Varia techniczne: prompy z 64damn-prompts na lju. Poza kettle, które jest z drabblefix. Tak, nazwa cyklu może być traktowana jako... nieco tautologiczna, ale "id" i "dziecko", i "wyparte" na szczęście się nie całkiem pokrywają, dzięki czemu mamy zdanie z ładniejszą melodią.

Varia ogólne czyli jakim cudem napisaliśmy coś do popularnego w Polsce fandomu: fandom HP nigdy właściwie nie był moim (i to jest pewnie rodzaj ostrzeżenia). Oczywiście, coś się czasem czytało, ale rzadko i bez większego zapału, jedynie arcydzieła arcydzieł poruszały. Ale wzięło mnie nagle na relacje między Lucjuszem M. a Arturem W. Nie, nie, nie paring, paringi i romanse mnie nie bawią. Na taką dramę polityczną czy społeczną, na złośliwości w szkole, na wredne zachowania na przyjęciach, na sabotowanie w Ministerstwie, na próby przeforsowania aktów prawnych korzystnych dla danej strony, na przewały finansowe, na raniącą ironię w ramach etykiety, na zawzięte śledztwa, na napuszczanie skarbówki etc.

Fandom okazał się niedobry i nic mi takiego nie napisał, poza jednym całkiem ładnym drobiazgiem na ffnecie i jednym ładnym, ale nieskończonym, na AO3 (ale z cugu na Lucjusza, jaki we mnie przy okazji powstał, przeczytałam dwa genialne fiki i dwa całkiem dobre, więc byłabym na plus, gdybym nie obudziły w moim wewnętrznym dziecku pragnienia; wewnętrzne dziecko żyć mi teraz nie daje). Cóż więc, skoro mnie wzięło, to zbiorek powstał. Na ten moment skończony, ale do miniaturek łatwo się dopisuje, także kto wie, co przyniesie przyszłość? Zwłaszcza, że zdecydowanie za dużo tu dramy, a za mało ekonomii, prawa, skarbówki, śledztw, przewałów, wygłupów młodzieży szkolnej, publicznych dyskusji i walki na artykuły w „Proroku". Trzeba będzie nadrobić to niedopatrzenie.

Varia o kanonie: czytałam książki. Gdy wychodziły, ale posprawdzałam w sieci, czego byłam niepewna. Przy tej okazji po raz pierwszy ujrzałam, kto gra panów w filmach i się zdumiałam wielce.


Bogini Domowego Ogniska


enemy gate

I

Kiedy stanęli z nakazem rewizji w drzwiach, otworzyła im Narcyza. W jedwabnej podomce, z włosami w nieładzie, ale jakimś trafem takim nieładzie, który podkreślał piękno rysów. Z makijażem, który wydobywał kolor oczu, ale równocześnie uwypuklał bladość cery. Gruba warstwa korektora sugerowała cienie, bezsenność. Zza ramienia kobiety wynurzył się fotograf „Proroka", tłumaczący, że został na noc po wczorajszym przyjęciu.

I w jednej sekundzie Artur Weasley zrozumiał, że przyszli na próżno, ktoś w Ministerstwie sypnął.

Żurnalista nie zrobi zdjęć rewizji, nie może, ale potem – droga wolna! Jutro w gazecie, na tle porozrzucanych przedmiotów, pani Malfoy będzie wyglądała na bardzo bezbronną, zmęczoną, zaszczutą.


kettle

II

— Arturze, panowie... Witam.

Głos Malfoya był uprzejmy i chłodny, manierycznie oczyszczony z pogardy. Weasley przybywał z kilkoma funkcjonariuszami oraz nakazem rewizji.

— Kazać podać panom kawę? O tej porze człowiek jest nieprzytomny — zauważyła Narcyza — a panowie będą przecież pruć rodowe krzesła, wywalać średniowieczne tomiszcza na ziemię, przesuwać meble...

Bez cienia wyrzutu albo ironii w tonie – nie musiała się zniżać, aluzję pojęli wszyscy.

