A/N" Opowiadanie to remake jednego z moich "staruszków", ze zmienioną nieco fabułą, która omija pierwszy i drugi rok szkolny Hogwartu. Opowiadanie ma plan na pięć części i staram się za bardzo nie zabijać kanonu, ale o to sami musicie ocenić. Realna akcja dzieje, kiedy rozpoczyna się trzecia część książki J. . Syriusz Black ucieka z Azkabanu, a do Hogwartu "powraca" uczeń, Harvey Sovery, który skrywa wiele tajemnic, jak na trzynastolatka. Harry Potter natomiast... robi to, co zwykle - wpada w kłopoty kiedy tylko ma okazje.
PROLOG
Korneliusz Knot szedł przez piętro Dziurawego Kotła, pospiesznie poprawiając krawat. Łysy staruszek będącym właścicielem baru i hotelu imieniem Tom, prowadził go właśnie na jedno z wielu spotkań, które Korneliusz, jako Minister Magii, miał dzisiaj odbyć.
– Och… Jak męcząco być ministrem – jęknął Korneliusz przecierając czoło chusteczką.
– Och tak – potwierdził Tom. – To z pewnością trudniejsze niż bycie właścicielem przybytku… Ty musisz tylko gadać i ładnie wyglądać.
Korneliusz jęknął po raz kolejny z gorąca i puścił ostatnie słowa Toma mimo uszu. Nie miał teraz czasu na spoty z jakiś łysiejącym staruszkiem. Jednym z wielu problemów, które dzisiejszego dnia załatwił był Harry Potter, chłopiec, który nadmuchał swoją ciotkę i uciekł z domu. Cóż, z tym akurat bardzo pomógł Albus Dumbledore, który zajął się papierkową robotą, ale skoro chłopak był uczniem jego szkoły, to chyba normalne, że dyrektor musi wziąć za incydent odpowiedzialność. Tak, Korneliusz nie miał zamiaru brać tego na siebie, ale nie mógł też pozwolić, by taki skandal wyszedł na jaw. Aż strach pomyśleć, co powiedziałaby opinia publiczna, gdyby dowiedziała się o całym wydarzeniu.
W końcu Tom zatrzymał się pod jednymi, nieco lepiej wyglądającymi drzwiami. Knot po raz kolejny przetarł czoło, klnąc w duchu na wieczorny, wakacyjny upał. A może to w hotelu było zbyt ciepło i to powodowało, że jego organizm wydzielał więcej potu niż z założenia powinien?
– To tutaj, panie ministrze – powiedział Tom, wskazując na drzwi i wyciągając dłoń w jego stronę.
Jednak Korneliusz nie podał mu ręki, a zamiast tego wyciągnął z kieszeni złotego galeona i podał go barmanowi.
– Dziękuję – powiedział, unosząc podbródek i poprawiając melonik. – Możesz już iść.
Tomowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Nie minęła chwila, a zniknął, jakby nigdy go tutaj nie było.
Knot nacisnął na klamkę i wszedł do środka. Pokój był dość duży, a na pewno większy od tego, który został przydzielony jemu. Po lewej stronie stała duża szafa, z której wysypywały się ubrania, a na ich stosie siedział duży, czarny kundel, który warknął, gdy tylko zobaczył ministra. Korneliusz zawahał się, powstrzymał od wycofania i skierował wzrok w stronę wielkiego łóżka, aż w końcu dostrzegł wysokiego mężczyznę, stojącego przed oknem, choć widok był paskudny.
Minister chrząknął, dając znać o swojej obecności, a mężczyzna odwrócił się w jego stronę i uśmiechnął. Był ubrany na czarno; czarny garnitur, czarna koszula, czarny krawat i spodnie. Nawet włosy miał czarne, ale na jego zwykle wyglądającej groźno twarzy gościł szeroki od ucha do ucha uśmiech.
– Korneliuszu, jak miło cię widzieć! – zawołał, rozkładając ramiona i podchodząc do ministra. Mimo obaw Knota, ten go nie przytulił, ani nic podobnego. Wyciągnął tylko dłoń, którą uścisnął.
– I ciebie miło widzieć, Christopherze – odparł.
