Karkarow zatrudnia nowego trenera, Bogdana Bielika, byłego selekcjonera reprezentacji Polski, który ma za zadanie wyciągnąć drużynę.

Tekst powstał na akcję Wakacyjne Wyzwanie Literackie "Tasiemiec" vol. 3 na Forum Mirriel.

Podziękowania za beta-reading dla Merryloon, która podsunęła mi również odpowiedni tytuł dla tego opowiadania. Dziękuję również Danie, która także była zaangażowana w sprawdzanie części tego tekstu. Udział w tworzeniu "Mocnych, niezwyciężonych" mają także Mefisto, z którym omawiałam fabułę i od którego zapożyczyłam patent nagrywania meczów na omnikulary, oraz Vianne, która służyła bezcenną pomocą językową w zakresie rosyjskiego i podzieliła się swoją wiedzą na temat Rosji, co pomogło mi nieco ubarwić tło tekstu.

Pozdrowienia dla grupy wspierające z Mirriel!

When you got nothing to eat
And you find it hard to sleep
How you struggle on the streets
And you can't escape the heat

But your heart could feel that beat
So you get up off your feet
Ain't no mountain you can't reach
Grab a star and make a wish

We're celebrating and we're wavin' all our rags
We are united even though we're different flags
We are one voice, one heart
One soul, once we set that goal
You know we're gonna score

Here we go, oh oh oh
That's all we know oh oh oh
So here we go, oh oh oh
That's all we know

Dar um jeito (oh oh oh)
We gon find a way, yeah we gon find a way
Dar um jeito (oh oh oh)
We gon find a way, yeah we gon find a way

Dar Um Jeito (We Will Find a Way)

"Quidditch to prosta gra. Kafel jest okrągły, obręczy jest sześć, a wygra ten, kto zdobędzie więcej punktów."

Słynny trener quidditcha

"Czasem nie można wygrać. Ale nigdy nie wolno się poddawać."

Bogdan Wenta

Mocni, niezwyciężeni

Bogdan Bielik był pasjonatem.

Niektórzy trenerzy ze spokojem i kamiennym wyrazem twarzy obserwowali rozwój sytuacji na boisku. On tak nie potrafił. Żył przy linii, na gorąco udzielał wskazówek swoim zawodnikom, dopasowując taktykę do przebiegu rozgrywki. Dopóki kafel i znicz były w grze, wszystko mogło się zmienić.

Miał to we krwi. Obydwoje jego rodzice byli sportowcami. Ojciec zainteresował go mugolskimi dyscyplinami: piłką nożną, siatkówką i szczypiorniakiem. Dzięki matce poznał quidditcha i tak jak ona został ścigającym w szkolnej drużynie, a po skończeniu Akademii rozpoczął profesjonalną karierę w Krogulcach z Kielc. Jego talent został szybko zauważony. Najpierw trafił do młodzieżowej reprezentacji, a potem do seniorów.

Wydawało się, że to będą dobre czasy dla polskiej drużyny. Mieli znakomitego i innowacyjnego szukającego, Józka Wrońskiego. Jednego z najlepszych obrońców w Europie, Sławka Wichurę, który, gdy wpadał w swój trans, był w stanie odbić dosłownie każdą piłkę zmierzającą w stronę strzeżonych przez niego obręczy. I Bogdana Bielika, który mocnymi i precyzyjnymi rzutami potrafił napędzić stracha defensywie przeciwnika. Niestety, złote pokolenie, jak o nich mówiono, szybko stało się pokoleniem straconym. Polscy zawodnicy odnosili sukcesy w swoich drużynach klubowych, ale na mistrzostwach nigdy nie udało im się wyszarpać niczego więcej niż brąz. Quidditch nie stał w miejscu, zmieniała się technika i tempo gry, ale związek i rządzący nim ludzie zdawali się tego nie dostrzegać. Rękami i nogami bronili się przed zatrudnieniem trenera z zagranicy. Bogdan, chociaż dawał z siebie wszystko, nigdy nie sięgnął wraz z drużyną po trofeum z najcenniejszego kruszcu. Po którejś kolejnej z rzędu kontuzji stało się jasne, że nie wróci już do czynnego sportu. Nie chciał jednak rozstawać się z quidditchem, więc został trenerem. Najpierw był asystentem w Anglii, potem dostał ofertę z Portugalii i przez trzy lata prowadził Lwy z Montijo, później drużyny klubowe w Rosji. Przez pewien czas trenował też młodzieżówkę.

