22 grudnia, 2012.
V tydzień.
Jill krzątała się po kuchni. W zamyśleniu przygotowywała śniadanie, czekając aż zagotuje się woda na kawę dla Chrisa, a dla niej na herbatę. Było jeszcze trochę czasu do alarmu budzika, więc postanowiła sprawić ukochanemu niespodziankę.
Nie chciała, by Chris wyjeżdżał. Nie lubiła zostawać sama. Potrzebowała przynajmniej świadomości, że drugi człowiek jest w pokoju obok. A teraz Chris miał wyjechać na kilka dni do jakiejś Edonii, Bóg jeden wie gdzie położonej.
Czajnik piknął cicho. Zalała herbatę i kawę, a śniadanie postawiła na stole. Spojrzała na zegarek. Chris nadal miał kilka minut snu, których nie chciała mu odbierać. Doskonale wiedziała, jak będzie się zachowywał podczas misji. Była pewna, że Chris będzie odmawiał sobie odpoczynku. Nawet, jeśli by miał paść z wycieńczenia.
Przeciągnęła się, stłumiła ziewnięcie i chciała przejść do salonu, gdy usłyszała dzwonek do drzwi. Opatuliła się szczelniej szlafrokiem i poszła otworzyć. W drzwiach stał podwładny Chrisa, Piers Nivans.
- Dzień dobry, pani Redfield! – chłopak przywitał się radośnie. Jill zaprosiła go do środka i zamknęła drzwi.
- Napijesz się herbaty, Piers? – zapytała, gdy weszli do kuchni. – Właśnie zrobiłam śniadanie, może chcesz coś zjeść?
Potrząsnął głową.
- Już jadłem, dziękuję. Ale herbatę poproszę.
Usiadł na wolnym miejscu przy stole. Jill odgarnęła włosy za uszy, stłumiła kolejne ziewnięcie. Wiedziała doskonale, że rano po Chrisa przyjdzie Piers, ale nie spodziewała się go tak szybko.
Z szafki wyciągnęła dodatkowy kubek. Podała herbatę i cukier.
Usiadła naprzeciwko gościa. Zacisnęła palce na szlafroku w okolicy dekoltu. Nie chciała by Piers zobaczył jej bliznę sprzed lat. Ten ślad mógł oglądać tylko Chris. Tylko on nie patrzył na niego dziwnie. Bywały chwile, gdy czule muskał palcami pozostałości po urządzeniu.
- Bałem się, że kogoś obudzę – mruknął Piers, drapiąc się po głowie. Jill uśmiechnęła się lekko do niego.
- Nie przejmuj się. Chris wczoraj wieczorem nastawił sobie tak budzik, jakby nie przewidywał śniadania. Nie mogę go przecież puścić z pustym brzuchem, co by była ze mnie za żona?
Młodszy mężczyzna uśmiechnął się rozbawiony. Potem lekko się zarumienił.
- Tak w ogóle, chciałem pogratulować, pani Redfield.
Kobieta uniosła brwi.
- To znaczy?
- Kapitan nam się pochwalił kilka dni temu, że zostaniecie rodzicami... – Nivans był wyraźnie zakłopotany.
Jill roześmiała się głośno.
- A to zdrajca, miał na razie nikomu nie mówić – przewróciła oczami. Instynktownie dotknęła swojego brzucha. – Jeszcze trochę czasu minie, nim tymi rodzicami zostaniemy, ale dziękuję.
- Właśnie! Zapomniałbym! – Piers zerwał się z miejsca i pobiegł do drzwi. Jill nie ruszyła się z krzesła, grzejąc dłonie o kubek. Patrzyła przez chwilę tam gdzie zniknął Nivans. Najchętniej wróciłaby do sypialni, wtuliła się w Chrisa.
Jill uśmiechnęła się do swoich myśli. Akurat wtedy do domu wrócił... wielki, pluszowy miś. Pomrugała zaskoczona. Pluszak był ogromny, prawie wielkości Piersa, którego obecność za misiem zdradzał tylko fragment odsłoniętych nóg. Postawił prezent pod ścianą.
- Pomyśleliliśmy z chłopakami, że zrzucimy się na mały prezent dla malucha. To też taki trochę pierwszy prezent świąteczny dla niego – powiedział radośnie, wciąż zakłopotany. Jill stłumiła śmiech dłonią.
Pluszowa sierść misia miała kremowy kolor, który idealnie współgrał z fioletem kokardki na jego szyi. Jego bursztynowe oczy błyskały radośnie.
Jill podeszła do młodszego mężczyzny. Pocałowała go delikatnie w policzek. Zarumienił się. Nieco zaskoczył go jej gest.
- Jest przepiękny – uśmiechnęła się szeroko. – Dziękuję.
Odwzajemnił uśmiech, nadal zażenowany. Kobieta lekko popchnęła go w stronę stołu, nie chcąc by skrępowany stał w przejściu. Sama również usiadła. Zerknęła w stronę zegara na komodzie.