– Przestań już z tym Christopherem – powiedział, machając lekceważąco ręką. – Mów mi Chris, jak wszyscy. Od mojego imienia można sobie język połamać, nie mówiąc od dwóch kolejnych. – Christopher uśmiechnął się jeszcze szerzej, co wydawało się już niemałym wyczynem. – Może usiądziemy? Krzesła, z tego, co widzę, mają jeszcze wszystkie nogi. A ja mam butelkę najlepszego miodu pitnego, jaką udało mi wyciągnąć z piwnicy Toma. Nie uwierzyłbyś, co on tam chowa.
Knot usiadł na wskazane miejsce przy małym okrągłym stoliku. Chris podał mu szklankę, a chwilę później wypełnił alkoholem. Minister powąchał trunek, wiedząc, że w ogóle nie powinien tego pić. Po ostatnim skandalu, a raczej wścibskości Rity Skeeter, która odkryła jego zamiłowanie do tego typu napitków, starał się powstrzymywać. Do wydania pisma oczywiście nie doszło, Korneliusz nie mógł pozwolić, by to się wydało.
Stuknął się jednak szklanką ze starym przyjacielem i upił mały łyk.
– Faktycznie – powiedział. – Bardzo dobry. Jednakże nie sądzę, że chciałeś się ze mną spotkać tylko po to, by się napić i powspominać stare czasy. Powiedz, Chris, po co mnie tutaj ściągnąłeś.
– Ach, tak, tak, już mówię. – Chris upił jeszcze łyk miodu, wstał, podszedł do szafki i wyciągnął z niej jakieś papiery ukryte w czarnej teczce. Przyjrzał się nim i wrócił na miejsce. – To dokumenty o Harveyu Soverym…
– Soverym? – spytał Knot. – Twoim… synu?
– Tak. Przez wiele lat mieszkaliśmy… poza granicami Anglii, dlatego też Harvey nie otrzymał listu do Hogwartu i nie uczęszczał do szkoły. Chciałbym, żebyś mi w tym… pomógł.
– Pomógł? Mam porozmawiać z Dumbledore'm?
– Byłbym ci wdzięczny, przyjacielu – powiedział Chris.
Kolejny problem, pomyślał Knot. Miał nadzieję od dnia dzisiejszego nie spotykać się z Albusem, ale widocznie będzie musiał zrobić mały wyjątek. W sumie, mógłbym. To w końcu tylko przekazanie dokumentów… Albus z pewnością ucieszy się z nowego, zgubionego ucznia. Ach! Będę mógł mu w końcu wytknąć niekompetencję!
Korneliusz po krótkim namyśle uśmiechnął się i spojrzał na Christophera Sovery'ego, który przypatrywał się siedzącemu na stosie ubrań psu. Knot zauważył, że ten czarny kundel szczerzył kły i powarkiwał pod nosem, patrząc właśnie na niego.
– To twój pies? – zapytał.
– Można tak powiedzieć – odparł Christopher, a jego ton nie zapraszał do rozwinięcia tematu. – To jak, Korneliuszu, porozmawiasz z dyrektorem? Mnie nie będzie przez kilka następnych dni, dlatego też nie sądzę, bym mógł się zająć tym osobiście.
– A twój syn?
– Poradzi sobie. Pokazałem mu okolicę i wierzę, że się nie zgubi.
– W takim razie… dobrze, pomogę ci. Ale jestem zmuszony prosić cię o przysługę.
– Chodzi o Syriusza Blacka, prawda?
Christopher zgadł. Knot kiwnął ostrożnie głową, jego przyjaciel zawsze był domyślny. Zawsze też przewyższał wszystkich we wszystkim, wiedział więcej od innych i nawet rzeczy, których Korneliusz nigdy mu nie zdradził, nie były dla niego tajemnicą. Knot wiele razy próbował odkryć tajemnicę wielkiego i zagadkowego umysłu największego aurora, jednak na próżno. Ale pomoc kogoś takiego, kogoś, kto jest winnym mu przysługę przyjacielem… To było nieocenione, ale nieznaną wartość zawsze można było przełożyć na czyny.
Knot milczał.
– Zgaduję – zaczął Chris – że skoro Black zwiał z Azkabanu, sprawa jest więcej niż nagląca. Jednak muszę cię rozczarować, nie zajmę się tym od razu, poza tym nie jestem pewny, czy mógłbym dostarczyć ci informacji, których tak pragniesz. Syriusz Black to morderca, który uciekł z najbardziej strzeżonego więzienia, z pewnością ma kryjówkę i z pewnością nie da się łatwo złapać.
