Betowała Jasmin Kain.
Rozdział 1
Severus Snape przyjrzał się kwadratowej budowli otoczonej wysokim, ciemnym murem. Przeszedł przez metalową bramę i wkroczył na pusty dziedziniec. Odwiedzenie tego miejsca nie było przypadkowe – zlecono mu coś ważnego.
— Wiem, że mnie nie zawiedziesz — Lord Voldemort przestał spoglądać przed siebie i odwrócił się do sługi, który klęczał na podłodze ze spuszczoną głową. — Żebyś nie popadł w samouwielbienie, przypomnę raz jeszcze: od powodzenia zadania zależy twoje życie. Wszystko ma przebiec tak, jak ustaliliśmy.
— Tak, panie — pięść Snape'a spoczywająca na klatce piersiowej zacisnęła się mocniej. Paznokcie wżynały się w skórę, gdy ze stoickim spokojem wypowiedział te dwa słowa.
Kąciki ust Czarnego Pana powędrowały w górę – nie wątpił w to, że sługa wywiąże się; bawiła go rozterka, z jaką zmagał się Severus i której nie udało mu się ukryć.
— Pamiętasz swoje pierwsze zadanie? — spytał go Voldemort, na co skinął głową. — Kazałem ci zabić rodzinę pewnego aurora. Byłeś młody i zdeterminowany, nie chciałeś zawieść. Ale jak wiemy, pierwsze morderstwo jest najtrudniejsze. Widziałem twoje wahanie; moralność, która biła się z tym, w co chciałeś wierzyć. Tak, mam na myśli moją naukę.
Snape milczał, czekając na to, co powie dalej.
— Pierwsze wartości wpajają nam rodzice — kontynuował Czarny Pan. — Mugole ślepo wierzą w te swoje wszystkie zasady, że zabijanie jest złe i że jednostka, która to robi, jest potworem. Ale — tu uśmiechnął się szerzej. — Zabijanie to sztuka. Nie każdy to potrafi. Jak wiemy, kształtuje się w wybitnych umysłach. Żeby coś powstało, trzeba tego chcieć i czuć to. Ja wiem, do czego dążę. Prawda, Severusie?
— Tak, mój panie — Snape przemówił do podłogi. Nie podniósł wzroku – jeszcze nie dostał pozwolenia.
— Wychowałem się w rynsztoku — w głosie Voldemorta słychać było wściekłość. — Ja, takie wyjątkowe dziecko. Wpajano mi do głowy to, co tobie, Severusie. Że trzeba szerzyć dobro, zwalczać zło. Myślenie mugoli jest błędne. Zabijanie jest złe? Naprawdę? Wyświadczamy im przysługę, eliminując ich pasożytnictwo – nigdy nie odnaleźliby się w naszym świecie. Dzięki nam nie zaznają upokorzenia, które odczuliby, gdyby wpadli w nasze ręce. Zakładając, że robactwo jest zdolne do przeżywania czegokolwiek. Zabijanie to święta rzecz, Severusie. Coś zabierasz i coś dajesz. Wracając do twojego pierwszego zadania. Twoje wahanie spowodowało, że postanowiłem ci pomóc. Pamiętasz?
— Tak, mój panie — Snape wziął lekki wdech. Voldemort zaśmiał się zimno.
— Uznam, że jest to reakcja na wspomnienie tego, co dla ciebie zrobiłem — rzekł czarnoksiężnik. — Że nadal to przeżywasz. Że myślisz „Mój pan, taki szczodry i wspaniałomyślny". Bo chyba nie jest inaczej?
— Skądże, mój panie — głos Snape'a zabrzmiał pewnie. — Nie byłem godny takiego poświęcenia.
— Cieszę się, że to słyszę — Voldemort zaczął się przechadzać w jedną i w drugą stronę. — Jak wspomniałem, byłeś młody i pierwsze zabójstwo nie jest proste. Kazałem przyprowadzić pięciu mugoli – dwóch z nich zabiłem na twoich oczach. Trzej kolejni należeli do ciebie. Widziałem, że zacząłeś się przełamywać. To było jednak za mało. Po dziesięciu następnych nabrałeś jako takiej wiary w siebie. Po kolejnych pięciu uznałem, że mogę dać ci szansę.
