Była to wyjątkowo ciemna noc, jak gdyby matka natura nawet w Asgardzie wiedziała, że powinna była przystosować się do okoliczności. Czemóż tak? Gdyż kilka godzin wcześniej, kiedy już się zmierzchało do owej krainy wrócił przysłowiowy syn marnotrawny.
Loki Laufeyson.
Tak, dokładnie ten, o którym tyle mówiono w różnorakich światach. Który właściwie wszędzie, gdzie się pojawiał, budził odrazę i nieufność. Syn Laufey'a, lodowego olbrzyma, a nawet przywódcy lodowych olbrzymów był mieszkańcem Asgardu. Przez bardzo wiele lat uważał się za Asa... Choć w porównaniu do towarzyszy był dość drobnej budowy, wzrost miał niemal nieprzeciętny. Chodził nienagannie ubrany, a wokół stwarzał aurę tajemnicy. Nikt nie wiedział, gdzie się udawał na spacery, co porabiał, kiedy przebywał sam ze sobą za zamkniętymi drzwiami prywatnego pokoju.
A robił to bardzo często. Ponieważ nie miał wielu przyjaciół, (ba, za przyjaciela mógł uznać jedynie brata i to przez określony okres czasu) cenił sobie ciszę oraz spokój. Takie wartości były dla niego ważne w dzieciństwie. DZIECIŃSTWIE! Czyż to nie okrutne narażać dziecko na przewlekłą samotność?
Mimo wszystko, nikt nie zareagował, a sam Loki wolał nie zmieniać stanu rzeczy. Choć był całkiem nieświadom tego, co jego ojciec uczynił przed laty, czuł się ukontentowany, że mógł mieszkać w tak pięknym miejscu. Bo doceniał piękno. Jeszcze wtedy Asgard wydawał się mu naprawdę zjawiskowym miejscem…
Z takiej perspektywy nawet największy midgardzki ignorant musiałby okazać zdziwienie, jeżeli brał udział w zamachu na Nowy Jork lata później. Wywołany przez jeszcze niedawno niezrozumianego chłopca, który wcale nie był niebezpieczeństwem. Niby czemu? Całymi dniami oddawał się lekturom, różnorakim i o równie odmiennym pochodzeniu. Nigdy nie lubił walki- może dlatego zniechęcił do siebie rówieśników zawczasu. Zamiast tego zagłębiał się w sztukę uprawiania magii i jakkolwiek skromny by był, wiedział, że wychodziło mu to ponadprzeciętnie dobrze.
Nie miał jeszcze dziesięciu lat, kiedy umiał bezproblemowo otwierać zamki, teleportować się na terenie swojego świata, przyzywać pewne rzeczy, które po nie minięciu choćby sekundy pojawiały się w jego rękach. Posiadł wtedy rzecz jasna też o wiele więcej innych umiejętności, które już przerastały naszą ludzką wyobraźnie, a pogłoski o jego zdolnościach szybko się rozprzestrzeniały…
Zbyt szybko.
Najpierw wzbudzały podziw, respekt, z którego młody czarnoksiężnik był niesamowicie rad. Później zaś Loki przeszedł do trudniejszych sztuczek, a to mniej spodobało się ludowi. On oczywiście pragnął ćwiczyć dalej i nic nie stało mu na drodze, lecz gdy co po niektóre służące podsłuchały, a później zaś rozpuściły plotki o zaklęciach zagrażających ich zdrowiu, a nawet życiu, Asgardianie zaczęli go jawnie unikać.
Zielonooki mag nie przejął się tym z początku… W końcu zobaczył parę osób, które ukradkiem wymieniały przerażone spojrzenia, usuwając się w cień. Podobał mu się ten strach. Wreszcie miał kontrolę nad innymi, nie musząc właściwie robić nic poza doskonaleniem umiejętności oraz odpowiednim poinformowaniem innych. Z czego drugie czyniło się zazwyczaj samoistnie, a i pierwsze czasami mogło leżeć odłogiem, zważywszy na umiejętności Lokiego w naginaniu prawy.
W końcu nazywano go kłamcą nie bez powodu.
Tak też utrzymał ważny dla już wtedy przerośniętego ego respekt, lecz stał się on całkowicie niezdrowy, a sam Laufeyson okropnie samotny- bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. Wraz z posiadaną potęgą napłynęły też różnorakie myśli, między innymi poczucie wręcz rozpaczliwego uwięzienia, jakie czuł przesiadując w Asgardzie, który znudził go… Znużył. Nawet szczególne piękno tej krainy nie było ważne, jeżeli zamieszkujące ją istoty aż tak stroniły od jego potęgi.
Żałosne, pozbawione rozumu, bezmyślne… Były niczym więcej, aniżeli zwierzęta wyszkolone do zabijania „swoimi metodami", ograniczone na potęgę innych!