– A może mógłbyś… Mógłbyś użyć swoich zdolności.
– Co masz na myśli?
– Nie udawaj. – Upił łyk miodu i odetchnął. – Zawsze byłeś wyjątkowy, znałeś odpowiedzi na wszystkie pytania i nie wierzę, że nie zainteresowała cię sprawa zbiegłego mordercy. Mógłbyś się nią zająć chociażby przez wzgląd na to, jaką masz pracę. Istnieją podejrzenia, że Black będzie próbował dostać się do Hogwartu.
– Po Pottera – szepnął.
– Właśnie o tym mówię! – zawołał Korneliusz ucieszony. – Zawsze znasz odpowiedzi. Gdybyś tylko dobrze poszukał…
Christopher zamyślił się na krótki moment, wpatrując w dokumenty na biórku.
– Chyba nie chcesz, by twój syn uczęszczał do szkoły, do której w każdej chwili może dostać się sługa Sam–Wiesz–Kogo. To byłoby niezbyt rozważne…
– Dobrze – rzekł w końcu. – Postaram się przyprowadzić do ciebie mordercę, ale nic nie obiecuję.
– To mi wystarczy – powiedział Knot i tym razem tylko on się uśmiechał.
Rozmawiali jeszcze jakiś czas, Korneliusz żalił się przyjacielowi o trapiących jego umysł i stanowisko problemach, a Christopher go słuchał. Później pożegnali się i Korneliusz wyszedł chwiejnie, gdyż po pierwszej szklance miodu pitnego nie liczył, ile wypił kolejnych. Przeszedł przez korytarz, trzymając się lewej ściany. W barach… zasze czmaj się lefej ściany… – próbował myśleć, idąc przed siebie.
Nagle ktoś lub coś pociągnęło go za nogawkę.
– Na Meurelina! – wrzasnął, podskakując i rozglądając się za zagrożeniem, którego nie dostrzegł. Otrząsnął się, kiedy zobaczył, że nie stał, jak sądził, przed schodami, a przed rozwaloną barierką. Jeden krok do przodu i spadłby grubo z dwóch metrów prosto na kolejne schody, po których z pewnością by się przeturlał.
Najpierw zajął się Potterem, a teraz, kiedy Christopher Sovery obiecał zająć się sprawą Blacka, i ten problem był niemal rozwiązany. Widocznie szczęście mu dziś sprzyjało.
Kilka dni później Korneliusz Knot siedział w swoim gabinecie w Ministerstwie Magii i czytał gazetę. Był już po spotkaniu z Dumbledore'm na temat nowego ucznia i udało mu się wygarnąć staremu dyrektorowi jego nieudolność i niekompetencję.
– Jak można pozwolić, by uczeń nie otrzymał listu ze szkoły? To źle świadczy o dyrektorze! – mówił, ale Albus jak zwykle obrócił jego słowa w żart. Korneliusza zawsze niezwykle to irytowało, ale i tak uznał to za swoje zwycięstwo, bo staruszek wydawał się bardzo zbity z tropu.
Teraz Knot przewracając strony gazety dostrzegł mały, tłusty nagłówek na stronie numer 4. "Wnuk Anthonego Sovery wrócił do Anglii i uczestniczy w Turnieju Pojedynków, jako najmłodszy z zawodników!". Knot wstrzymał gwałtownie oddech. Turniej Pojedynków, prawie o nim zapomniał! Spojrzał szybko na zegar. 15.10, spóźnił się! Zerwał się z krzesła i szybko ruszył ku wyjściu z gabinetu i prosto do windy.
Jak mogłem o tym zapomnieć! Przecież sam byłem za organizacją, na Merlina! – myślał gorączkowo, wrzucając proszek fiuu do kominka i wbiegając w ogień. Nie miał nawet czasu poprawić krawatu, kiedy znalazł się na miejscu i porwały go drobne, kobiece ręce.
– Spóźnił się pan! – krzyknęła niska dziewczyna ubrana w niebieską szatę. – Jak tak można, jest pan Ministrem! Zawodnicy czekają!
– Och – jęknął. – Już, już, miałem… problemy po drodze. Najmocniej przepraszam.
– Przeprosi pan zawodników – odparła. – Proszę za mną.
