„SZKOLNY TELEGRAF" z dnia 12 września 2000 roku
„WEDŁUG POLICJI ZA OSTATNIMI NAPADAMI NA SKLEPY STOJĄ UCZNIOWIE Z JEDNEJ ZE SZKÓŁ ŚREDNICH NASZEGO MIASTA. DOCHODZENIE PROWADZĄC PRZEZ OFICERÓW MA W NAJBISZYM CZASIE ZAKOŃCZYĆ SUKCESEM, UJĘCIE SPRAWCÓW JEST TYLKO KWESTIĄ CZASU, ZAPEWNIAJĄ POLICJANCI. WEDŁUG SPECJALISTÓW SIEDMIU NAPSTNIKÓW PRZEBRANYCH ZA ZAWODNIKÓW LICEUM „ ULYSSESA GRANDA" .
POLICJA ZNOWU ODWIEDZA PO KOLEI WSZYSTKIE SZKOŁY W MIEŚCIE."
Szkolna gazetka została przerobiona na papierową kulkę i wysokim lobem posłana do kosza na śmiecie. Odbiła się od ściany i wpadła do środka.
W szatni panował zaduch, powietrze było przesiąknięte potem z męskich ciał i ich ciuchów, które walały się, jeśli nie wszędzie to prawie wszędzie. W szatni była zebrana cała drużyna footballowa liceum Roosevelta wysłuchując artykuł, jednego z wielu artykułów wiodącej dziennikarki. Część klęła na nią, reszta siedziała cicho, byli zmęczeni treningu, co raz bliżej było do rozpoczęcia sezonu, a nowi nie byli pewni czy znajdzie się dla nich miejsce w drużynie.
Russell, czy twoja dziewczyna musi pisać takie bzdury? padło pytanie z kąta
Zakamarku wyłonił się John Silver, Long John Silver – obrońca. Jak na siedemnastolatka był bardzo wyrosły, jeden chodzący mięsień mierzący sobie dobre sześć stóp i trzy cale. Ciało było wybudowane na bazie sterydów i siłowni. Szeroki jak wysoki, twarz gładko ogolona. Kwadratowa szczękę, prosty nos, pełne usta. Czarne włosy krótko obcięte z trzema paskami w kolorze czerwonym. Brązowe oczy były zwierciadłami duszy mrocznej i pokrętnej. Biały ręcznik z trudem obejmował go w pasie. Z góry spojrzał na niższego od siebie napastnika.
John miał już kontakt z prawem od drugiej strony, cztery razy aresztowany za zbyt brawurową jazdę, raz mu zabrano prawo jazdy, ale odrazu załatwił sobie nowe. Oprócz szybkiej jazdy słynął z tego, że był brutalny na boisku i poza nim. Nie raz komuś coś złamał, obił, wybił.
Robi nam złe oblicze.
Napastnik podniósł lekko głowę do góry, był niższy od niego o blisko trzy cale.
A masz coś do ukrycia? Boisz się, że napisze o tobie? trafił w słaby punkt.
Przeginasz. ostrzegł go stukając palcem w jego klatkę piersiową. Uważaj, gdyż możesz mieć kłopoty, które przerosną ciebie chłopaczku, uważaj.
Silver! basowy głos trenera rozległ się w szatni. Posadź gdzieś swoją dupę, abym mógł ją widzieć. To samo się tycz ciebie, Drako. poczekał, aż zajęli swoje miejsca. Po ostatnim ataku na sklep przez bandę gówniarzy policja czepia się wszystkich po kolei. Jak wiecie od naszej słodkiej pani dziennikarz, policja znowu nas nawiedziła. Oto i oni.
Do środka wpuścił dwóch tajniaków, którzy nie byli zadowoleni, że kazano im jeździć po szkołach i użerać się ze smarkaczami.
Detektywi Bern i Trentot, zadadzą wam kilka pytań.
Szła wolnym krokiem, ale dało się dostrzec tą dumę i pewność siebie, jakie przemawiały z każdym krokiem. Była w maturalnej klasie i prowadziła szkolną gazetkę. Nie była, co prawda szefową, lecz jedną z pięciu piszących do niej osób, wybrała rubrykę wydarzenia miejskie, sprawy ostatnich napadów.