Tak właśnie widział swoich teoretycznych bliskich.
Niedługo po dojściu do takowych wniosków zaczął podróżować między światami. Znikał na wiele godzin, czasami kilka dni. Póki brak jego obecności zbytnio nie rzucał się w oczy, mógł robić to do woli.
Ach, niemniej jednak, gdy obiegnie się już historie pseudo Asgardczyka do momentu kulminacyjnego, wraca początek. Ciekawość innych, mistyczna aura wokół Lokiego, niebezpieczeństwo… A te przymioty nie były dobrą mieszanką. Nigdy. Znajomi mogli zastanawiać się, gdzie znikał, a nieliczni magowie podziwiać jego uzdolnienia, ale nigdy nie nawiązali kontaktu, bo…
Bo Loki już taki był, że stronił od kontaktu, nawet niczego wcześniej nie planując. Miał to wewnątrz siebie i wchodząc do pomieszczeń zdawał się zawsze przeszkadzać. Mieszając się w rozmowy, miał w zwyczaju je kończyć. Ale usilnie starał się dostosować. Tego nikt nie mógł mu zarzucić- braku wysiłku. Starał się jak mógł, a mimo to jotuńska krew nie dała mu o sobie zapomnieć.
…
Frigga, majestatyczna królowa dla ludu, a rodzicielka dla Lokiego czuła się zdruzgotana. Oczywiście, jej ból trudno było wyrazić w jednym słowie, ale jeżeli takież by istniało, brzmiałoby zapewne podobnie. Jednak nadal kurczowo trzymała się tego, w co wierzyła, żeby nie postradać zmysłów. Jako jedyna zapewne utwierdziła w sobie trzeźwość umysłu.
W głowie nadal niefortunnie odtwarzała sobie życie swojego młodszego syna: od niespodziewanego pojawienia się, aż po upadek w niezbadane otchłanie. Niewątpliwie, mogła wielu rzeczom zaradzić. Ale czy on przyjąłby jej pomoc?
Ten jeden raz postanowiła oderwać się od bezcelowych rozmyślań i odwiedzić syna. Zawsze miała na celu tylko i wyłącznie dobro własnych dzieci, na drugim miejscu rzecz jasna królestwa. Lecz lud się nie liczył, jeżeli jej chłopcy cierpieli… Która matka przystałaby na takie rozwiązanie?
Udała się więc w strony celi Lokiego, chcąc porozmawiać, odnowić stare, silne więzy oraz najzwyczajniej uświadomić mu, że nie jest sam.
Wciąż ma rodzinę, której na nim zależy.
Można sobie wyobrazić zawód, jakiego doświadczyła jasnowłosa bogini, kiedy znalazła się w celi. Warunki wcale jej nie zadziwiły- pomieszczenie było małe, brudne, bez jakiegokolwiek okna i na dodatek umieszczone głęboko w podziemiach, przez co również zimne. Zaskoczeniem był dla niej stan syna. Silnego mieszkańca Asgardu, potężnego maga, nieprzeciętnego wojownika, który…
Leżał wtedy na łóżku ze wzrokiem wbitym w sufit, nie dając żadnego znaku życia. Najpewniej pomyślałaby, że umarł, jeżeli temu nie wznosiłaby się klatka piersiowa, ukazując mętne oddechy. Włosy opadały mu na ramiona, rozczochrane do granic możliwości. Jedna ręka zsunęła się na podłogę bezwładnie, druga była podwinięta pod klatkę piersiową. Niemal zdawał się nie mrugać.
Profesjonalny, midgardzki lekarz określiłby to mianem śpiączki, lecz nie znał Lokiego. Ten nigdy nie podupadał na zdrowiu, nie w taki sposób. Właściwie przeciętne choroby były w Asgardzie bardzo rzadkie. Jeżeli potrzebowali lecznicy to do opatrywania ran odniesionych na bitwach.
Na dodatek, Loki był… Był przecież Lokim. Czarownikiem o wielkim poczuciu własnej wartości. Nigdy nie pozwoliłby komukolwiek ujrzeć siebie w takim stanie, nie o zdrowych zmysłach. Zapewne wstałby, ugładził włosy, zażądał godnego siebie ubrania i wykłócał się ze strażnikami.
Ale właśnie to stracił- zdrowe zmysły. Kontakt ze światem zewnętrznym. Wszystko.
-Witaj, synu- powiedziała nieco drżącym głosem, po czym uśmiechnęła się promiennie. Gdyby tylko odwrócił się ku niej, na pewno wiedziałby jak bardzo nieszczery był jej uśmiech. Mając w poważaniu jej zdolność przekonywania do szczerości własnych intencji, Loki zawsze wiedział, kiedy ktoś kłamał, a kiedy pozostawał prawdomówny. Po prostu wiedział. Nie potrzebował do tego żadnej magii.