Praca z kadrą narodową miała stać się ukoronowaniem jego kariery. Niestety, ta przygoda trwała znacznie krócej, niżby tego pragnął. Zbyt otwarcie krytykował nieudolność związku, korupcję w lidze i przestarzały, niezreformowany system szkolenia młodzieży. Gdy osiągał sukcesy, nikt nie odważył się go ruszyć. Zdobył z kadrą srebro na mistrzostwach świata i brąz na Euro. Do kolekcji brakowało tylko złotego krążka. Niestety, tak jak nagła zmiana kierunku wiatru może diametralnie wpłynąć na obraz sytuacji na boisku, tak po prawie pięciu latach dobrej passy fortuna gwałtownie odwróciła się od Bogdana. Tuż przed mistrzostwami świata, drugimi, na których miał poprowadzić kadrę, drużynę dopadła plaga kontuzji. Skład, w znacznej mierze złożony z młodych i niedoświadczonych zawodników, miał zbyt mało czasu na to, by się dobrze zgrać. W dodatku prasa tak nadmuchała balon oczekiwań, że miejsce poza podium wydawało się czymś nie do pomyślenia. Odpadnięcie w ćwierćfinale po szalenie trudnym i wyrównanym meczu z Niemcami, przegranym zresztą zaledwie trzydziestoma punktami, uznano za katastrofalną porażkę.

— Przykro nam, trenerze, tak bardzo chcieliśmy — powiedział mu później kapitan drużyny.

Bielik tylko smutno skinął głową. Czasami chce się aż za bardzo, ale nic z tego nie wychodzi. Nazajutrz drużyna wróciła do kraju, gdzie musiała zmierzyć się z falą krytyki prasy i rozczarowanych kibiców.

Na reakcję związku nie trzeba było długo czekać. Od dawna uważali go za sól w oku. Teraz natychmiast wykorzystali okazję, by pozbyć się ze stanowiska kontrowersyjnego trenera. Bogdan o swojej dymisji dowiedział się z gazety. Oficjalne pismo z uzasadnieniem przyszło dopiero kolejnego dnia. Najpierw trafił go straszny szlag, ale gdy już nieco oprzytomniał, stwierdził, że wobec takiego postawienia sprawy nie ma się co odwoływać. Żal mu było zostawiać drużynę, zwłaszcza z poczuciem, że zawrócono go w pół drogi. Chłopacy stanęli za swoim trenerem jak jeden mąż, ale niewiele mieli w tej całej sytuacji do powiedzenia. Decyzja zarządu związku pozostała oczywiście niezmienna. Zresztą sam Bogdan nie widział możliwości kontynuowania współpracy.

Zły i zniechęcony, zaczął się poważnie zastanawiać, czy nie zerwać ze sportem. Może to on nie potrafił tchnąć w chłopaków ducha walki. Może po prostu się wypalił i jego czas minął. Miał tego wszystkiego dość; układów, układzików, wtrącających się do wszystkiego działaczy i dziennikarzy, oskarżeń, pretensji i pozbawionej jakiejkolwiek merytorycznej podstawy krytyki pseudospecjalistów.

Musiał po prostu od tego odpocząć.


Minęło parę miesięcy. Jego przerwa od profesjonalnego quidditcha trwała nieco dłużej, niż pierwotnie zakładał. Co jakiś czas wysłannicy z różnych klubów usiłowali go wysondować i zagadnąć w sprawie nawiązania współpracy, ale on nikomu nie dał jasnej odpowiedzi.

Początkowo chyba tylko żona była z tej sytuacji zadowolona, bo nie widywała go tak często w domu, odkąd wzięli ślub. Musiała czuć się samotna; mąż znajdował się w ciągłych rozjazdach, a ich synowie kształcili się poza domem: młodszy zaczął czwarty rok w Akademii, a starszy studiował w Rumunii. Chyba dopiero teraz tak naprawdę zrozumiał, jak wiele musiała dla niego znieść; ciągłe przeprowadzki i nerwy, najpierw gdy grał, potem gdy został trenerem.

Niestety z czasem Bogdan zrobił się nie do zniesienia — przy jego charakterze zbyt długi okres bezczynności źle na niego działał, a zdążył już naprawić w domu wszystko, co wymagało naprawienia — i po paru sprzeczkach sam doszedł do wniosku, że przydałoby mu się jakieś zajęcie. W końcu miał dopiero czterdzieści osiem lat. To było o wiele za wcześnie na emeryturę. Zaczął więc pomagać przy młodzieżowej szkółce quidditcha, zorganizowanej obok miejscowego klubu. Zarobek nie należał do imponujących — zatrudnił się tam tylko na ćwierć etatu, ale praca z młodzieżą była na swój sposób odprężająca. Mieli mnóstwo zapału, a co najważniejsze nie zepsuła ich jeszcze pogoń za kasą i sukcesem za wszelką cenę. Zastanawiał się, co stanie się z tymi młodymi chłopakami i dziewczynami za parę lat. On mógł im tylko zapewnić dobry start.