Spojrzała na zegarek, dochodziła trzecia, miała zaraz spotkać się z Jackiem, a o piątej z Ericem. Zmarszczyła brwi, zaraz spotka swego chłopaka, a później z byłym. Nie zastanawiała się za bardzo nad tym, co czuje Bross, gdy widział ją z Russellem. Nie interesował ją zdanie Jacka na temat spotkań z były chłopakiem.
Poprawiła włosa zakładając pasmo za ucho spadające na twarz. Były jasnego kolory, tylko tyle dało się o nich powiedzieć. To nie był jej naturalny kolor, był ciemniejszy, o czym świadczył odrosty.
Miała pięć stóp i siedem cali wzrostu. Oczy błękitne jak spokojne wody Pacyfiku, czy jak utopione w górskim potoku dwa diamenty, miały w sobie pewnego typu magie przyciągania do siebie mężczyzn. Cera jasna, nie lubiącą zbytnio promieni słonecznych. Oblicze poważne, o głębokim zamyśleniu, jakby jej myśli dawno opuściły ten układ słoneczny, o czym ona w ogóle nie miała pojęcia. Zadumienie często było rozświetlane przez szeroki i gorący uśmiech. Kiedy się śmiała potrafiła nim roztopić największe bryły lodu i przynieść światło, tam gdzie był mrok piekielny.
Ubrana była w obcisłe spodnie z czarnego materiału bez kieszeni, biały podkoszulek z małym dekoltem. Nie nosiła biżuterii. A słodka woń perfumów niosła się za nią.
Pokonała ostatni zakręt i znalazła się na swojej ulicy, od dwóch lat mieszkała w dzielnicy domków – North Star, po tym jak przeprowadziła się z Zachodniej Dzielnicy, na której się wychowała. Podniosła wzrok do góry i dostrzegła swoje szczęście. Przed domem zatrzymał się szary Jeep Icon, takim samochodem jeździł jej chłopak, Jack Russell. Stał obok auta, miał na sobie granatowe spodnie, tego samego koloru bluzę i czerwoną kurtkę z wielką, białą literą T, był zawodnikiem Kamiennych Tygrysów. Taką samą miała u siebie w pokoju, dostała ją od niego, gdy tylko zaczęli chodzić ze sobą.
Jack miał sześć stóp wzrostu, czarne włosy krótko ścięte, ale kiedy były dłuższe miały tendencje do samo układania się, czego osobiście bardzo nie lubił. Oczy brązowe o spokojnym, ciepłym i pełnym zaufaniu spojrzeniu. Skóra nosiła jeszcze resztki południowego słońca z wakacji. Sylwetka typowa dla sportowca, dobrze zbudowany.
Przywitanie było dosyć chłodne jak na parę, ale byli na ulicy i to na dodatek przed jej domem i nie chcieli ryzykować kłopotów z rodzicami Jenny.
Jak było na treningu?
Ruszyli w kierunku domu trzymając się za ręce. Oboje byli jak dwa bieguny magnezu. Ona była bardzo żywiołowa, żywe srebro, trudno było jej ustać w jednym miejscu. Lubiła szaleć na dyskotekach, wtedy było trudno im dotrzymać jej kroku. A do tego w każdej chwili mogła zrobić coś naprawdę szalonego, coś czegoś by się po niej nie spodziewał. On był zupełnie inny, cichy, spokojny, unikał tłumów. Do półki jej nie poznał i wszystkich klubów w mieście.
Te i wiele innych różnic było powodem, dla którego oboje się zeszli.
Gestapo? spytał Przynieśli mas zdjęć z kamer ochrony, a twój artykuł wywołał kolejną burze.
Czy wymieniłam czyjeś nazwisko? spytała oburzona. Nie! Nikt nie wie, kim byli napastnicy.
Zamilkli wchodząc do domu, nikogo nie było, co bardzo zdziwiło Jenny. O tej porze jej mama była dawno domu, oby tylko nic się nie stało jej w drodze do domu.
