U źródła umieram z pragnienia...

От жажды умираю над ручьем...

Autor: dzenka

Tłumaczyła: Toroj

Beta: Serathe

Zgoda na tłumaczenie: czekam

Źródło: /readfic/147788

Jak boli... Metaliczny posmak w ustach, słabość w nogach. Czuje jak powoli, kropla po kropli, uchodzi z niego życie. Oczekiwał tego, ale obiecywano mu, że to nie będzie bolało. Kłamstwo. Każdy oddech, każdy ruch, każda sekunda pogrążają go w otchłani cierpienia. Pozostało tylko jedno. Obiecał. Nawet jeśli go okłamali, trochę, to w najważniejszej sprawie dotrzymali słowa, a on dotrzyma swojego. Inaczej wszystko straci sens. Świat faluje mu przed oczami. Jak dobrze, że wszystko zostało już dawno przygotowane, trzeba tylko wyciągnąć smartfona. Nacisnąć kilka klawiszy wypracowanymi, przećwiczonymi ruchami – to mógłby zrobić nawet w całkowitej ciemności, a dokoła panuje zaledwie półmrok. To już wszystko. BlackBerry Torch wypada z palców na asfalt, ściekają po nim kropelki krwi i deszczu. Skulony człowiek leży na boku. Oddech. Jeszcze raz... Ból odchodzi, a w jego miejsce napływa spokój i nicość.

000

Kiedy jednemu z mieszkańców się nudzi, dzień na Baker Street 221b zaczyna się dość przewidywalnie: kilkoma wystrzałami w ścianę. I śpieszę wyjaśnić, że to nie ja strzelam. I nie ja się nudzę. To mój przewspaniały współlokator, Sherlock Holmes. Od trzech dni nie miał żadnej ciekawej sprawy, schowaliśmy mu z panią Hudson papierosy, a w komentarzach na jego stronie ktoś napisał (wedle jego słów) kolejne brednie – sięga więc, biedaczyna, po inne rozrywki. Czyli dziurawi ścianę. Zresztą mogło być gorzej - dzisiaj przynajmniej w naszej lodówce nie leżą żadne części ciała, zdobywane przez Holmesa w kostnicy z pomocą potulnej Molly, która chyba czasami sama chętnie zostałaby nieboszczką – pod warunkiem, że to właśnie Sherlock by ją preparował.

- Nuda! – Jeszcze jedna kula trafiła w ścianę. – O, John, już wstałeś?

- Tak, Sherlock, co nie powinno cię dziwić. Nie sposób spać w tym hałasie.

- No i świetnie. Przejrzymy gazety. Potrzebuję sprawy, interesującej sprawy! Zaraz mi głowa pęknie.
- To mnie głowa pęknie, jak nie przestaniesz strzelać. – Usiadłem na kanapie i wsadziłem nos w dzienniki. – Sam mogłeś poczytać.

- A po co? Ty to doskonale robisz.

Westchnąłem i zacząłem przeglądać artykuły prasowe. Jeśli nie znajdę mu czegoś ciekawego albo nie zadzwoni Lestrade, mój wspaniały, jedyny w swoim rodzaju współlokator przemieni się w nieznośnego marudę, gorszego nawet niż teraz. Jak na złość na nic odpowiedniego nie mogłem trafić. Bez szczególnej nadziei odczytywałem mu nagłówek za nagłówkiem, słysząc w odpowiedzi: „banalne", „nuda", „bzdura", „tu wszystko jest jasne" – i tym podobne riposty.

- No to nowości z zagranicy. Pojawił się tam u nich w Miami prawdziwy seryjny morderca. Z dna zatoki wydobywają wciąż nowe ciała. Już stracili rachubę. Może tym się zajmiesz?

- Co? Rzeźnik z Bay Harbor? John, błagam, ta sprawa jest przejrzysta i banalna. Czytałem juz o tym wszystkim w sieci i oglądałem wiadomości.

- Czyżby? I kim jest ten rzeźnik?

- Ten ich ekspert, specjalista od krwi, jak mu tam...

- Morgan? Skąd wiesz?

Holmes westchnął, splatając ramiona na piersiach.

- Tam przecież wszystko było jasne od samego początku. Technika, metoda zabójstwa, idealne zatarcie śladów. Plus jego praca w policji. Zwróciłeś uwagę, że za każdą z ofiar Rzeźnika ciągnie się krwawy ślad? Wszystkie uniknęły wymiaru sprawiedliwości. Albo przez pieniądze, albo niedostateczne dowody. To oznacza, że nasz rzeźnik pracuje w policji i doskonale zna wszystkie szczegóły spraw. Jest cichy, niezauważalny, nie ściąga na siebie nigdy podejrzeń. Pan Morgan pasuje idealnie.
- Rozumiem. – Odkaszlnąłem. – Napiszesz tam do nich? – Była to raczej ironia, ale detektyw odparł w pełni poważnie:

- Nie, nie zamierzam. Po pierwsze, sprawa rozwiązana i więcej mnie nie interesuje. Po drugie, wielu policjantów w rzeczywistości jest gotowych podać rękę temu zabójcy, gdyż wykonał za nich brudną robotę, tak więc... Niech wszystko zostanie tak jak jest.
- Rozumiem – powtórzyłem, choć tak naprawdę nie rozumiałem jego logiki. Kogo by Rzeźnik z Bay Harbor nie zabijał, ci ludzie powinni znaleźć się na ławie oskarżonych a nie na dnie morza. – A reszta artykułów jest chyba całkiem przeciętna. O, proszę... Napad rabunkowy w Soho, przed śmiercią zabity mężczyzna wysłał sms z prośbą o pomoc. Dalej...