- Jeść... – Jill nagle podskoczyła na krześle. Odwróciła się w stronę, z której dobiegł ją głośny komunikat jej potężnego męża. Chris nachylił się do niej, pocałował ją w policzek. Wymamrotał jakieś powitanie w stronę Piersa i zajął się jedzeniem.
- Skarbie, pomożesz mi z tym medalikiem? Boję się, że go popsuję – mruknął w pewnym momencie i wolną ręką sięgnął do kieszeni. Po chwili trzymała w rękach medalik ze zwierciadełkiem, w którym można było coś ukryć. Uśmiechnęła się krzywo. Nie pochwalała tego, co Chris robił ze skrytką. Nie ważne, co mówiła, ten upierał się przy swoim.
Otworzyła medalik i wyciągnęła rękę w stronę męża. Nie umknął jej badawczy wzrok Piersa.
Poza nią, nikt nie wiedział o pewnym skrzywieniu Chrisa. Nie lubił nosić obrączki na misjach. Twierdził, że przeszkadza mu ona pod rękawiczkami. Gdy Jill zaproponowała mu, żeby po prostu zostawiał ją w domu, obruszył się straszliwie. Twierdził, że obrączkę należy mieć przy sobie. Wykombinowała więc ten medalik. W środku umieściła ich wspólne zdjęcie. Na każdą misję Chris zakładał go na szyję z obrączką w środku. Problem polegał na tym, że nie potrafił sam go otworzyć. Jak kilka razy próbował, prawie go zniszczył. Skończyło się na tym, że przed każdą misją to Jill zajmowała się chowaniem obrączki. Schowawszy ją, zatrzasnęła medalik i oddała go Chrisowi. Ten natychmiast założył go na szyję i schował pod golfem.
Piers uniósł brwi. Chciał już coś powiedzieć, ale uprzedziła go pani domu.
- Słyszałam, że pochwaliłeś się kolegom, kochanie.
Piers stłumił śmiech, gdy zobaczył minę swojego kapitana. Nie spodziewał się, że ten się boi czegokolwiek, a teraz najwyraźniej bał się reakcji swojej pięknej żony.
Chris wyraźnie nie wiedział, co ma odpowiedzieć. Jill wstała z miejsca, obeszła jego krzesło i położyła mu dłoń na ramieniu. Pocałowała go w policzek.
- Zobacz, jakiego misia dostało nasze maleństwo – mrugnęła przyjaźnie. – Moglibyśmy go od razu postawić w jego pokoju, ale ten się nie nadaje.
Nivans zauważył, jak ścisnęła ramię męża. Ten przełknął ślinę.
- Przecież ci obiecałem, że zajmę się tym, jak tylko wrócę – mruknął, popijając kawę.
Jill westchnęła ze smutkiem. Spojrzała na zegarek na komodzie. Dochodziła dziewiąta. O dziewiątej Chris miał zniknąć na kilka dni. Była niepocieszona.
Pogładziła niedogolony policzek ukochanego.
Nie chciała dać po sobie poznać, ale naprawdę bała się tych kilku samotnych dni. Była nimi przerażona. Źle znosiła każdą nieobecność Chrisa. Szczególnie po tym jak zrezygnowała ze służby. Na powrót do B.S.A.A. nie pozwolił jej stan psychiczny. Psychiatra zabronił jej dalszej pracy. Przynajmniej na jakiś czas. Według niej było to niedorzeczne, ale ilekroć pomyślała o Afryce, robiło jej się słabo.
Z rozmyślań wyrwał ją Chris, który czule ucałował jej dłoń. Wstał z krzesła. Piers zrobił to samo.
- Dziękuję za herbatę – powiedział pogodnie.
- Nie ma za co. Odwiedzaj nas częściej – uśmiechnęła się lekko.
Młodszy mężczyzna pożegnał się z uśmiechem i wyszedł. Chris poszedł po swoje rzeczy.
Na pożegnanie Jill mocno do niego przylgnęła. Schowała twarz przy jego szyi. Nienawidziła, gdy był daleko od niej.
Pocałował ją w czoło, czule objął plecy.
- Wracam za kilka dni. Nie zdążysz nawet zauważyć, że mnie nie ma – szepnął jej do ucha.
– Nie powiem, żebym była szczególnie zachwycona tym, że wyjeżdżasz na tę misję...
- Jill, skarbie, rozmawialiśmy już o tym – czule cmoknął ją w nos. – Wszystko będzie w porządku.
- Zmuszasz mnie do samotnego spędzenia świąt, Chris.
- Nie będą samotne. Spędzisz je z Claire, Kevinem i twoim ojcem.
- Ale sama będę musiała im powiedzieć o tym, że jestem w ciąży.
- Nie musisz im o tym teraz mówić, możemy poczekać aż wrócę... – Chris nieco ponuro westchnął. Jill nie mogła się oprzeć, żeby go nie ucałować w usta.