Knot usłuchał, czując jak się rumieni. Mógłby nałożyć w między czasie nieco pudru, bo jego cera zawsze odstawiała tego typu numery – czasami, kiedy zbytnio się zdenerwował, obserwował w lustrze twarz o kolorze buraków, a czasami był blady jak ściana. Teraz domyślał się, że jego pulchne policzki przybrały odcień mocnej purpury.
Dziewczyna zaprowadziła go na podwyższenie, gdzie czekała już kadra sędziowska składająca się z sześciu członków, a jednym z nich miał być on. Na Merlina, pomyślał, dostrzegając zebrane na trybunach tłumy. To miał być tylko mały konkurs… Tylko mały konkurs! Co tutaj robi tyle ludzi!
– Nareszcie jesteś, Korneliuszu! – zawołał znajomy głos i Knot wzdrygnął się odruchowo.
Albus Dumbledore szedł w jego stronę w towarzystwie…
– Albusie…
– Korneliuszu – przerwał mu dyrektor Hogwartu. – Cieszę się, ze jednak dotarłeś. Martwiliśmy się, że coś się stało. – Minister przełknął ślinę i miał nadzieję, że nikt nie widzi, jak bardzo się denerwuje. Dumbledore wskazał na towarzyszącego mu mężczyznę. Wysokiego i chudego o miłym, ale skrytym spojrzeniu. – To Remus Lupin, nowy nauczyciel Obrony przed Czarną Magią w Hogwarcie. Będzie oceniał pojedynki.
– Bardzo mi miło, że mogę tutaj być.
Minister skinął mu pospiesznie głową, bo z podestu już go wołali, a raczej ta dziewczyna, której imienia nie pamiętał. Wyminął dyrektora i nauczyciela, ale drogę zastąpił mu Lucjusz Malfoy, który zaczął coś mówić. Knot szybko uścisnął mu rękę i przeprosił, kiedy znowu rozległ się wołający okrzyk. Czy naprawdę wszyscy musieli stawać mu teraz na drodze?
W końcu udało mu się przepchnąć na podest i stanąć przed tłumem. Jasna cholera, zapomniałem przetrzeć czoła, pomyślał jeszcze, ale zaraz zaczął przemówienie. Krótko i treściwie życzył zawodnikom powodzenia i uczciwej rywalizacji, a widowni przyjemnego widowiska. Bo w końcu była to impreza, która zasługiwała właśnie na miano widowiska.
W końcu nadszedł moment spokoju, Korneliusz usiadł na głównym siedzeniu jury i odetchnął. Po jego lewej usiadł Remus Lupin, a obok niego Dumbledore, który nie był w składzie. Po prawej od Knota zasiadł mistrz pojedynków, Juil Fridec, a oboj Juila Lucjusz Malfoy, który lubił uczestniczyć na takich spotkaniach – pewnie z tego samego powodu, co knot. Dla opinii publicznej.
Dziewczyna w niebieskiej szacie, która prowadziła Knota, nazywała się Hanna Beller i była kiedyś komentatorką mistrzostw Quidditcha. Dlatego ją kojarzyłem… Musiałem ją spotkać na zawodach. Tak, na pewno ją spotkałem. Kiedy to było?
– A może twój syn również mógłby uczestniczyć, Lucjuszu – zaproponował Juil Fridec. Malfoy spojrzał na niego z lekkim uśmieszkiem.
– Niestety, Draco nie jest zainteresowany. Nie zrozum mnie źle, kocha pojedynki i jest w nich bardzo dobry, ale wolałbym, żeby nadal, póki co, skupiał się na nauce.
– Z tego, co wiem – wtrącił Remus Lupin – jednym z uczestników jest chłopiec w jego wieku. Sovery, tak?
– Będzie twoim uczniem w tym roku – rzekł szybko Albus Dumbledore.
– Jego dziadek był Kawalerem Orderu Merlina Pierwszej Klasy – dodał Juil, przeczesując swoje krótkie włosy. – A ojciec otrzymał tytuł Najlepszego Aurora, szkoda tylko, że poza Anglią.
– Widocznie tutaj nie był najlepszy – powiedział Lucjusz.
– Widocznie.
– Spójrzcie – rzucił szybko Korneliusz, próbując włączyć się do rozmowy. – Czy to nie właśnie obiekt naszej rozmowy? Ten chłopiec w czarno–zielonej szacie.
