Tytuł: Semaphore

Autor: DevilDoll

Link do oryginału: archiveofourown works/314102

Zgoda: jest

Beta: MiSS_P, Altair Black

(I specjalne podziękowania dla piekielnej trójcy!)

Jako dziecko Tony Stark spędził mnóstwo czasu na rozmyślaniu nad tym, jak fajowsko byłoby spotkać Kapitana Amerykę. Kiedy ostatecznie (w co ciężko uwierzyć) do tego dochodzi, nic nie idzie po jego myśli.

Przede wszystkim wyobrażał sobie, że padnie mniej obelg.

Mały Tony miał wszystkie możliwe gadżety — od komiksów z Kapitanem Ameryką, po poszewkę na kołdrę. A także zabawkową tarczę, plastikowe figurki i swędzący kostium halloweenowy. No i niesamowicie durzył się w swoim idolu, ale zauważył to dopiero wiele lat później.

Obecnie Tony jest z Pepper — dobrze im się układa i oby się to nie zmieniło w przyszłości — a Steve Rogers to przemądrzały dureń. Nie ma żadnego zadurzenia, żadnego uwielbienia dla bohatera, tylko irytacja i szczera nadzieja, że Rogers nigdy nie odkryje, jak bardzo Tony idealizował Kapitana Amerykę jako dziecko i ile lat marzył o spotkaniu go. Ponieważ Steve Rogers w niczym nie przypomina Kapitana Ameryki.

Pomimo nie najlepszego początku (wiążącego się głównie, choć nie wyłącznie, z brakiem ciepłych uczuć pomiędzy Steve'em i Tonym), poszczególni członkowie zespołu dopasowują się do siebie jak części tej samej układanki. Nie natychmiast i nie idealnie, ale współpraca idzie im o niebo lepiej, niż Tony oczekiwał. Wszyscy wychodzą cało z pierwszej misji, potem z drugiej i dziewiątej. Czyli całkiem nieźle sobie radzą.

Pepper najwyraźniej nie żartowała, kiedy rezygnowała z posady dyrektora głównego, twierdząc, że potrzebuje „trochę czasu dla siebie". Miała około sześć minut spokoju, po czym zaczęli się z nią kontaktować przedstawiciele jedenastu różnych firm, które wręcz marzyły o tym, żeby mieć ją na stanowisku szefa. Dostała również ofertę pracy jako prezes pięciu różnych zarządów, jako rzeczniczka prasowa nowego leku na stany lękowe (kiedy Tony o tym usłyszał, poczuł się osobiście urażony), a Playboy zaproponował jej sesję zdjęciową i miejsce na okładce. Ostatecznie Pepper przyjęła posadę kierownika non-profitowej organizacji charytatywnej, która ratuje osierocone manaty.

— Nie wierzę, że wybrałaś to zamiast Playboya — informuje ją Tony, przeglądając ulotki o manatach. Wznoszą uroczysty toast (lub pięć) za jej nowo znalezioną pracę. — A przynajmniej kupiłaś mi małego manata? — Pepper wykrzywia usta i kręci głową. Wypili już prawie całą butelkę szampana, a jej rude włosy opadają miękko na ramiona. — Nigdy nie pozwalasz mi mieć nic fajnego — narzeka Tony, ale Pepper zaczyna rozpinać swoją koszulę, więc to kłamstwo.

Tak jakby przeprowadzają się do Nowego Jorku, chociaż w przypadku części tygodni to tylko teoria. Ostatecznie ich rozkłady dnia są dalekie od normalności, a w Hudson nie ma zbyt wielu manatów. Pepper nie chce zadomawiać się w tej niemożliwie kawalerskiej sypialni w Stark Tower — za co Tony wcale jej nie wini — póki każdy zniszczony materac, każda poduszka na kanapie i wszystkie ręczniki w całym budynku nie zostaną odkupione. To samo tyczy się też dywaników, blatów kuchennych i wody w basenie. Jakiś czas później Tony metaforycznie zdmuchuje pył ze Stark Mansion i razem wprowadzają się do środka, początkowo tylko na jakiś czas. Potem proponują Bruce'owi, żeby wprowadził się do jednej z pustych sypialni, ponieważ facet najwyraźniej nie ma żadnych przyjaciół, a cały jego majątek zdaje się stanowić postrzępiony plecak i poobijany laptop. No i Tony ma już dosyć patrzenia, jak Banner obija się po kwaterach SHIELDu niczym jakiś włóczęga.

Tony ma taki gen, który każe mu udowodnić całemu światu, że potrafi wszystko ulepszyć, i nie może nic na to poradzić. Dlatego mija zaledwie kilka tygodni, zanim stwierdza, że na sto procent mogą zamieszkać w tym domu na stałe, jeśli tylko zmieni lub poprawni niemalże każdą rzecz w jego wystroju. W trzy miesiące Stark Mansion przeistacza się z grobowca jego nieszczęśliwego dzieciństwa w najbardziej zajebistą rezydencję superbohaterów na świecie — pieprzyć Xaviera i jego westchesterowskie bzdury — a pozostałe sypialnie zapełniają się jedna po drugiej, gdyż wszyscy dostrzegają, jak obłędny jest dom Tony'ego.