Zrobił pauzę – Snape słyszał ciche kroki swojego mistrza.
— Poradziłeś sobie — Voldemort powiedział to bardziej do siebie. — Jednak czekało cię wiele pracy. Nie można zabijać, czując litość do swojej ofiary. Rozumiesz?
— Tak, mój panie — wychrypiał Severus. Czarnoksiężnik podszedł do niego i chwycił go za brodę – ich spojrzenia spotkały się.
— Masz współczucie dla czegoś, co nie zasługuje na istnienie — syknął Voldemort. — Jest bezwartościowe, nijakie. Mugole to mugole. Są jak komary, które należy tępić. Nie rozumiem, dlaczego nadal odczuwasz litość. Czy służenie mnie niczego cię nie nauczyło?
Snape zamrugał. Czarny Pan puścił jego podbródek; po chwili w jego dłoni pojawiła się różdżka. Przejechał po niej smukłym palcem i powiedział:
— W żyłach tej dziewczyny płynie szczególna krew. Jeśli nie przejawi żadnej magicznej zdolności, zabijesz ją. Liczę, że będzie inaczej. Mugoli puścisz z dymem.
Voldemort przyszpilił sługę wzrokiem. Następnie wycelował różdżkę prosto w jego serce:
— Nie życzę ci powodzenia. Czekam na rezultat. Ruszaj.
Rezultat. Tak właśnie miało być. Jego misją było zabranie dzieciaka i podpalenie budynku, w którym mieszkał. Ale nawet na to był warunek. Wychowanek musiał przejawiać magiczne zdolności.
Snape zatrzymał się przed schodami i spojrzał w górę. Z któregoś piętra dochodziła głośna, rockowa muzyka. Pokręcił głową z niesmakiem – że też pozwalano na to smarkaczom.
Nie zdążył wejść na pierwszy stopień, kiedy coś zleciało na niego niczym burza. Owe zjawisko okazało się być dziewczyną, która trąciła go ramieniem z komentarzem „Z drogi, dziadku". Snape odwrócił się wściekły i spojrzał na smarkulę, która miała czelność tak go potraktować.
Stała kilka kroków dalej, bezczelnie się szczerząc. Była ubrana na czarno i nosiła mocny makijaż.
— Świat należy do młodych — powiedziała, krzyżując ramiona. — I co się patrzysz? Stanąłeś jak kołek, nie mogłam nawet przejść.
— Bezczelna gówniara — warknął. — Do swojej dyrektor też się tak odzywasz?
Ręka, którą zanurzył w kieszeni zacisnęła się na różdżce. Tego elementu wcale nie będzie mu szkoda…
Smarkula zauważyła jego ruch; nie zdążyła się odezwać, ponieważ z piętra dobiegł ich stanowczy głos:
— Mari!
Na szczycie schodów pojawiła się niska i drobna dziewczyna; w przeciwieństwie do koleżanki zeszła spokojnie. Zerknęła przelotnie na Snape'a, który przyjrzał się jej uważnie.
Miała ciemnobrązowe oczy i była podobna do Meropy. To ona, wnuczka jego pana.
Domniemana krewna Voldemorta spiorunowała wzrokiem koleżankę, która patrzyła na nią z politowaniem.
— Czy choć raz możesz odpuścić sobie zasadę „Niech wszyscy wiedzą, że ja tu rządzę"? — spytała poirytowana, na co Mari wybuchła śmiechem.
— Daruj sobie to pouczanie, Bethany Terrell — mruknęła. — Lepiej stąd chodźmy. Ten gość gapi się, jakby chciał zabić mnie wzrokiem.
Nawet nie wiesz, jak bardzo, pomyślał Snape.
— Nie dziwię mu się — odparła Bethany. — Znam cię na tyle, żeby wiedzieć, że było to zamierzone. Wpadasz na kogoś i odcinasz się chamsko. To jest twój styl bycia – nie zadzierajcie ze mną, bo urządzę was na kwaśno. Co by się stało, gdyby upadł i sobie coś zrobił?
