1.

Sobotnie poranki w pokoju wspólnym Slytherinu zawsze były leniwe. Część uczniów już zjadła śniadanie i teraz wygodnie rozpierali się w fotelach, próbując zebrać się w sobie i zrobić coś produktywnego. Część zaś dopiero zbierała się do Wielkiej Sali, czekając na przyjaciół albo po prostu sennie snując się po pokoju lub gapiąc w kominek, w którym jeszcze żarzyły się polana dorzucone wczoraj. Nikt się nie spieszył – nie wisiało nad nimi widmo McGonagall, która ostatnio miała tak paskudny humor, że za spóźnienia karała nie tylko odjęciem punktów od Domu, ale także wlepiała szlabany. Można było spokojnie poleniuchować, zanim przyjdzie czas na odrobienie zadań i może odrobinę nauki.
Narcyza Black siedziała na kanapie, jak zwykle wyglądając perfekcyjnie. Cała zresztą była chodzącą doskonałością – trzymała się prosto, jakby ktoś jej przywiązał kij od szczotki do pleców, włosy miała idealnie rozczesane i ułożone, jej cera była wręcz nieprzyzwoicie blada i gładka. Nikt nie miał pojęcia, że dzień w dzień poświęcała kilka godzin tylko i wyłącznie swojemu wyglądowi, aby utrzymać wizerunek. Od zawsze słyszała od matki, że musi o siebie dbać i nigdy nie pokazywać się nikomu zaniedbana. Zresztą nie tylko to od niej słyszała – Druella Black była kobietą, która lubiła mówić dużo i na każdy temat. Miała swoje zdanie i czuła się spełniona tylko w momencie, gdy mogła się z nim podzielić, co w towarzystwie swoich córek robiła bardzo często. Narcyza westchnęła i lekko potarła skronie – kolejne wykłady matki były coraz nudniejsze i dużo bardziej przydałyby się Andromedzie niż jej. A skoro o niej mowa… Dziewczyna uniosła wzrok znad rozpoczętego wypracowania z wróżbiarstwa i powiodła nim ku siostrze, która siedziała na jednym ze stołków obitych przyjemnym w dotyku, zielonym pluszem. Wydawała się być nieobecna – spoglądała przed siebie pustym wzrokiem i najwyraźniej zapomniała, że obserwować może ją każdy, bo zaczęła się lekko ślinić. Narcyza zacmokała z dezaprobatą. Nie wiedziała, jak obudzić siostrę równocześnie nie zwracając na nią zbytniej uwagi. Skupiła się z całej siły, próbując użyć legilimencji – owszem, dopiero się uczyła tej trudnej sztuki, ale szło jej na tyle dobrze, że mogła „dotknąć" umysłu Andromedy. Gdyby tylko udało jej się choć na chwilę przyciągnąć wzrok tej wariatki! Chrząknęła cicho, mając nadzieję, że to zwróci jej uwagę, ale zamiast tego w jej stronę spojrzało tylko kilka dziewcząt z jej klasy, po czym jak na komendę odwróciły się do siebie i zaczęły szeptać gorączkowo. Cyzia żachnęła się w duszy i powiodła za wzrokiem Andromedy, chcąc znaleźć punkt, w który tak intensywnie się wpatrywała… Wyglądało na to, że jest nim stolik stojący tuż obok Narcyzy. Klnąc na czym świat stoi i już w myślach szykując przemowę, którą uraczy swoją roztrzepaną siostrunię, dziewczyna upuściła niby to przypadkowo pióro. Nikt nie zwrócił na to uwagi, w końcu taki przedmiot nie robi zbyt dużo hałasu. W porządku. Teraz tylko przesunąć je delikatnie stopą, w stronę tego nieszczęsnego stołu… Świetnie. Narcyza wdzięcznie (a przynajmniej tak sobie powtarzała) osunęła się na kolana i na czworaka podpełzła w stronę pióra, przy okazji wbijając wściekłe spojrzenie w Andromedę i przecinając linię jej wzroku. Oczy sióstr na moment się spotkały, ale to wystarczyło.