Clint wprowadza się jako pierwszy, choć tak naprawdę tylko wpada na weekend i już tak zostaje. Ale Pepper stwierdza, że to żaden problem, a Tony wspomina o tym Nataszy i Thorowi. Najwyraźniej siedzieli już na walizkach, bo pojawiają się w Stark Mansion następnego dnia.

Brakuje tylko Rogersa..

— A co ze Steve'em? — pyta któregoś dnia Pepper przy myciu zębów. Tony przed chwilą wyszedł spod prysznica, jest nagi, bezbronny i uwięziony razem z nią w łazience. Czasami nienawidzi inteligencji Pepper.

— Nie wiem, a co z nim? — odpowiada, celowo koncentrując się na wybieraniu ręcznika. Udawanie głupiego nigdy nie działa, ale Tony i tak nie przestaje używać tego jako swojego domyślnego manewru obronnego.

Pepper patrzy na niego kątem oka. Nie wygląda na zadowoloną.

— Tony, musisz go zaprosić.

Tony niemalże odpowiada na to, że nie, nie musi robić niczego, ale potem przypomina mu się, z kim rozmawia, i zmienia zdanie.

— Nie mam nic przeciwko temu, żeby się wprowadził — oświadcza Tony wspaniałomyślnie. Ma przy tym na myśli to, że jeśli Steve zapyta, czy może się wprowadzić, nie będzie z tym żadnego problemu, ale on sam z siebie nie zamierza poruszać tego tematu. Tyle że Pepper słyszy to, o czym Tony myśli a nie to, co mówi, więc celuje w niego swoją szczoteczką do zębów i stwierdza:

— Powinieneś go zaprosić.

Tony owija ręcznik dookoła bioder i wyciąga rękę po swoją szczoteczkę. Kiedy wyciska na nią pastę, jego wzrok napotyka w lustrze jej spojrzenie.

— Daj spokój, serio chcesz go tutaj? Jest jak ten kujon, co zawsze niszczy dobrą zabawę. Wyobrażasz sobie, jakie byłoby życie z nim i Bannerem w tym samym domu? Jak mieszkanie z bliźniakami Ponurością i Zgubą, Pepper. Nie dam rady.

Pepper czeka, aż pasta do zębów Tony'ego się spieni i zatka go na dobrą chwilę (kobieta jest naprawdę cholernie inteligentna), zanim odpowiada:

— Nie możesz zaprosić wszystkich poza nim, Tony, on jest…

— A właśnie że mogę — przekonuje Tony lustro. Jego odbicie wygląda, jakby miało wściekliznę. — To mój dom, a on nie został zaproszony…

— …całkiem sam na tym świecie i nawet nie zna zbyt wielu ludzi… — kontynuuje Pepper, jakby jego protest nic nie znaczył.

— …i to tyle. Sprawa zamknięta. — Tony płucze usta i odkłada szczoteczkę celowo dramatycznym gestem.

Kiedy odwraca się w stronę Pepper, ta bierze jego twarz w dłonie i całuje go w usta. Smakuje miętą i zwleka z odsunięciem się od niego akurat tyle, żeby zdążył zapragnąć kolejnego pocałunku.

— Tony — mówi miękko — on ma tylko was.

— Nie zrobię tego, Pepper. Nie — odpowiada i naprawdę tak sądzi.

— Ale ja przecież mam mieszkanie — protestuje Steve. Obaj siedzą w przygnębiającym i ciasnym pokoiku w SHIELDzie, którego ściany mają niezwykle podnoszące na duchu odcienie szarości, a łóżko wygląda na odkupione od Sing Singu.

Tony zdaje sobie sprawę, że Pepper miała rację (znowu). Nie może zostawić Steve'a w tym pozbawionym smaku, paskudnym miejscu, podczas gdy reszta z nich mieszka w najlepszym na świecie domu bractwa. Tony wręcz źle się czuje, bo myślał, żeby go wykluczyć.

— Po pierwsze — mówi Tony, ponieważ nie potrafi pozostawić tej kwestii bez odpowiedzi — skoro masz mieszkanie, to dlaczego teraz w nim nie jesteś? Po prostu popatrz na ten pokój, samo jego istnienie niszczy moją chęć do życia. Pośpiesz się i zgódź ze mną, bo nie mam przy sobie prozacu. — Wyciąga telefon. — Muszę zadzwonić do Pepper, żeby ktoś przekonał mnie, żebym nie skoczył z parapetu.

— Nie jest tak źle — stwierdza Steve sztywno. — Sypiałem w gorszych miejscach.

— Ale teraz nie musisz — uświadamia go Tony. — Dlatego właśnie tutaj jestem.

— Naprawdę nie potrzebuję… — zaczyna Steve.

Tony mu przerywa:

— Serio — mówi i naprawdę jest poważny, co rzadko się zdarza. — Wszyscy pozostali tam są. Ty też powinieneś.

Steve wzdycha ciężej, niż powinien wzdychać facet, któremu właśnie zaoferowano przeprowadzkę do najbardziej wystrzałowego domu w Nowym Jorku. Wygląda, jakby znowu chciał odmówić.

— Zostaw sobie to mieszkanie — radzi mu Tony. — Wpadaj tam tak często, jak ci się podoba. Nie prosimy cię, żebyś dołączył do jakiejś sekty. — A kiedy Steve ciągle się waha, Tony wyciąga ciężkie działa: — Nie zmuszaj mnie do zadzwonienia po Nataszę.