Przy lustrze nie znalazła żadnej karteczki z wiadomością do niej. Nie myślała nad tym zbyt długo. Odwróciła głowę do tyłu, Jack położył ręce na jej ramionach i zbliżył się do niej. Nie broniąc się skryła się w jego ramionach, w przystani bezpieczeństwa. Czuła drzemiącą w nich siłę, twarde jak głaz ramiona otaczały ją ciasnym kręgiem.
Usta po chwili połączyły się w mocnym i gorącym pocałunku. W ustach języki starły się w miłosnym tańcu pełnego szaleństwa i uniesienia.
Przerwali na chwile wciąż mierząc się czułymi spojrzeniami. Na jej twarzy malował się zadowolenia i częściowego zaspokojenia uśmiech.
Słyszałam, że policja z wami rozmawiała. I co…?
Jak zwykle była perfekcjonistką, zawsze myślała o pracy, pragnęła zdobyć parę ciekawostek, aby napisać nowy materiał do szkolnej gazetki. Czasami się zastanawiał, czy nie potrafi myśleć o niczym innym jak o pracy w gazecie.
Ruszyli na górę, do jej pokoju. Schody z drewna pod sporym kątem prowadziły na górę, z trudem wchodziło się po nich trzeba było zawsze uważać, aby nie uderzyć się w głowę.
Na pierwszym i jedynym piętrze mieścił się pokoje córek państwa Harper, starszej Kariny i właśnie Jenny oraz sypialnia rodziców dziewczyn, druga łazienka, wejście na mały taras.
Pokój nie należał do tych dużych, ale nie narzekała na brak kąta dla siebie i swojej pracy. Przy oknie z widokiem na ulice było biurko, na którym trudno było o porządek obok komputera walały się jakieś papiery, książki. Tuż przy drzwiach było łóżko zaścielone, co dosyć często nie zdarza się. Między łóżkiem, a biurkiem znajdowała się półka z kilkoma szufladami. Na tej samej ścianie były trzy półki wiszące w zasięgu ręki będąc na łóżku. Na drugiej ścianie znajdowała się szafa i regał oraz zawieszone tablice korkowe ze zdjęciami, które sama robiła. Fotografika była jej hobby, a przy okazji pomagało w dziennikarskim fachu.
Siadła mu na kolanach obejmując go za szyje.
Więc co masz do powiedzenia? nie poddawała się tak łatwo
Czy wykorzystasz to przy kolejnym artykule przeciw Silverowi? Po ostatnim był na ciebie cholernie wściekły, no cóż nie dziwię mu się po tym jak obsmarowałaś.
Long John Silver nie pałał do niej wielką miłością prosto z serca, zwłaszcza po serii artykułów, w których wyciągnęła na światło dzienne kilka spraw, w które był zamieszany obrońca, a dyrekcja szkoły przymykała na niektóre oko. Wymieniła każdy jego błąd, w tym szaleńczą jazdę nowym samochodem marki BMW, co kosztowała go utratę prawa jazdy na parę tygodni. Nie przejmowała się nim, jak do tej pory tylko dużo zamieszania robił i nic więcej.
Nie, nie wykorzystam.
Jack przyjrzał się uważnie. Wiedział, że może jej ufać w tej sprawie.
Jak zwykle czepiali się Silvera i Drako, reszta miała jakieś wytłumaczenia na ten wieczór.
Jak zwykle czepiali się tej dwójki. Nie wiedział, czemu, ale kłopoty ubóstwiał ich jak nikogo innego.
Dała sobie spokój z pracą, a zajęła się przyjemnościami – czyli nim. W szkole nie miała dla niego zbyt wiele czasu, gdyż miała spotkanie kółka redakcyjnego, co im zostało to dla niej było stanowczo za mało. Zakochała się i to poważnie. Kiedyś nie zastanawiała się nad dniem jutrzejszym, żyła tylko chwilą nie martwiąc się na zapas. Obecnie dokładnie rozważała każdy krok. Nie długo skończy szkołę i wyjedzie z North Rock i zacznie studia na uniwersytecie stanowym, czy innej uczelni wyższej w kraju. On zostanie tutaj i przez ten rok nie będzie jego przy niej, czego nie może przetrawić. Nie chciała wyjeżdżać, pragnęła być z nim cały czas, nie wie jak przeżyje rozstanie z nim.