To oczywiście był on. Korneliusz wystarczająco dobrze przyjrzał się zdjęciom i wystarczająco dobrze przeczytał zamieszczone w teczce informacje o nim, by móc zaskoczyć swoich rozmówców swoją wiedzą na temat chłopca.
Wszyscy natychmiast skupili na nim swoją uwagę. Na czas trwania Turnieju Pojedynków wszyscy zawodnicy otrzymali pozwolenie na używanie czarów poza szkołą. Oczywiście nie wszyscy nie byli pełnoletni, zapisać można było się na dwóch podstawach – wieku i umiejętności. Każdy młody czarodziej i czarownica po ukończeniu piętnastego roku życia mógł się zgłosić, ale dopiero po przejściu testu umiejętności mógł zostać zakwalifikowany. Dlatego też z prawie stu zgłoszeń do Turnieju dotrwała niecała trzydziestka. Samo to, że trzynastoletniemu chłopcu się to udało było wielkim wyczynem.
Korneliusz jednak nie pamiętał, aby podpisywał jego zgodę na uczestnictwo. Mimo to Harvey Sovery stał z innymi jak równy z równym.
– Hm… Może być nawet ciekawie – powiedział wesoło Dumbledore, uśmiechając się do wszystkich. – Co o tym myślicie?
Rozpoczęły się pojedynki. Odbywały się na okrągłej arenie i pierwsza tura była zwany Pojedynkiem Honoru, gdzie dwóch walczących stało do podłużnym podeście i walczyło bez możliwości ucieczki. Pierwsze starcia wydawały się brutalne, Korneliusz kilka razy usłyszał komentarze o bezwzględności któregoś z zawodników i głównie wtedy wstawiał mu niższą notę. A kiedy słyszał pochwały, wyższa nota nie stała na przeszkodzie.
Na podest wyszli George Weasley i Kolin Namm.
– George go pokona – powiedział z przekonaniem Remus Lupin. – Minerwa mówiła, że Kolin to dobry dzieciak i potrafi się pojedynkować, ale jest bardzo honorowy, a George to dla niego najgorszy przeciwnik. Zrobi sobie z niego jaja.
– Słucham? – wtrącił Knot. – Jak to "zrobi sobie jaja"?
Remus już spieszył z wytłumaczeniem, ale zagłuszył go głośny ryk tłumu. Korneliusz skierował wzrok na zawodników i odpowiedź przyszła sama. George Weasley machał różdżką wysyłając zaklęcia i unikając tych przeciwnika. Jednak Kolin był bezsilny, jego czarne włosy stały się żółte i sterczące, skóra przybrała odcień głębokiego różu, a ubranie zmieniło się w sukienkę. Kolin miał łzy w oczach, kiedy wysyłał niecelne zaklęcie, a później oberwał ogłuszaczem, który zwalił go z nóg.
Tłum zawył z radości i rozbawienia. George Weasley ukłonił się na wszystkie strony, wystrzelił w niebo czerwony promień, który pękł i zamiast iskier posypały się płatki kwiatów. Ludzie zaczęli krzyczeć i wiwatować.
Mimo tego, że Knot wstawił mu słabą notę za tak bezczelne zachowanie, George Weasley awansował na trzecie miejsce i stał się jednym z faworytów tłumu i jury. A kiedy wyszedł oczekiwany przez wszystkich najmłodszy zawodnik, pojedynek trwał krótko.
Harvey Sovery błyskawicznie uskoczył przed zaklęciem i zwykłym Expeliarmus rozbroił swojego przeciwnika, a zaklęciem mdłości powalił go na kolana. On również awansował wysoko.
Knot zaklaskał, a pierwsza tura się skończyła.
...II...
Christopher Sovery siedział na szczycie trybun razem z Alastorem Moodym i obserwowali walki. Kiedy skończyła się pierwsza tura, Moody parsknął pod nosem i zawirował swoim magicznym okiem na wszystkie strony.
– Powinniśmy ich szukać, a nie się bawić – warknął. – Nie jesteśmy tutaj dla przyjemności.
– Wiem – odparł Christopher – ale jeśli zrobimy jeden niewłaściwy ruch, to wszystko zniszczymy. Minister przyszedł, wszyscy są na swoich miejscach, ale nie spodziewałem się Dumbledore'a. Sądzisz, że będzie przeszkadzał?