Powoli zaczął się dostosowywać do w miarę spokojnego rytmu życia. Nieoczekiwanie jednak pojawiła się zapowiedź zmian: w pewien styczniowy poranek na ganek jego domu zawitała śnieżna sowa, przynosząc w szponach list w ciemnoczerwonej kopercie

Trochę zdziwił go jej widok, bo w Polsce rzadko używano takich ptaków do dostarczania wiadomości. Sowy uszate, puchacze i płomykówki były znacznie bardziej popularne. Wyglądało na to, że list jest z zagranicy. Zabrał go razem z gazetą i magazynem sportowym, które leżały pod drzwiami, podrzucone tam o świcie przez sowę pocztową, i poszedł do kuchni.

Upił łyk kawy i zaczął od przeglądu prasy. Obszerny artykuł na temat zawirowań politycznych porzucił po przeczytaniu kilku linijek. Odwrócił gazetę i spojrzał na wiadomości sportowe. Miażdżąca informacja o porażce reprezentacji w meczu towarzyskim z Portugalią nie zachęcała do lektury. Zajrzał bez większego zainteresowania do magazynu sportowego. „Kafla" prenumerował właściwie tylko z przyzwyczajenia i czytał głównie wiadomości dotyczące zagranicznych rozgrywek. Odkąd wypadł z branży, odnotował automatyczny spadek zainteresowania polską ligą, zwłaszcza że częściej niż o wynikach mówiło się o ciągłych przetasowaniach na stanowiskach trenerów i o wszechobecnej korupcji, ustawianiu meczów, awanturach i skandalach. Odłożył z niechęcią magazyn i sięgnął po list.

Obejrzał dokładnie grubą, czerwoną kopertę, zanim ją otworzył. List zalakowano pieczęcią z czarnego wosku. Wytłoczono na niej herb z hipogryfem, jakiego nigdy wcześniej nie widział. Na pewno nie był to symbol żadnego znanego mu klubu quidditcha.

— Widziałam sowę na ganku. Czy to Adam coś napisał? — zapytała żona, wchodząc do kuchni. — Bo na Jacka to chyba nie ma co liczyć... — Zawsze z utęsknieniem czekała na wieści od ich synów. Starszy pisywał regularnie, młodszy, typowy nastolatek, gdy skrobnął parę słów, było to prawdziwe święto.

— Nie — odparł Bogdan, podnosząc wzrok znad listu. — To z Rosji, od jakiegoś zupełnie obcego faceta...

— Dlaczego miałby do ciebie pisać jakiś obcy facet? — zapytała z zaintrygowaniem żona, odwracając się od kuchennej szafki, przy której nalewała sobie herbaty z czajniczka z esencją.

— To chyba oferta pracy... — mruknął.

— Teraz? W środku sezonu? — zdziwiła się. Podeszła z parującą filiżanką w dłoni i zajrzała mu przez ramię, a Bogdan skończył czytać list, który napisano bardzo oficjalną i bardzo poprawną angielszczyzną. Oferta prezentowała się dość zaskakująco, bo pochodziła nie od klubu, a od szkoły. Nazwa była mu nieobca. Durmstrang. Pamiętał, że to jedna z najstarszych i najbardziej elitarnych rosyjskich szkół magii. W czasach, gdy był trenerem klubowym w tym kraju, w miarę możliwości przyglądał się meczom szkolnych reprezentacji, wyławiając w ten sposób wyróżniających się zawodników. Mało kto trafiał w ten sposób bezpośrednio do pierwszego składu, ale mógł szlifować umiejętności w młodzieżówce zorganizowanej przy klubie. Jeśli Bogdan sam nie mógł pojechać, wysyłał swoich asystentów. Konkurencja była ostra, bo inne kluby działały dokładnie w ten sam sposób, ale Pioruny z Piotrogrodu miały solidne zaplecze i cały sztab ludzi. W przypadku Wojowników z Wołgogradu wyglądało to podobnie. W latach osiemdziesiątych w Rosji wpompowano w quidditcha miliony galeonów — właściciele tamtejszych klubów mieli ambicję dorównać najlepszym ligom — zwłaszcza angielskiej, niemieckiej i portugalskiej. Durmstrang jakoś nigdy nie wyróżniał się w tych rozgrywkach, zwykle kończyli sezon gdzieś w środku stawki, w okolicy czwartego albo piątego miejsca. Bogdan był pewien, że nigdy nawet nie oglądał meczu na ich stadionie. Dlaczego teraz zwrócono się do niego? Co prawda rozgrywki międzyszkolne traktowano w Rosji bardzo poważnie i cieszyły się one niemal takim samym zainteresowaniem jak ligowe, ale skąd pomysł, by zatrudnić trenera zza granicy i to, bez fałszywej skromności mówiąc, dość utytułowanego? Może jego notowania na rynku ostatnio mocno spadły, ale jego nazwisko wciąż coś znaczyło i chyba się nie spodziewali, że dość lakonicznie przedstawiona oferta sprawi, że natychmiast ją przyjmie?

