To mój pierwszy taki ff, więc w pewnym sensie jest to mój debiut :) Zwłaszcza jeśli chodzi o slash. Wszelkiego rodzaju rady są dla mnie na wagę złota.

Beta: Magste

Rozdział I

Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Błękit nieba zanikał, wypierany przez ognistą pomarańcz, do złudzenia przypominającą ciepłe płomienie, w których jeszcze niedawno był skąpany Hogwart. Harry mimo woli skrzywił się na to wspomnienie. Niemal całą siłą musiał się powstrzymywać, by nie zerknąć przez ramię chcąc upewnić się czy ogień został zgaszony.

Ale został, na pewno, pomimo iż swąd spalenizny nadal drażnił nozdrza i wyciskał ze szczypiących oczu łzy, które powoli mieszały się z tymi wywołanymi stratą bliskich.

Potter zdjął okulary, by przetrzeć oczy, po czym ponownie wsunął okrągłe druciane oprawki na nos. Bezustannie wpatrywał się w wodę, która z charakterystycznym dźwiękiem uderzała o piaszczysty brzeg, gdzieniegdzie porośnięty kępką jadeitowej trawy. Zachowywała się tak samo jak kiedyś, a przecież tak wiele się zmieniło. Ścisnął dłonią przez materiał przybrudzonej sadzą koszuli Zmieniacz Czasu, który zdawał się wyjątkowo ciążyć na jego szyi, a przecież tak naprawdę niewiele ważył. Któryś raz z kolei, złapał złoty łańcuszek, aby wyciągnąć mały chłodny przedmiot połyskujący lekko w świetle zachodzącego słońca. Był podobny, by nie powiedzieć taki sam, jak ten należący do Hermiony. Wtedy uratowali Syriusza, czy i teraz ktoś oczekiwał od niego kolejnego bohaterskiego czynu, gdy ledwie kilkanaście godzin temu wypełnił swoją ostatnią powinność? Data jednak była już wybrana, a rok 1944 nic mu nie mówił, był tylko pustą kombinacją cyfr.


Wysiliwszy swój gryfoński umysł i cofnąwszy się pamięcią cztery lata wstecz, przypomniał sobie, że jego przyjaciółka, aby przenieść się w czasie, musiała najpierw wybrać datę. W tym przypadku, czynność ta została już wykonana, więc może był zepsuty?

Harry James Potter, kierowany nagłym poleceniem swojego mózgu, potrząsnął małym przedmiotem. A znając jego szczęście, tym iście dziecięcym zachowaniem aktywował go i przeniósł się w czasie.

Woda zdawała się być wszędzie. Otaczała jego ciało, nieprzyjemnie szumiała w uszach, szczypała w oczy, wlewała się do jego gardła, gdy odruchowo chciał zaczerpnąć powietrza. Rozczapierzonymi palcami młócił wodę, nogami chciał się odbić od dna, jednak nie mógł nimi ruszyć. Gdy jego przerażenie zaczęło niemal sięgać zenitu, wśród ciemnej toni pojawiła się jakaś postać, niemal niewidoczna przez ciemny ubiór, ale blada skóra jakby świeciła własnym światłem.

Co było potem...Harry nie wiedział.

Odzyskał świadomość dopiero, gdy zakasłał, wypluwając z siebie wodę. Ktoś pomógł mu usiąść, a gdy Potter był w stanie normalnie funkcjonować, uniósł głowę do góry, spoglądając wprost w ciemnobrązowe, niemal zlewające się ze źrenicami, tęczówki. Nerwowo przełknął ślinę, czując się dość niezręcznie pod niemal wrogim ostrzałem spojrzenia młodego Tom'a Riddle'a. W głowie kłębiło mu się wiele pytań, na które każda odpowiedź zdawała się być tą złą. Nie wiedział co zrobić, tamten przecież go nie znał, więc nie powinien zaatakować, zwłaszcza, że przed paroma sekundami uratował Pottera.

- Masz szczęście, że Dumbledore powiedział mi o czarodzieju, którego przywieźli do Wool's- powiedział beznamiętnie.- Już od wejścia dzieciaki gadały o dziwaku, który pływa sobie z rybkami- uniósł lekko brew, wpatrując się w Gryfona, jakby czegoś szukając w jego twarzy. Widocznie tego nie znalazł, bo z cichym westchnieniem wstał i z kieszeni swoich dżinsów wyjął różdżkę i skierował ją na chłopaka.

- Ob...