— Potłukłby sobie tyłek albo rozwalił łeb — bezpośredniość Mari była przerażająca. — I wiesz co? Mam to gdzieś. Każde miejsce jest lepsze niż to. Nawet poprawczak. Lambertowa przyznała mi nowego kuratora, ale na niewiele to się zda, ponieważ nie zamierzam się zmienić. Usunięcie mnie to kwestia czasu.
— Nie usunie cię — odparła Bethany. — Ona straszy tak każdego. Ty jesteś dla niej wyzwaniem.
— Wyzwaniem, które nie pójdzie w stronę białego światełka — warknęła Mari. — Nie będę jej kolejnym sukcesem na drodze resocjalizacji młodocianych. Chodźmy już. Chcę wreszcie zajarać.
Na potwierdzenie tego wyciągnęła z kieszeni papierosa i pomachała nim Snape'owi. Ten zmrużył oczy, na co dziewczyna zaśmiała się. Bethany chwyciła ją za łokieć i zaprowadziła na dziedziniec.
Snape policzył w duchu do dziesięciu, żeby się uspokoić. W Hogwarcie miał do czynienia z wieloma wybrykami natury – od razu ich usadzał, przez co pokornieli. Nie na darmo budował przez lata reputację wrednego drania. Ta dziewczyna nie znała żadnych granic – była zepsuta i co szokujące, chciała taka być. Nie chciała tego zmienić.
Takiego dzieciaka pragnąłby Czarny Pan. Jego wnuczka wydaje się być w miarę poukładana. Gdyby tylko ściszyła tę cholerną muzykę…
Wszedł po schodach na pierwsze piętro i zatrzymał się przed drzwiami. Zapukał głośno dwa razy w nadziei, że osoba, z którą był umówiony, usłyszy go. Jego życzenie zostało wysłuchane. Otworzyła mu drobna kobieta i zmierzyła go wzrokiem. Miała krótkie blond włosy i wyglądała na czterdzieści parę lat.
— Dzień dobry — przywitał się. — Pani Augusta Lambert?
— Zgadza się — odparła kobieta. — Pan to zapewnie Severus Snape?
Skinął głową; pani Lambert cofnęła się i gestem zaprosiła go do środka. Pomieszczenie było nieduże i obskurne – znajdowało się tam biurko, na którym stała fajansowa waza ze sztucznymi czerwonymi różami i telefon stacjonarny. W kącie Severus dostrzegł regał z segregatorami.
Augusta Lambert usiadła za biurkiem i wskazała na znajdujące się naprzeciwko krzesło. Severus zajął miejsce i czekał.
— Pan Snape — powiedziała i wbiła łokcie w blat. — Pamiętam pana list. Chodzi panu o Bethany Terrell.
— Zgadza się — odparł i spojrzał jej prosto w oczy. — Jestem tutaj w imieniu pana Thomasa Riddle'a.
— Który podaje się za jej dziadka? — Lambert uśmiechnęła się drwiąco. — Panie Snape, to są jakieś kpiny. Nasza instytucja bardzo dba o swoich podopiecznych. Dziecko nie jest czymś, co można wziąć i zwrócić. To nie jest przedmiot. Dlaczego pan Riddle nie upomniał się o nią wcześniej?
— Z powodu pewnych okoliczności — odrzekł mężczyzna, marszcząc czoło. — Uniemożliwiły mu one zaopiekowanie się wnuczką.
— Chyba nie siedział w więzieniu? — Augusta Lambert zmrużyła oczy. — Jeśli by tak było, wykluczyłoby to jego kandydaturę. Bethany to wrażliwa dziewczynka, która potrzebuje ciepłego i kochającego domu. Przez tyle lat nikt się po nią nie zgłaszał i teraz okazuje się, że jest jakiś dziadek.
Gdyby Czarny Pan to usłyszał, głupia kobieto, od razu padłabyś trupem, którego czekałby marny los poprzez nadzianie na ogrodzenie.
— Pan Riddle jest majętnym człowiekiem — powiedział Severus. — Zadba o swoją wnuczkę na każdej płaszczyźnie. Niczego nie będzie jej brakować.