Na początku będą do siebie dzwonić, co dziennie, spotykać się w każdy weekend. Ale co później? Będzie miała więcej pracy, nie zawsze nie będzie miała okazji przyjechać do rodziców i nie zawsze on będzie mógł przyjechać do niej. Nie będą się widzieć tygodniami, aż dojdzie do tego, że zerwie się konta między nimi. Jego serce, które do tej pory należało do niej mogło nagle dostać się we władane innej, ale co gorsze swoje serce odda komuś innemu. Nawet nie chciała o tym myśleć.
Na członków drużyny sportowej zawsze czyhało wiele dziewczyn, pragnęły tylko zdobyć trochę sławy nawet idąc jednym z nich do łóżka, a zwłaszcza dziewczyny z drużyny dopingującej.
Przyszłość malowała się w ciemnych barwach, jeśli tylko wyjedzie straci go już na zawsze.
Nigdy w ten sposób nie podchodziła do żadnej sprawy, żyła z dnia na dzień, nic nie było w stanie zmusić jej do myślenia nad dniem, który dopiero, co miał nadejść. Żyła chwilą, jakby była to jej ostatnią. Lecz kiedy nadeszła ostatnia klasa i na horyzoncie pojawił się właśnie Jack, zaczęła się martwić tym, co było dla niej zakryte przez los, tak jak dla reszty śmiertelników.
Z optymistki przeradzała się w pesymistkę. Jak do tej pory przyszłość jej nie interesowała, tak teraz pragnęła poznać ją, gotów była za nią oddać za poznanie jej. Teraz zaczęła doceniać podejście do życia pewnej osoby, zresztą pesymisty z krwi i kości, który jeśli chodzi o planowanie mógł dorównać samym Niemcom i ich dokładności.
Kiedy chodzili ze sobą drażniło ją to, zawsze miał zaplanowane każde pięć minut swego życia. Nie był spontaniczny, pamiętała, ze kiedyś mu to zarzuciła. Obecnie…, słów jej zaczęło brakować i doszła do zdania, które zachwiało jej całym światem. Lepiej mieć jakiś plan, choćby i awaryjny, ale jakiś plan, niż żyć nie przejmując się, że jutro cały świat stanie człowiekowi na głowie.
Do półki czuła, że ją obejmuje, bicie jego serca w ten sam takt, co jej, wszystko było dobrze.
Próbowała zapomnieć o czarnych myślach i udawać, że wszystko jest jak należy, gdy nie było. W bezpiecznej zatoce zapomnienia jego ramion żadna zła myśl nie miała prawa do niej się nawet zbliżyć, a dopiero, co niepokoić. Czas w tej przystani bardzo szybko mijał, zbyt szybko, pragnęła, aby stanął w miejscu, a najlepiej byłoby, gdyby się cofał i dawał im wieczność dla siebie. On jednak gnał jak opętany do przodu nie bacząc na jej prośby, błagania. Szybciej, szybciej, byle do przodu, nigdy wstecz. Nie zostało jej nic innego jak czerpać z każdego spotkania, z każdej sekundy bycia razem tyle ile się dało i więcej. Każda minuta to sekunda, a każda godzina to minuta z nim. Czuła wielki ból w środku.
Z trudem przeżywała rozstania, choćby na kilka godzin. Chciała, aby był przy niej cały czas, dni i noce, tylko z nią i z nikim więcej, do końca dni, życia danego przez Boga. Jej prośba nie mogła się spełnić tak jakby tego pragnęła. Musiało wystarczyć jej to, co miała, a to było za mało.