— Dobra — stwierdza Steve. — Wprowadzę się.

— Tak jakby jesteś mi winna trzydzieści obciągań — informuje Tony Pepper w tej samej chwili, w której ta odbiera telefon. — To była najbardziej przygnębiająca rzecz, jaką kiedykolwiek zobaczyłem. Jego pokój nie miał nawet ani jednego okna. A i tak musiałem przekonywać tego idiotę, co prawie okazało się być ponad moje możliwości. Gdybym musiał z nim rozmawiać kolejne dziesięć minut, po prostu bym się poddał i sobie poszedł. Serio, Pep, to było jak te mokradła, które zabiły konia w „Niekończącej się historii".

Chodzi mu tak naprawdę o to, że miała rację i cieszy się, że to zrobił, ale jako że rozmawia z Pepper, ta i tak to słyszy.

Biorąc pod uwagę fakt, że tyle osób o wyrazistych osobowościach znalazło się w domu pełnym różnych rodzajów broni i supermocy, mieszkanie pod jednym dachem powinno się okazać klęską. I kłamstwem byłoby stwierdzenie, że atmosfera nigdy nie stawała się napięta, jednak ogólnie wspólne życie okazało się dziwnie przyjemnym przeżyciem.

Clint jest sarkastycznym, inteligentnym dupkiem, ale jest to cecha charakteru bardzo bliska i droga sercu Tony'ego, więc nie stanowi żadnego problemu. Poza tym Barton kocha piec ciastka — prawdziwe ciastka, nie takie, które sprzedają w plastikowych opakowaniach w sklepie spożywczym — a za to można wiele wybaczyć. Jego nadnaturalne uzdolnienie w celności musi się jakimś cudem rozciągać też na pieczenie, bo nigdy chyba nie używa żadnych miarek, a mimo to każda partia wypieków wychodzi mu idealnie. Serio, wszystkie ciastka są dokładnie tej samej wielkości. O każdej porze dnia i nocy w domu genialnie pachnie.

Natasza jest zupełnie tak samo stoicka i przerażająca, kiedy przechadza się po kuchni w spodniach od jogi, co wtedy, gdy wkłuwa się igłą w szyję Tony'ego. Do tego spędza około dziesięciu godzin dziennie, próbując stać się jeszcze bardziej zabójcza, niż już jest. Lubi też atakować znienacka Steve'a i Thora w przypadkowo wybranych momentach i posyłać ich twarzą prosto w dywan oraz słuchać ich stęknięć. Tony uważa, że to całkiem fajne, zupełnie jakby żył w jakiejś grze na konsolę. Happy zupełnie się z nim nie zgadza.

Kiedy Natasza poznaje Sif i Trójkę Wojowników, Tony dochodzi do wniosku, że jeszcze nigdy w całym swoim życiu nie widział niczego tak podobnego do miłości od pierwszego wejrzenia. Cała piątka rozmawia długo o broni, pokazuje na sobie nawzajem liczne bolesne ciosy i z niepokojącą dozą radości porównuje blizny z walk oraz liczbę zabitych osób. Tony w jakimś stopniu spodziewa się, że Natasza zrezygnuje z bycia częścią Avengersów i przeprowadzi się do Asgardu, żeby wszyscy mogli żyć długo i szczęśliwie w jakimś dziwnym związku. Walecznym, spoconym, seksownym, lecz jednocześnie przerażającym związku.

Po jakimś czasie Tony odkrywa, że Clint i Natasza byli kiedyś parą, co w jego oczach czyni Clinta najodważniejszym facetem w ich domu, a może i na całym świecie.

Thor jest, zgodnie z oczekiwaniami, najszczęśliwszym i najbardziej entuzjastycznym gościem, jakiego Tony poznał w całym swoim życiu, ale ostatecznie ma do tego sto sześć różnych powodów. Pierwszy z nich jest taki, że udało mu się wyhodować genialne mięśnie brzucha, choć nigdy chyba nie musiał zrobić ani jednego przysiadu. Zachowuje się też na swój sposób arogancko, ale ma do tego podstawy, no i Tony nie będzie pierwszym, który rzuci w niego kamieniem z tego powodu.

Generalnie rzecz biorąc, Thor jest jak pilot wycieczki w ich domu. Nikt nie potrafi mu odmówić, kiedy próbuje ich namówić do odrobiny dobrej zabawy, co dzieje się praktycznie cały czas; zawsze zdaje się mieć jakąś rzecz, którą chce zrobić, okazję do uczczenia albo rekord w piciu do pobicia. Thor jest też absolutnie miłym facetem. Jego prawdomówność wręcz nie ma granic, ale czasami — co zauważył Tony — bóg wyraża dezorientację odnośnie rzeczy, które już rozumie, żeby Steve nie musiał być jedynym, który prosi o wyjaśnienie. Po raz kolejny.