— Niestety, chyba nie mamy kawy, która odpowiadałaby... przyzwyczajeniom państwa — westchnął z idealnie zagranym zatroskaniem Lucjusz. — Nie zwykliśmy kupować najtańszego gatunku na mugolskich przecenach. Chociaż, niewątpliwie, on też ma swój urok... dla koneserów.

Artur zacisnął zęby. Zapowiadał się ciężki poranek.


acid

III

Artur najchętniej westchnąłby, ale nie chciał dawać Malfoyowi tej satysfakcji. Przeszukanie okazało się bezowocne – owszem, sekretna komnata była tam, gdzie Harry powiedział, że będzie, owszem, cuchnęła czarną magią na kilometry. Lecz była pusta, jeśli nie liczyć kilku bezużytecznych, niegroźnych gratów.

W związku z tym dalsza rewizja będzie prawdopodobnie – na pewno – równie bezskuteczna. Posiadłość rodowa, znając życie, została wyczyszczona do cna, a nim zdobędą nakazy dla pozostałych nieruchomości Malfoyów, tamci zdążą wszystko sprowadzić ponownie. Co więcej, drań na pewno złoży oficjalne zażalenie: przecież był już przeszukiwany parę miesięcy temu, czy Ministerstwo zamierza co tydzień naruszać spokój jego rodziny?

Co nie oznaczało, że Weasley zamierzał przerywać. Po pierwsze, procedury. Po drugie: skoro już wreszcie dostał to pozwolenie (cud, wziąwszy pod uwagę wpływy Lucjusza), to zamierzał je wykorzystać. Niech przynajmniej ta gadzina też ma popsuty dzień.

— Zaplanowaliśmy obiad dla znajomych na siedemnastą — głos gospodarza rozległ się dosłownie metr za jego plecami i Artur drgnął z zaskoczenia. — Byłbym wdzięczny, gdybyś powiedział mi, czy musimy go odwołać, czy też zdążycie skończyć te... czynności — ostatnie słowo wypowiedziano z wyraźną odrazą.

— Trudno powiedzieć. Zależy, co znajdziemy.

— Nic — absolutna pewność w tonie.

Weasley ją, niestety, podzielał, ale nie miał ochoty robić grzeczności Malfoyowi. Nie po tym, co ten łajdak zrobił Ginny.

— To się okaże i to ja zdecyduję, czy to takie „nic" — odpowiedział więc chłodno, po czym dorzucił: — Byłbym wdzięczny, gdybyście nie posyłali jeszcze skrzatów domowych do pracy. Możliwość mataczenia, z pewnością rozumiesz.

Oczy Lucjusza zwęziły się na sekundę, zaraz jednak mężczyzna odzyskał opanowanie.

— Oczywiście.

Odwrócił się na pięcie, zamierzając wyjść do pracowni – chwilowo faktycznie dość rozgrzebanej; na wszelki wypadek zerwali parkiet w całym domu – kiedy Artur spytał niewinnym tonem:

— Zdołaliście już zdobyć zastępstwo za Zgredka? To na pewno wielka strata dla domowego ogniska, tak zdolny skrzat, no, ale po tylu pokoleniach służby to faktycznie mu się należało – słusznieś zrobił, żeś go uwolnił...

Malfoy najpierw zastygł, potem zawrócił. Z bardzo uprzejmym wyrazem twarzy. Oho, zła wróżba pomyślał Weasley.

— Zaskakujesz mnie, Arturze. Sądziłem, że w twojej rodzinie koncept domowego skrzata jest dość... abstrakcyjnym. A oto dajesz mi rady, jak należy traktować żywy inwentarz. Czyżby jakaś podwyżka? Zapewniam cię, że wiem, jak się obchodzić ze skrzatami. Moja rodzina posiadała je od wieków, żadna z moich szanownych babek nie musiała nigdy używać różdżki, by zajmować się obejściem sama. Moja żona także nie. A twoja? Do jakiej chodzi kosmetyczki? Do którego fryzjera? Jej ulubiony projektant, uwielbiany jubiler? Porozmawiajmy, jak mąż z mężem, co zapewniamy naszym ukochanym kobietom, naszym promykom słońca, matkom naszych dzieci?

