Czyż nie można czasami usiąść, zrelaksować się w odcięciu od światowego zgiełku, niespiesznie popijając herbatę i zaczytując się w pięknych klasycznych powieściach?
Nie, w moim świecie NIE można.
Nie wiem, czy ten nadpobudliwy przygłup ma jakiś czujnik stanu mojego odprężenia, faktem jest, że skutecznie udaremnia mi każdą próbę zaczerpnięcia odrobiny spokoju. On, cudowny Amerykaniec z kraju mlekiem i miodem... czy tam Colą i Pepsi.
Ostatnimi czasy irytuje mnie bardziej od Żabola. Paćka mi swoimi tłustymi od hamburgerów łapami moje ukochane książki ("Co?! Nie ma obrazków?!"), siorbie, kruszy, drze się, a ja sobie brwi zaczynam rwać.
Oszaleję. Jak Królową kocham.
Dostaję cudne rady w stylu "pogadaj z nim o tym". Wszelkie próby dialogu kończą się na ataku śmiechu z powodu mojego rzekomo komicznego akcentu. Przynajmniej mam klasę, nie to co ten... no. Ale cóż, chyba trzeba.
- Alfredzie...
- Szo chszesz? - a jakże, z wiecznie pełnymi ustami...
- Czy mógłbyś nie zachowywać się jak prostak? A najlepiej, W OGÓLE nie przychodzić?
Te słowa aż cisnęły mi się na usta. Zamiast tego spojrzałem na niego z czułością. Czemu tak się na niego złoszczę? To wciąż ten sam słodki dzieciak, który miał mnie dość. Nigdy nie byłem dobrym opiekunem. W sumie to jestem nudziarzem. Chyba po prostu zazdroszczę mu tej beztroski. Cholernie.
- Hej, Artu, co tak pa...
Delikatnie dotykam językiem jego ust. Czuję, jak się czerwieni, on, ten zawsze pewny siebie chłopak, i uśmiecham się z cieniem satysfakcji. Odsuwam się spokojnie, patrząc na zarumienione policzki, w jego pytające, błękitne oczy. Piękne.
- Okruszek...