Postarała się być delikatna, chciała w końcu jedynie otrzeźwić dziewczynę, a nie sprawić jej ból, jednak chyba nie do końca jej wyszło, bo tamta wzdrygnęła się i skrzywiła. Osiągnęła jednak swój cel – Dromeda poprawiła się na krzesełku, otarła usta i spojrzała niezadowolona już całkiem trzeźwo na młodszą siostrę. Wyraźnie była zła, że przerwano jej rozmyślenia. Narcyza żachnęła się w myślach – doprawdy, czy nie można poświęcić się swoim myślom w nieco bardziej… Komfortowym miejscu niż pokój wspólny? Pokręciła głową, równocześnie wzdychając cicho i po cichu wróciła na swoje miejsce. Miała szczerą nadzieję, że nikt nie zauważył jej pokazu ekwilibrystyki na podłodze, bo to nie byłoby łatwe do wytłumaczenia. Już ona sobie porozmawia z Andromedą, kto to słyszał, żeby doprowadzać do takiej sytuacji?! Zirytowana dziewczyna poprawiła się na kanapie, przeczesała ręką włosy i jak gdyby nigdy nic wróciła do pisania wypracowania.

Doprawdy, czy profesor Winckler musiała tak ich męczyć tymi wszystkimi horoskopami? Owszem, Narcyza zamierzała zdać SUMy jak najlepiej, ale raczej nie chciała kontynuować akurat czegoś tak idiotycznego jak wróżbiarstwo. Tak naprawdę to nie zastanawiała się jeszcze nad swoją przyszłością… Westchnęła po raz kolejny, tym razem na tyle głośno, że zwróciła uwagę tego chudego pierwszoroczniaka z tłustymi włosami. Dziewczyna nie poświęciła mu jednak uwagi, jedynie spoglądała spod rzęs. Młodziak od początku swojego pojawienia się w Slytherinie zwracał uwagę – nie był słodkim dzieckiem, jakich było tu wiele, ani z wyglądu, ani tym bardziej z charakteru. Na imię mu chyba było Severus, jeśli dobrze pamiętała. Jego wielki nos okrutnie go szpecił, do tego chłopiec miał naprawdę niezdrową cerę, był wychudzony, a jego szaty wyglądały, jakby je sobie sam przerobił z worka na kartofle, tak były sprane i wytarte, do tego dużo na niego za duże. Starsze roczniki Ślizgonów uznały go za łatwy cel żartów i obelg, jednak dzieciak szybko pokazał na co go stać. Narcyza była świadkiem zaklęć, które wypowiedział, przeklinając trzecioklasistów, którzy uznali za zabawne wylać na niego wiadro pomyj, i musiała przyznać, że była pod wrażeniem. Po trzeciej sytuacji, w wyniku której kolejni Ślizgoni lądowali w Skrzydle Szpitalnym z coraz to dziwniejszymi dolegliwościami, wszystkie żarty ustały i młody Severus zdobył coś w rodzaju immunitetu. Wielu uczniów ze starszych klas automatycznie uznało, że chłopak musi być czystej krwi, mimo, że nikt nie wiedział tego na pewno. Teraz rzucał ukradkowe spojrzenia blond Blackównie, najwyraźniej próbując ją rozgryźć dzięki tym kilku chwilom obserwacji. Narcyza uśmiechnęła się pod nosem i z powrotem całą uwagę skupiła na wypracowaniu. Młodzieniec nie mógł mieć pojęcia, że jej życie składa się z wielu takich obserwujących ją osób i nauczyła się ukrywać swoje myśli i uczucia przed dokładnie każdą z nich. Tylko Bella wiedziała czasem, co gnębi jej siostrę.
