Z dedykacją dla Clio.

Kawa

To nie była szczególnie popularna kawiarnia. Leżała w pewnym oddaleniu od wszystkich najbardziej obleganych miejsc w mieście; w pobliżu były tylko szkoła podstawowa i niewielki park, w którym co weekend grali w piłkę nożną. Zapewne nigdy by tu nie trafił, gdyby nie szczęśliwy przypadek.

Wsparł podbródek na dłoni i zapatrzył się w widok za oknem. Padało; ulicą co jakiś czas przechodzili ludzie z różnobarwnymi parasolami. Zupełnie tak samo jak wtedy…

Ściągnął brwi. Tamtego popołudnia wracali z Jomym i Samem po skończonym meczu, kiedy złapała ich ulewa. Schronili się więc tutaj właśnie; a że kawę serwowano naprawdę niezłą, od tamtej pory co jakiś czas zaglądali do lokalu we dwóch lub trzech, najczęściej jednak Keith przychodził sam.

Dość niespodziewanie dla samego siebie odkrył, że lubi kawę. Było coś niezrozumiale swojskiego w jej intensywnym aromacie i specyficznym smaku, co kojarzyło się z ciepłem, bliskością i…

Domem?

Westchnął cicho, obracając w palcach plastikową łyżeczkę. Nonsens. Doprawdy, ktoś taki, jak on, nie powinien tak łatwo ulegać podobnie irracjonalnym wyjaśnieniom. W tym wypadku niewątpliwie była to kwestia olejków eterycznych zawartych w ziarnach kawy i ich wpływu na ośrodki węchu w mózgu. Zwłaszcza że Keith Anyan w swoim dotychczasowym szesnastoletnim życiu raczej nie pijał kawy. A już na pewno nie w rodzinnym domu…

Ulicą przejechał samochód, jego reflektory zapaliły gwiazdy w kroplach deszczu płynących po szybie. Keith przyglądał się ich chwilowemu migotaniu. Ten widok również budził jakąś niezrozumiałą tęsknotę…

Odwrócił wzrok od okna, stanowczo postukał końcem łyżeczki o blat stolika. Ostatnio, co i rusz przyłapywał się na reakcjach, które komuś tak jak on przyzwyczajonemu do racjonalnego postrzegania świata trudno było uzasadnić. Właściwie, działo się tak od…

Od chwili, gdy spotkał Jomy'ego.

Oparł czoło na splecionych dłoniach. Jomy Marcus Shin. Chłopak, którego wbrew wszelkiej logice znał, choć nie miał nawet pojęcia o jego istnieniu. Tamtego dnia, gdy po raz pierwszy spotkali się w parku, obaj z niewytłumaczalnych powodów nie byli w stanie powstrzymać łez.

Keith przymknął oczy. Pamiętał, że poczuł wtedy — poczuł, nie zrozumiał — że to spotkanie nie mogło być przypadkiem. Że niegdyś obydwaj byli częścią czegoś niezmiernie ważnego, w czym odegrali kluczową rolę — i tak naprawdę nie było ważne, czy byli wówczas przyjaciółmi, czy też wrogami. Liczyło się tylko to, że cokolwiek zdarzyło się w tamtym innym, dawnym wcieleniu, dziś mogli najzwyczajniej w świecie — żyć.

Serce Keitha zabiło naraz mocniej, jak zawsze, gdy o tym myślał. Przypominał sobie, że kiedy uświadomił to sobie po raz pierwszy, świat, choć przecież nadal był tym samym światem, nagle wydał mu się cenniejszy. Nie sposób było tego wytłumaczyć, używając zdrowego rozsądku, ale kontury stały się bardziej wyraźne, barwy żywsze, dźwięki nabrały głębi. Wszystko zdawało się bogatsze i prawdziwsze, a mimo to…

Mimo to właśnie wtedy zrodziło się w nim równie irracjonalne poczucie braku. Wcześniej, nim Jomy przebudził w nim tę cząstkę, która była świadoma przeszłości, choć jej nie pamiętała, niczego podobnego nie doświadczał. Wiódł mniej więcej zwyczajne życie nastolatka z mniej więcej typowymi dla tego wieku problemami, pozbawione jakichś szczególnych uniesień. Teraz jednak ze zdwojoną siłą odczuwał nieobecność jakiegoś bliżej niesprecyzowanego, ale nadzwyczaj ważnego czynnika, bez którego jego własny świat nie mógł być kompletny. Jak układanka, w której brakowało ostatniego elementu, nadającego sens całości.

