PROLOG

Edward gwałtownie usiadł na łóżku. Był cały spocony, jego serce biło w nienaturalnie szybkim tempie i ciężko oddychał. Kosmyki miedzianych włosów przykleiły się do jego czoła, usta miał spierzchnięte a gardło podrażnione z powodu krzyku.

Zamglonym spojrzeniem swoich szmaragdowych oczu omiótł, będące jego pokojem, pomieszczenie i głęboko odetchnął z ulgą.

- To tylko sen – wymruczał cicho do siebie. Skrzywił się, gdy, wypowiadając te słowa, poczuł tak dobrze mu znany ból gardła. Ból, który czuł zaraz po przebudzeniu z nękających go koszmarów.

Potrząsnął głową i kątem oka zerknął na budzik stojący na stoliczku nocnym obok jego łóżka. Czerwone cyferki śmiały mu się w twarz, informując go, że jest godzina 4.37 rano. Edward jęknął cicho, opadając bezsilnie na poduszki. Przetarł dłońmi swoją zmęczoną twarz i oblizał spierzchnięte usta.

- Czemu mi to robisz? – szepnął, nie zważając na ból gardła podczas mówienia. – Dlaczego nawet po tym wszystkim muszę znosić twoją obecność? – Przy ostatnim słowie głos mu się załamał, a po policzku spłynęła ciepła łza. Jego szmaragdowe oczy były przepełnione gniewem i bólem. – Nienawidzę cię za to, wiesz? – syknął, raptownie wstając z łóżka.

Poczuł pod stopami miękki materiał dywanu.

- Dlaczego nie możesz po prostu się odpieprzyć? – warknął w ścianę pokoju. Księżyc wpadający przez okno delikatnie oświetlił twarz Edwarda, wykrzywioną w grymasie rozpaczy. – DLACZEGO? – krzyknął w pustkę, osuwając się na kolana.

Zaszlochał głośno i schował twarz w dłonie. Czuł ucisk w klatce piersiowej, pieczenie w gardle za każdym razem, gdy przełykał ślinę. Ale mimo to krzyczał; krzyczał z tych wszystkich emocji kłębiących się głęboko w nim.

- Edwardzie? – usłyszał za swoimi plecami łagodny kobiecy głos. Jego krzyk raptownie ustał i powoli odwrócił się w kierunku drzwi pokoju. – Synku? – dodała ciszej, stojąc w progu.

Miała na sobie długą koszulę nocną, włosy poskręcane i skołtunione a w ręce trzymała świeczkę, która rzucała delikatne światło na klęczącą postać Edwarda. Chłopak patrzył na nią zielonymi oczami aż w końcu podniósł się z ziemi i chwilę później znalazł się w jej ramionach.

- Och, Edwardzie – westchnęła kobieta, odkładając świeczkę na stojący obok stolik. Objęła go swoimi ramionami, przyciskając jego drżące ciało do siebie. – Wszystko w porządku, synu? – spytała, chwytając jego twarz w swoje dłonie. Starła kciukami łzy z policzków chłopaka i delikatnie ucałowała to miejsce.

Chłopak tylko pokręcił głową, nie mając sił kłamać. Gdyby znalazła go w innej sytuacji – leżącego w łóżku i kulącego się – mógłby ją jakoś okłamać, że źle się czuje i wtedy odeszłaby, zostawiając go samego. No, może nie do końca samego – towarzyszyłby mu jeszcze ból i głęboka rozpacz.

Ale nie chciał już więcej okłamywać Esme. Była dla niego podporą w najtrudniejszych chwilach, zawsze go rozumiała i pocieszała, więc tym bardziej nie miał ochoty na ponownie zatajanie prawdy.

- Potrzebujesz czegoś? – wymamrotała cicho, głaszcząc jego miękkie włosy.

Edward spojrzał na nią zapłakanymi i zaczerwienionymi oczami, kiwając głową. Zwilżył usta przejeżdżając po nich językiem, i mruknął w jej koszulę nocną:

- Miłości…