lekkie skrzypnięcie drzwi natychmiastowo odciągnęło mój wzrok od wyświetlacza mojego telefonu. no w końcu, ja tu w ziemię wrosłem. czerwona glizda spojrzała na mnie z lekkim uśmiechem, a ja momentalnie przestałem podpierać ścianę i poczułem jak mój kręgosłup stał się nienaturalnie prosty.

- co tak długo. - kiedy odpowiedziała mi wymowna cisza od razu się poprawiłem - i jak? zabiłeś go? ... czy coś?
- Daiki, nie jestem aż taki ostry na pierwszym spotkaniu. - jego uśmiech lekko się poszerzył na tyle żeby spod minimalnie rozchylonych warg można było ujrzeć biel zębów.
- nie powiedziałbym. niektórzy krzyczeli ze strachu na twoich przesłuchaniach. nie mów, że nadal nosisz ze sobą te nożyczki...
- czyżbyś chciał je zobaczyć, Daiki?
- NIE.
- rozumiem. - zaśmiał się by po chwili spoważnieć ze zdradzieckim błyskiem w oku. - przygotuję wszystko do drugiej.
- znaczy zajmiesz się nim?
- ah Daiki, Daiki. czyżby czasopisma z hojnie obdarzonymi paniami już do reszty wyżarły ci twój i tak maleńki móżdżek?

wkurwił mnie. zabiję. wypatroszę. nie dość, że mnie obraża cham jeden to jeszcze uśmiecha się jak jakiś popapraniec wyciągnięty z psychiatryka. niby go lubię, ale jednocześnie rozsmarowałbym mu tą jego buźkę na najbliższej ścinie. oczywiście musiałbym liczyć się ze strasznymi konsekwencjami, o których wolę nawet nie myśleć, więc sobie grzecznie postoję.

- ty...
- tak, zajmę się nim. lubię trudne przypadki.

trudne przypadki? co ten pojeb miał na myśli?

wchodząc do małej, obskurnej salki, zrozumiałem.
Takao jakiego znałem już nie był sobą. wprawdzie na jego ustach błądził uśmiech, a twarz w dalszym ciągu miała przygłupi wyraz, ale jego oczy były gdzieś daleko, były puste. nie czaję jak jakiś koleś mógł doprowadzić go do takiego stanu. mnie nawet najgorętsza laska by tak nie urządziła.

oi, Takao. co ci strzeliło do tego durnego łba?

z tego co podsłuchałem to swoją sytuację zawdzięcza jakiemuś Shin-chan'owi. gdybym dorwał gościa to chyba jaja bym mu urwał. zaraz... przecież jestem policjantem, nie mogę robić takich rzeczy. haha, dobre. doszło do tego, że pieję się z własnych myśli. w sumie to w dupie to mam. nawet jeżeli by mnie jakimś cudem zidentyfikowali to mój jakże ukochany przełożony na pewno by jakoś załatwił sprawę. w końcu ma u mnie dług wdzięczności, bo ocaliłem jego utyte dupsko od niechybnego zwolnienia spowodowanego bajzlem w papierach. oczywiście nie znam się na tych wszystkich papierkowych robotach, więc w tamtej chwili bardzo drogo ceniłem sobie znajomość z czerwoną glizdą. dzięki temu to i ja narobiłem sobie długu u Akashi'ego, a pornosów nie chciał przyjąć jako zapłaty. nie wie co dobre w życiu. czasami mam wrażenie, że zrobił to wyłącznie po to aby móc dowiedzieć się czegoś z tych dokumentów, a nie po to by pomóc tak wspaniałej osobie jaką jestem ja.
jeszcze za czasów szkolnych miał obsesję na punkcie władzy absolutnej czy jak ta pierdoła się zwała, teraz ma obsesję by jego ośrodek stał się najlepiej prosperującym w Japonii. cóż, lepsze to niż bieganie za ludźmi z nożyczkami.
niech wyleczy Takao. no właśnie... gapię się na Takao, a rozmyślam w najlepsze o panu psychopacie.

kiedy go tu przywieźli był kompletnie zalany i naćpany. sprzątaczki miały co robić, bo udekorował cały hol swoimi rzygami. po tych ekscesach spał aż do rana kiedy to odbyła się pora przesłuchania.
z tego co mówi, to nie pamięta nic ze swoich wczorajszych wyczynów. a szkoda, były naprawdę imponujące. zaliczały się do nich: rozróba w barze ze striptizem, rozbicie kilku automatów z napojami, próba kradzieży w sklepie i co najlepsze - skopanie dupska mojemu byłemu partnerowi z patrolu. yea, życie od razu staje się piękniejsze jak człowiek patrzy na próbę uśmierzenia bólu poprzez przykładanie woreczka z lodem do tych tycich jajeczek. aż musiałem myśleć o impotencji, aby nie parsknąć mu ze śmiechu w twarz.