Czarny Mercury staną za szarym Jeepem. Na pierwszy rzut oka widać było, że nie był to klasyczny oldtimer. Po wieloletniej służbie u pewnej starzej pani z Norway ze stanu Maine. Był stary, ale w doskonałym stanie, starsza pani nie jeździła nim za wiele z powodu złego stanu zdrowia, sprzedała mu go za dwieście osiemdziesiąt dolarów. Od razu przeszedł gruntową przemianę. Wpierw obniżono zawieszenie, chromowane listwy dolne i wzmocniono całą konstrukcję, auto przybrało trochę na wadze. Silnik został przerobiony przez niego i dwóch kumpli. Dorzucono mu kilkanaście koni więcej, a do tego doszła turbina. Drzwi dysponowały małymi szybami z grubego szkła, które nie dało się opuścić. Zamontował dobrą klimatyzację z jakieś limuzyny oraz elektrycznie otwierany szyber dach pokryty stalową płytą. W środku była skóra i chromowane części, które znajdywał na złomowiskach. Nie mogło rzecz jasna zabraknąć doskonałego radia z odtwarzaczem CD, pięć głośników, które załatwili jego kumple.
W tym dosyć dziwnym czołgu, który rozpędzał się do stu czterdziestu mil na godzinę, z włączoną turbiną prędkość wzrastała o trzydzieści pięć mil siedział osiemnastolatek. Mierzył sobie ponad sześć stóp wzrostu. Brązowe włosy były zawsze za długie, ale dzięki temu same się układały jak chciały. Oczy szare jak popiół, ponure, rzadko ktokolwiek widział, aby był pogodne, przypominały czasem niebo tuż przed deszczem. Twarz pociągła, nienawidziła maszynki do golenia i unikała jej jak diabeł święconej wody. Nie było w niej niczego, co by ją wyróżniało pośród wielu innych młodych twarzy. Nosił się zawsze w ciemnych barwach, najbardziej upodobał sobie czerń. Tego dnia miał na sobie granatowe dżinsy, w pasie gruby skórkowy pas z potężną klamrą. Czarny podkoszulek, sportowe buty w tym samym kolorze. Obok niego na fotelu leżała ciemno granatowa kurtka sportowa z białą literą W. Dodatkami był na lewej ręce zegarek, ciężki japoński złom, który jako jedyny przetrwał dłużej niż miesiąc, a kosztowa go pięć dolarów. Na serdecznym palcu lewej dłoni znajdował się srebrny pierścień, prezent od byłej dziewczyny, talizman, pamiątka, odstraszał inne dziewczyny.
Wziął granatową kurtkę z fotela. Z przodu była litera W – Wikingowie oraz numer, z którym grał, trzynastka. Na plecach znajdowała się głowa wikinga, rude włosy zaplecione w dwa warkocze, srogie rysy twarzy, a wzrok, gdyby umiał zabijać posłałby wszystkich wokoło do Wahali. Broda miała kształt trój zęba. Na głowie nosił hełm z dwoma rogami.
Pod nią był zeszyt, prowadził w nim swoje notatki i zapisywał, co ważniejsze sprawy, w tym również wykłady dla Jenny.
Zamknął samochód, był zaopatrzony w zamek centralny i alarm, kolejny bajer, który dołożył do niego. Wolnym krokiem ruszył na co tygodniowe zajęcia z historii, którą wykładał przez głupi żart. Nie narzekał. Przychodził do nie z kilku powodów, aby jej pomóc w nauce, aby samemu czegoś nowego się nauczyć i sprawdzić, czy nadaje się na wykładowcę – nie. Był jeszcze jeden powód, skrywał go przed całym światem, przed nią, a zwłaszcza przed samym sobą.
Pięć pokojów, dwie łazienki, kuchnia, piwnica, nad garażem znajdowały się dwa pokoje gościnne. Znał na pamięć rozmieszczenie całego domu, każdy kont.
Trawnik był równo przystrzyżony, zadbany, nic nie walało się nie potrzebnie. Na podjeździe stał samochód rodziców, Chevrolet. Nie widział jeździły na zmianę srebrnym Chryslreem PT Cruzier, ale był pewien, że była w domu, a to dlatego, że przed domem stał Jeep Jacka.
Nacisnął tylko raz dzwonek i rozległ się głos dzwonów, jakby stał obok jakieś katedry. Czekał tylko chwile na otwarcie drzwi. Nie spodziewał się, że osobiście pofatyguję się do niego Jenny, a zwłaszcza, gdy jest u niej Jack. Miała na sobie czarne spodnie i tego samego koloru podkoszulek, a na twarzy szeroki i promienisty uśmiech.