Serce Pottera zabiło mocniej.

- Czekaj!- wykrzyknął Harry, wyciągając przed siebie różdżkę, w razie gdyby Riddle nie przerwał wypowiadania zaklęcia, na szczęście nic takiego się nie stało.- Jestem czarodziejem- przyznał, wstając.

- Domyśliłem się, chyba, że machasz mi przed oczami zwykłym patykiem.- Chłopak prychnął, jak gdyby na swój sposób naśmiewając się z chłopaka, po czym schował różdżkę. Gdy Złoty Chłopiec zrobił to samo, wyciągnął dłoń.

- Tom Riddle- przedstawił się cicho.- Jestem prefektem w Slytherinie. Co to Slytherin chyba wiesz?

- Aż taki głupi nie jestem- burknął chłopak, ściskając rękę przyszłego Czarnego Pana, uprzednio jednak wahając się krótką chwilę, co nie umknęło jego rozmówcy.- Ja...James...Evans...Tak, James Evans!

Spojrzenie wybawcy Harry'ego dokładnie mu sugerowało, iż wątpi w stan jego umysłu.

- Chodź za mną, pokażę ci twój pokój. Akurat dzielimy go razem.- Odwrócił się na pięcie i ruszył szybko przed siebie, nie zwracając uwagi na swojego współlokatora. Gryfon przez chwilę stał w miejscu, po czym biegiem ruszył za Ślizgonem.

Znalazł się w czasach Riddle'a, a dokładniej w jego sierocińcu, który teraz także chwilowo stał się jego domem. I skąd, do cholery, Dumbledore wiedział, że się pojawi? Wydaje się to być niemal niewykonalne, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, iż Dyrektor już od dawna nie żyje. Jak zawsze zbyt wiele pytań, a tak mało odpowiedzi, pomyślał Gryfon.

Rozmyślając, nawet nie zauważył, gdy dotarli do pokoju. Potter stanął w bezruchu, rozglądając się wokół. Pomieszczenie było niewielkie, a wraz z kilkoma meblami wywoływało niemal klaustrofobiczne uczucie. Jasnozielona farba powoli odchodziła od ściany, kawałkami, jak gdyby walcząc resztkami sił z niezmordowanym czasem. Naprzeciw siebie ustawiono dwa jednoosobowe łóżka, przykryte pościelą, która niegdyś pewnie była biała, teraz natomiast miała barwę gęstego dymu. Pomiędzy nimi stało ciemnobrązowe biurko z dwoma drewnianymi krzesłami i jednym, niedużym oknem wpuszczającym światło słoneczne do pomieszczenia. Z prawej strony ściany naprzeciw mebla ustawiono niedużą szafę, a obok niej były drzwi przez które weszli. Wszystko w pokoju zdawało się mieć lepsze czasy dawno za sobą.

Potter usiadł na wolnym łóżku, cały czas śledzony czujnym spojrzeniem Voldemorta, które wywoływało w nim jakby strach. Nie, nie nienawiść. Człowiek, który przed nim siedział nie był psychopatycznym mordercą, przecież go uratował! Jego, Harry'ego Potter'a, swojego wroga, który zniszczył jego ciało mając ledwie rok, a kilkanaście lat później zadał mu ostateczną śmierć.

On teraz nie wie kim jestem, ale potem...potem skaże wielu na śmierć.

- Do jakiej szkoły chodziłeś...- odezwał się chłopak, gdy położył się na swoim łóżku. Ręce splótł pod głową, a nogi, odziane w ciężkie, czarne i lekko połyskujące buty, oparł na metalowej ramie. Głowę lekko obrócił, by móc patrzeć na współlokatora.-...James?- dodał, jakby smakując na języku jego imię.- Pasuje do ciebie.- stwierdził po chwili.

- Nie chodziłem do szkoły, uczył mnie ojciec chrzestny- wyznał czarodziej, kierowany nagłym impulsem.- Był moją jedyną rodziną, ale teraz zginął. Dosyć niedawno- zerknął na swoje dłonie, jak gdyby nie mogąc sobie poradzić z bólem. Tak było w rzeczywistości. Pamiętał ten dzień jakby było to wczoraj.

Tom jedynie lekko skinął głową, co wykrzywiło lekko wargi Harry'ego w lekkim półuśmiechu. Czarny Pan, nawet nieszczerze, mówiący „tak mi przykro" był poza normalnością. Dobrze, że przynajmniej jedna rzecz się nie zmieniła.