Spojrzał na podpis. List napisał sam dyrektor placówki, niejaki Karkarow, który sprawiał wrażenie, jakby bardzo mu zależało na tym, żeby spotkać się osobiście.

— Ta sowa wciąż tu jest — powiedziała nagle żona.

Bogdan odłożył list i podszedł do okna. Wyjrzał na ganek, uchylając firankę. Sowa ciągle siedziała na balustradzie, nie zmieniwszy miejsca. Ruch zwrócił jej uwagę. Natychmiast obróciła głowę i wbiła w niego przeszywające spojrzenie żółtych ślepi drapieżnego ptaka.

Dziwne, czyżby czekała na odpowiedź? Ktoś najwyraźniej bardzo na nią liczył.

— Może po prostu odpoczywa — mruknął bez przekonania. Obcy ptak jednak nie ruszył się stamtąd przez większość dnia, ku wielkiemu niezadowoleniu ich domowej sowy. Wieczorem gdzieś odfrunął, najpewniej na łowy, ale rankiem następnego dnia znów tkwił na posterunku. Bogdan zaczął odczuwać pewną presję. Ostatecznie postanowił zgodzić się na spotkanie, nie tylko po to, żeby pozbyć się z ganku durmstrandzkiej sowy. Zaczęło go intrygować, co mogą mieć mu do zaoferowania.

Wymienili z Karkarowem kilka uprzejmych i bezosobowych listów, ustalając termin i miejsce. Zdecydowali w końcu, że to on przyjedzie do Bogdana — w końcu to dyrektor chciał go zatrudnić, samemu trenerowi na posadzie aż tak mocno nie zależało.

Umówili się na skwerze w centrum miasta. Tuż za budynkiem jednego z jachtklubów był punkt przerzutowy dla świstoklików. Bogdan uznał, że gość przybędzie właśnie tą drogą, więc chciał ułatwić mu sprawę. Od domu miał tutaj jakieś dziesięć minut spacerem. Mieszkali z żoną w przedwojennej willi, w dzielnicy położonej na morenowym wzgórzu nieopodal śródmieścia. Dla mugoli ich dom jawił się jako ruina, będąca w ciągłym remoncie, stanowiąc rażącą plamę na tle reszty eleganckich budynków, które po transformacji ustrojowej zostały w większości wykupione przez prywatnych właścicieli i odrestaurowane. W rzeczywistości, pod osłoną czarów maskujących, przywrócono mu dawną świetność.

Igor Wiktorowicz Karkarow już na niego czekał. Sprawiał całkiem porządne wrażenie i to właśnie wzbudziło największą nieufność Bogdana. Było coś dziwnego w tym facecie, nie tylko dlatego, że nosił grube, białe futro, podobne do tego, jakie miała jego babcia przed wojną. Już z oddali poznał po minie zagranicznego gościa, że nie spodobało mu się jego mugolskie ubranie. Bogdan zbytnio się tym nie przejął. Chyba ten dziwak nie oczekiwał, że będzie paradować po mieście pełnym mugoli w długich, czarodziejskich i przy okazji cholernie niepraktycznych szatach? Odkąd przeprowadzili się z żoną z powrotem do Polski, mieszkali wśród mugoli i uznali za naturalne, że to oni powinni dopasowywać się do otoczenia, a nie otoczenie do nich.

Kiedy Bogdan podszedł bliżej, Karkarow rozciągnął usta w szerokim uśmiechu i wyciągnął rękę na powitanie.

— Pan Bogdan Bielik, prawda? Od razu pana poznałem. — Jego angielszczyzna była bardzo dobra, właściwie bez śladu obcego akcentu. Widocznie musiał spędzić sporo czasu za granicą. — Igor Wiktorowicz Karkarow. Miło mi.

— Bogdan Bielik — przedstawił się, ściskając jego dłoń. — Dotarł pan bez problemu? — zapytał.

— Ach, tak. Nie pierwszy raz tutaj jestem — odparł Karkarow trochę nonszalancko. — W siedemdziesiątym czwartym były tu regaty.

— Brał pan udział w mugolskiej Operacji Żagiel? — zdziwił się Bogdan.

