Bycie jednym z Królów Narnii okazało się znacznie trudniejsze, niż Edmund kiedykolwiek przypuszczał. Zwłaszcza po odejściu Aslana. Nie mógł winić zwierząt za ich sceptycyzm; gdy uprzytomniły sobie, że włada nimi czwórka zwykłych dzieci, może i mądrych, ale tylko dzieci, zaczęły się buntować, to zrozumiałe. Sam pewnie też by się zbuntował.

Za nic nie mógł jednak wybaczyć swojemu rodzeństwu, które zaślepione wizją pozostawioną im przez Lwa, w ogóle nie zwracało uwagi na czyhające wszędzie niebezpieczeństwa. Jakim cudem mogli być aż tak krótkowzroczni?!

On sam był inny. Lód, który pozostawiła w nim Czarownica, okazał się jego największym wybawieniem. Słuchał go, pielęgnował, trzymał w uwięzi, lecz wypuszczał bez wahania, gdy tylko pojawiła się ku temu potrzeba.

Tak jak teraz.

Jego zimne i bezwzględne ja beznamiętnie wycierało zakrwawiony nóż o brzeg szkarłatnego kaftana. Jeszcze raz zmierzył zamglonym przez Lód wzrokiem wnętrze norki, niegdyś schludnie urządzonej, teraz pełnej połamanych mebli, potłuczonych miseczek, podartych ubranek i tego, co zostało z nich właścicieli.

Spiskowców. Niedoszłych morderców Synów Adama i Córek Ewy.

- Mogłeś z nimi pertraktować – jęknął słabym głosem dobry Edmund. – Piotr, Zuzanna i Łucja na pewno by coś wymyślili…

- Nie ma litości dla wrogów Narnii – prychnął z pogardą drugi Edmund i splunął na sam środek zdewastowanego mieszkanka.