Ale nie odwrócił głowy, nie podał jej ręki, nawet nie mrugnął powieką, aby dać jej znak, że nadal tam gdzieś jest. Po prostu leżał. Nawet nie miała pewności, czy usłyszał jej powitanie.
-Wiem, kiedy odbędzie się ceremonia- spróbowała po raz kolejny sprowokować reakcję- i liczę na to, że Odyn ułaskawi cię. Nic jeszcze nie jest stracone i dobrze o tym wiesz- uścisnęła przyjaźnie jego nadgarstek.
Lodowato chłodny nadgarstek.
Kolejne minuty ciszy i bezruchu wydawały się być dla niej szczególną męczarnią, dlatego niedługo później wyszła stamtąd, łamiąc się na duchu. Czy faktycznie była nadzieja? Czy nawet, jeżeli Odyn zmieni zdanie, będzie miał kogo ułaskawiać?
To była jej pierwsza i ostatnia wizyta w celi syna.
…
Laufeyson powinien być silny.
Powinien.
Być.
Niepokonany.
Te słowa wciąż i wciąż dudniły w głowie Lokiego. Bardzo dobrze wiedział, że są prawdziwe. Tak naprawdę nigdy nie powinien dać po sobie poznać, że uwięzienie w lochu Asgardu wywarło na nim jakiekolwiek wrażenie. Bynajmniej, nie umiał tego przyznać, ale uważał, że nie był dość twardy na lodowego olbrzyma ani też wystarczająco godny bycia Asem.
Czyli w gruncie rzeczy… Był nikim. Nie umiał podporządkować się do jakiegoś gatunku. Nie miał prawdziwego domu, rodziny, przyjaciół. Nie mógł mieć. W końcu był tylko jakąś obrzydliwą hybrydą skazaną na wieczne potępienie.
I właśnie za takiego się uważał. Bezwartościowego. Więc mimo usilnych starań mamki oraz nadopiekuńczego brata, nie potrafił już utrzymać kontaktu ze światem zewnętrznym. Rzeczywistość wydawała się zazwyczaj pogrążona w ciemnościach, bądź rzadziej przypominała kanał telewizyjny z wielkimi zakłóceniami. Jeżeli miał lepszy dzień i trafiał na tę drugą opcję, dochodziły do niego zaledwie śladowe dowody obecności innych. Ciepłe słowo jedynej dwójki pozostałych mu sprzymierzeńców, zmartwione spojrzenie, spięty tembr głosu… Nic optymistycznego.
Istnienie stało się dla Lokiego torturą, jaka nie miała określonego końca, a zdawała się trwać od zawsze. Choć wyraźnie dostrzegł to dopiero parę lat wcześniej, całe życie czuł się niedoceniany, obcy, odrzucany.
Inny od pozostałych. Tych roześmianych dzieciaków, ćwiczących najprostsze sztuki walki, czy podrostków uciekających na miłosne schadzki i robiących maślane oczy do rówieśników. Inny od zawsze od wszystkich.
Mijały dni. Słońce wschodziło i zachodziło, a zielonooki nawet nie miał szansy tego dostrzec. Wszystko wydawało się identyczne, póki czyjeś silne ręce nie potrząsnęły jego ramionami.
Thor.
-… bracie!- jedno ze słów doszło do uszu Laufeysona. Starał się skupić na ustach blondyna, dźwiękach, jakie się w nich wydobywały i układały w spójne zdania. Znów nie potrafił, znów okazał się zbyt słaby... Byłby o to na siebie wściekły, ale przez tygodnie w zamknięciu z takim stanem zobojętniał na wszelkie drażniące go szczegóły. Obraz Gromowładnego rozmazywał się, a głos zniekształcał.- … już czas…
Niedługo później został wyprowadzony z godnego pożałowania pomieszczenia, jakie służyło mu ostatnio za sypialnię przez dwóch odzianych w zbroje strażników. Byli wyraźnie radośni i rozluźnieni. Loki wykorzystałby to zapewne, gdyby nadal był… Sobą.
Pozostawili go dopiero wewnątrz sali tronowej, a dokładniej na jej środku. Wręcz perfekcyjnie wybranym miejscu, które byłoby najlepiej widoczne dla całej, źle mu życzącej widowni oraz rzecz jasna Wszechojca i Friggi.
Nie ustał na nogach nawet kilku sekund bez jakiejkolwiek podpory. Żałośnie wręcz osunął się na kolana, ledwo mogąc wznieść wzrok ku Odynowi i chociaż twarz miał zwróconą właśnie w tamtą stronę, spojrzenie nadal pozostawało równie puste, co wcześniej.
…
Nie mogła na to pozwolić! Nie, jako matka. Nie, jako kobieta. Nie, jako As.