- Twoja siostra nie przyjmie do wiadomości, że nie piję z nimi wina – kobieta prychnęła wspominając grzane wino szwagierki i jej upór maniaka by każdy spróbował choć odrobinę. Co oznaczało wypicie potężnie wyglądającego kubka ciepłego, słodkiego napoju.
Mężczyzna uśmiechnął się krzywo pod nosem. Nie odpowiedział. Kazał jej tylko na siebie uważać i dobrze się odżywiać. Pochylił się i pocałował ją na pożegnanie, po czym wyszedł.
Przez kilka pierwszych godzin w ogóle nie odczuła nieobecności męża. Posprzątała po śniadaniu i ulokowała się wygodnie na kanapie w salonie. Opatuliła się błękitnym kocem w białe krowy, włączyła telewizor i większość przedpołudnia spędziła bezczynnie.
Samotność zaczęła jej doskwierać, gdy na zegarku powoli zbliżała się godzina wizyty u lekarza. Chris nalegał, żeby razem poszli na pierwszą wizytę u ginekologa. Niestety potem dostał misję, która kolidowała z wyznaczonym terminem. Wróciła do sypialni. Tam przez dłuższą chwilę wpatrywała się w swoje odbicie. Przez odsłonięty szlafrok widać było bliznę. Odwiązała nakrycie i rzuciła je na łóżko.
Podeszła bliżej do lustra. Dotknęła blizny.
Nie była już blondynką, nie miała chorobliwie bladej skóry. Jedyną pamiątką po Weskerze była blizna. Ilekroć na nią patrzyła, zastanawiała się, dlaczego nie odrzucała ona Chrisa. Sama ledwo mogła znieść jej widok. Wracały do niej najgorsze wspomnienia. Mordująca niewinnych. Doskonale wyszkolona, bezwzględna zabójczyni.
Wstrzymała oddech. Odwróciła wzrok. Wiedziała, czym się skończy nadmierne wpatrywanie się w szkaradny znak przeszłości. Tym razem, niestety, nie było w okolicy Chrisa, który pomógłby się jej otrząsnąć.
Najgorsze były pierwsze tygodnie. Na początku funkcjonowała koszmar zaczął się jednak może miesiąc po powrocie z Afryki. Wtedy nocne mary stały się wyraźniejsze. Lekarz, do którego zaprowadził ją ukochany, stwierdził, że to zespół stresu pourazowego. Po załamaniu przez dłuższy czas walczyła z depresją. Nie wyobrażała sobie nawet tego, co się mogło z nią stać w tym czasie, gdyby nie pomoc i wsparcie Chrisa.
Zdarzały się jednak momenty, w których musiał wyważać drzwi do łazienki, bo nie dawała znaków życia. Nigdy nie próbowała się zabić. Na samym początku kryzysu zdarzało się, że koszmar łapał ją w swoje ohydne szpony niespodziewanie. Wystarczyła chwila wpatrywania się w brzydką bliznę, by odżyły wspomnienia niewoli u Weskera. Troska Chrisa pomogła w przezwyciężyć stare koszmary.
Jill westchnęła naprawdę ciężko. Podejrzewała, że w normalnych okolicznościach już zwinęłaby się w kłębek na łóżku i odmówiła kontaktu ze światem. Ale nie była już sama.
Uśmiechnęła się lekko do swojego odbicia. Nie mogła się tak łatwo łapać na stare sztuczki tej cholernej przeszłości. Miała już dwie osoby, dla których naprawdę chciała żyć.
Jill pogodnie wyszła od lekarza, z ulgą wypuszczając powietrze. Odkąd z Chrisem zdecydowali się na dziecko, nieustannie towarzyszyły jej najróżniejsze obawy. Nie była przekonana, czy jest w odpowiednim wieku, żeby rodzić po raz pierwszy. Wydawało jej się zawsze, że pierwszy maluch powinien pojawić się na świecie jeszcze przed trzydziestką, a ona już minęła trzydzieści osiem lat. Oczywiście, biorąc pod uwagę hibernację u Weskera, fizycznie była niemal trzy lata młodsza, ale nadal minęła czas, który sama sobie wyznaczyła jako ostatni dzwonek.
Bała się też, że jej zarażenie wirusem lata wstecz może źle wpłynąć na rozwój dziecka. Gdy po początkowych nieudanych próbach nadal nie zachodziła w ciążę, była praktycznie pewna, że gdzieś tam w Raccoon straciła płodność – kto wiedział, jak działał ten zdradziecki wirus. Na całe szczęście, Chris był niezrażony i to on wpadł na pomysł, że może powinni iść do lekarza dokładnie się przebadać. Stwierdził, że nie wszystkim parom poczęcie udaje się od razu. Podkreślił też, że nie są smarkaczami, tylko mają trochę lat na karku.
Po badaniach okazało się, że wszystko z nimi w porządku – a w każdym razie z Chrisem było wszystko idealnie. Chociaż nie chciała tego mówić głośno, spodziewała się, że wina była po jej stronie. Lekarz po badaniach przeprowadził wywiad środowiskowy i okazało się, że jej nie do końca regularne miesiączki nie są spowodowane stresem, a zaburzeniami owulacyjnymi. Przepisał odpowiednie leki, zasugerował zmianę diety, zalecił trochę ćwiczeń rozluźniających okolice miednicy i kazał uzbroić się w cierpliwość.