Bruce pracuje nawet więcej niż Tony, a kiedy tego nie robi, poświęca mnóstwo czasu medytacji i innym tego typu bzdurom. Ma tendencję do bycia bardzo cichym, a Avengersi zawierają niepisane porozumienie, że zrobią, co tylko się da, żeby pomóc mu utrzymać wewnętrzną równowagę. Kiedy facet po raz pierwszy przypadkowo wyhulkowuje się w domu, napędza wszystkim stracha, ale ostatecznie niszczy tylko kilka rzeczy. Dobra wiadomość jest taka, że reszta zespołu niechcący dowiaduje się, iż godzina lub dwie przed telewizorem uspokoją go, póki nie powróci do swojego niezielonego stanu. Natomiast zła to ta, że Hulk lubi tylko kreskówki i programy kulinarne. Ma to taki efekt uboczny, że Steve, któremu nie przeszkadza siedzenie z Hulkiem, żeby mieć na niego oko, zaczyna pasjami oglądać Dora poznaje świat i SpongeBoba Kanciastoportego.

Clint robi jakieś sześćset zdjęć Steve'a i Hulka, którzy siedzą razem przed telewizorem.

— Nie wierzę, że to oglądasz — mówi, ustawiając telefon pod takim kątem, że Dora z całą pewnością będzie widoczna na telewizorze w każdym ujęciu.

Steve tylko wzrusza ramionami.

— Nie jest takie złe. Wszyscy ludzie w programach, które wy oglądacie, są zawsze dla siebie tacy niemili. A do tego można się nauczyć hiszpańskiego.

— Me gusta! — oznajmia Hulk.

Po zobaczeniu tego Tony próbuje wciągnąć Steve'a w Simpsonów, ale okazuje się to spektakularną porażką. Ostatecznie Kapitan Ameryka nie łapie większości żartów i nawiązań kulturalnych.

Złowróżbne przewidywania Tony'ego odnośnie Steve'a tak naprawdę się nie spełniają. Wściekły, skłonny do konfrontacji Rogers z paru pierwszych dni ich znajomości gdzieś zniknął, a ten nowy zdaje się mniej użalać nad sobą, od kiedy Tony (Pepper) wyciągnął go z tamtego pokoju w SHIELDzie.

Wciąż ma tendencję do spędzania sporej ilości czasu na włóczeniu się po domu i naśladowaniu Kłapouchego, kiedy nie pracują, ale gdy tylko zakłada swój strój i wychodzą z rezydencji, zachowuje się zupełnie inaczej. Walczy idealnie, jest zawsze na czas i w odpowiednim miejscu przez sto procent tego czasu. Z absolutną pewnością siebie znajduje sobie miejsce na świecie jako Kapitan Ameryka i przejawia nawet ten sam niemalże absurdalny heroizm, zupełnie jakby został powołany do życia wprost z komiksów Tony'ego. Ale kiedy każe mu się przebrać w cywilne ciuchy i daje trochę czasu wolnego, zaczyna wyglądać na nieco zagubionego.

— Coulson tak naprawdę tutaj nie mieszka, prawda? — pyta Tony Clinta którejś nocy. Na serio zaczyna się tym trochę martwić, bo ten facet spędza tutaj od cholery czasu, a są pewne granice. Superherosi: tak. Sadystyczne roboty: nie. — Sprawdziliśmy wszystkie ciasne zakamarki, upewniliśmy się, że nie uwił sobie gniazdka pod schodami i nie wślizguje się nocą do kuchni, żeby kraść nam jedzenie?

— Bardziej prawdopodobne, że mieszka w piwnicy — stwierdza Clint. — Jestem całkiem pewien, że we śnie wisi głową w dół. — I to wcale nie jest śmieszne, bo wedle najlepszych informacji Tony'ego tak właśnie może wyglądać prawda. Mieszka w jednym domu z nieśmiertelnym organizatorem imprez i dwudziestosześciolatkiem, który urodził się w 1917 roku. Wszystko jest możliwe.

A mimo to jest jasne, że zebranie ich wszystkich pod jednym dachem było dobrym wyborem. Czują się teraz jak coś więcej niż tylko zespół i sprawia to, że mnóstwo rzeczy jest im łatwiej znieść wspólnie. Nawet jeśli przeciwnik akurat naprawdę mocno skopał im tyłki. Walczą z całych sił, dostają niezły łomot i walczą z całych sił jeszcze trochę. Czasami są tak zmęczeni i zmaltretowani, że są w stanie tylko opaść na duże, miękkie (i wzmocnione stalą po tym, jak Tony musiał je po raz drugi wymienić) kanapy w pokoju telewizyjnym oraz mieć nadzieję, że Jarvis ich zauważy i zamówi im piętnaście pizz.

To wbrew pozorom jedne z ulubionych dni Tony'ego.

Tegoroczne przyjęcie urodzinowe Tony'ego jest pierwszym, na które przychodzą tylko i wyłącznie ludzie uważani przez niego za przyjaciół (i ani jedna striptizerka). Pojawiają się wszyscy Avengersi, do tego Jane i Selvig, a Tony zauważa też Betty stojącą obok wyglądającego nieco mniej posępnie Bruce'a.

Happy daremnie usiłuje przez godzinę poderwać Darcy, podczas gdy Rhodey i jego samobójcze skłonności próbują porozmawiać z Nataszą. Coulson przybywa idealnie punktualnie, wypija dokładnie dwa drinki i wychodzi bez rzucenia komukolwiek chociażby cienia uśmiechu, chociaż Tony mógłby przysiąc, że jego krawat wygląda na zawiązany luźniej o dobry cal. Fury pojawia się z żoną albo dziewczyną, albo najnowszą piękną-kobietą-którą-trenuje-na-pozbawioną-serca-zabójczynię; Tony nie jest pewien i zdecydowanie nie zamierza o to pytać.