- A tobie co?

- Nic...po prostu o czymś pomyślałem- odparł Harry, a jego uśmiech poszerzył się. Zabiłem cię, ty sukinsynie. Na nic zdały się te horkruksy.

- Wiesz, Evans, myślę, że nie tylko ten pokój będziemy dzielić- stwierdził Riddle, samemu się lekko wykrzywiając wargi w bardziej mrocznej wersji. Uśmiech ten jednak nie dosięgnął jego oczu, które nadal pozostawały puste i przerażająco czujne.

- Powiedz mi, który dzisiaj jest?

- Dlaczego pytasz?

- Po prostu...zastanawiam się.

- Dzisiaj jest trzydziesty sierpnia. Pojutrze jedziemy do Hogwartu.

- Och...To dobrze.


Dwa dni spędzone w towarzystwie Riddle'a okazały się nad wyraz spokojne, zwłaszcza, że Harry nie odstępował chłopaka na krok. Dosłownie. Nawet ramię w ramię wykonywali poranną toaletę, co w przypadku Tom'a trwało dłużej, gdyż musiał się golić, mimo że praktycznie był młodszy od Harry'ego o rok. Potter patrzył na to z niejaką zazdrością, wyjątkowo dokładnie dbając o swoje szkliwo. Ślizgon okazał się być wyjątkowo nudny, głównie czytał. I to żeby było coś o Czarnej Magii! Riddle zdawał się pochłaniać książki na nadchodzący rok, robiąc przerwę jedynie na toaletę, posiłki czy sen. Czyżby podczas czytania podręczników knuł swoje przyszłe plany? Czasami wieczorem rozmawiał z Harry'm, ale tylko przez chwilę.

- Tom...- zaczął Złoty Chłopiec, wpatrując się w sufit.- Ja nie mam książek do szkoły ani szaty. Skąd ja mam je wziąć?

Zapytany z cichym westchnieniem włożył zakładkę między strony podręcznika do Transmutacji.

- Dumbledore mówił, że wszystko masz w kufrze.

- A gdzie mam kufer?

- Pod łóżkiem. Śpij, James.

- Och...to dobrze. Dobranoc, Tom.

W odpowiedzi Voldemort cicho syknął. Wolał, gdy używało się jego drugiego imienia. Harry oczywiście o tym pamiętał.

- Wybacz, Marvolo.


Gdy tylko Harry przeszedł przez ścianę prowadzącą na peron 9 i 3/4, zakręciło mu się w głowie. Na stacji tłoczyło się jeszcze więcej osób niż gdy on chodził do szkoły, a już wtedy był problem ze swobodnym poruszaniem się; gwar był jeszcze większy o ile w ogóle było to możliwe, lecz oprócz tych dwóch rzeczy peron nie zmienił się. Hogwarcki Ekspres, jak co roku, stał dumny, jakby połyskując swoją czerwienią i czernią. Co jakiś czas rozlegał się charakterystyczny dźwięk, przypominający, że pociąg za chwilę odjedzie i jeśli ktoś się spóźni – nie ma zmiłuj, odjedzie bez niego.

Gdzieś było słychać cichy szloch matki, której dziecko jedzie na swój pierwszy rok nauki. Ktoś innym czegoś zapomniał i prosił rodziców o przesyłkę sową jak najszybciej, a tuż obok Złotego Chłopca witali się przyjaciele, próbując przekrzyczeć hałas opowiadali sobie z podnieceniem o wakacjach: o tym co robili, gdzie byli oraz o nowo poznanych osobach. Jeden z nich, blondyn o jasnych, niemal białych włosach, opowiadał o swoim wakacyjnym romansie, a po chwili obrócił się, spoglądając pochmurnymi tęczówkami najpierw na Pottera, potem na Riddle'a. Lekki uśmiech rozjaśnił jego arystokratyczne rysy.

- Spójrzcie kto nas zaszczycił swoją obecnością!- wykrzyknął czarodziej, jednak dziedzic Slytherina po prostu go wyminął, a Harry po chwili zastanowienia ruszył za nim. Gdy wszedł do pociągu, ciągnąc za sobą kufer, zauważył, że po prawej stronie ktoś zniknął za drzwiami, więc ruszył w kierunku przedziału. Jak się okazało, dobrze trafił. Tom rozsiadł się na siedzeniu i już zagłębiał się w lekturze.

