oryginał: Dudley's Memories (link w moim profilu)

autor: paganaidd (link w moim profilu)

Tłumaczenie za zgodą autorki.


Rozdział pierwszy


- Panie? - zaskrzeczał Stforek*, podstarzały skrzat Harry'ego, który pojawił się w salonie ze swym zwyczajowym pyknięciem.

Harry siedział przy stole i próbował pomagać małej Lily w matematyce. No cóż, wcale nie takiej małej. Jego córka miała już dziesięć lat i była z niej niczego sobie młoda dama, o czym nie omieszkała przypominać wszystkim przypadkowo biorącym ją za małą dziewczynkę.

- Tak, Stforku? - spytał Harry, unosząc głowę znad blatu.

- Pan ma gościa. Czy pan życzy sobie mieć ją sprowadzoną tutaj?

- Kto to jest? - Jedyne osoby, które kiedykolwiek pokazywały się w jego domu bez zapowiedzi, obecnie wszystkie bez wyjątku były w pracy, Harry wiedział więc, że najpewniej nie wróży to nic dobrego.

- To dyrektorka McGonagall, panie - odparł skrzat.

Harry wzdrygnął się - zastanawiał się, co Al lub James (albo, co bardziej prawdopodobne, oni obaj) tym razem zmalował. Czasami zastanawiał się, dlaczego właściwie nigdy nie rozważali z Ginny adopcji. Musiało być coś wręcz nienaturalnego w potwornej mieszance awanturniczego DNA, które pochodziło od Potterów i Weasleyów. Nie potrafił wyobrazić sobie innego powodu przybycia Minerwy do jego domu. Zdarzało się, że odwiedzała ich podczas letnich wakacji czy świąt gwiazdkowych, musiało się jednak wydarzyć coś tragicznego, skoro odwiedzała go w środku tygodnia o czwartej popołudniu i to podczas szkolnego trymestru.

- Przyślij ją tutaj, Stforku, i powiadom Ginny, jeśli już tego nie zrobiłeś - zdecydował z westchnieniem. Potem zamknął książkę i zwrócił się do Lily: - Dokończymy później, dobrze?

- Pewnie, tato - odparła dziewczynka radośnie, wyraźnie zadowolona, że musi przerwać naukę.

- Panna Lily zejdzie do kuchni - zaproponował skrzat z czułością. - Stforek właśnie wyjął ciastka z pieca.

Lily zapiszczała z zachwytu i pobiegła w dół schodami na łeb, na szyję, co przerażało Harry'ego za każdym razem. Jak zwykle powstrzymał się od polecenia jej, żeby zwolniła. Ginny twierdziła, że była taka sama w tym wieku i jakoś nic jej się przez to nie stało.

Usłyszał, jak jego żona mówi skrzatowi, że wszystko w porządku, że ona zaprowadzi gościa na piętro.

- Witaj, Minerwo - powiedział, kiedy starsza pani weszła do salonu z Ginny tuż za plecami.

- Dzień dobry, Harry. - Uśmiechała się, lecz linie wokół jej ust były napięte, a brwi ściągnięte w sposób, który Harry'emu zawsze kojarzył się ze zmartwioną profesor McGonagall.

- Który to tym razem? - spytała Ginny z rezygnacją. Miała równie wiele doświadczenia z Minerwą, która próbowała ukryć zatroskanie. A nawet więcej, ponieważ uczęszczała do Hogwartu przez ten rok, kiedy szkołę opanował Voldemort - pamiętała tę konkretną minę z czasów, kiedy nauczycielka usiłowała dodać otuchy przestraszonym uczniom.

- Który to...? - powtórzyła Minerwa; przez moment sprawiała wrażenie zaskoczonej. - Och. Nie, tym razem nie chodzi o żadnego z waszych chłopców. Chociaż rzeczywiście wydaje się, jakby odziedziczyli wasz - odkaszlnęła, z udawaną surowością patrząc na gospodarzy - zmysł do przygód.

- Och. To dobrze. - Harry odprężył się. - No, usiądź. Napijesz się herbaty albo może Stforek ma poszukać czegoś mocniejszego?

- Herbata wystarczy - uznała, siadając. - Przyszłam cię prosić o przysługę, prawdę powiedziawszy.

Skrzat pojawił się z zastawioną tacą, którą umieścił na niskim stoliku, po czym znowu znikł. Ginny nalała wszystkim herbatę.