Od tego czasu regularnie chodziła na badania, zażywała leki i zapisała się na jogę. Chris śmiał się, że z jej gibkością joga jest stratą czasu, bo te same efekty mogła uzyskać wygłupiając się w domu. Początkowo nie spodziewała się, że taka forma relaksu jej się spodoba. Po jakimś czasie musiała przyznać, że to świetny sposób na złagodzenie stresu. Od czasu do czasu na ćwiczenia tego rodzaju udawało jej się nawet namówić męża.
Po kilkunastu miesiącach – stało się. Testy ciążowe zrobione w domu okazały się pozytywne. Nie chcieli też zapeszać i zamierzali poczekać na odpowiedni moment, żeby pochwalić się rodzinie swoim szczęściem. Wybrali święta, kiedy wszyscy będą razem, jako czas odpowiedni na podzielenie się wielką nowiną.
Wsiadła do samochodu, zapięła pasy i sprawdziła telefon. Zaskoczona zobaczyła, że dostała wiadomość od Carlosa. Uśmiechnęła się. Chciał się z nią zobaczyć, żeby pokazać jej swoje nowe mieszkanie. Po wydarzeniach w Raccoon nie zerwali ostatecznie kontaktu. Od czasu do czasu się nawet widywali, szczególnie wtedy, gdy Carlos był w okolicy. Kilka miesięcy wcześniej zapowiedział, że w związku z pracą na stałe przeprowadza się do ich miasta i dzięki temu będą mogli widywać się częściej.
Zadowolona poprosiła go, żeby na nią zaczekał, bo niedługo będzie pod wskazanym adresem.
Carlos uśmiechnął się szeroko, gdy tylko otworzył jej drzwi. Mocno ją uścisnął na powitanie.
Jego nowe mieszkanie okazało się być wyjątkowo przytulne i miało przynajmniej dwa pokoje więcej, niż stare mieszkanie Chrisa. Nie spodziewała się, że Carlos szarpnie się na coś podobnego. Ba, nie spodziewała się też tego, że zastanie porządek i teoretycznie wszystko w przeznaczonym do tego miejscu. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie powinna nauczyć porządku swojego nieco męża.
Usiedli w kuchni.
- Chica, napijesz się czegoś? – zaproponował. – Piwo, wino, wódkę, drinka z limonką, krwawą Mary, brandy, whiskey, tequilę, a może nalewkę Babci Juanity? – Jill wybuchnęła śmiechem.
- Uwierz mi, z miłą chęcią, ale nie mogę – mrugnęła do niego radośnie.
Wstał z miejsca i z wahaniem podrapał się po karku.
- Jestem pewien, że twój mąż po ciebie przyjedzie, jeśli nie chcesz wracać sama.
- To nie to, Carlos.
Niepewnie przygryzła dolną wargę.
Uśmiechnęła się szeroko do przyjaciela, do swojego dawnego wybawcy.
- Nie mogę pić, nawet odrobinki. Ja i Chris spodziewamy się dziecka – wyznała. Chciała zabrzmieć naturalnie, ale nie mogła ukryć podekscytowania.
- Gratulacje! – praktycznie podskoczył w miejscu. – Skoro ty nie możesz, to ja za to wypiję.
Rozbawiona obserwowała go, jak krzątał się po kuchni. Dostrzegła go z dwoma kieliszkami, butelką tequili i kartonem soku pomarańczowego.
Chociaż przyjaźniła się z Claire i Rebeccą, to Carlosa uważała za swojego najlepszego przyjaciela. Nadawali na podobnych falach, chociaż początek ich znajomości nie należał do najlepszych. Mimo że miała wrażenie, że nadal nie wie o nim wszystkiego, nie stanęło to na przeszkodzie by stali się zaufanymi przyjaciółmi.
Tak jak siedziała z nim przy stole, dzieląc się najróżniejszymi opowieściami, naprawdę nie rozumiała zazdrości Chrisa. Nigdy nie dała mu powodu, by był zazdrosny. Carlosowi natomiast nigdy nie dała powodu, by zaczął roić sobie w głowie jakieś fantazje na ich temat. Podejrzewała nawet, że wiedział o jej uczuciu do Chrisa wcześniej niż ona. Pewnie z boku mogli wyglądać na coś więcej niż tylko przyjaciół. Jednak tak czasem bywa, gdy nawiązuje się przyjaźń z przeciwną płcią.
Nawet nie zauważyła, jak myślami popłynęła w stronę Chrisa. Chociaż ich rozłąka trwała niecały dzień, już strasznie za nim tęskniła. Chętnie pojechałaby razem z nim, ale wiedziała, że nigdy by się na to nie zgodził. Jak była wystarczająco uparta, to umiała postawić na swoim. Nie była jednak głupia. Teraz musiała na siebie uważać. Zresztą, była pewna, że to naprawdę tylko kwestia dwóch-trzech dni, a Chris wróci do domu.