Horoskop. Co za totalna bzdura. Jak można uważać, że ustawienie Marsa czy innego Jowisza względem Saturna ma jakiekolwiek znaczenie? Człowiek ma własny charakter, a on jest kształtowany przez lata doświadczeń i przeżytych wydarzeń, a nie przez kilka planet, które akurat ułożyły się tak, a nie inaczej. Narcyza absolutnie nie wierzyła w astrologię, nie czuła kompletnie sensu uczenia się tych bzdur. Co prawda SUMy musiała zdać, ale niezależnie od wyniku nie zamierzała kontynuować tego przedmiotu. Tak naprawdę planowała skupić się na zaklęciach i być może eliksirach – być może, bo wciąż nie wiedziała, jaka będzie decyzja jej ojca na ten temat. Tacie nie podobała się osoba Slughorna, z drugiej jednak strony wiedział, że mężczyzna ma wiele kontaktów, dlatego wszystkie siostry Black były miłe dla profesora i czasem bywały na jego proszonych kolacyjkach, jednak nie zdradzały mu zbyt wiele z życia rodziny. Obrona przed czarną magią mogłaby być ciekawa, ale nie była pewna, czy jest w stanie nauczyć się czegokolwiek więcej. Matka bardzo dbała o jej edukację, znała więc nie tylko obronę ale i to, przed czym (w mniemaniu profesorów Hogwartu) powinna się bronić. Na pewno zrezygnuje nie tylko z wróżbiarstwa, ale też numerologii i starożytnych runów – nie wyobrażała sobie, że mogłaby poświęcić jeszcze dwa lata na babranie się w cyfrach i szlaczkach. Znała podstawy, to wystarczyło. Uparła się za to, że będzie kontynuować zielarstwo i nawet wyjątkowo nieprzyjemne i twarde negocjacje z ojcem nie złamały jej woli. Jeśli było coś, co Narcyza naprawdę lubiła robić, to było to przebywanie w cieplarni, uprawianie ziół i krzyżowanie kolejnych gatunków w celu wyhodowania zupełnie nowych. Od matki wielokrotnie usłyszała zdanie, które normalnie na pewno by ją zniechęciło – wypowiedziane lodowatym tonem, brzmiące jak obraza, mimo, że w gruncie rzeczy było zupełnie neutralne: „To nie przystoi damie z rodu Blacków". Jednak tym razem nic nie było w stanie jej odciągnąć od swoich założeń i planów.
Zanim skończyła zrobiło się południe i pokój wspólny opustoszał. Narcyza wyprostowała się i odciągnęła łopatki w tył, aby rozluźnić spięte mięśnie pleców. Przydałby się masaż, pomyślała z utęsknieniem. Cóż, w Hogwarcie nie miała do dyspozycji służby, która byłaby na każde wezwanie całą dobę i tylko marzyła, by spełnić wszystkie życzenia „panienki Black". Trudno, zadowoli się odpoczynkiem przez resztę dnia – wygodne łóżko i dobra książka powinny ją trochę zrelaksować. Może nawet pójdzie do kuchni po kubek gorącego kakao? Naukę najważniejszych eliksirów powodujących zamroczenie i wywołujących omamy zostawi sobie na jutro, wieczorem ewentualnie poćwiczy chwilę zaklęcie transmutujące mysz w poduszkę. Do tej pory nie udało jej się wyeliminować problemu wąsów, a to nieco psuło efekt. Na jej nieszczęście McGonagall była uparta i wymagająca, zwłaszcza, kiedy widziała, że uczeń ma potencjał, dlatego nie pozwalała jej odpuścić. Na razie jednak będzie musiała poczekać, aż Narcyzę nawiedzą kolejne chęci do prób.