— Na Rasputina, skądże znowu! Nasze zawody odbywały się niezależnie. Płynąłem wtedy na „Szamanie morskim", wspaniała jednostka, wspaniała, ale bardzo kapryśna... Jak mu się nudziło, to robił żarty załodze. Plątał linki, wyrzucał kotwicę za burtę... No, ale dość tych wspomnień — zreflektował się. — Możemy gdzieś spokojnie porozmawiać? — zapytał.

— Tak, tutaj niedaleko, za „Różą Wiatrów" jest taki mały pub. O tej porze będzie tam pusto...

Niespełna dwadzieścia minut później siedzieli już przy niewielkim stoliku w zacisznym rogu knajpy, Bogdan przy kawie, Karkarow przy herbacie. W tle leciały szanty, pod sufitem, podwieszony na belkach, wisiał okazały model żaglowca, zaś ze ściany nad kominkiem zezowała na nich wyłupiastymi oczami zasuszona żabnica. Karkarow upił łyk herbaty, skrzywił się lekko i odsunął szklankę. Tu mu się akurat nie dziwił, kawa też nadzwyczajnie nie smakowała, ale czego można było się spodziewać, zamawiając inny niż piwo napój w knajpie?

— A więc... Zastanawiał się pan nad naszą ofertą? — zapytał Karkarow.

— Owszem. Przyznam, że jestem nią dość zaskoczony. Skąd w ogóle pomysł, żeby się do mnie zgłosić?

— Nie jest pan obecnie związany z żadnym klubem, prawda? Poza tym polecał pana dawny znajomy, który u nas pracuje.

— Kto taki? — zainteresował się Bogdan, zastanawiając się, o kim może być mowa.

— Andreas Meier. Jest u nas pracownikiem technicznym.

Nazwisko faktycznie było mu dobrze znane. Współpracował z Meierem przez ładnych parę lat, gdy trenował Pioruny z Piotrogrodu, ale nie miał z nim od dawna żadnego kontaktu. Dziwił się, że Meier w ogóle go pamiętał.

— Prowadził pan kiedyś kadrę młodzieżową — mówił dalej Karkarow.

— Prawda, był taki epizod.

— Teraz, zdaje się, jeszcze do niedawna współpracował pan z lokalnym klubem i prowadził drużynę juniorów — drążył dalej Karkarow. Był zdecydowanie zbyt dobrze poinformowany. — Nie ma pan wobec nich obecnie żadnych zobowiązań, prawda?

— Nie, chwilowo nie.

Umowę podpisywał co miesiąc, a teraz akurat w rozgrywkach ligi była przerwa zimowa. Od lutego mógł na nowo podjąć z nimi współpracę, która wynikała głównie z sentymentu, jaki żywił do drużyny Jastrzębi. Nie miał zamiaru wygryzać ze stanowiska głównego trenera, który zresztą był już tu nieźle zakorzeniony i prowadził pierwszy skład szósty rok. W Polsce, gdzie trenerzy zmieniali się jak w kalejdoskopie, stanowiło to prawdziwy ewenement, ale Lang naprawdę należał do czołówki szkoleniowców. Znali się zresztą z Bielikiem od wielu lat i nawet przyjaźnili. Inaczej by ten układ nie mógł funkcjonować, mało kto tolerowałby to, że przy klubie pętał mu się drugi trener...

— To świetnie — ucieszył się Karkarow, jakby fakt jego bezrobocia był szczęśliwym zbiegiem okoliczności. — Jest pan zatem zupełnie wolny.

— Można tak powiedzieć. Ale wciąż nie sformułował pan dokładnie swojej oferty, a pański pierwszy list zbyt wiele nie wyjaśniał...

— Jeżeli chodzi o warunki finansowe, to zapewniam, że pensja u nas jest znacznie wyższa od tego, co może panu zaoferować prowincjonalna szkółka dla młodzieży.

Gdy Karkarow wymienił sumę, brwi Bogdana lekko podjechały do góry. Nie dorównywało to jego zarobkom, gdy był trenerem klubowym, ale wynagrodzenie było więcej niż godziwe i znacznie wyższe, niż można by się spodziewać w szkolnictwie.

— Czy to nie za wysoka pensja jak dla nauczyciela latania na miotle? — zapytał podejrzliwie.

— Uczenie latania na miotle pierwszorocznych to będzie tylko niewielka część pańskich obowiązków. Pana głównym zadaniem będzie stworzenie reprezentacji quidditcha z prawdziwego zdarzenia.