Upiła nieco soku.
- Myśleliście już nad imieniem, chica?
- Szczerze mówiąc... cały czas się zastanawiamy. Zresztą, nadal nie wiemy, czy to będzie chłopiec czy dziewczynka – uśmiechnęła się lekko.
Carlos rozparł się na krześle, odgarnął włosy do tyłu. Jill przez chwilę uważnie mu się przyglądała. Nadal był przystojny, włosy do ramion nadawały mu łobuzerskiego uroku. Pod krótką koszulką wyraźnie odznaczały się jego mięśnie. Było widać nawet kilka blizn. Uśmiechnęła się. Był umięśniony, owszem – ale nie wyglądał tak barczyście i potężnie jak Chris.
- Przecież możecie wymyślić dwa imiona.
Pokiwała głową.
- Wymyśliliśmy. Ja wymyśliłam Nathaniel i Sophia, a on Daryl i Emily. I nie możemy się dogadać – westchnęła ciężko. Tak, odnośnie rodzicielstwa, ich jedynym problemem było to, że nie mogli się porozumieć odnośnie imienia. Oboje w tym aspekcie byli uparci i za nic nie chcieli ustąpić.
Podczas pierwszej dyskusji na ten temat prawie obrazili się na siebie. Piętnaście minut później śmiali się, że to naprawdę głupi powód by się wzajemnie na siebie złościć.
- Myślę, że mam dla was doskonałe rozwiązanie. Kiedy maluch się urodzi, przyjrzyjcie mu się i wtedy będziecie wiedzieli, czy bardziej z niego Daryl czy Nate – Jill uniosła brwi w niedowierzaniu. Carlos był śmiertelnie poważny.
- Chyba sobie żartujesz.
- Ani trochę. Moi rodzice tak zrobili. Opowiadali mi, że miałem być Alejandro albo Antonio. Kiedy wzięli mnie w ramiona, ojciec uznał, że wyglądam na Carlosa. I tak zostało.
Jill zaśmiała się głośno.
- Ciekawa jestem, co na to Chris. Nie wydaje mi się, żeby dał się przekonać tak łatwo.
- Mam tylko nadzieję, że nie używasz zagrywek w stylu: „Kobieta w ciąży dostaje wszystko to, czego chce."
Uniosła brwi jeszcze wyżej.
- Są takie zagrywki?
Teraz to Carlos się roześmiał.
- Już mu współczuję. Kobiety w ciąży są straszne. Będę go musiał od czasu do czasu przed tobą ratować.
- Carlos, możesz próbować, ale wątpię, że będziesz w stanie uwieść Chrisa – mruknęła, starając się zabrzmieć poważnie.
- Chica! – burknął urażony.
Posłała mu przepraszający uśmiech.
- Hormony to straszna rzecz, chica. Moja siostra w ten sposób dostawała od męża wszystko, co tylko chciała. Wystarczyło, że zaczynała płakać, a winę zrzucała na ciążę – westchnął tak ciężko, jakby to było straszne wspomnienie. Jill pokręciła głową w niedowierzaniu.
- Może wypróbuję ten numer, kiedy naprawdę będzie trzeba. Na razie nie czuję specjalnej różnicy w moich humorach.
Carlos wstał z miejsca, podszedł do niej i uważnie spojrzał na jej brzuch. Chwilę tak patrzył. W końcu mruknął:
- Przecież ty nawet brzucha nie masz. Może ta ciąża tylko ci się wydaje?
- Carlos! – szturchnęła go pod żebrami. Roześmiał się donośnie.
Zasiedziała się u Carlosa. Było już po ósmej, gdy wróciła do domu. Zdjęła płaszcz i zostawiła wszystko w przedpokoju. Niechętnie ogarnęła wzrokiem bałagan, jaki zapanował. Zagryzła wargę. Nawet nie zauważyła, że rano Piers naniósł błota ze śniegiem i teraz to wszystko zaschło. Będzie musiała posprzątać.
Przeszła do kuchni i zajrzała do lodówki. Wzięła sok. Sięgnęła po notes Chrisa leżący obok telefonu. Wyrwała pojedynczą kartkę i zapisała na niej zadania na następny dzień. Zaprosiła też do siebie Carlosa.
Oczywiście mogła zaprosić do siebie ojca. Przyszedłby z chęcią. Wolała jednak poczekać do świąt, żeby się z nim zobaczyć. Chciała też dochować swojej małej tajemnicy aż do odpowiedniej chwili, choć nie mogła się doczekać reakcji na wieść o tym, że zostanie dziadkiem. Żałowała, że Chrisa przy tym nie będzie, bo spodziewała się iście komediowej sceny między nimi. Chris opowiedział jej historię ich relacji po jej domniemanej śmierci. Tych kilka lat nie pozwoliło im do końca ocieplić wzajemnych stosunków.