- Widzicie, otrzymałam właśnie listę mugolaków, którzy od przyszłego roku będą chodzić do pierwszej klasy - powiedziała dyrektor, biorąc filiżankę z rąk gospodyni. - I tak się zastanawiam, Harry, czy towarzyszyłbyś mi przy rozmowie z rodzicami pewnego ucznia - spytała niepewnie. Zwykle bardzo bezpośrednia, teraz zdawała się unikać jego spojrzenia.

- W porządku. - Harry wzruszył ramionami, nieco zbity z tropu jej podenerwowaniem. Wiedział, że ktoś z Hogwartu zawsze odwiedzał domy czarodziejów mugolskiego pochodzenia, wiedział też, że ostatnio Minerwa często prosiła o pomoc w tych odwiedzinach Hermionę lub innego absolwenta z mugolskiej rodziny. Choć nigdy wcześniej nie prosiła jego. - Nikt inny nie był osiągalny?

Profesor McGonagall westchnęła i odstawiła filiżankę.

- Sądzę, że w tych okolicznościach ty będziesz najlepszy, Harry. - Wyjęła list z kieszeni szaty i podała go gospodarzowi. - Podejrzewam, że poznajesz adres?

Spojrzał na trzymaną w ręce kopertę:

Eleanor Barton-Dursley

Druga Sypialnia Po Lewej

Privet Drive 4

Surrey

Oddech zamarł mu w piersi. Zauważył, że ręce lekko mu drżą. Żołądek ścisnął mu zimny węzeł, którego nie czuł od lat. Bez słowa podał list Ginny i pośpiesznie wstał. Wolał nie ufać chwilowo głosowi - odwrócił się plecami do kobiet, aby wyjrzeć przez okno na podwórze.

- Czy to jest dziecko kuzyna Harry'ego? - spytała Ginny ostrożnie.

- No cóż - zawahała się Minerwa - sądzę, że może nim być.

Nazwiska wszystkich dzieci kwalifikujących się do nauki w Hogwarcie pojawiały się automatycznie w księdze przyjęć każdej wiosny. Każdego lata zaś automatycznie wysyłane były listy do dzieci z rodzin czarodziejów, zaadresowane do ostatniego miejsca, w którym dane dziecko spało. Listy do dzieci pochodzenia mugolskiego pojawiały się natomiast na dyrektorskim biurku, aby można je było doręczyć osobiście.

Harry zadrżał. Podejrzewał, że nie czułby większego niepokoju, gdyby powiedziano mu, że Tom Riddle czeka na niego na parterze, aby porozmawiać w przyjaznej atmosferze. Wciąż wyglądał przez okno, w szybie widział jednak blade odbicie zatroskanej twarzy żony, która na niego patrzyła.

- Wiesz, jak to zostanie odebrane? - zapytała Ginny.

Podziękował jej w myślach - zawsze wiedziała, o co spytać.

- Nie, nie wiem. Dlatego właśnie miałam nadzieję, że pójdziesz ze mną, Harry - odparła Minerwa.

- Mogę tylko pogorszyć sytuację - zauważył.

Zastanawiał się, czy Dudley mieszkał tam nadal, bo nie był w stanie sam sobie radzić. Może gdzieś w międzyczasie trafił nawet do więzienia, jeśli nie przestał hobbistycznie uprawiać napadów z pobiciem. Wyobraził sobie bezrobotnego, beznadziejnego "Dudziaczka" skaczącego po programach w obsesyjnie czystym salonie wciąż sprzątanym przez Petunię. Co za kobieta mogłaby mieć dzieci z kimś takim?

Bez zaproszenia przyszedł mu na myśl obraz Meropy Gaunt, jakiego wspomnienie pokazał mu Dumbledore dawno temu. Beznadziejna, maltretowana, pozbawiona nawet takiej odrobiny silnej woli, żeby jej własna magia mogła ją obronić. A potem kolejne pożyczone wspomnienie - ciemnowłosej, szlochającej kobiety, którą pocieszał równie ciemnowłosy chłopczyk. Harry pokręcił głową, by oczyścić myśli.

- ...wziąć ją, jeżeli do tego dojdzie - mówiła właśnie Ginny Minerwie stanowczo. - Prawda, Harry?

Odwrócił się do nich, pojąwszy, że nie usłyszał ostatniej części rozmowy.

- Proszę?