Rozejrzała się dokoła – jej siostra gdzieś wyszła, nie była w stanie powiedzieć czy poszła pospacerować po korytarzach czy przeciwnie, schowała się w sypialni. Zniknął też młody Severus, ale mogła się założyć, że poszedł do biblioteki – widywano go tam dużo częściej niż w pokoju wspólnym, najwyraźniej nie lubił być na widoku zbyt długo, jakby coś lub ktoś nauczyło go znikać z oczu. W kącie szeptały między sobą jakieś trzecioklasistki, najwyraźniej wymieniając się najnowszymi plotkami. Najbliżej Narcyzy, bo w fotelach przy stoliku tuż obok, najwyraźniej próbowali się uczyć szóstoklasiści. „Próbowali" jest tu słowem bardzo adekwatnym, bo z nich wszystkich jedynie Lucjusz Malfoy spoglądał w książkę. W tym czasie starszy Lestrange i Yaxley udawali, że robią cokolwiek produktywnego, a tak naprawdę zajmowali się czarowaniem papierowych samolocików, które latały po całym pokoju wspólnym, a oni chichotali idiotycznie. Narcyza westchnęła, tym razem nie starając się nawet tego zrobić cicho. Doprawdy, ci ludzie mieli szesnaście lat, a zachowywali się jakby byli trzpiotowatymi trzecioklasistkami, które zachwycają się kolejnymi chłopcami przechodzącymi korytarzem. Zawiesiła dłużej wzrok na Malfoyu – wysoki blondyn, niezmiennie noszący długie włosy, mimo tego, że wielu uczniów nabijało się z niego. Ich odcień był bardzo podobny do jej własnego, choć miała wrażenie, że mają bardziej popielaty poblask. Nie mogła nie zgodzić się z obiegową opinią – Lucjusz był przystojny i to cholernie. Miał arystokratyczne rysy twarzy, poruszał się z gracją, zarówno podczas walki, jak i spacerując po błoniach. Jakby urody było mało, los nie poskąpił mu także rozumu – był jednym z najlepszych uczniów na roku, nauczyciele w większości się nim zachwycali, a od kiedy został prefektem, nosił głowę jeszcze wyżej, niż wcześniej.
Dawno nie wpatrywała się w niego tak długo i chyba musiał wyczuć, że go obserwuje, bo uniósł głowę znad tomiszcza leżącego na stole. Miał zimne, szare oczy, takie, które przeszywały człowieka na wskroś i przyprawiały o nieprzyjemne dreszcze. Powoli opuściła wzrok w geście, który zazwyczaj stosowała wobec ojca – nie odwracała głowy, ani nie uciekała spojrzeniem tylko odwracała je spokojnie, w geście szacunku. Matka zawsze jej wpajała, że kobiecie nie wypada patrzeć mężczyźnie zbyt długo w oczy, jeśli ten mężczyzna swoją pozycją ją przewyższał. To tyczyło się więc Cygnusa Black, wszyscy wujów, znajomych rodziców… No i Lucjusza Malfoya – jej przyszłego męża.
Nie pamiętała ich zaręczyn, miała bowiem tylko trzy lata, kiedy do nich doszło. Wbrew tradycji, która nakazywała najpierw zadbać o zamążpójście najstarszej córki, Cygnus i Druella Blackowie zdecydowali się przyrzec właśnie jej rękę jedynemu synowi Abraxasa Malfoya. Narcyza nie była pewna, czy została wybrana ze względu na wiek, czy to jakieś inne powody grały tu rolę – dość, że umowa została zawarta, a data ślubu ustalona. Choć Narcyza doskonale wiedziała co ją czeka i znała swoje obowiązki, nie mogła się wciąż przełamać, żeby w ogóle zacząć rozmawiać z Lucjuszem. Widywała go w szkole, widywała na oficjalnych spotkaniach, czasem razem z rodziną odwiedzali go w jego rodzinnej posiadłości – i ciągle nie umiała się przekonać do dłuższej konwersacji. Bellatrix zdążyła już jakieś milion razy pokłócić się z jej narzeczonym, Andromeda raczej się nim nie przejmowała, a ona? Czuła niechęć. Prawdziwą niechęć, nie do końca możliwą do umotywowania. Brzydziło ją jego poczucie wyższości, nie lubiła też sposobu w jaki na nią patrzył – jakby uważał ją za głupszą i gorszą od siebie. Wiedziała doskonale, że może być to też jej wina – nie dała mu się tak naprawdę poznać, nie rozmawiała z nim, w jego towarzystwie zazwyczaj siedziała po prostu cicho i patrzyła w przestrzeń, ewentualnie przysłuchując się toczącej się konwersacji. Jednak to JEMU powinno zależeć – był mężczyzną, powinien chcieć dowiedzieć się czegoś o niej, zdobyć jej wierność i oddanie. Ich zaręczyny były wszak jedynie formalne, jej serce należało tylko do niej. Zresztą jej zamierzeniem było nie oddawanie go nigdy i nikomu. Dużo łatwiej jest zachować kontrolę nad sobą i swoim życiem, kiedy panujesz nad emocjami w pełni.