Cieszyła się jednak, że jest między nimi pokojowa atmosfera. Zaryzykowałaby nawet stwierdzenie, że pod pozorami małej wojenki tak naprawdę się lubią.
Odstawiła sok do lodówki, przeszła do sypialni. Skrzywiła się widząc prawie pełną paczkę papierosów Chrisa. Niektórych rzeczy nie mogła go oduczyć. Obiecał jednak, że nie będzie palił przy niej czy dziecku. Jak zdarzyło się, że wpadła na niego palącego na balkonie czy przed domem, zaraz ją wyganiał. Parę razy nawet na nią nakrzyczał.
Usiadła na łóżku, ponuro zerkając na zegarek. Nie zdążyła się nawet poważnie zastanowić nad tym, co zamierza robić przed pójściem spać, gdy zadzwonił jej telefon.
W słuchawce odezwał się Chris:
- Cześć, skarbie. Nie obudziłem?
- Skądże, właśnie o tobie myślałam – odpowiedziała radośnie.
- Mam nadzieję, że tylko w pozytywny sposób.
- Tylko – zapewniła. – Bezpiecznie dotarliście na miejsce? Żadnych wypadków?
- Żadnych, jesteśmy profesjonalistami, kochanie. Wolałbym jednak dowiedzieć się, jak poszła wizyta u lekarza.
- Dobrze. Doktor Woods powiedział mi, że płód ma już około pięciu tygodni. To o dwa więcej niż myśleliśmy – szepnęła rozemocjonowana. – Kazał mi przyjść na badania za trzy tygodnie.
- Czemu tak szybko? Nie mówiłaś przypadkiem, że w pierwszym trymestrze wystarczy wizyta raz na miesiąc?
- Tak, tak czytałam. Woods powiedział jednak, że woli mieć na mnie oko, bo nie jestem już dwudziestolatką.
- To zabrzmiało tak, jakby ci mówił, że jesteś stara, Jill – usłyszała zduszone parsknięcie Chrisa. Sama zaśmiała się cicho.
- Chris, myślisz, że powinnam zapisać nas do szkoły rodzenia? Doktor Woods powiedział, że przydałoby się. Oddychanie w czasie porodu to ważna sprawa.
- Jill, chcesz rozmawiać o tym teraz? Za kilka dni będę w domu i wtedy spokojnie to ustalimy. Zresztą, mówiłaś, że nie chcesz rodzić naturalnie – westchnął ciężko.
- Bałam się, że mogę sobie nie dać rady. Ale Woods twierdzi, że nawet po czterdziestce kobiety mogą rodzić naturalnie. Chcę spróbować.
- No dobrze Jill, jak chcesz, to nas zapisz. Pooddychamy sobie trochę.
Mimowolnie zachichotała.
- Robiłaś dziś coś ciekawego? – zagadnął, jak tylko skończyła się śmiać.
- Pamiętasz, jak mówiłam ci, że Carlos sprowadza się tutaj? Zaprosił mnie dzisiaj do siebie, żeby pokazać mi swoje mieszkanie. Mógłbyś nauczyć się od niego porządku.
Chris parsknął pod nosem.
- Ale on wie, że masz męża, prawda? I jego dziecko w drodze?
- To słodkie, że jesteś zazdrosny, ale nie przesadzasz?
- Jill, przecież to ty jesteś ta urocza. A ja wiem, co Carlosowi strzeli do łba?
Kobieta zaśmiała się głośno. Tajemnicą przecież nie było, że Chris nieszczególnie przepada za Carlosem.
- Dobra, skarbie, muszę kończyć. Zadzwonię do ciebie jutro – Chris mruknął czule. Uśmiechnęła się. – Kocham cię.
- Ja ciebie też.
Pomijając wizytę Carlosa do południa, ten dzień nie był jakiś nadzwyczajny. Jill posprzątała bałagan w przedpokoju, zrobiła coś do jedzenia, wyprała ubrania i wstawiła pluszaka od drużyny do sypialni. Z wytęsknieniem czekała na telefon od męża. Nie była pewna, o której w końcu usłyszy jego głos.
Kiedy w końcu zadzwonił, leżała leniwie na kanapie, wtulona w poduszkę, sennie wpatrzona w telewizor.
- Tutaj pani Redfield, niestety męża nie ma w domu – zaczęła, powstrzymując śmiech. – W czym mogę panu pomóc? Delikatnie przypomnę, mąż jest nieobecny...
- Jill! – Chris po drugiej stronie roześmiał się donośnie. – Jesteś niemożliwa. Mam się z misji urwać, bo tobie flirty z nieznajomymi w głowie?
- Znajomi też mogą być – Jill machnęła ręką, śmiejąc się.
- Muszę przyznać, że humor ci dopisuje, kochanie.
- Oczywiście, że tak. Przecież, tak jak już panu wcześniej mówiłam – kobieta zniżyła głos do konspiracyjnego szeptu – męża nie ma w domu.