- Powiedziałam, że jeżeli Eleanor ma w domu złą sytuację - powtórzyła dyrektor - znalazłabym czarodziejską rodzinę, która by się nią zaopiekowała, gdyby okazało się to konieczne. - Spojrzała na Harry'ego ze smutkiem. - Nigdy nie udało mi się namówić Dumbledore'a, aby zrobił to dla ciebie. - Odwróciła wzrok. - Zawsze tego żałowałam.

- Przynajmniej nie jest zaadresowany do "Komórki Pod Schodami" - zauważył z sardonicznym uśmieszkiem.

Minerwa wzdrygnęła się, jakby została spoliczkowana.

- Chcesz powiedzieć...?

Harry westchnął; wyrzucał sobie, że w ogóle zaczął ten temat.

- No, tam był zaadresowany mój pierwszy list. Myślałem, że ci mówiłem. - Wzruszył ramionami. - Wiem, że wiesz, ile Hagrid miał problemów, żeby mi go w końcu doręczyć.

- Nie wiedziałam o adresie, Harry - zapewniła dyrektor i też westchnęła. - Rozumiem, że twoi krewni kompletnie wyprowadzili Hagrida z równowagi, kiedy już dostarczył ci list. Zapewne mogłabym go poprosić o towarzyszenie mi, jeżeli ty wolałbyś tego nie robić.

Tym razem Harry uśmiechnął się szeroko.

- Nie ma sensu skazywać Dudleya na przedwczesny zawał - stwierdził. Spojrzał na Ginny już bez uśmiechu. - Też pójdziesz? - spytał cicho.

- Oczywiście. Nie chciałabym tego przegapić. - Uśmiechnęła się ponuro. - Myślę, że najwyższy czas, aby poznała twojego drogiego kuzyna.

- Kiedy się tam wybierasz? - zapytał Harry Minerwę.

- Zgodnie z moimi informacjami oboje rodzice Eleanor oraz ona sama zwykle są w domu przed piątą po południu - odparła, wstając. - Pomyślałam sobie, że moglibyśmy się tym zająć dzisiaj.

Harry widział w tym sporo sensu. Oboje z Ginny pobiegli przebrać się w coś bardziej mugolskiego, dyrektorka zaś w tym czasie przetransmutowała swe szaty w konserwatywną czarną suknię. Ginny skazana była na swoje dyżurne spodnie i sweter, Harry zaś po prostu zarzucił sportową kurtkę na koszulę, którą już miał na sobie. Mgliście zdawał sobie sprawę z tego, że jego mugolskie ubrania wyszły z mody jakieś dwadzieścia lat temu, nie miał jednak szczególnej ochoty imponować Dudleyowi.

Aportowali się przed domem, w którym Harry rozpoznał niegdysiejszą siedzibę starej Arabelli Figg. Przypomniał sobie atak dementorów na sąsiedniej uliczce i jak z panią Figg taszczyli Dudleya z powrotem na bezpieczne Privet Drive.

O wiele zbyt szybko jak na jego gust stanęli przed numerem czwartym. Dom nadal prezentował się porządnie i czysto; kwiaty sprawiały wrażenie bardzo podobnych do tych, którymi swego czasu zajmował się Harry. Wszystko wydawało się jednak mniejsze - nie tylko dlatego, że on sam był wyższy. Miał klaustrofobię w tym miejscu.

Poczuł, jak drobna dłoń Ginny obejmuje jego spocone palce.

- Wszystko będzie dobrze - szepnęła jego żona.

Minerwa uniosła dłoń i zapukała do drzwi. Długą chwilę czekali na odpowiedź, która nie nadeszła; firany nawet się nie poruszyły. W końcu dyrektorka chrząknęła z irytacją.

- Przepraszam, że was tu sprowadziłam. Moje źródła twierdziły, że oni zwykle są w domu o tej porze. - Odwróciła się plecami do drzwi i poszła ścieżką, która wyprowadziła ją za furtkę. Harry i Ginny podążyli za byłą nauczycielką.

Harry wcale nie był taki pewny, czy powinien czuć ulgę.

- Może dzisiaj się spóźnią? - Rzucił okiem w jedną i drugą stronę chodnika. Jedyną osobą, jaką zobaczył, był wysoki mężczyzna uprawiający jogging, który biegł w ich stronę. - Może powinniśmy wrócić po kolacji?

- Hmm... - zastanowiła się Minerwa. - Może byłoby lepiej, gdybyśmy...

- Harry? - Usłyszeli wołanie. - Niemożliwe, Harry Potter? - Biegacz był na tyle blisko, że widział ich wyraźnie.