Naprawdę dobrze zobaczyć Rhodeya, z którym nie rozmawia nawet w przybliżeniu wystarczająco często. Ostatecznie ten nie pracuje już jako łącznik pomiędzy Stark Industries i wojskiem, nie potrzebuje tego robić, bo wciąż ma zbroję Iron Mana. Tony nie jest do końca pewien, co takiego w niej robi, ale wie, że rząd wysyła go co jakiś czas na misje. Wypróbowuje każdą szansę na zdobycie chociażby wskazówki od Rhodeya i za każdym razem ten odmawia puszczenia farby.

Udaje im się wymknąć do warsztatu, kiedy nikt nie patrzy, i przez kilka minut wszystko wygląda jak za dawnych czasów; Tony pokazuje mu, nad czym teraz pracuje, i zarzuca go swoimi pomysłami. Ważna wiadomość jest taka, że Tony zaczął dłubać przy samonaprawiającej się nanotechnologii dla zbroi, a Rhodey jest należycie pod wrażeniem i pełen entuzjazmu. Jednak zbyt szybko Jarvis informuje ich, że są potrzebni na przyjęciu, więc obowiązkowo wdrapują się z powrotem po schodach akurat na tyle szybko, żeby zdążyć na śpiewane przez wszystkich „Sto lat".

Thor zamawiał tort, więc ten jest wystarczająco duży, żeby nakarmić nim dwustu ludzi, i ma na szczycie działający wulkan, który tak naprawdę może być skutkiem zetknięcia się urodzinowych świeczek. Tony nie jest pewien. Pepper przejmuje pałeczkę przy krojeniu tortu po tym, jak pierwsze kilka kawałków, które wręcza gościom Thor, ma rozmiar cegieł.

Przybywa Sif i Trójka Wojowników i natychmiast systematycznie zaczynają kompletnie i absolutnie przyćmiewać wszystkie imprezowe dni Tony'ego. Piją jak ryby, rzucają sobą nawzajem przez pokój i wybuchają głośnym śpiewem na najmniejszą zachętę. Są o wiele bardziej zabawni niż striptizerki. Nawet Steve przygląda im się z uśmiechem.

Cała czwórka, a także Thor i Clint oraz Selvig i Darcy, wznoszą drinki w górę i deklarują swoją miłość dla sporej beczki ale i dobrej walki. Tony'ego nagle nachodzi świetny pomysł, więc mówi:

— Jarvis, wydaje mi się, że najwyższa pora, żeby usłyszeli Tubthumping.

Dwadzieścia sekund później Asgardczycy wręcz wariują.

Thor podchodzi do niego z tyłu i unosi w powietrze.

— Tony Starku! — krzyczy. Odstawia go z powrotem na podłogę, obraca dookoła własnej osi i przyciska do niemożliwie szerokiej piersi, a sekundę później nagle go puszcza i Tony niemalże zwala się na ziemię. — Kim jest wojownik unieśmiertelniony w tej pieśni? — pyta Thor. — Ten, który wielokrotnie zostaje powalony, a mimo to ciągle się podnosi? Musimy ponownie usłyszeć o jego zdolności do regeneracji sił!

A więc Tony włącza tryb powtarzania, obejmuje Pepper ramieniem i siada wygodnie, żeby cieszyć się widokiem Asgardczyków — i paru ludzi, którzy na pewno nie pochodzą z Asgardu — którzy tupią, wykrzykują tekst piosenki i wznoszą do góry pięści oraz kufle piwa. Darcy niemalże podbija Hogunowi oko swoim łokciem. Tony'emu wydaje się, że widzi, jak Volstagg roni łzy w swoją brodę.

Mija jeszcze trochę czasu, a Tony wciąż kocha bycie Avengerem i wciąż kocha bycie chłopakiem Pepper Potts, i wciąż kocha bycie Tonym Starkiem, więc jego życie jest całkiem genialne. Parę razy prawie umiera, ale niemalże tego nie zauważa, bo jest zbyt zajęty byciem szczęśliwym.

Jednak Pepper zdecydowanie to dostrzega. Pewnej nocy rozmawiają o ryzyku i kosztach. O tym, o ile większe jest teraz całe to przedsięwzięcie, jak bardzo Pepper nienawidzi widoku zadrapań, siniaków i bliskich jej ludzi w śpiączce (uściślając: przydarzyła mu się tylko jedna, jedyna śpiączka, która w dodatku trwała superkrótko) i o tym, jak Iron Man zaczął niemalże żyć własnym życiem, od kiedy Tony stał się Avengerem.

Przechodzili już przez to kiedyś, a dokładniej mówiąc — na samym początku. Wtedy Pepper zagroziła, że go zostawi, ale jakoś wypracowali kompromis, więc Tony nie martwi się zbytnio. Muszą to po prostu przedyskutować.