— Męża, który może śmiało patrzeć w lustro i nie dotyka jej rękoma skąpanymi po łokcie w krwi jej najbliższej rodziny albo przypadkowych, niewinnych ludzi, Lucjuszu — odparował bez namysłu rudzielec. — Przynajmniej ja zapewniam to Molly. Ty, jak rozumiem, wolisz kupować Narcyzie biżuterię?

Malfoy zrobił się blady jak ściana.

— Wypominasz mi — syknął, doszedłszy po sekundzie do siebie — to, co zrobiłem pod Imperiusem? Sądziłem, że masz więcej godności, przyzwoitości, tego osławionego miłosierdzia – ale widzę, że ulubieńcy Dumbledore'a rezerwują swoje współczucie dla szl... mugoli.

Szlag, sklął w duchu Weasley. Sam byłby gotów założyć się o swoją różdżkę, że Lucjusz służył Voldemortowi całkowicie dobrowolnie, świadomie i z rozkoszą wręcz, jednak sąd bogacza uniewinnił. Imperius, uznano. Malfoy był, w świetle prawa, wręcz ofiarą.

— Twoje podszyte zazdrością i kompleksami uprzedzania — perorował tymczasem gospodarz — nie są usprawiedliwieniem dla nękania mnie i mojej rodziny, nie powinny być – ale Ministerstwo tak nie uważa, oczywiście, Ministerstwo cały czas traktuje wszystkich czarodziejów czystej krwi jak morderców. Nachodzi się nas nad ranem, męczy nieustannymi przesłuchaniami, w każdej chwili możemy być wezwani przed aurorów, zupełnie bez powodu, tylko dlatego, że mają zły nastrój...

Czy najbardziej wpływowemu z ludzi właśnie udaje się brzmieć, jakby był dręczoną ofiarą? jęknął w myślach Artur, z czymś na kształt niechętnego podziwu wszakże. Gdyby po ich stronie stał choć jeden tak wygadany, zamożny czarodziej! Dumbledore był bohaterem i geniuszem, niewątpliwie, ale trudno go było nazwać wybitnym oratorem. Przynajmniej na co dzień.

— Muszę wracać do czynności służbowych — wtrącił Weasley najbardziej oficjalnym tonem, na jaki umiał się zdobyć. — Chyba, że chcesz przedłużyć naszą obecność w twoim domu? Do jutra rana może?

— Ministerstwo zaszczyca mnie swoją uwagą i troską — odpowiedział podobnie Lucjusz — ale moje wcześniejsze plany uniemożliwiają mi, niestety, zaproponowanie ci noclegu.

— Och, nie przejmuj się, jeżeli będzie trzeba, znajdziemy sobie kącik. Może moglibyśmy teraz zrobić sobie parę godzin odpoczynku, potem wrócić do pracy i rzeczywiście skończyć jutro... Aczkolwiek nie wiem, co wówczas z twoją kolacją. Ani zapowiadanym na pojutrze balem, zerwany parkiet utrudnia tańczenie.

Malfoy nie powiedział nic, przynajmniej nie od razu. Kiedy Artur wrócił do metodycznego wyciągania przedmiotów, ściągania obrazów, bibelotów, opukiwania ścian, machania różdżką nad każdym gwoździem, odezwał się wreszcie:

— Ledwo dostałeś odrobinkę władzy, a już ją wykorzystujesz, by pognębić nielubianych kolegów, zupełnie jak... — cichy śmiech. — Ale jestem pewien, że twojemu poczuciu wyższości moralnej to nie zaszkodzi. To Malfoyowie, więc się nie liczy, tak?

I z tą parafrazą powiedzonka śmierciożerców na ustach wyszedł, zostawiając Weasleya skamieniałego, z ręką w zakurzonym, od wieków nierozpalanym kominku.

Przeszukanie zakończono planowo, koło piętnastej. Narcyza, cała w skowronkach, zaczęła popędzać domowe skrzaty, bo „kolacja musi wspaniała, Avery podała ostatnio pieczone prosię, nie chciałabym wypaść gorzej...".