Harry zerknął na Ginny, po czym przywołał na twa swój "publiczny" uśmiech. Minęło parę lat, odkąd proszono go o autografy, nadal się to jednak zdarzało.

Mężczyzna zwolnił, potem zatrzymał się, wciąż się na nich gapiąc. Był potężnie zbudowanym człowiekiem o krótkich, piaskowych włosach. Wyglądał, jakby mógł iść w zapasy z hipogryfami dla czystej rozrywki.

- Tak - potwierdził Harry uprzejmie. - Jestem Harrym Potterem.

Nigdy nie potrafił zmusić się do niegrzecznego traktowania ludzi, którzy chcieli z nim tylko porozmawiać. Od czasu do czasu trafiał się postrzeleniec, większość spotykanych osób chciała jednak po prostu rozmawiać. Bywało nawet, że stawiali mu drinka.

Twarz mężczyzny rozjaśniła się.

- Harry! Więc widziałeś książkę! Nigdy nie myślałem, że naprawdę się zjawisz!

Harry spojrzał na kobiety, których miny odzwierciedlały jego zakłopotanie.

- Proszę? - spytał.

Mężczyzna zaczął się śmiać.

- Nie poznajesz mnie? - Wyciągnął rękę i chwycił Harry'ego za ramię. - Harry, to ja! Dudley!

Miał wrażenie, jakby twarz mężczyzny nagle nabrała ostrości. Dwadzieścia lat rozsądnego odżywiania się i ćwiczeń zrobiło z Dudleya raczej przystojnego mężczyznę niż osobę, jaką wyobraził sobie Harry. Wysunął się z uścisku kuzyna, walcząc z pragnieniem dobycia różdżki i rzucenia na niego klątwy. Pamiętał, że ostatnim razem, gdy go widział, Dudley podziękował mu za uratowanie przed dementorami. Ta jedna chwila nie wymazała tego, co działo się w tym domu przez szesnaście lat.

Dudley wydawał się nieco rozczarowany reakcją Harry'ego, zaraz potem jednak przywołał na twarz lekko zrezygnowany uśmiech i powiedział:

- Pewnie nie powinienem się spodziewać... no cóż, mamy dużo do omówienia. - Sprawiał wrażenie, jakby mówił głównie do siebie. - A kim są twoje towarzyszki? - spytał uprzejmie.

- Och. Eee, to jest moja żona, Ginny.

Ginny ostrożnie wyciągnęła dłoń, którą Dudley potrząsnął zaskakująco energicznie.

- A to profesor McGonagall.

Rękę nauczycielki ujął z większym poważaniem.

- Ach. Oczywiście. Profesor. Bardzo się cieszę, że Harry panią sprowadził.

Troje czarodziejów spojrzało po sobie ze zdumieniem. Dudley zaś machnięciem wskazał im drogę z powrotem za furtkę, a następnie wyjął klucze i otworzył drzwi frontowe.

Na progu Harry zawahał się, czując, jak ogarnia go instynktowne pragnienie ucieczki. Splótł dłonie za plecami, dyskretnie sprawdził, czy różdżka wciąż tkwi w lewym rękawie, wyprostował ramiona i podążył za kobietami.

To śmieszne, mówił sobie. Miał trzydzieści dziewięć lat. Stawiał czoło smokom, dementorom i mrocznym czarodziejom w swoim życiu. Miał żonę, troje dzieci i miejsce w Wizengamocie. Miał pieniądze, prestiż i najlepszych przyjaciół, jakich człowiek - czarodziej czy mugol - kiedykolwiek mógł mieć. Śmiesznym było, że bladł na widok komórki pod schodami.

Na zewnątrz wciąż był zamek w postaci niewielkiej zasuwki. Takiej zasuwki, jaką zakładało się, kiedy chciało się coś zatrzymać w środku.

Harry z napięciem wpatrywał się w zamek; oddychał coraz szybciej, a zimny węzeł w jego brzuchu zmienił się w gorące, mdlące uderzenie gniewu. Dlaczego ta zasuwka nadal tam była? Jeśli dowie się, że trzymali tam kolejne dziecko, nie ręczy za swoje czyny.

Ginny znowu chwyciła go za rękę. Po tylu latach znała oznaki jego ataków paniki. Odwróciła się twarzą do niego i spojrzała mu w oczy.

- Harry - powiedziała bardzo cicho. - Jestem przy tobie. Jeśli to dla ciebie zbyt wiele, możemy zwyczajnie wrócić do domu, a Minerwa da sobie radę, dobrze?