Prawdę mówiąc, Tony jest zdecydowanie dumny z wynikającej z tego rozmowy. Nie broni się, nie próbuje jej przegadać, nie włącza muzyki na cały regulator ani nie próbuje zaciągnąć jej do łóżka, żeby uniknąć tematu. Oferuje pomoc i otuchę i sugeruje różne sposoby na osiągnięcie kompromisu, sposoby, dzięki którym oboje mogą być szczęśliwi z tym, że jest Iron Manem. Ich rozmowa jest spokojna, owocna i racjonalna — pierwsza taka rozmowa w całym jego życiu, serio — i wcale nie psuje mu nastroju. Tylko dlatego, że aż do momentu, w którym Pepper go zostawia, nie zdaje sobie sprawy, że to było ostrzeżenie.

Zrywają ze sobą, co jest koszmarne.

Wydaje się to jednocześnie ciągnąć całe wieki i wydarzać zupełnie znienacka. Tony zauważa, że coś się stało. Stwierdza (ma nadzieję), iż Pepper może po prostu jest zestresowana albo zmęczona, albo — Boże, przypomnienie sobie później, że tak sądził, wręcz boli — w ciąży. Ale nie udziela mu satysfakcjonującej odpowiedzi na pytania, więc Tony stara się spędzać z nią więcej czasu i poświęcać jej więcej uwagi. Kupuje jej buty za dziewięćset dolarów i zabiera ją na balet (czyli coś, co ona kocha, a on nienawidzi). Nic nie pomaga. Ostatecznie Tony odwołuje wszystkie spotkania z całego weekendu i łapie samolot do Florydy, żeby ją zobaczyć, desperacko próbując naprawić to, co się popsuło. Cokolwiek by to nie było.

Ale jest już za późno i wszystko kończy się niczym kolizja dwóch samochodów, której nie potrafi zapobiec, oglądana w zwolnionym tempie.

Wchodzą do hotelu w Miami jako para, a wychodzą z niego jako dwoje zupełnie odrębnych ludzi. Tony zawsze nienawidził Miami.

Skutki są niemożliwie bolesne. Tony nie miał pojęcia, że może się czuć tak źle, jakby był chodzącą katastrofą. I na każdy cal tych ran, który udaje mu się zaleczyć, przypada inna, która ponownie otwiera się z jakiegoś powodu, i sięga aż do kości. Para kolczyków w kieszeni smokingu, gdzie schował je dla bezpieczeństwa, żeby Pepper mogła położyć głowę na jego ramieniu i zasnąć w limuzynie w drodze powrotnej do domu. Nagranie na sekretarce, którego nigdy nie wykasował; pierwsze z powiedzianym tuż przed rozłączeniem się „kocham cię". Aksamitne pudełeczko schowane w szufladzie pełnej reaktorów łukowych, które skrywa pierścionek. Tony już nigdy nikomu go nie da.

Nie wspomina od razu partnerom z zespołu o tym, że zerwali, ponieważ nie jest to ich interes, a poza tym nie potrafi zmusić się do powiedzenia tego na głos. Przez jakiś czas nikt — Avenger czy też nie — zdaje się tego nie zauważać. Happy musi wiedzieć, ale nie mówi na ten temat ani słowa. Tony zakłada, że Rhodey też wie, bo ostatecznie on i Pepper są przyjaciółmi. Dlatego unika jego telefonów.

Mijają tygodnie, potem kilka kolejnych tygodni, a następnie prawie całe trzy miesiące i Tony zaczyna myśleć, że może będzie w stanie ciągnąć to przez wieczność. (Kto, Pepper? Właśnie się z nią minąłeś. Znowu.) I dokładnie w tym momencie jakiś podszyty dupkiem paparazzi cyka fotkę Pepper stojącej przez kawiarnią w L.A. z, nie pierdolcie, Ryanem Reynoldsem — facet, jak się okazuje, bardzo martwi się osieroconymi manatami — który całuje ją w policzek i trzyma ją za rękę. I w ten sposób cały pierdolony świat dowiaduje się, że Tony nie był w stanie utrzymać przy sobie Pepper. Tej samej Pepper, która znała go lepiej niż ktokolwiek inny i mimo to wciąż go kochała.

Kiedy już wieść się rozeszła, udawanie, że wszystko jest w porządku, przestaje mieć sens. Bo nic nie jest w porządku. Tony czuje się jak wrak i wreszcie może przestać to ukrywać. Traktuje paskudnie każdego, kto się z nim zetknie, co nie jest w porządku, ale nie potrafi przestać. Zupełnie jakby wszystkie te jego części, które chciały być heroiczne i miłe rok temu, stały się teraz małe, brzydkie i chamskie. Jego zachowanie odbija się na całym zespole i całkiem szybko nawet Thor, który zazwyczaj jest tak niemożliwie radosny, trzyma się od niego z daleka. Napięcie powoli zaczyna przejawiać się na tuzin różnych sposobów i Tony tylko czeka wezwania do biura Fury'ego i polecenia pozbierania się, zanim jego wściekłość wymaże istnienie Avengersów z kart historii.

Dzwoni po pijaku do Rhodeya raz lub dwa w tygodniu, a ten, niech mu Bóg błogosławi, odbiera telefon za każdym razem.