– Przeszkadzał? Ha! Nie zdziwiłbym się, gdyby odwalił całą robę za nas. Jest piekielnie dobrym czarodziejem, żałuj, że nigdy nie widziałeś, na co go stać. Pokonałby nas obu i nawet nie dostałby zadyszki…
– Trudno mi w to uwierzyć – odparł Sovery – ale ty znasz go lepiej. Ja pół życia spędziłem za granicą.
– A gdzie dokładnie? – dopytywał Moody, ale Christopher usilnie unikał tego tematu.
– Powiedzmy, że spotkałem się z siłą i mocą, która mnie przerosła. Dlatego wróciłem.
– Aha. To zajmijmy się tym problemem, żebym mógł wydusić z ciebie więcej.
– Nie zdążysz – odparł. – Przecież jedziesz na tajną misję.
– A ty jak zawsze domyślny – warknął Moody. – Zawsze mnie to irytowało.
– Domyślny? Nic z tych rzeczy, rozmawiałem z twoim szefem, w końcu muszę mieć pozwolenie na uczestnictwo w takich akcjach, prawda?
Moody parsknął coś pod nosem i nie skomentował.
Obaj stali cierpliwie na trybunach, obserwując drugą turę pojedynków. Tym razem były na otwartej arenie, gdzie zawodnicy mogli popisać się nie tylko umiejętnością walki, ale też uciekania i chowania – co często ratowało życie.
– Twój dzieciak spadł z ósmego na siedemnaste – zauważył Alastor, jednym okiem śledząc tabelę wyników, a drugim tłumy, szukając jakichkolwiek podejrzanych zachowań.
– Bo jeszcze nie walczył. Zobaczysz, Harvey jeszcze się odkuje.
– Przyznaj, trenowałeś gówniarza, prawda?
– A dlaczego miałbym się nie przyznawać? – zachichotał. – Harvey ćwiczy pojedynki od kiedy tylko dostał rodzinną różdżkę i nieźle sobie radzi.
– A magia poza szkołą? To nielegalne…
– Jeśli jest się uczniem szkoły. Harvey w świetle prawa jest czysty jak łza.
– Ale za chwile wychodzi na arenę się pobrudzić – odparł Moody i wtedy coś dostrzegł. Na początku było to nic takiego, ot co, zwykły pył unoszący się między siedzeniami, na który nikt nie zwracał uwagi. On zwrócił i nie miał wątpliwości, że anomalia była magiczna.
Dyskretnie szarpnął Christophera za ramię, a ten bez pytania poszedł za nim. Moddy nie spuszczał wzroku z cisnącego się pod ławkami niewielkiego obłoczku.
– Są tu – szepnął. – Jednak się pojawili, cholerni tchórze.
Christopher westchnął i dobył różdżki. Ludzie za trybunach zaczęli krzyczeć, Harvey schował się za drzewo, a jego przeciwnik ciskał zaklęciami, niszcząc korę. Christopher uśmiechnął się, ale nie dlatego, że jego syn miał kłopoty, wręcz przeciwnie – to jego przeciwnik był w opałach, brnąc przed siebie.
Przeciwnik chłopaka nieprzerwanie miotając zaklęciami wskoczył za drzewo i wycelował w miejsce, w którym przed chwilą stał jego o dwa lata młodszy przeciwnik. Nie zobaczył go – nigdy go tam nie było – bo Harvey wyczarował bardzo zgrabna iluzję, która zmyliła Stevena Hołka. Harvey wyskoczył z prawdziwego ukrycia(wielkiego głazu tuż za Stevenem) i cisnął mu ogłuszaczem w plecy. Bardzo nieczyste zagranie, ale w końcu nie był to też Pojedynek Honoru.
Harvey awansował na piąte miejsce.
Christopher po wygranej syna skupił się na misji. Moody go prowadził. Ich zadaniem nie była tyle co ochrona, a dorwanie ludzi, który grozili ministrowi, a tym samym całemu ministerstwu i magicznej społeczności. Nie mieli nazwy, byli Bezimiennymi, który dokonali już dwóch ataków. Pierwszy miał miejsce na początku wakacji, kiedy Bezimienni spróbowali zaatakować Bank Gringotta, drugi – kiedy prawie udał im się zamach na zastępcę ministra. Teraz obiecali, że ich celem jest sam Korneliusz Knot i zamierzają go zabić.