Teraz wszystko zaczęło się powoli rozjaśniać. Durmstrang naprawdę musiał znaleźć się w nie lada tarapatach, skoro teraz zwrócili się do niego, pewnie groziła im relegacja. Ile tam było tych szkół, które rywalizowały ze sobą na najwyższym szczeblu? Osiem albo dziewięć, nie pamiętał dokładnie. Istniał też drugi, niższy poziom rozgrywek, a zasada spadków i awansów funkcjonowała tak samo jak w profesjonalnym quidditchu. Pamiętał, że do tej międzyszkolnej ligi należały nie tylko placówki z Rosji, ale także z wielu innych krajów z Europy Wschodniej — granice jej zasięgu przebiegały z grubsza tak, jak komunistycznego wytworu mugoli, zwanego Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich. Czarodzieje, chociaż coś tam o tym słyszeli, to beztrosko ignorowali fakt istnienia tego kolosa, który zresztą, jak wieszczono, wkrótce miał się rozsypać, żyjąc w swoim własnym świecie, w którym podział administracyjny niekoniecznie odpowiadał mugolskiej rzeczywistości.

— Widzi pan, sport, zwłaszcza quidditch, jest bardzo ceniony w Durmstrangu — podjął Karkarow. — Niestety, nigdy jeszcze nie było tak źle. Spadliśmy na przedostatnie miejsce i jak tak dalej pójdzie na koniec wypadniemy z ligi. Albo coś zmienimy, albo czeka nas kompromitacja. Ostatni trenerzy nie spełniali naszych oczekiwań, potrzebujemy profesjonalisty, kogoś, kto zbuduje nam drużynę z prawdziwego zdarzenia. Kogoś takiego jak pan.

— A nie mam za mało czystej krwi, żeby znaleźć zatrudnienie w pańskiej szacownej instytucji? — Nie mógł się powstrzymać od tego przytyku. Durmstrang słynął ze swojego ksenofobicznego podejścia.

— To nie ma znaczenia — odparł Karkarow prędko. Bogdan znów jednak wychwycił w jego głosie jakąś nieszczerą nutę i domyślił się, że w istocie to ma znaczenie. Zawsze będzie miało. Rosjanin był jednak najwyraźniej gotów stłumić swoje uprzedzenia, jeżeli dzięki temu udałoby mu się nakłonić trenera do współpracy.

— Widzę, że wciąż nie jest pan przekonany.

— Racja. Szczerze mówiąc, nie jestem.

— Rozumiem pana lepiej, niż się panu wydaje.

— Doprawdy? — zapytał chłodno Bogdan.

— Z tego co wiem, Polski Związek Quidditcha pozbawił pana stanowiska w dość mało elegancki sposób. Spisano pana na straty.

Bielik tego nie skomentował. W życiu by się nie przyznał, ale ta porażka wciąż dotkliwie bolała. Był w stanie osiągnąć jeszcze kolejny sukces z kadrą, lecz nie dano mu szansy. Zresztą pal licho, mogli z nim zakończyć współpracę, kiedy chcieli, nie miał się tu o co obrażać, ale niechby chociaż prezes związku sam osobiście z nim wcześniej porozmawiał i łaskawie mu to zakomunikował przed ogłoszeniem tego dziennikarzom.

— Wiem, że jest pan ambitny, że lubi pan wyzwania. Praca z młodzieżą to piękna sprawa, ale wybitnych sukcesów pan tu nie osiągnie. Jednak w Durmstrangu mógłby pan mieć jedno i drugie, gdyby tylko zdołał podnieść drużynę, która już niemal sięgnęła dna... — Karkarow skrzywił się wyraźnie przy tych słowach, jakby go ząb rozbolał. — O tak, to byłoby coś, cała Rosja by o tym mówiła.

Trafił w sedno. Czy Bielikowi się to podobało czy nie, Karkarow naprawdę go rozszyfrował. Bogdan nie potrafił żyć bez wyzwań, nie osiągnął jeszcze wszystkiego, co było do zdobycia w trenerstwie, a nie znajdował się jeszcze na takim etapie, by stało mu się to zupełnie obojętne. Potrzebował tej pasji, iskry. Zarobki były kwestią drugorzędną, miał wystarczająco wiele oszczędności, by doczekać do rozpoczęcia nowego sezonu.

Wy konieczno goworitie po-russki?*— zapytał znienacka po rosyjsku Karkarow.

Da, goworiu swobodno** — odparł Bogdan, odruchowo dopasowując odpowiedź do wybranego przez jego rozmówcę języka.

— To znakomicie. — Karkarow wrócił do angielskiego. — Jak zapewne pan wie, mamy teraz przerwę zimową i sporo czasu do startu rundy wiosennej. Byłby to czas na zmontowanie drużyny i rozpoczęcie treningów z prawdziwego zdarzenia.