Cześć, wejdź.
Jej dźwięczny głos był kiedyś muzyką dla uszów, obecnie również. Lekko uśmiechnął się wchodząc do środka. Zamknęła za nim drzwi. Stanął na przedpokoju.
Dzień dobry.
W salonie jak dostrzegł siedziała jej mama i oglądała jakiś program telewizyjny. Odparła tym samym, pod niosła się trochę z fotela, aby spojrzeć na gościa.
Jenny pobiegła na górę, nie musiał zgadywać jaki był tego powód, strasznie była niecierpliwa, a zwłaszcza jeśli chodziło o niego. Była zakochana w chłopaku, za którym nie powinien przepadać, przecież on był wcześniej chłopakiem Jenny i powinien być na niego wściekły, a nie był.
Zdjął buty i ruszył za nią na górę i tak jak się spodziewał zastał Jacka w jej pokoju. Kiwnął głową na przywitanie choć był od niego starszy. On tu był obecnie samcem alfa, przegrany przyznaje się do porażki z honorem i nie robi scen.
Witam.
Cześć.
Uścisk dłoni był już silny jak przystało jak na facetów. Kości żadnemu nie pękła. Nie było dalej żadnych morderczych spojrzeń, pełnych wyzwania do boju o kobietę, nikt nikogo nie straszył. Zachowywali się jak cywilizowani ludzie w towarzystwie damy.
Nie uważali się za wrogów. Jack wygrał, Eric pogodził się z porażką i przyjął ją godnie. Osobiście nie miał nic do nowego chłopaka, to był wybór Jenny, nie jego i uszanował go i odsunął się na bok, bo nic innego mu nie został. Obserwował i badał bardzo uważnie sytuacje.
Godzina piąta bardzo szybko zbliżała się, była to jego godzina z nią sam, na sam. Kończył się czas Jacka i doskonale o tym wiedział, tak jak on i nic nie mógł na to poradzić. Ufał dziewczynie, że tylko pomagał jej w nauce, gdzie sam nie mógł jej pomóc.
Bross siedział na obrotowym krześle, odwrócił się plecami do drzwi, wzrok skierował na ulice za oknem. Oni zeszli na dół, głos lekko ściszyli schodząc po schodach, nie chcieli, aby ich podsłuchano.
Kiedy się spotkamy? spytał ją
No… jutro. odparł.
Założył i zasznurował buty. Jego oczy spoglądały ku górze, ku pięknemu aniołowi, cud bogini. Wyprostował się. Krok do przodu. Wdech. Wydech. Usta połączyły się w krótkim pocałunku, w nim poczuła się jakby stanowiła z nim jedność. Jej schronienie, zatoka bezpieczeństwa oddala się od niej powoli i nie mogła jej zatrzymać. Poczuła jakąś rosnącą pustkę.
Zadzwonię. obiecał jej.
Będę czekała. Czekam.
Stanęła w drzwiach jej wzrok zmierzał w dal za oddalając się Jeepem, aż zniknął za zakrętem. Pustka, która rodziła się obecnie przybrała ogromnej wielkości. Rozstania nawet na kila godzin trwały jak wieczność, były nie do zniesienia. Ból przeszył ją na wskroś.
Zamknęła drzwi, odjechał obecny, czekał były. Dziwne, ale prawdziwe i cholernie pogmatwane. Szybkim krokiem weszła na górę. Siedział nadal spoglądając na ulice. Nie miała pojęcia czemu, ale zawsze kiedy wchodziła, a on był sam przez moment, to zawsze lustrował ulice. Jeśli wcześniej nie miał powodu, tak obecnie obserwował jak Jack znika za horyzontem. Miał pięć minut swojej glorii.
Zabierajmy się do roboty.
Jestem gotowa.
Dzisiaj w planach mamy wielkie odkrycia geograficzne. powiedział wyciągając jakąś kartkę ze swojego zeszytu. Mam nadzieje, że swój temat przygotowałaś.
No oczywiście!
To, do roboty.