Odrzuciła do tyłu włosy. Właśnie w tym momencie tuż koło jej głowy przeleciał jeden z zaczarowanych samolocików, który wplątał się w długie, efektowne kosmyki, ciągnąc ją niemiłosiernie.
- Natychmiast to zabierz, Yaxley! – krzyknęła wściekła dziewczyna, próbując złapać wciąż ruszający się kawałek papieru, który coraz głębiej wchodził w jej fryzurę. Jednak ta dwójka palantów tylko się śmiała, najwyraźniej zachwycona faktem zdenerwowania zazwyczaj spokojnej Narcyzy, Lucjusz zaś obserwował całą scenę z lekkim znudzeniem malującym się na twarzy. To tylko bardziej rozwścieczyło blondynkę – jego cholernym obowiązkiem było bronienie jej, a nie patrzenie z politowaniem na to, jak jego koledzy w jawny sposób się z niej naśmiewają. Pochwyciła samolocik i jednym machnięciem różdżki, którą zawsze trzymała pod ręką, sprawiła, że spalił się płomieniem, który nie dotknął nawet jej włosów. Wytrzepała popiół i posłała zimne spojrzenie trójce szóstoklasistów. – Wydaje wam się, że to jest zabawne? Zajęlibyście się może czymś pożytecznym, zamiast tymi idiotycznymi wygłupami. Z tego co pamiętam Yaxley, to twoi rodzice nie byli zachwyceni poziomem, jaki zaprezentowałeś podczas SUMów. Twoja matka wspominała coś nawet na temat wstydu, którym ją okryłeś. A ty, Lestrange… - Spojrzała na niego nawet nie kryjąc, jak bardzo ją brzydził jego widok. – Doprawdy, współczuję mojej siostrze konieczności przebywania z tobą w jednym pomieszczeniu dłużej niż pół godziny. Jeśli we wszystkim jesteś tak beznadziejny jak w zaklęciach, to wasze małżeństwo będzie jedną z największych porażek na świecie. – Tymi słowami pożegnała ich i spokojnym, dumnym krokiem opuściła pokój wspólny.
Celowo pominęła w swojej tyradzie Malfoya. Wiedziała, że jeśli by go obraziła to musiałaby przeprosić i tłumaczyć się przed matką, ojcem i prawdopodobnie jeszcze przed przyszłym teściem. Nie miała na to najmniejszej ochoty – wolała dalej udawać, że chłopak nie istnieje niż musieć się korzyć. Nie zmieniało to jednak faktu, że czuła naprawdę okrutną wściekłość – jak mógł nie stanąć po jej stronie? Za trzy lata, kiedy tylko ona skończy szkołę, zamieszkają razem i oficjalnie zostaną małżeństwem. Czy wtedy też będzie udawał, że nie istnieje, będzie pozwalał ją obrażać i – co chyba najgorsze – będzie patrzył na nią z tą mieszanką znudzenia i politowania?