Prawdę mówiąc, wszyscy, którzy z nim mieszkają, unikają go, kiedy nie pracują razem, ponieważ jest strasznym dupkiem i inni mają go po dziurki w nosie. Co jest w porządku, gdyż Tony ma po dziurki w nosie tego, że nikt nie powie ani jednego słowa o tym, jak wszystko spieprzył. Okazuje się, że wypadnięcie na łeb, na szyję z torów swojego życia nie jest tak zabawne, kiedy nikogo nie obchodzi fakt, że to robisz.

Prawie dzwoni do Pepper pięćdziesiąt razy, sto razy, z powodu tej maleńkiej szansy, że wciąż może być zainteresowana kazaniem mu przestać zachowywać się jak dupek. Każe Jarvisowi zablokować jej numer, żeby nie móc do niej zadzwonić, i urządza sobie azyl w warsztacie. Trwa to przez jakiś czas.

To Steve jako pierwszy odważa się zejść do warsztatu, który znajduje się trzy piętra pod ziemią, a Jarvis, ten zdradliwy drań, mu na to pozwala. Rogers rozgląda się po pomieszczeniu przez jakąś minutę — nigdy wcześniej tutaj nie był — a wygląd Tony'ego wywołuje zmarszczkę niezadowolenia na jego czole. Tony wie, jak wygląda: jest nieogolony, nieumyty, ma na sobie pogniecione ubrania pokryte plamami smaru i szkockiej. I nie obchodzi go to, naprawdę nic go to nie obchodzi. Ma zamiar powiedzieć Steve'owi, że wie, iż Fury przysłał go tutaj, żeby przemówił mu do rozsądku i Tony docenia troskę, ale naprawdę nie chce mu się słuchać tego wykładu i…

— Mój telefon przestał działać — mówi Steve i pokazuje Tony'emu swojego starkowego smartfona.

Tony, absolutnie zaskoczony tym rozwojem wydarzeń, nie jest w stanie nawet znaleźć odpowiednich słów, żeby kazać mu iść z tym do kogoś innego.

— Cóż, daj mi go — stwierdza ostatecznie. — Zaraz dostaniesz najbardziej darmową pomoc techniczną swojego życia.

Okazuje się, że smartfon się po prostu zawiesił, więc Tony podłącza go do komputera i każe Jarvisowi go zrestartować, a następnie zeskanować. Winowajcą musi być gra o nazwie Cupcake Avalanche, której celem wydaje się być nakierowanie grubej różowej świnki na rzędy krzyczących babeczek tak, żeby je pożarła. Babeczki opadają z góry ekranu, machając swoimi drobnymi łapkami i rozrzucając wszędzie posypkę.

Steve wygląda na zażenowanego.

— Clint mi to wysłał — usprawiedliwia się.

— Hej, to, co robisz ze swoim telefonem, to twoja sprawa. — Tony wzrusza ramionami i dopisuje szybko kilka linijek kodu, żeby błąd się nie powtórzył. No i ulepsza nieco system, skoro już ma okazję, a potem instaluje w nim aplikację, dzięki której smartfon może świecić i bzyczeć niczym miecz świetlny, bo Steve obejrzał i pokochał wszystkie części Star Warsów (wszystkie sześć, co Tony mu wybacza, ponieważ ostatecznie facet leżał w lodzie przez siedemdziesiąt lat, z jego mózgiem nie może być wszystko w porządku). Steve wygląda na zadowolonego z rezultatów i zachwyconego odgłosem wysuwania miecza świetlnego. Dziękuje Tony'emu, po czym znika na schodach, wymachując swoim telefonem niczym rycerz Jedi.

Tony obraca się do niego tyłem i udaje, że mu się nie przygląda, chociaż tak naprawdę obserwuje go przez kamery systemu bezpieczeństwa. Przypomina mu się, jak Pepper przekonywała go, żeby zaprosić Steve'a (Tony nigdy nie dostał tych trzydziestu obciągań, a w każdym razie nie dostał trzydziestu dodatkowych obciągań), a następnie przypomina mu się, jak pełen wściekłości był Steve w ciągu pierwszych dni wśród Avengersów i jaki był później smutny. Wygląda na to, że powoli się z tego wygrzebuje, nie ma już takiej ponurej miny, kiedy wydaje mu się, że nikt nie patrzy (Jarvis zawsze patrzy).

Pogrążony w swoim własnym nieszczęściu Tony myśli, że nie zachowywał się wtedy zbyt wyrozumiale, ponieważ teraz może poczuć na własnej skórze odrobinę tego, przez co przechodzi Steve, i ledwo jest w stanie to znieść. To nie tak, że całe życie i wszyscy ludzie, których znał, zostali mu odebrani; wciąż ma prawie wszystko, co chce, poza Pepper. Wciąż ma Happy'ego i Rhodeya. To dwie stałe w jego życiu od czasu, który wydaje się być wiecznością. W życiu Steve'a nie ma dosłownie nikogo, kto znałby dłużej niż osiemnaście miesięcy.

Tony zastanawia się nad tym, jak Steve musi się czuć, jak radził sobie ze znoszeniem tak ogromnego smutku, i czuje się niczym ostatni dupek za to, że kiedykolwiek się na niego wnerwiał.