Bielik szybko przypomniał sobie, że w Rosji rozgrywki quidditcha w pierwszej lidze wznawiano na początku marca. Te na poziomie szkolnym mogły mieć jakieś niewielkie przesunięcie, ale nie większe niż tydzień. Teraz był środek stycznia.

— Nie jest tam u was trochę za zimno na treningi o tej porze roku? — wyraził wątpliwość. Nawet w Polsce były z tym czasami problemy, a co dopiero w surowym klimacie Rosji. Kluby w tym kraju położone na dalekiej północy dysponowały stadionami z zamykanym dachem, co rozwiązywało problem z treningami w czasie przerwy zimowej, ale nigdy nie słyszał, by jakakolwiek szkoła mogła sobie pozwolić na tak drogą inwestycję. Nie wiedział co prawda, gdzie dokładnie zlokalizowany jest Durmstrang, ale sądząc po stroju zagranicznego gościa, wydawało się, że przybył co najmniej zza koła podbiegunowego, a kto wie, czy nie z samego serca syberyjskiej tajgi.

Karkarow na wszystko miał przygotowaną odpowiedź. Roztoczył przed nim wspaniałą wizję. Treningi w sezonie zimowym odbywały się na krytej hali, poza tym dysponowali nowoczesnym stadionem z trybunami na pięć tysięcy miejsc i jeszcze jednym boiskiem. Poza tym gwarantował dostęp do sprzętu sportowego najwyższej jakości, asystenta, który posłuży mu wszelką pomocą, zapewniał zakwaterowanie i wyżywienie na miejscu. Jasne, że dostanie wszystko, czego będzie chciał. Świstokliki prosto do Polski, jak najbardziej, dwa razy w miesiącu, nie ma żadnego problemu. Żona oczywiście może go odwiedzać, kiedy tylko zechce, o ile nie będzie to kolidowało z jego obowiązkami.

— Muszę to przemyśleć — powiedział Bogdan, zdecydowanie ucinając potok słów Karkarowa.

— Oczywiście, oczywiście, nie chcę naciskać, ale dobrze by było, gdyby udzielił nam pan odpowiedzi jak najszybciej. Powiedzmy, do końca tygodnia? Sam pan rozumie, czas nas goni. Gdy tylko da nam pan znać, możemy załatwić panu świstoklik prosto do Durmstrangu, nawet na następny dzień.

Karkarow najwyraźniej nabrał już przekonania, że otrzyma odpowiedź twierdzącą. Może zresztą wcale nie był daleki od prawdy.

— Wraca pan świstoklikiem? — zapytał Bogdan, gdy wyszli na zewnątrz. Zauważył, że Karkarow nie ruszył w stronę punktu przerzutowego, a zatrzymał się pod „Różą Wiatrów".

— Ach, nie, mój transport już na mnie czeka — odparł dość niefrasobliwie Rosjanin. Wskazał na horyzont.

Bogdan spojrzał w tamtym kierunku i na tle lekko zamglonego nieba, pokrytego błękitnoszarymi chmurami, dostrzegł kołyszący się na falach spory żaglowiec. Z pewnością nie była to fregata lokalnej szkoły morskiej. Czarny kadłub statku wyraźnie odcinał się od stalowoszarej powierzchni morza, jednak żaden ze spacerujących po skwerze mugoli nawet na niego nie spojrzał. Portowy holownik wracający z zatoki również minął tajemniczy żaglowiec jak gdyby nigdy nic. Statek był prawdopodobnie zamaskowany zaklęciami zwodzącymi. Ciekawe, co niemagiczni widzieli w jego miejscu? Stary kuter?

Karkarow uścisnął mu dłoń na pożegnanie i deportował się, zapewne przenosząc wprost na pokład.

Bielik tylko pokręcił głową. Dyrektor Durmstrangu za wszelką cenę chciał zadać szyku.


Bogdan nie miał w zwyczaju odkładać trudnych rozmów na później. Zaraz po powrocie zajrzał do salonu. Żona siedziała w swoim ulubionym fotelu przy kominku i czytała książkę. Na jej kolanach drzemała ich domowa kotka. Wiedział, że zaraz będzie musiał zburzyć ten spokój i już czuł się z tego powodu dość nieprzyjemnie. Przecież nie dalej jak parę miesięcy temu obiecał, że wreszcie ich życie nie będzie podporządkowane jego pracy. Jasne, że nie mógł do końca swojej trenerskiej kariery pracować za pół darmo z miejscową drużyną juniorów. Prędzej czy później musiał znaleźć coś innego, ale właściwie już pogodził się z myślą, że będzie to posada w jednym z polskich klubów — jeżeli nie trenera, to może dyrektora sportowego. Wtedy nie musiałby się nawet przeprowadzać. Do pracy mógłby podróżować siecią Fiuu albo teleportować się spod drzwi własnego domu. Jeżeli przyjąłby ofertę Durmstrangu, tak proste rozwiązanie stałoby się niemożliwe.