- Nie pozwól tylko, żebym zrobił coś głupiego - odparł szeptem.

Dudley zaprowadził ich do salonu, który bardzo się różnił od tego, co Harry pamiętał. Zniknęły wymyślne tkaniny i nieskazitelne meble. W ich miejsce pojawiły się wygodna skórzana kanapa i dwuosobowa sofa, zawalony książkami stolik oraz małe coś podobne do komputera. Zamiast brzoskwiniowej tapety ściany pokrywała farba w stonowanej szarości. Telewizor był o wiele większy i cieńszy od tego, który kiedyś mieli Dursleyowie, chociaż i pod nim niedbale porzucone były różne urządzenia sterujące do gier.

Dudley uśmiechnął się do gości.

- Pozwólcie, że skoczę się przebrać. - Popędził schodami, dudniąc.

Ginny i Minerwa usiadły na skórzanej kanapie i z ciekawością przyjrzały się górze książek, Harry zaś poszedł obejrzeć zdjęcia nad kominkiem. Na jednym Dudley w garniturze stał obok innego mężczyzny. Kolejne przedstawiało ciemnowłosą dziewczynę w wieku Lily, która uśmiechała się nerwowo. Dziwnie było patrzeć na zdjęcia, które po prostu tam były.

Uwagę Harry'ego zwrócił rysunek wykonany piórem i atramentem, oprawiony w ramki, stojący na końcu gzymsu. Gapił się na niego dłuższą chwilę, po czym zwrócił się do żony:

- Ginny? - zawołał cicho. - Czy to wygląda jak ja?

Ginny wstała, podeszła do niego i przyjrzała się obrazkowi.

- Faktycznie wygląda jak ty... - uznała powoli.

Minerwa też zainteresowała się rysunkiem.

- Oczywiście, że to ty, Harry. Wyglądasz, jakbyś był w szóstej klasie.

Na obrazku młody mężczyzna w zbyt dużym ubraniu wyglądał poza obręb ramek z udręczoną miną.

- Zastanawiam się, co to tu robi? - powiedział Harry półgłosem.

Rozejrzał się po pokoju. Ścian nie zdobiły zdjęcia Vernona ani Petunii, chociaż wisiało tam kilka fotografii ciemnowłosej dziewczynki oraz jedno starszej pary, której nie rozpoznawał. Uznał, że dziewczynką na zdjęciach jest Eleanor.

Dudley z tupotem zbiegł po schodach. Gdyby Harry zamknął oczy, usłyszałby wrzeszczącego na niego Vernona. Harry głęboko wciągnął powietrze, ponownie sprawdzając różdżkę. Dudleya wydawała nie przerażać trójka w pełni dorosłych czarodziejów, którzy stanęli na jego progu. To mogło się zmienić, kiedy wyjaśnią, co ich sprowadziło.


KONIEC
rozdziału pierwszego


* Stforek - jedynie dla mnie słuszne tłumaczenie imienia owego skrzata; wynika ono z oryginalnego zapisu tego imienia, które po angielsku zapisywane jest jako "Kreacher", choć "stwór" / "stworek" po angielsku pisze się "creature"; skoro więc autorka cyklu o Harrym Potterze nazwała tego skrzata niejako fonetycznie, uznałam, że w przekładzie powinno być podobnie, a dla mnie fonetycznie zapisany "Stworek" to "Stforek" - równie nieortograficzny, jak angielskie "Kreacher"


Będę wdzięczna za wszelkie komentarze, które pojawią się pod tym opowiadaniem - są one dla mnie zawsze bardzo ważne, ponieważ zarówno jako autor, jak i jako tłumacz lubię wiedzieć, jakie tekst sprawił wrażenie na Czytelnikach, co w nim jest dobrego, a co złego, co się spodobało, a co wręcz przeciwnie. Jestem wdzięczna za każdy komentarz, pozytywny czy krytyczny, uważam bowiem, że każdy z nich pozwala mi się rozwijać. Nie mówiąc już o przyjemności płynącej z ich czytania ;-).

Żeby skomentować tekst nie trzeba być zarejestrowanym. Robi się to poprzez kliknięcie na niżej zamieszczone słowa "Review this Story / Chapter"; otwiera się wtedy nowe okno, gdzie w wąskim pasku wpisuje się imię / pseudonim, a w dużym polu pisze uwagi odnośnie tekstu. Po zakończeniu wystarczy kliknąć przycisk "Submit Feedback / Review" i gotowe.