Doskonale wiedziała, jak działają małżeństwa w rodach czystej krwi, matka uczyła ją tego od najmłodszych lat. Zadaniem żony było nie wychylać się, dbać o dom i przynosić zaszczyt mężowi. Miała być cicha i opanowana, każdy, kto ją widział miał podziwiać zarówno jej urodę, jak i obycie i wiedzę. Mężczyzna zaś miał dbać o byt, zapewniać obydwojgu dostatnie życie i chronić żonę przed wszystkimi atakami, tak fizycznymi, jak i dotyczącymi jej czci i godności. Ona starała się być taka, jak tego wymagała tradycja – on jawnie kpił ze zwyczajów. Wiedziała, że nie zniży się do jakiejkolwiek skargi, wolała załatwić to sama, choć jeszcze nie miała pojęcia jak.
Spacer po zamku pozwolił jej się uspokoić i kiedy już otrząsnęła się z niewesołych myśli dostrzegła, że zawędrowała do sali wejściowej. Rozejrzała się, szukając wzrokiem znajomej twarzy, ale nie dostrzegła nikogo takiego. Postanowiła więc skorzystać z tej samotności i udać się do swojego azylu. Było jedno miejsce, gdzie mogła znaleźć spokój i wytchnienie – cieplarnia.
Listopad rozgościł się już na dobre na błoniach Hogwartu – z rana trawnik pokrywał się szronem, a nawet w ciągu dnia temperatura nie rozpieszczała i większość uczniów zrezygnowała już ze spacerów na świeżym powietrzu. Tego dnia na szczęście nie padało, więc Narcyza owinęła się ciaśniej szatą i najszybciej jak mogła przeszła nie tak znowu wielką odległość od drzwi wejściowych do najbliższego budynku cieplarni. Nie przejmowała się brakiem odpowiedniej odzieży czy rękawic – wiedziała, że profesor Sprout zawsze trzyma kilka zapasowych par, choć nie każdy wiedział, gdzie ich szukać. Po cichu weszła do szklarni numer jeden – na szczęście nikogo tu nie było, miała więc przed sobą kilka godzin spokojnego bycia sam na sam z roślinami. Przeszła przez pomieszczenie i weszła do kantorka znajdującego się po drugiej stronie. Zazwyczaj to tam można było się przebrać, poza tym profesor Sprout prowadziła swoisty „dziennik odwiedzin" – każdy uczeń był zobligowany do wpisania swojego nazwiska, domu i klasy a także powodu wizyty. Wszystko było oczywiście obwarowane odpowiednimi zaklęciami tak, że wpisanie nieprawdy było niemożliwe, a wyniesienie czegokolwiek z cieplarni poza własnymi rzeczami wiązało się z uruchomieniem alarmu, który natychmiast ściągał opiekunkę Hufflepuffu, co najmniej zirytowaną zawracaniem jej głowy. Nie było więc mowy o jakiejkolwiek kradzieży roślin do własnych celów.
Narcyza uzupełniła swoje dane i standardowo w rubryczce „co tu robisz?" wpisała „relaks". Narzuciła na siebie szatę ochronną, zgarnęła parę rękawic i zaszyła się pomiędzy grządkami, które profesor Sprout pozwoliła jej przeznaczyć na mały, prywatny ogródek zielny. Miała rękę do roślin, sama nie wiedziała skąd ta łatwość w rozpoznawaniu gatunków i przyswajaniu ich właściwości. Mało kto wiedział, że dziewczyna uwielbia zajmować się zbieraniem kwiatów, kłączy, liści i robieniu z nich naparów, które trzymała w kuferku pod łóżkiem. Gdyby tylko Slughorn wiedział, jak wielką jego uczennica miała kolekcję wywarów, mogących połowę zamku położyć do skrzydła szpitalnego… Dziewczyna uśmiechnęła się na tę myśl – na szczęście nie wiedział. Dlatego też mogła wykorzystać swoją wiedzę i umiejętności, żeby nieco ustawić do pionu swojego drogiego narzeczonego. Dotknęła ostrożnie liścia kiełkującego dopiero eleuterokoku kolczastego – ten maluch mógł jej pomóc i miała nawet pomysł jak.