— Basiu, musimy porozmawiać — rzekł, siadając w fotelu naprzeciwko.

Odłożyła książkę na stolik i zdjęła okulary, których używała do czytania. Spojrzała na męża z lekkim zaniepokojeniem, słysząc poważny ton jego głosu.

— Coś się stało?

— Chodzi o tę pracę.

— Przyjąłeś tę ofertę?

— Muszę przyznać, że jest całkiem atrakcyjna... I nawet dobrze płatna.

— W szkolnictwie? A to coś nowego — mruknęła żona, ale gdy Bogdan wymienił sumę, jaką mu zaoferowano, była szczerze zdziwiona. — Czy to nie jest jakiś szwindel? Czego oni od ciebie oczekują?

— Uratowania ich drużyny przed spadkiem z ligi.

— Ale przecież to kawał drogi stąd! Gdzie jest dokładnie ta szkoła? — zapytała.

— Z tego co mówił Karkarow, gdzieś w europejskiej części Rosji. Dokładnie nie sprecyzował, mówił coś o jakichś zasadach tajności... — Bogdan skrzywił się lekko. Karkarow usiłował sprawiać wrażenie bardzo tajemniczego.

— Tak czy inaczej musiałbyś tam wyjechać — powiedziała powoli żona. — A co z nami?

— Nie dałem mu ostatecznej odpowiedzi. Powiedziałem, że chcę to najpierw przedyskutować z rodziną — odparł Bogdan spokojnie, czując jak narasta w nim poczucie winy. Znów wychodziło na to, że coś takiego jak pewny plan w jego przypadku nie istnieje.

— A więc dyskutujmy. — Wyczuł w jej głosie pełną niechęci nutę. — Jak ty sobie to wyobrażasz? Mielibyśmy się przenieść do Rosji? Nie chcę tam wracać. Na pewno nie teraz.

Potrafił ją zrozumieć. Po latach przeprowadzek wreszcie wrócili do Polski, która zresztą po transformacji ustrojowej mocno się zmieniła. Tylko krótkowzroczni głupcy mogli sądzić, że „sprawy mugoli" nie mają wpływu na sytuację w magicznym świecie. Dzieci wyszły z domu, ale na miejscu była rodzina i przyjaciele. Basia znalazła nową pracę, którą bardzo polubiła. Poza tym dopiero co skończyli remont domu; obydwoje włożyli w to mnóstwo wysiłku. Nie mógł od niej oczekiwać, że porzuci to wszystko i znów się dla niego poświęci.

— Kto mówi o przeprowadzce do Rosji? Nie żądałbym czegoś takiego od ciebie. Durmstrang to szkoła z internatem, tak jak nasza Akademia, tylko że w przeciwieństwie do niej nie jest jedyną placówką w kraju. W samej Rosji mają takich kilka, mniejszych i większych, ale to nie wszystko, bo w tej lidze grają też szkoły z innych krajów. W zasadzie cała Europa Wschodnia.

— To dlaczego nas tam nie ma?

— Kiedyś byliśmy, ale potem nasi oficjele przestali się dogadywać z ich oficjelami i Akademia się odłączyła.

Basia pokiwała powoli głową, ale wyraźnie widać było, że zaprząta ją zupełnie coś innego niż kwestia w jakim składzie odbywają się te międzyszkolne rozgrywki.

— Na jak długo? — zapytała wreszcie.

— Na razie do końca sezonu, a potem się zobaczy...

Uśmiechnęła się tylko smutno, spuszczając wzrok i obracając w palcach okulary. Ileż razy już to słyszała! W Portugalii mieli zostać tylko na parę miesięcy, a mieszkali tam prawie trzy lata. Dwa sezony w Rosji zamieniły się ostatecznie w sześć.

— Wiesz, zawsze miałam wrażenie, że jestem jak żona marynarza. Ciągle byłeś poza domem... — Zawiesiła głos. — Ale wiedziałam, na co się decyduję. — Milczała przez chwilę. — Jedź. Przecież widzę, że ciągle cię nosi. Ta bezczynność cię zabija. Ale ty jako belfer... — Pokręciła głową, najwyraźniej nie mogąc sobie tego wyobrazić. Zbyt dobrze znała charakter męża. — Nie wiem, czy ta szkoła to wytrzyma...

Przypisy:
* Pan oczywiście mówi po rosyjsku? (ros.)
** Tak, całkiem dobrze. (ros.)

c.d.n.