- I co pani zamierza z tym zrobić, pani Redfield? – chociaż się tego nie spodziewała, Chris również zaszeptał, przyłączając się do jej małej zabawy.
- W tej chwili pod drzwiami stoi kolejka adoratorów chcących umilić mi samotność.
- A co pani zrobi, jak szanowny małżonek się dowie?
- Przecież się nie dowie, prawda?
Gdy Jill zaczęła się śmiać, Chris też nie wytrzymał i przez chwilę oboje śmiali się do utraty tchu.
- Skarbie, co robisz?
- Twoje dziecko zmusza mnie do picia soku pomidorowego i zagryzania go ciastkami jagodowymi – wyjaśniła z pełnymi ustami. Usłyszała westchnienie Chrisa i mogłaby przysiąc, że pokręcił głową. – A oprócz tego zjadłam dzisiaj kawałek sernika w polewie truskawkowej z posypką z kiszonych ogórków.
- Chyba mnie zemdliło. Pominę ogórki, ale ty nawet sernika nie lubisz.
- Ciąża to nieodgadniony stan, mój drogi mężu.
- Nie jestem pewien czy tak to działa...
- Doktor Woods coś tam wspomniał, że zachcianki pokarmowe mogą się powoli pojawiać – wzruszyła ramionami. – W sumie już mi niedobrze od tych ciastek...
- Kochanie, a o której jutro idziesz do Claire?
- Koło dwunastej jadę po mojego ojca i od niego jedziemy do twojej siostry. Mam nadzieję, że zrobiła swoje grzybowe paszteciki...
Chris ponownie wybuchnął śmiechem.
- Ja to jestem ciekaw czy zrobiłaś swoją sałatkę grzybowo-sojową...
- Fuj, oczywiście, że nie. Niedobrze mi na dźwięk słowa soja.
- Nadal mi się wydaje, że to chyba tak nie działa...
- Sałatkę zrobię specjalnie dla ciebie, jak wrócisz – wzruszyła ramionami, uśmiechając się czule. Leniwie skubała skrawek koca. – Może zrobię też kurczaka faszerowanego.
- Jesteś najlepszą żoną na świecie. Będę kończył, musimy załatwić parę rzeczy przed misją.
- Wiem jak to działa. Kiedy do mnie zadzwonisz?
- Po misji, teraz już nie będzie zbyt dużo czasu na takie rzeczy. To będzie za dzień, może za dwa, więc nie przejmuj się na zapas. Wszystko będzie dobrze, ani się obejrzysz a już będę w domu – uśmiechnęła się słysząc jego pogodny głos. Był tak pewny swego. Jak to on. Znowu poczuła przytłaczającą falę tęsknoty, ale starała się jej nie poddać. – Skarbie, wycałuj ode mnie Claire i dzieciaki. Złóż wszystkim życzenia świąteczne.
- O to się nie martw, kochanie.
- I pamiętaj, dbaj o siebie. Kocham cię.
- Ja ciebie też.
Gdy tylko wraz z ojcem przekroczyli próg domu Claire i Kevina, Jill poczuła szczęście. Nie zdążyła się nawet porządnie rozebrać, gdy z piskami radości wpadły w nią dwa maluchy. Wesoło krzyczały „ciocia Jill!".
Jill zmiękło serce. Wzięła oba maluchy w objęcia, wycałowała i z nutą nostalgii uważnie im się przyjrzała. Brian był już wielkim chłopcem. Miał skończone pięć lat i był miniaturką swojej matki. Gdy spojrzała na jego trzyletnią siostrę Jenny, nie mogła się nadziwić jak bardzo przypominała Kevina. Miała jego oczy i szelmowski uśmiech. Tego dnia miała na sobie różową sukienkę w błękitne kwiaty. Jill uśmiechnęła się lekko. Patrząc na nich zastanawiała się, do kogo bardziej podobne będzie jej dziecko. Do Chrisa czy może do niej?
Powitania z Claire i Kevinem nie były równie głośne i piszczące. Kevin pocałował ją w policzek, mówiąc, że cieszy się z jej przyjścia. Claire wyściskała ją radośnie, zaczęła jak najęta o czymś opowiadać, ale Jill niezbyt słuchała. Była skupiona na czerpaniu radości z tego spotkania. Naprawdę czuła się szczęśliwa.
Uczucie panowało cały dzień. Przy obiedzie wszyscy zachowywali się tak, jakby nie widzieli się co najmniej kilka miesięcy. Każdy miał coraz to nowsze historie. Do tej pory Claire i Kevin opowiadali o pierwszych słowach, krokach swoich dzieci. Jill nie mogła się doczekać następnych świąt, gdy dziecko jej i Chrisa będzie już na świecie. Wtedy oni też będą zamęczać wszystkich opowieściami o pierwszej kupce, śmiechu czy o pierwszym słowie. Raczej nie podejrzewała się czy Chrisa o taką przesadę w radości z rodzicielstwa, ale nie mogła być niczego pewna. Ich dziecko było wytęsknione.