- i niby ja to zrobiłem? serio? - zdziwiony wyraz twarzy Takao był bezcenny.
- tak, ale tego rudego to mogłeś bardziej pokopać w krocze by mu jego cenne kochones urwało.
- będę pamiętał na przyszłość. - zaśmiał się. - więc to teraz będzie ze mną? pójdę do więzienia czy coś? w końcu posiadałem przy sobie narkotyki.
- nie, spoko. załatwiłem to już. nie będzie więcej przesłuchań, sądów czy tym bardziej więzienia. ... ale pod jednym warunkiem.
- no to zaczynam się bać. co to ma być?
- na pół roku zostaniesz pozbawiony wolności.
- co... c-czekaj! przecież mówiłeś, że-
- nie mam na myśli więzienia. chodzi o to, że musisz się poddać leczeniu, bo będzie kiepsko. idziesz na odwyk po prostu. i będziesz tam przez pół roku. mówię ci tak będzie najlepiej dla ciebie.
- ah, czyli jestem aż tak...
- nie. dogadałem się z Akashi'm i trafisz pod jego opiekę.
- znaczy Sei-chan? przecież on jest chyba w naszym wieku, co nie?
- glizda ma pieprzone szczęście. zaraz po skończeniu szkoły zdał egzaminy kończące studia i od razu zaczął pracę w ośrodku. po jakimś roku umarł jego stary, który był dyrektorem i Akashi przejął placówkę.
- musi być niesamowity.
- nie, popierdolony. - na te słowa znowu wybuchł śmiechem.
- znaczy nie mam innego wyboru niż się zgodzić, tak?
- dokładnie.
- więc dobrze. nie będzie tak źle. chyba.

chce to przemilczeć. całkiem prawdopodobne, że z Akashi'm może ci być znacznie gorzej niż w więzieniu. ja osobiście wybrałbym więzienie niż Akashi'ego. z jego opowieści przy sake mówił jak ludzie potrafią być kruchymi istotami i jakieś inne pojebane rzeczy. czy to dobry pomysł aby tam trafił? zaczynam się o niego martwić teraz, super. no ale liczę, że glizda się przyłoży do swojego zadania i wszystko będzie kolorowo, wręcz tęczowo.
punkt druga na parkingu przed komendą policji zjawił się ambulans. o ile dobrze pamiętam, Akashi pożycza go od psychiatryka na specjalne okazje. czyli się stara. i dobrze.
boczne drzwi otworzyły się ze zgrzytem i powoli wyjrzał z wnętrza fioletowy łeb. ja pierdole zabrał pieska ze sobą. mam nadzieję, że nie zapomniał o smyczy. czaję, że on jest pielęgniarzem, ale bez przesady. koleś za każdym razem kiedy mnie widzi ma jakieś wąty. nie zawsze mówię o słowach, ale sam wyraz jego twarzy mówi, że chce mi przypierdolić. i vice versa. a przecież ja nic mu nigdy zrobiłem. zaraz, a może chodzi mu o glizdę? śmiech mnie ogarnia na samą myśl, że jest o niego zazdrosny. jak tak sprawy stoją to chętnie się zbawię...


Sei-chan po krótkiej rozmowie z Aomine podszedł do mnie.

- więc możemy ruszać? - zapytał.
- oczywiście.

wszedłem do karetki zaraz po Sei-chan'u i zamarłem. gigantyczny koleś o fioletowych włosach wręcz zabijał mnie wzrokiem. no, ale serio? fioletowe włosy? czy oni wszyscy chowali się przy zepsutej elektrowni atomowej?
Sei-chan usiadł obok swojego olbrzymka, a ja na przeciwko nich po czym ten zapukał w ściankę gdzie siedział kierowca i powoli ruszyliśmy. Akashi przeglądał coś i palcem wskazującym jakby nakreślał jakieś słowa kilka milimetrów nad papierem. a pan olbrzymek jadł i usiłował morderstwo...