- Chwila. Powtórz jeszcze raz.
- Rabunek w Soho, jeden trup – podsumowałem.

- Nie, powtórz dokładnie to, co przeczytałeś.

- Napad rabunkowy w Soho, przed śmiercią zabity mężczyzna wysłał sms z prośbą o pomoc.
- Sms... – Oczy Holmesa zabłysły. – Ciekawe. Zbieraj się, jedziemy.
No i proszę, nigdy nie zgadniesz, co przyciągnie jego uwagę. Rzeźnik z Miami, widzicie go, nudny, a zwykły napad ciekawy. Holmes zerwał się z miejsca, pospieszyłem za nim i niebawem już siedzieliśmy w taksówce, jadąc do Scotland Yardu.

Na miejscu mój przyjaciel poleciał do gabinetu Lestrade'a jak huragan, rzuciwszy tylko po drodze swój płaszcz Sally. Osłupiała na taką bezczelność do tego stopnia, że nawet przełknęła swoje zwykłe frazy o świrach i niebezpieczeństwach przyjaźni z nimi.

Nie zważając na zdumioną minę inspektora, detektyw zażądał:

- Telefon!
- Sherlock, bądź tak łaskaw i zniż się do poziomu zwykłych śmiertelników, nie obdarowanych twoim geniuszem. Wyjaśnij po ludzku, o co ci chodzi?

- Telefon tego ograbionego faceta z Soho.
Inspektor wzruszył ramionami. Też już się przyzwyczaił do dziwactw detektywa. To, co innym wydaje się jasne i zrozumiałe, po wypowiedzi Holmesa może przyjąć całkiem inny obrót, a także odwrotnie. Niecałe dziesięć minut później jedyny w świecie detektyw-konsultant obracał już w dłoniach niczym się nie wyróżniający BlackBerry Torch.

- No i co? – zapytał Lestrade niecierpliwie. – Powiesz zaraz, że to nie był zwykły napad, tylko coś więcej?

- Przybliżony czas zgonu?

- Zgodnie z ekspertyzą, Leslie Irvin zginął w nocy, około drugiej trzydzieści. Jego żona zadzwoniła na policję dziesięć minut później. Nie spała, martwiła się o męża, który gdzieś poszedł. Odebrała sms, zadzwoniła. Kiedy policja przyjechała na miejsce, było już za późno. Irvin dostał trzy kule w brzuch, z czymś takim długo się nie pociągnie.

- Dobrze – powiedział Sherlock. – John, jedziemy. Porozmawiasz z panią Irvin, a ja muszę coś sprawdzić.

- Co się stało? – nie wytrzymała Donovan. – Co ci się nie podoba w napadzie rabunkowym, Świrze?

- Sally, nieustanne kontakty z Andersonem nienajlepiej się odbijają na twoim potencjale umysłowym. Gdyby ofiarę chciano okraść, napastnik zabrałby telefon. Jest prawie nowy, nie minął miesiąc od zakupu. Do tego na kilka minut przed śmiercią, o drugiej dwadzieścia osiem, nasz pan Irvin wysyła esemesa. „Zabito mnie. Na rogu Marshall i Broadwick Street" – wypalił Sherlock z rozdrażnieniem. – Trochę długa notka jak na umierającego, skręcającego się z bólu człowieka, prawda? On wiedział dokąd idzie i wiedział, że zostanie zabity. I przygotował się zawczasu. Tekst zachował się w folderze kopii roboczych. Starczyło nacisnąć parę klawiszy i gotowe. A co jest jeszcze bardziej interesujące: ostatni zapis naszego „okradzionego" na twitterze. Czas wpisu – druga dwadzieścia siedem, na minutę przed wysłaniem esemesa. Również przygotowana wiadomość, twitter client został włączony wcześniej, starczyło tylko potwierdzić wysłanie.
- I co on tam napisał? – spytał Gregory smętnie. – Też „zabito mnie"?

- Nie. – Sherlock skrzywił się, jakby zaproponowano mu śledztwo w sprawie zaginięcia kota, i zacytował: - „U źródła umieram z pragnienia". Coś chciał przez to powiedzieć, inaczej by się tak starannie nie przygotował.

- A co to znaczy? – nawet Donovan przejawiła zaciekawienie.

- Nie wiem – przyznał detektyw. – Ale się dowiem.