Zdobył się na krzywy uśmiech (dystansu do siebie też nauczył się stosunkowo niedawno). Kto by pomyślał: on, zawsze kierujący się logiką i rozumem Keith Anyan i podobnie nieracjonalne rozważania. Jednak jakkolwiek by na nią nie spojrzeć, ta niezrozumiała pustka wciąż istniała, czekając na wypełnienie.

I właśnie tutaj, w kawiarni na uboczu, napełniał ją… zapach.

Keith opuścił dłonie na stolik i ponownie zaczął bawić się łyżeczką. Sam ledwie mógł uwierzyć, gdy to odkrył, ale w taki sposób to odbierał. Gdy tu był, wszechobecna woń kawy wydawała się nabierać kształtu i czasem można było kątem oka nieomal dostrzec jego formę — ale przy każdej próbie bliższego przyjrzenia się zapach na powrót stawał się, jak najbardziej logicznie, racjonalnie i naukowo, zaledwie mieszaniną rozproszonych w powietrzu furanów.

Wyprostował się na krześle i zerknął na zegarek. Rozmyślania jedynie wzmogły w nim ochotę na kawę. Prawdę powiedziawszy, czekał już dość dłu-…

— Pańska kawa. Proszę uważać, bardzo gorąca…

Zamarł. Znał ten głos; a przy tym miał niezbitą pewność, że nigdy nie słyszał go ani tutaj, ani kiedykolwiek w tym życiu.

Nie poderwał raptownie głowy; przeciwnie, bardzo, bardzo powoli uniósł wzrok, jakby nie chciał spłoszyć tej chwili. Jakby nie dowierzał, że naprawdę usłyszał to, co usłyszał.

Szczupła sylwetka. Włosy, jasną chmurą otaczające twarz, w której lśniły złociste oczy. A w dłoni — taca z kartonowym kubkiem kawy. Zupełnie jakby zapach i światło splotły się w jedno i…

Ale to nie była halucynacja. Stał przed nim człowiek z krwi i kości.

Keith Anyan ostrożnie wypuścił powietrze z płuc. Przy spotkaniu z Jomym czuł się, jak po przebudzeniu z głębokiego snu. Teraz miał wrażenie, że w ciągu tej jednej chwili cały świat został stworzony na nowo. I choć ze zdroworozsądkowego punktu widzenia mógł wyglądać tak samo, jak dotychczas, to dla Keitha zmieniło się wszystko.

Nie było już pustki. Był…

— Matsuka — wyszeptał. Miał poczucie, że wszystko — światło, ciepło, bliskość, zapach i smak kawy — zawierało się w tym prostym imieniu. — Jonah Matsuka.

Młodzieniec nie wyglądał na zdumionego, choć Keith Anyan nie spojrzał nawet na plakietkę z imieniem na jego piersi. Bladozłote oczy wpatrywały się w rozmówcę z niespotykaną łagodnością.

— My… — Keith poczuł się w obowiązku wyjaśnić. — Spotkaliśmy się już. Kiedyś.

Skinienie głowy. Jasne włosy zafalowały lekko, opadły na prawe oko.

— Tak.

— Wiesz zatem, kim jestem?

Kolejne skinienie. Tym razem na wrażliwych wargach zatańczył uśmiech.

Keith Anyan zawahał się nagle. Co właściwie powinien… nie, co chciał teraz powiedzieć? Nawet gdyby potrafił mówić o emocjach, to…

— Cieszę się, że cię znalazłem, Keith.

Zamknął na chwilę oczy, uświadamiając sobie z zaskoczeniem, że wzruszenie ściska mu gardło. Tak. To były właściwe słowa…

Ponownie popatrzył na Matsukę, po czym uśmiechnął się. Prosto z serca.

— Ja… Też cię szukałem — powiedział.

Tym razem w złotych oczach przez ułamek chwili błysnęło zaskoczenie, ale zaraz ich spojrzenie jeszcze pojaśniało.

— Kawa stygnie — powiedział Jonah, stawiając przed nim kubek. — Proszę.

Keith skinął głową i pociągnął łyk. Smakowało wybornie i przez moment zastanawiał się nawet, czy ma to jakiś związek z faktem, że podał ją właśnie Matsuka, ale zaraz zdecydowanie odepchnął od siebie wszystkie niepotrzebne rozważania. Nie miały dłużej znaczenia — i nieważne było też, czy coś jest racjonalne, czy też nie. Tu i teraz, pijąc aromatyczną kawę pod tym łagodnym, złocistym spojrzeniem, Keith Anyan nareszcie czuł się jak człowiek, który po długiej tułaczce wreszcie powrócił do domu.

Najwidoczniej szczęście nie miało nic wspólnego z logiką i zdrowym rozsądkiem.