Jill zastanawiała się, jak ma ogłosić wszystkim swoją ciążę. Wzięła w końcu głęboki oddech i łyżeczką mocno zapukała w swoją szklankę z sokiem. Oczy wszystkich skierowały się w jej stronę. Nawet dzieci, które od jakiegoś czasu bawiły się na podłodze niedaleko nich, zwróciły głowy w jej kierunku.
- Stało się coś, Jill? – zagadnął Kevin, dotykając jej ramienia. Spojrzała na swojego szwagra i uśmiechnęła się ciepło.
- W zasadzie to tak – upiła trochę soku i odchrząknęła. Nie miała zielonego pojęcia dlaczego ją to w ogóle stresuje. To była przecież radosna nowina. – Muszę wam coś powiedzieć...
- Rozwodzicie się z Chrisem? – rzucił Kevin. Oczywiście nikt nie potraktował go poważnie, wszyscy zaczęli się śmiać. Nawet Jill zaśmiała się lekko.
- Nie. Nie będę niepotrzebnie przedłużać i powiem wprost – wzięła głęboki oddech. – Jestem w ciąży.
Spojrzała uważnie po twarzach zgromadzonych. Żałowała z całego serca, że Chris jest nieobecny, bo na pewno spodobała by mu się reakcja rodziny. Claire i Kevin patrzyli na nią zaskoczeni. Jej ojciec pomrugał kilka razy. Dopiero po paru sekundach zaczęła się ogólna wrzawa. To Claire była pierwszą, by wstać z miejsca. Obeszła stół i nawet nie czekała aż Jill również się podniesie, tylko mocno ją objęła.
- Tak się cieszę! W końcu wam się udało!
- Dziecko drogie, chcesz powiedzieć, że zostanę dziadkiem? – Dick patrzył na nią z niedowierzaniem. To on był następny, by mocno ją uściskać i wycałować. Jill mogła przysiąc, że przez moment dostrzegła w jego oczach łzy wzruszenia. Od dawna wiedziała, że marzył o wnuku. Od dawna wiedziała też, że w czasie gdy była martwa, jawnie obwiniał Chrisa również o to, że nigdy tych wnuków mieć nie będzie.
- Tak, tak, w końcu się udało – przytaknęła, gdy ojciec puścił ją z ramion i gdy pozwoliła się objąć Kevinowi, który również jej pogratulował.
- To wymaga toastu – zapowiedział Kevin, kiedy Jill już wróciła na swoje miejsce. Zaraz też zniknął w kuchni zostawiając ją tym samym pod gradem pytań. O wszystko.
Do domu wróciła dopiero na następny dzień. To było już swoistym nawykiem panującym w ich małej rodzinie, że po jakichś większych imprezach wzajemnie u siebie nocują. Tej nocy, gdy zasypiała myślała o Chrisie. Nie była smutna, tęsknotę odepchnęła na dalszy plan. Nie mogła się doczekać jego powrotu.
Poważnie martwić zaczęła się dopiero kolejnego dnia. Ponuro patrzyła w kalendarz, uświadamiając sobie, że to już dwudziesty szósty grudnia. Miał się odezwać. Nie rozumiała dlaczego nadal tego nie zrobił. Zwinięta w kłębek na kanapie przekonywała się, że obiecał zadzwonić jak tylko skończy się misja. Przecież akcja mogła się przedłużyć. Nie mogła jednak nic poradzić na to, że miała bardzo złe przeczucia. Chris przecież obiecał się odezwać, a on zawsze dotrzymywał danego słowa.
Było późne popołudnie, gdy usłyszała dzwonek do drzwi. Zostawiła czytaną książkę i powoli ruszyła do przedpokoju. W progu spodziewała się ujrzeć praktycznie każdego. Nie sądziła jednak, że będzie to któryś z ludzi Chrisa. Przed nią stał Piers Nivans we własnej osobie. Prawa ręka kapitana.
Instynktownie cofnęła się, by go wpuścić do domu. Był to również pretekst, by zajrzeć za niego i sprawdzić, gdzie jest jej ukochany mąż. Zmarszczyła brwi, gdy upewniła się, że chłopak przyszedł do niej kompletnie sam. Spojrzała na niego. Był lekko poobijany, ponury i poważny. Śmiertelnie poważny.
Przełknęła ślinę.
- Gdzie Chris? – nie wyglądał na zbyt zaskoczonego jej pytaniem. Westchnął ciężko. Zrobiło jej się zimno.
- Spokojnie, pani Redfield. Kapitan musiał jeszcze zostać w Edonii... – nie umknęło jej to, że starał się zabrzmieć swobodnie. Szkoda, że w ogóle mu to nie wychodziło.
- Dlaczego? – spytała bardzo cicho. Miała wrażenie, że nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Instynktownie wyciągnęła rękę w stronę ściany, opierając się. Inaczej osunęłaby się na ziemię.
- Miał wypadek.
Tekst znaleźć można również na moim dA. Link na profilu.
Resident Evil © Capcom