Jej małżonek i władca Asgardu starał się być sprawiedliwy, gdyż takiego przymiotu i całej serii innych wymagało od niego królestwo. Niemniej jednak, sprawiedliwość była jedną z ważniejszych cech władcy. Bo czymże była kraina bez sprawiedliwego władcy? Czystą anarchią.
Frigga zawsze stałaby po stronie męża, na dobre i na złe. W końcu tak obiecywali sobie przy zaślubinach. Lecz tamta sytuacja wykraczała poza jej najskrytsze przypuszczenia, co do niepewnej przyszłości, jakie miała w czasach młodości. Niestety.
Oto kara, którą przedstawił Odyn Lokiemu (a właściwie widowni, ponieważ ta o wiele uważniej go słuchała, niż sam winowajca): wydalenie z Asgardu, odebranie mocy, a jednocześnie przemienienie w śmiertelnika, po czym zesłanie do Midgardu, lecz bez możliwości powrotu, która przysługiwała Thorowi.
Jakby nie patrzeć, była ona uczciwa. Loki przelał wiele krwi, sprzymierzył się z wrogiem i zaatakował przyjazny im świat. Większość zebranych tam obywateli skrycie oczekiwała publicznego ukamieniowania Laufeysona lub czegoś z grubsza podobnego. Ale matka zawsze wiedziała o słabościach dzieci, a już na pewno o czymś, co nie uszło uwadze nawet najbardziej zadufanego w sobie więziennego Asgardu. Widziała stan Lokiego i była pewna, że jeżeli dopełni się zapowiedź Odyna, jej syna czeka niechybna zagłada.
Choć wstyd było się przy wszystkich powoływać na niepoczytalność syna, musiała działać.
-Odynie, zaniechaj swych działań!- wykrzyknęła, wdzierając się w okrutny monolog małżonka.- Wprowadzając tę karę w życie, nakładasz na własnego syna oraz mieszkańca twego królestwa wyrok śmierci- na ostatnie dwa słowa położyła szczególny nacisk.
Wszechojciec nawet na nią nie spojrzał, choć nie zachował się tak przez chęć uczynienia kobiecie swego życia na złość. Również było mu ciężko. Również cierpiał. Chciał mieć to wszystko już dawno za sobą. Ze swojej strony on już pożegnał Lokiego wtedy na moście i nigdy nie uznał jego powrotu.
-Wszystkich traktuję jednakowo, a i ze względu na rozmiar przewinień.
-Przewinienia może i były spore, ale bierz na wzgląd jego stan psychiczny. Jako śmiertelnik, nie jedząc, nie mówiąc i nie mogąc ustać o własnych siłach, myślisz, że wytrzyma dłużej, niż parę nędznych godzin?!- desperacja brała nad nią górę, a mimo to próbowała rozpaczliwie zachować choćby resztkę racjonalnego myślenia. Jednak czas ją gonił, a tłum nieubłaganie pośpieszał.
-Co w takim razie proponujesz?- jego głos, wcześniej rozbrzmiewający w całej sali z echem, nieco przygasł. Odwrócił oczy w jej kierunku, aby mogła ujrzeć ten sam ból, który ona nosiła w sercu.
Przeraziła się… Właśnie. Co proponowała?
-Sądzę…- zawahała się.- Sądzę, że powinieneś oprócz magii odebrać Lokiemu również wspomnienia. Całą pamięć o nas, swoim doczesnym życiu. W Midgardzie będzie zwykłym śmiertelnikiem z amnezją, ale poradzi sobie lepiej.
Jej serce rozłamało się na niezliczoną ilość ostrych jak brzytwa kawałków. Czuła się zdruzgotana. Każde wspomnienie związane z nią, Thorem lub całą rodziną, każda miła chwila w jego życiu, każdy sukces… Znikną. Jak gdyby ich nigdy nie było. Jeżeli tylko Odyn się zgodzi.
Lecz była pewna, że dzięki temu dostanie szansę na przeżycie. I to jej wystarczało.
Niezliczona ilość podnieconych, a czasem oburzonych spojrzeń zwróciła się w kierunku Odyna. Jedynie on sam i Frigga spoglądali na syna, u którego żmudnie starali się wybadać reakcję na sugestię królowej. Tak naprawdę nie było żadnej, lecz po spojrzeniu w te niegdyś pełne życia, a wtedy tak wyblakłe, zielone oczy, władca przełamał się.
-Niechaj i tak będzie- odetchnął z wyczerpaniem.
Kobieta wypuściła powietrze z ulgą niemal niezauważalnie i wymamrotała pod nosem podziękowania. Chwilę później cofnęła się z powrotem w cień męża. Nie zawitała na samo zrzucenie syna do innego świata. Wolała nie rozdrapywać ran. Udała się na zasłużony spoczynek.