- Naprawdę?- zapytał Potter wpatrując się w niego.- Jedziesz do szkoły i chcesz się uczyć w pociągu?- Zielonooki zamknął za sobą drzwi, by usiąść naprzeciw rozmówcy.

- Masz coś przeciw temu?- odpowiedział pytaniem Marvolo, nie odrywając spojrzenia od tekstu.

- Tak, mam. Przez dwa dni siedziałem cicho- Voldemort cicho prychnął.- i patrzyłem jak się uczysz.

Dalszy wykład przerwało przybycie wspomnianej grupki. Na ich czele szedł Malfoy, niemal taki sam jak jego syn, Lucjusz.

- A ten to kto?- zapytał, siadając obok Złotego Chłopca, uprzednio lustrując całą jego sylwetkę.- Czystokrwisty?

- James Evans- odparł Potter, dumnie unosząc głowę, by ukazać, że nie wstydzi się swojego pochodzenia.- Półkrwi.

Jakby na zawołanie głowa Riddle'a podskoczyła do góry, lecz oprócz spojrzenia wbijanego w Gryfona nie zrobił nic szczególnego.

- Dziwne- odparł następny chłopak, siadając na brzegu miejsca Tom'a. Miał on blond włosy, kolorem przypominające żółte kwiaty, które Harry kiedyś widział na łące.- Czuć od ciebie jakbyś był czystokrwistym. Tak poza tym jestem Mulciber.

- Co masz na myśli mówiąc, że „czuć" ode mnie?- zainteresował się Potter.

- Tak jak w przypadku Tom'a, twoją moc można wyczuć na skórze- odezwała się łagodnie dziewczyna, siadając między Harry'm a Malfoyem.- Dorea Black, a to mój brat, Orion.- Wskazała ruchem głowy na ostatniego chłopaka o ciemnych, kręconych włosach do ramion i brązowych oczach, których kształt i odcień blondynka miała taki sam.

Ojciec Syriusza, pomyślał Gryfon. Na wspomnienie ojca chrzestnego, poczuł ból. Niezmienny od dwóch lat, lecz z czasem bardziej do zniesienia...Powoli się przyzwyczajał do tej straty. Bardzo powoli.

By odegnać od siebie niechciane myśli, ponownie zerknął na Doreę, która uśmiechała się lekko do niego, ale nie było to arystokratyczne wykrzywienie warg. Raczej ciepły uśmiech.

- Uważaj, Evans- odezwał się Orion, spychając nogi Riddle'a z siedzenia.- Jest już zaręczona z Potterem, a że jest czystokrwisty to pewnie po szkole będziemy mieli ślub.

Na tę informację, serce czarodzieja zabiło mocniej.

- Z Charlusem Potterem?- zapytał po chwili.

- Tak, znasz go?- zaciekawiła się Black.

- N-nie, ale słyszałem o nim- zająknął się chłopak, zerkając przez okno. Tuż obok niego siedziała jego babcia! To właśnie po niej ojciec Harry'ego miał oczy i zapewne wadę wzroku, gdyż nosiła okulary w drucianej okrągłej oprawce. Włosy Dorei były lśniące, uczesane w wysoki kok dodający jej kilku upragnionych centymetrów, gdyż miała około metra pięćdziesięciu i niemal filigranową sylwetkę. Emanowało od niej ciepło. Jak to możliwe, że utrzymywała kontakty w Riddlem? Syriusz wspomniał, że po odejściu od rodziny, spędzał czas u rodziców swojego przyjaciela i że byli bardzo mili.

To za bardzo poplątane, pomyślał Harry, potrząsając lekko głową, jakby chcąc odgonić od siebie niechciane myśli.

- Jest nauczycielem Obrony Przed Czarną Magią- wyszeptał Orion, unosząc kilkakrotnie do góry brwi, jak gdyby ujawniał mu jakąś ważną tajemnicę.- Tak więc lepiej uważaj. Gryfoni są bardzo zaborczy.

- A ty niby skąd to wiesz?- prychnął Tom.- Czyżby jakiś Gryfon dał ci odczuć swoją zaborczość, co, Black?

- Co najwyżej Gryfonka. Nie myl mnie ze sobą, prefekcie- odburknął ciemnowłosy.

Harry, wędrując spojrzeniem od jednego do drugiego, czuł się niczym na meczu tenisa (nie żeby kiedykolwiek był).

Voldemort jest...?

To było zbyt straszne, żeby o tym myśleć.

Riddle rzucił na Oriona Silencio, tak więc reszta podróży minęła im bez większych problemów.