- Atsushi, nie strasz naszego nowego pacjenta.
- ale Aka-chinnn... nie straszeee... po prostu się patrzee. - nie, to się nazywa zastraszanie wzrokowe.
- Atsushi, chyba wyraziłem się jasno - podniósł twarz znad teczki i spojrzał wprost na pielęgniarza - na temat jedzenia w ambulansie oraz jakie wiążą się z tym konsekwencje, prawda?
- ale to taaakie dobre...
- i pewnie jeszcze mówiło 'zjedz mnie Atsushi'?
- skąd wiedziałeś Aka-chin!?

czy oni tak na serio? ten cały Atsushi nie nabijał się udając zdziwionego, nie? on jest opóźniony w rozwoju czy jak? najwidoczniej nie, bo kiedy czerwonowłosemu drgnęła brew, szanowny pan

- Daiki wytłumaczył ci na czym będzie polegał twój pobyt w ośrodku? - usłyszałem pytanie, krótkie, niby zwyczajne, ale nawet od jego głosu przebiegają ciarki po plecach.
- no, poniekąd?
- ah, rozumiem. czyli znowu można liczyć na niego w stu procentach. - zamknął skoroszyt z plasknięciem, którego echo odbiło się od ścian pojazdu. - więc pokrótce... według prawa powinieneś w tej chwili stanąć pod sądem i prawdopodobnie trafić do więzienia. ratunek przed taką wizją przyszłości możesz zawdzięczać Daiki'emu.
- i chyba tobie też, prawda?
- zgadza się. Daiki wysunął inicjatywę, a ja mogłem ją zrealizować, głównie dlatego, że zainteresowałeś mnie Kazunari.

na jego usta wpełzł lekki uśmiech, a mną coś rzuciło wewnętrznie. nawet ciało przestrzega mnie, że coś z nim jest nie tak. niby wykonuje zwyczajne, spokojne ruchy, nie wygląda jakoś przerażająco, przeciwnie jest dość przystojnym chłopakiem, ale ma w sobie to coś co mówi ci 'jest niebezpieczny, uciekaj'. a jego oczy... jakby nie były z tego świata. masz wrażenie, że nawet kiedy nie patrzy wprost na ciebie, jesteś przez nie obserwowany.

- wracając, oddasz się przymusowemu leczeniu, które ma wykorzenić twoje nałogi. przez pół roku będziesz przebywał na terenie ośrodka, którego pod żadnym pozorem nie wolno ci opuszczać. oczywiście, nie muszę chyba dodawać, że zażywanie wszelkiego rodzaju wspomagaczy by wytrzymać ten czas nie wchodzi w grę. jeśli złamiesz chociaż jedną z tych dwóch podstawowych zasad będziemy niestety musieli się pożegnać. - w ostatnim zdaniu jego ton stał się trochę głębszy, nawet ten wielki koleś przestał przeżuwać swoje przekąski i się na niego spojrzał. - rozumiesz, prawda Kazunari?
- tak. - odpowiedziałem natychmiastowo.

po tych słowach karetka ostrożnie wyhamowała i można było usłyszeć jak silnik zgasł. wysiadając z pojazdu zaskoczył mnie widok, który ujrzałem. z mowy Aomine wysnułem przypuszczenie, że jest to jakiś większy domek albo coś w rodzaju przychodni z mojej dzielnicy, a tu ku zaskoczeniu widzę coś co ma zadatki na co najmniej hotel.
pierwszy budynek, pełniący rolę recepcji oraz czegoś co można nazwać salonem lub kawiarnią, włożony na ścianach był kamieniami, a okna sięgały od ziemi do sufitu dając możliwość pomieszczenia maksymalnej ilości światła w tym wielkim pomieszczeniu. na końcu można było zauważyć schody, a zaraz obok nich windę. jak się okazało prowadziły do drugiego budynku o uboższym wyglądzie lecz w żadnym calu nie sprawiało złego wrażenia.

- zaprowadzę cię teraz do twojego pokoju, Kazunari. jutro rano powinni dostarczyć twoje rzeczy, więc się nie martw tym. dzisiaj nie będziesz musiał jeszcze w niczym uczestniczyć jeżeli nie chcesz, więc nie zwracaj uwagi na komunikaty, które usłyszysz przez głośniki. jutro rano przyjdź do mojego gabinetu, które znajduje się na czwartym piętrze, z pewnością trafisz. - zatrzymaliśmy się w końcu na drugim piętrze przy pokoju z numerem 206. - od dzisiaj jest to twój pokój. będziesz go dzielił ze współlokatorem. jeśli będziesz czegoś potrzebował zapytaj się swojego współlokatora lub zejdź do recepcji. życzę owocnej współpracy. - ukazał mi się jego najprzyjemniejszy uśmiech, który miałem okazję zaobserwować, po czym odwrócił się i poszedł.

no dobra, współlokator. powiedzieć cześć, uśmiechnąć się. jeśli będzie rozmowny, porozmawiać o czymś, jeśli nie to położyć się na łóżku i zasnąć. ewentualnie pozwiedzać ośrodek.

- cześć! to ty jesteś moim nowym współlokatorem? - roześmiany blondyn prawie nie zabił się o łóżko podbiegając do mnie.
- t-tak, hej. jestem Takao Kazunari, a ty?