Godzina bardzo szybko minęła na rozmowie na temat historii, z jednej strony to dobrze, gdyż nie potrafiła na niczym inny się skupić jak na nieobecnym chłopaku, źle gdyż pragnął wciąż być przy niej. Na raz nie dało się zadowolić dwojga, gdy każde z nich pragnie co innego. Choć nie raz siedział dłużej, gdy przychodziła pora podzielenia się z ciekawostkami, albo po prostu rozmawiali, jakby nigdy nie rozstali się. Zawsze szerzże.
Bross nigdy nie był dobrym mówcą, lepiej wychodziło mu słuchanie i doradzanie. Bóg nie był hojny jeśli chodzi o dar mowy w jego przypadku. Kiedy mówił za wiele, to zaczyna bredzić. Ale potrafił doradzić.
Harper zawsze z wielka chęcią dzieliła się z nim informacjami. Robiła to, gdyż ufała mu i cokolwiek padło w trakcie rozmowy, nigdy nie opuszczało pokoju, dyskrecja była najważniejsza. Każdy problem był brany z należytą powagą, nie dzielił na te łatwe, które można tak po prostu potraktować ulgowo i te poważne, które były co do rozwiązania wręcz gardłowe.
Tematyk tych rozmów była różna jak noc i dzień. Część dotyczyła życia osobistego jednego, albo drugiego, najważniejsze wydarzenia z życia artystycznego i kulturowego, zahaczali również o sport. Artystyczna dusza Jenny nie raz ścierała się pesymistyczną, czysto realistyczną duszą byłego chłopaka. Nie pojmował czasami jej prac, ale rozumiał przeciętnego zjadacza chleba i jego podejście do sztuki.
Czas przeznaczony na dzisiejszą lekcje dobiegł końca i musiał wracać, gdyż czekało go jeszcze wiele pracy w domu, której nie mógł odłożyć na później. Zebrał swoje notatki.
Za tydzień wojna, Stany Zjednoczone, kontra Meksyk. Od razu po niej Wojna Secesyjna, przyczyny, skutki i tak dalej.
Zapisała na kartę.
Co robisz w Sylwestra?
Nie wiem, jeszcze nie myślałem. A co?
Nie planuj niczego innego.
Zrozumiał, że miał się czuć już zaproszony na zabawę. Ciekawe.
Zobaczę w moim kalendarzyku, czy nie mam niczego zaplanowanego. Jeśli nie przyjdę…
Przewaliła po nim swoje najcięższe spojrzenie. Zdawała sobie sprawę, że żartuje i na pewno przyjdzie, bo nie ma innych planów, jak do tej pory. Jeśli nie znajdzie niczego ciekawego do roboty, to zawsze może iść spać, oglądać telewizje, czy czytać książkę.
Jeśli nie przyjdziesz, to coś o tobie sobie pomyślę.
I tak gorszego zdania jak miała, to nie może mieć o nim, stwierdził z ciężką ironią e duchu. Byli przyjaciółmi, pragnęła zachować ją. Bross był dziwny i trudno było go zrozumieć, ale był jej kolegę i zawsze mogła na niego liczyć. Chodzenie z nim uważała obecnie za pomyłkę, ale wyciągnęła z niej już odpowiednia lekcje i nie chciała z powodu tego błędu tracić sprawdzonego i wiernego przyjaciela.
Jej niebieskie oczy próbowały przebić się przez pancerz jakim otoczył swoją duszę, oczy były zwierciadłem, ale nie potrafiła się przebić przez tą osłonę wzniesioną do obrony. Nie miała przed kim miał zamiar się bronić.
Przyjdę sam, lub z kimś.
Deklaracja przyjścia zadowoliła ją, zainteresowało ją z kim chciał przyjść. Pamiętała, że mówił o jakieś tajemniczej dziewczynie i miała na imię Sara. Poznał ją jakiś czas temu po ich rozstania. Wiedziała o niej nie wiele, prawie nic oprócz imienia i tego, że była od niego starsza i nic więcej.
Sara, zabierzesz ze sobą? spytała zaciekawiona.
Wzbudzenie ciekawości było u niej łatwiejsze, niż odebranie dziecku lizaka. Zrobi prawie wszystko, aby poznać prawdę, dowiedzieć się czegoś ciekawego
Przyjdziesz z nią?