Steve wraca jakiś tydzień później z iPodem — to on w ogóle ma iPoda? — a parę dni po tym z dyskiem USB pełnym zdjęć, które ktoś mu dał, a do których nie może się dostać. Za każdym razem prosi o małe przysługi, nic zbyt skomplikowanego. Z wszystkim tym nawet Jarvis dałby sobie radę, ale Tony nie mówi o tym Steve'owi.

Dochodzi do wniosku, że powinien pamiętać o wzięciu codziennie prysznica, skoro już Rogers ma się wokół niego kręcić przez cały czas. Facetowi naprawdę nie wychodzi udawanie, że Tony nie śmierdzi jak przypalone druty i wódka.

Kiedy Steve wpada do warsztatu po raz kolejny, żeby odwiedzić Tony'ego (który akurat pamiętał, żeby się wykąpać), niesie niebieski kawałek plastiku przerzucony przez ramię. To muszą być jakieś zwidy spowodowane alkoholem, ponieważ…

— Czy to jest Slam Man? — pyta Tony i okrąża to coś powoli. — Nie przestali ich robić w latach dziewięćdziesiątych? — Steve patrzy na niego tak, jakby chciał powiedzieć, że pyta o to niewłaściwą osobę. — Racja, byłeś… Zajęty. Byciem mrożonką. Więc dlaczego przyniosłeś ten przerażający kawał taniochy do mojego warsztatu?

Steve, który jest bardzo podekscytowany tym kawałem taniochy, wcale nie zraża się krytycyzmem Tony'ego.

— To manekin do boksowania się. I ma światła! — mówi. Tony nie potrafi sobie przypomnieć, kiedy ostatnio Steve wyglądał na tak podekscytowanego czymkolwiek. — I można go zaprogramować do ćwiczeń. To prawie jak robot, prawda? A ty budujesz genialne roboty. — Steve wskazuje Dummy'ego, który wydaje z siebie przeciągłe bzyczenie i wygina swoje łapki, jakby flirtował. Tony'emu wydaje się, że Steve na serio się rumieni. — Więc… mógłbyś zbudować coś podobnego? Ale lepszego?

Tony zdążył już wybebeszyć Slam Mana i przygląda się beznadziejnemu okablowaniu, którego lutowanie wręcz woła o pomstę do nieba.

— Kapitanie Rogers, jeśli nie jestem w stanie zrobić niczego lepszego, nie będę miał innego wyboru, jak popełnić samobójstwo. Jarvis, zamów mi parę rzeczy. Co oni sobie myśleli, to coś jest o krok od rury odkurzacza. Boże, ledwo mogę na to patrzeć, ten widok wręcz boli.

I jest to jakiś nowy początek. Steve przez cały kurewski czas nawija o ojcu Tony'ego — no dobra, wspomniał o nim trzy razy — i zachowuje się, jakby Howard Stark był jakimś cholernym patronem wszystkich Kapitanów Ameryk na całym świecie. Zachwyca się z szeroko otwartymi oczami tym, jaki Howard był inteligentny, jak to budował różne niesamowite rzeczy i jak pomógł Steve'owi, kiedy ten musiał uratować Bucky'ego. Bla, bla, bla, niech ktoś poda Tony'emu Burbona, zanim głowa mu wybuchnie. I czy to nie wprost genialne, że Steve uważa Howarda za faceta wspaniałego od stóp do głów? Bo Tony nie takim go zapamiętał.

Ale teraz, o, teraz jest kolej Tony'ego. Zbiera wszystkie swoje siły, które do tej pory marnował na tęsknienie za Pepper i odtrącanie każdego, kogo zna, po czym poświęca je udowodnieniu, że Howard Stark wygląda przy nim jak jakiś cholerny amator.

Buduje Steve'owi zajebiście wspaniałego robota do boksowania, który atakuje i ucieka, i nawet uczy się stylu walki swojego przeciwnika, po czym wykorzystuje go przeciwko niemu. Tony składa ukłon twórcom Slam Mana i umieszcza na swoim arcydziele błyszczące światełka. Instaluje też program, który liczy, ile razy Steve'owi udało się trafić w swojego przeciwnika i chwali go lub łaja w zależności od sytuacji.

Steve nazywa robota Sugar Ray, a kiedy Tony się o tym dowiaduje, mówi:

— Sugar Ray Leonard! Niezły zawodnik!

— Um, tak właściwie to Sugar Ray Robinson — odpowiada Steve.

— A, tak, racja — stwierdza Tony.

Steve przywiązuje się (zdaniem Tony'ego do niezdrowego stopnia) do swojej nowej robociej psiapsiółki, a kiedy Sugar Ray ostatecznie spotyka godnego sobie przeciwnika w postaci Mjolnira, łamie mu to serce. Thor jest nietypowo dla siebie potulny, kiedy przynosi Tony'emu metalowe kawałki i prosi, żeby „przywrócić do życia ich potężnego kompana walk, gdyż smutek Kapitana ciąży mu na sercu".

I w ten sposób powstaje Sugar Ray 2.0. Jest nawet szybszy i wredniejszy niż pierwotna wersja. Po trzech minutach testu próbnego trafia Steve'a prawym podbródkowym i posyła go na drugą stronę siłowni, gdzie ten ląduje na nieużywanej przez nikogo bieżni. Teraz już nigdy nie będzie się nadawała do użytku. Steve podnosi się na nogi z szerokim uśmiechem i oznajmia:

— Jest idealny!