Christopher wiedział wiele o ich organizacji, ale nie potrafił zrozumieć, dlaczego wcześniej uprzedzali o atakach. Gdyby były zmyłką, to wiele by wyjaśniało, ale nie były – kiedy mówili, że zaatakują, atakowali.
– Tam stoi – szepnął Moody, stając za filarem i udając, że próbuje odpalić fajkę. Christopher spojrzał na mężczyznę średniego wieku, wysokiego wzrostu i dość atletycznej sylwetce. – To jeden z Bezimiennych, naliczyłem ich przynajmniej dziewięciu na terenie całego obiektu, ale może ich być więcej.
– Dziewięciu? Są ostrożni…
– Raczej głupi! W dziewięciu atakować ministra. To głupota.
– Wszystkie zamachy, jakich dokonano, były organizowane przez zorganizowaną grupę, która wyznaczała do tego kilku ludzi. Cały szwadron zbytnio rzucałby się w oczy.
– Ale byłby skuteczniejszy przy nagłym ataku.
– Zdziwiłbyś się. W Norwegii, kiedy zaatakowano premiera mugoli, zamachowców było czterech, a zrobili taką jatkę, że żołnierze myśleli, że mierzą się z drugim wojskiem.
– Mugole – parsknął Moody, ale nie dane było mu dokończyć.
Bezimienny właśnie przeciskał się przez ludzi, brnąc w kierunku stołu jury. Poszli za nim, zachowując odpowiedni dystans.
– Myślisz, że odpowiada za to Black? – zapytał w końcu Alastor. – W końcu Bezimienni zaczęli działać akurat wtedy, kiedy nawiał z Azkabanu.
– Nie wiem. Nie znam Blacka…
Bezimienny zatrzymał się nagle i rozejrzał. Nie spojrzał jednak na nich, a w tłum po przeciwnej stronie. Wyglądał, jakby szukał wzrokiem.
– Po drugiej stronie jest ich pięciu. Nie patrz tam! – syknął. – Za nami jest trzech. Dziewięciu, tak jak mówiłem.
Tłumy zawyły. Skończył się kolejny pojedynek i kolejny zawodnik przeszedł do finału. Ośmiu z trzydziestu dwóch zostało.
– Na co czekają? – szeptał Moody pod nosem. Christopher też nie widział, mieli idealną okazję, tłum był zajęty, jury było zajęte, ale oni stali i obserwowali. Cała dziewiątka skupiła wzrok na długim stole, przy którym siedział Korneliusz Knot.
– Coś jest nie tak…
I rzeczywiście coś było bardzo, ale to bardzo mocno nie tak, bo wszyscy Bezimienni odwrócili się w jednym momencie i zaczęli iść ku wyjściu, jakby byli w głębokim transie. Christopher obserwował zszokowany, jak człowiek, którego śledzili przeszedł obok nich, nawet nie zaszczycając ich spojrzeniem.
– Eh, ty, stój! – zawołał Moody, wyciągając różdżkę i celując w mężczyznę.
Zatrzymał się, ale nie odwrócił.
– Na kolana!
Moody dokonał aresztowania. Widzowie patrzyli na to nieco ze strachem, nieco z zaskoczeniem. Ich spojrzenia były pytające, kilku śmiałków odważyło się odezwać, ale Moody nie udzielił im odpowiedzi, tylko kazał zamknąć gęby i zająć się oglądaniem.
Nie mieli, za co go aresztować, podejrzenia to w końcu słaby powód, a mężczyzna wydawał się nieobecny.
– Jak myślisz, co mu jest? – zapytał Moody, kiedy weszli do pokoju dla zawodników. Teraz wszyscy oni byli na arenie w czasie trzeciej tury. Christopher żałował, że nie może teraz oglądać syna.
– Nie mam pojęcia. Podejrzewam, że jest pod silną klątwą imperius. Pod tak silną, że jego funkcje rozpoznawcze zostały stępione. Pewnie nawet nie wie teraz gdzie jest, ani nas nie widzi. Słyszałem o takich przypadkach…
I faktycznie Bezimienny nie kontaktował się ze światem w żaden ze sposobów. Moody i Sovery rozmawiali o klątwach z takim lub podobnym skutkiem, kiedy z zewnątrz dobiegł ich wrzask i głośny huk. Zerwali się na nogi, spojrzeli na więźnia, ale kiedy Moody powiedział, że nigdzie nie ucieknie, pobiegli na zewnątrz.