Bross uśmiechnął się tajemniczo. Wiedział, że ciekawość ją teraz zżera po kawałku. Mała gloria.
Zobaczymy. odparł. Wdepnij, zadzwoń, pogadamy. Mój adres nie uległ zmianie. Znajdziesz mnie bez trudu, ale jeśli zaginiesz po drodze, to pamiętaj, że moje mieszkanie znajduje się kilka ulic od tego nowego i wspaniałego osiedla domków, gdzie mieszka twoja najlepszą koleżanka – Angel.
Przedrzeźniał się z nią i oboje o tym doskonale wiedzieli. Dawno już u niego nie była, mogłaby odwiedzić stare śmiecie. Nie mogła zapomnieć, gdzie się wychowała.
Angel mnie zabije, gdy tylko mnie zobaczy. Miałam do niej wdepnąć i pogadać, cholera zapomniałam. Będzie na mnie wściekła jak nigdy.
Wymówka dobra jak każda inna, również skuteczna jak reszta. Na obronę można było powiedzieć, że nie zapomniała specjalnie, naprawdę zabrakło jej czasu i nie miała samochodu.
Zadzwonię i powiem, że nie przyjadę.
Tylko się uśmiechnął i pokręcił głową. Postanowił tego nie komentować, gdyż nie było sensu.
Dopiero będąc na dole powiedział z ironią, nie obawiając się tego, że zrzuci go ze schodów.
Jak ciebie zabije, to Jack owdowieje.
Uporał się ze sznurówkami i zrzucił na grzbiet kurtkę. Cały czas się uśmiechał złośliwie.
No to do przyszłego tygodnia. ruszył do wyjścia bez niczyjej pomocy. Odwiedzając Angel, zajrzyj i do mnie. Nie zapomnij, że w przyszłym tygodniu zaczyna się sezon, mam nadzieje, że przyjdziesz i będziesz mi dopingowała. Pierwszy mecz gramy właśnie z Panterami.
Błysk w oku zmienił się raptownie w wieczny ogień, który pochłonie wszystkich, którzy odważą się mu stanąć na drodze. Nie był to ogień nienawiści, pożądania. Był to jedno z tych spojrzeń, których znał najlepiej i bardzo jej lubił. Błękitne ognie zawiści czystej żądzy.
Przykro mi, ale ja kibicuję Panterom. oznajmiła głosem pełnym zawiści, ale resztę dodała już spokojnym tonem. Lecz…, tobie mogę pokibicować jak będziesz kiepsko grał.
Nic więcej nie dostanie teraz od niej, więcej nie potrzebował prawdę mówiąc.
To będzie piękna i szybka rzeź Panter. zapewnił ją, dając powód do ataku na siebie, nie będzie nawet się za bardzo się wysilać. Odyn i Thor są z nami, nie zwiedziemy ich.
Nie podawał się tak łatwo, zawsze musiała mieć ostatnie zdanie, o czym doskonale wiedział. W przeszłości ustępował jej dosyć często, obecnie nie miał zamiaru.
Jenny nie miała zamiaru pozwolić, aby jej drużyna przegrała jeszcze przed meczem, nawet, gdy przeciwnik miał wsparcie w postaci bogów jakiegoś barbarzyńskiego narodu.
Jak na katolika masz nie miły zwyczaj modlić się do innych bogów, a co z „Nie będziesz miał cudzych bogów przede mną". Może zapomniałeś? A może zmieniłeś wyznanie i zapomniałeś się pochwalić?
Bross stanął w progu i powiedział.
Nazwijmy, to deizmem. Masakra będzie i to nie podlega dyskusji. Zobaczysz, Pantery odwiedzą Odyna w Wahali i przekażą mu jakich dzielnych ma synów. Cześć.
To wy będziecie mu się tłumaczyć z porażki! Cześć!
Odpowiedział jej już tylko śmiech. Nie odwrócił się, aby odpowiedzieć na jej zaczepne krzyki o słabościach jego kolegów z drużyny. Do zwycięstwa był co prawda jeszcze kawałek drogi, ale czuł już jego smak. Dadzą sobie rade z nim i ona o tym wiedział.
