Pan Bilbo Baggins wyszedł wczesnym jesiennym rankiem ze swojej norki, usiadł na ławeczce koło drzwi i wyciągnął fajkę, nabitą już tytoniem i gotową do użycia. Ale zanim zapalił, odetchnął świeżym powietrzem, niosącym sugestię nadchodzącej zimy, i zwrócił wzrok w kierunku wschodu; ten kierunek zawsze najsilniej przyciągał jego wzrok, szczególnie jesienią. Wspomnienia. Teren tam wznosił się łagodnie, Pagórek zaś odcinał się od jasnego nieba złoto-czerwonymi kolorami jesieni, które już przybrały porastające go drzewa.
Las wyglądał jakby płonął.
Bilbo westchnął i skonstatował, że jego westchnienie uleciało w powietrze jako obłoczek pary. Jest coraz zimniej, pomyślał. O ile dobrze sobie przypominał, pojutrze wypadał ostatni dzień jesieni.
Dzień Durina, dodał odruchowo w myślach.
Zamarł, z fajką zagryzioną w zębach. Świadomość tego, co właśnie pomyślał, uderzyła go niespodziewanie, bowiem nie myślał od tym od lat. Zagrzebał wspomnienia głęboko w swoim umyśle, niczym stary dziennik wciśnięty na samo dno kufra, pomiędzy rozmaite pamiątki, zasuszone liście, potargane mapy i kamyczki, przywiezione z dalekich, obcych krain. Co za dziwne uczucie teraz go opadło? Wzruszenie pochwyciło hobbita znienacka, choć przecież od tylu lat bronił się przed tymi wspomnieniami, wiedząc, że przynoszą mu tylko ból.
Bilbo poruszył się niespokojnie na ławeczce, a czerwony las przyciągał jego wzrok z magnetyczną siłą. Daleko, tam gdzie wzgórze opadało ku rzeczce, zbierała się w dolinie mgła. Pomiędzy jej pasmami wyrastały pierwsze drzewa, i las piął się w górę Pagórka, jakby płomienie lizały zbocze.
I czerwonym żywym ogniem
Drzewa płoną jak pochodnie
Znienacka w umyśle Bilba pojawiły się te słowa, jak kolejne dawno pogrzebane wspomnienie. Coś ścisnęło go z gardło. Boleśnie przypomniał sobie teraz niski głos, usypiający go tą pieśnią do snu. Kiedyś, dawno temu, za czasów, gdy Bilbo był jeszcze nudnym panem Bagginsem z Bag End, nie pragnął żadnych przygód i nie tęsknił za włóczęgą wśród dzikich wzgórz. Jakże dawno to było! Ale jak doskonale sobie to wszystko przypominał.
Wzruszenie wezbrało w umyśle Bilba jak wielka fala, a oczy momentalnie wypełniły się łzami. Drzewa rzeczywiście płonęły jak pochodnie, czerwone, jesienne, pachnące wędrówką. Bilbo naraz zapragnął wyruszyć znów w stronę Samotnej Góry, tak jak kiedyś nie bacząc na chusteczkę do nosa czy pożegnanie z sąsiadami. Zaraz jednak chęć przeszła.
- Nigdy więcej – powiedział stanowczo na głos i dodał w myślach: „Takie przygody nigdy nie kończą się dobrze".
Nigdy. Spojrzał w górę na wciąż zielone liście dębu, rozpościerającego swoje gałęzie dokładnie nad jego głową.
- Wybacz, Thorinie – dodał szeptem. – Nie sądzę, bym zdołał kiedyś odnaleźć dość sił, by odwiedzić cię w Ereborze. Wszystko wydaje się być tak świeże. Może za parę lat…
Poczuł wstyd. Powtarzał to od jak dawna, właściwie? Miał wrażenie, że co roku. Spoglądał na to drzewo, które sam kiedyś posadził, ale zamiast cieszyć się z tego, jak piękne i silne rośnie – smucił się, bo nieustannie przypominało mu o wszystkim, o czym chciał zapomnieć. Zupełnie jakby mówiło mu każdego dnia, że zostawił za sobą coś, co kiedyś było mu drogie, i nigdy nie odwrócił się, by spojrzeć po raz ostatni.
- Kiedyś wrócę – powiedział szeptem, kierując te słowa zarówno do dębu, jak i do płonącego na wschodzie lasu, nęcącego swymi kolorami. – Pożegnam go jak należy. Gdy tylko znajdę właściwe słowa i gdy wszystko nie będzie już tak świeże i bolesne.
Ale coś w nim mówiło, że nigdy nie nadejdzie właściwa pora, niektóre rany nigdy się nie zagoją, a on nie odnajdzie właściwych słów. Należało je powiedzieć już dawno temu, a on potrafił wtedy tylko wybuchnąć płaczem i jąkając się, nie mógł wydusić z siebie nawet tego, co rozrywało od wewnątrz jego serce.
Bilbo zamknął oczy, czując jak mokre od łez policzki szczypie chłodny wiatr. Oddychał głęboko, starając się skupić myśli na innych tematach, ale wszystko znów powracało: szczęk broni, krzyki umierających, mróz śniegu, kąsający jego odsłonięte dłonie, gdy ocierał twarz Thorina z krwi… I ten ból, wszechogarniający ból, który sprawił wtedy, że serce Bilba zapłonęło niczym drzewo, pod które ktoś podłożył ogień. Sądził, że zostawił go za sobą.
Wszystko powracało z taką łatwością, jakby przewracał strony starego pamiętnika. Ten sam ból, ta sama rozpacz, ten sam trud, z jakim przychodziło mu powstrzymanie szlochu, który chciał wyrwać się z jego piersi. Wszystko dokładnie tak samo, jak tamtego tragicznego dnia.
- Och, Thorinie… - wyszeptał Bilbo. – Kiedyś wrócę. Nie mogę znaleźć właściwych słów. Już tyle lat strwoniłem na pisanie wierszy i piosenek o tamtej naszej przygodzie, zapisuję moją powieść niestrudzenie, ale wciąż nie umiem znaleźć słów. Może jestem miernym pisarczykiem, a może chodzi o to, że wszystko, co czułem było tak prawdziwe, że żadne słowa nie mogą tego oddać.