I zastali prawdziwą rzeźnię.
Ludzie krzyczeli, uciekając w popłochu. Trybuny, na których stali na samym początku płonęły. Arena zajęła się ciemnym dymem, ktoś wołał o pomoc, ale nikt nie odważył się ruszyć na ratunek. Wszędzie latały zaklęcia, ludzie zaczęli walczyć między sobą, licząc, że trafią we wroga. Wszystko ogarnął chaos.
Christopher musiał zdecydować czy szukać syna, czy ratując ministra.
– Knot! – ryknął Moody, ciągnąc Sovery'ego za sobą w stronę stołu jury.
Stół jury już nie istniał. Zostały po nim tylko drzazgi. Aurorzy ledwo przedostali się na miejsce, posiłki wezwane przez Alastora latały na miotłach, opanowując tłum. Korneliusz Knot leżał pod jedną ze ścian.
– Padnij! – ryknął Christopher, a Moody rzucił się na podłogę. Sovery wycelował w wysokiego mężczyznę, który był łudząco podobny do ich więźnia. – Depulso! – Zaklęcie posłało go na ścianę i Bezimienny już nie wstał.
Knot żył. Był tylko w szoku. Moody zabrał go wraz dwójką aurorów. Inni, w tym Albus Dumbledore starali się zapanować nad tłumem, ogarnąć chaos i zamieszanie. Nie udawało się, sprawa z każdą kolejną sekundą się pogarszała.
– Gdzie Harvey – szepnął do siebie, czując narastającą panikę ściskającą jego serce. Spojrzał na arenę, którą nadal pokrywał ciemny dym.
I skoczył na nią, zatapiając się w ciemności.
...III...
Walki się skończyły, trybuny opustoszały, a ludzie odprowadzeni w bezpieczne miejsce. Rannych zabrano do świętego Munga, na szczęście też obyło się bez ofiar. Albus Dumbledore westchnął, był zmęczony, ale nie pozwolił sobie na przerwę.
Ministra eskortowano, Turniej został zniszczony, tak zwani Bezimienni wywołali panikę w magicznym społeczeństwie, a wielu uczniów jego szkoły trafiło do szpitala. Kompletna katastrofa. Albus podszedł do Alastora Moody'ego, który błąkał się między krzesłami.
– Jak wygląda sytuacja? – zapytał szybko.
– Źle, Albusie – odpowiedział cicho. – Minęły dwie godziny i do tej pory nie miałem kontaktu z Christopherem. Ostatni raz widziałem go jak skacze na arenę, a później ślad po nim zaginął.
– Zaginął? Myślisz, że Bezimienni go zabrali?
– Prawdopodobnie. Na ich nieszczęście nie wiedzą jeszcze, że trafi na najtwardszego skurwiela, jakiego znam. Prędzej doprowadzi do tego, że dla świętego spokoju go wypuszczą, niż coś im powie.
– A jego syn?
– Bezpieczny. Zabrał się wraz z innymi zawodnikami zaraz po wybuchnięciu zamieszania.
Dwa tygodnie później pewne już było, że Christopher Sovery, Najlepszy Auror znany w całym magicznym społeczeństwie, zaginął.
A gazety opisały atak Bezimiennych jako "Zemsta Blacka", któremu przypisano całą zasługę ataku na ministra magii. Albus był już w Hogwarcie, przyglądając się zdjęciu chłopca, który był najmłodszym zawodnikiem na Turnieju Pojedynków. Trzynaście lat… w tym wieku nie powinien potrafić tego, co zademonstrował…
Jego wyniku testów, które wypełnił kilka dni wcześniej pod okiem komisji też były zachwycające. Jeśli to wszystko – świetny instynkt walki i talent, oraz ponadprzeciętna inteligencja – tworzyło Harvey'a Sovery'ego, to Hogwart właśnie zyskał jednego z najlepszych uczniów tego dziesięciolecia.
Albus Dumbledore wstał, kiedy drzwi jego gabinetu otworzyły się po cichym pukaniu, którego nie usłyszał.
– Albusie – szepnęła Minerwa McGonagall – ceremonia przydziału za moment się rozpocznie. Harvey Sovery zostanie przydzielony jako pierwszy. Już czeka.
Dyrektor wstał, ostatni raz patrząc na zdjęcie chłopca.
I nie mógł pozbyć się wrażenia, że gdzieś już go widział.