— Nie tak szybko — Augusta uniosła do góry kąciki ust. — Cieszę się, że jest ktoś, kto chce zatroszczyć się o Bethany. Nim do tego dojdzie, musimy sprawdzić warunki, w jakich przyjdzie jej żyć. Pan Riddle nie może przez kogoś pośredniczyć. Musi zjawić się osobiście.
Sytuacja komplikowała się. Dłoń Severusa powędrowała do kieszeni. Zacisnął dłoń na różdżce i czekał.
— Dam panu formularz — Augusta Lambert otworzyła szufladę. — Proszę go przekazać panu Riddle'o…
Nie dokończyła, ponieważ błysnęło i spadła z krzesła na podłogę. Severus wstał i spojrzał z góry na jej martwe ciało. Musiał działać szybko. Wyszedł z gabinetu i zamknął drzwi. Muzyka wciąż dudniła, więc machnął różdżką i po chwili ucichła.
Zszedł po schodach i udał się na dziedziniec. Bethany i Mari wciąż tam były. Na widok różdżki wytrzeszczyły oczy. Mari wyjęła papierosa z ust i powiedziała:
— To jakiś świr, jak babcię kocham!
Twoja babcia pewnie przewraca się w grobie, mała cholero. Za chwilę się z nią zobaczysz.
Błysnęło zielone światło i Mari uderzyła czołem o bruk. Bethany wrzasnęła i przypadła do koleżanki. Severus wykorzystał to – użył na niej Petrifcus Totalus i Silencio. Nim deportował się z nią, wypełnił ostatnią wolę Czarnego Pana – niebieskie płomienie otoczyły budynek, który za chwilę miał spłonąć.
**
— Nie ma innego wyjścia, Severusie — jasnoniebieskie oczy Dumbledore'a przenikały go na wskroś. — Tom nie jest głupi, zorientuje się, że użyłeś fałszywego zaklęcia. Pamiętaj, że może kogoś wysłać za tobą w celu sprawdzenia, czy zrobiłeś tak, jak ci kazał.
— Czy ty siebie słyszysz? — Snape popatrzył na dyrektora jak na wariata. Siedzieli w gabinecie Dumbledore'a, omawiając zadanie, jakie Voldemort zlecił Mistrzowi Eliksirów.
Severus jeszcze nigdy nie był tak zdenerwowany – był perfekcjonistą w maskowaniu prawdziwych uczuć. Poważny, z kamienną twarzą, powiedziano by raczej, że jest niezdolny do przeżywania czegokolwiek. Zabijał już wcześniej, ale sytuacja, w której się znalazł, przerastała go.
— To są dzieci — odrzekł, zaciskając palce na filiżance tak mocno, że zbielały. — Niewinne dzieci. Uważasz, że lepiej jest skazać je na śmierć tylko po to, żeby Riddle nie zaczął nic podejrzewać? Stworzę jakąś imitację, która pozwoli…
— Nie chcę ich śmierci — przerwał mu Dumbledore i położył dłoń na ramieniu. — Ale… — tu westchnął. — Wiesz jak jest. Ta misja to jego sprawdzian. Chce przekonać się, po czyjej tak naprawdę jesteś stronie.
— Nie wiem, jak to się stało — Snape zacisnął zęby. — Że przedarł się przez moją zaporę oklumencyjną. Nigdy wcześniej do tego nie doszło. Dowiedział się, że nie pałam entuzjazmem do tego, co mi zlecił i że przeraża mnie myśl zabicia sierot. Sądziłem, że przeklnie mnie i pozbędzie się tego, po którym nigdy nie spodziewałby się wahania. Nie zrobił tego.
— Bawi się twoimi uczuciami — głos Dumbledore'a wydawał się odległy. — Wie, że tego nie chcesz, a jedynie ulegasz jego woli. Nie ufa ci. Liczy, że się złamiesz lub postąpisz inaczej; wtedy zyska pewność, że pracujesz również dla mnie. Obaj wiemy, co to oznacza.
— Koniec siatki szpiegowskiej dla obu stron — Snape wzdrygnął się, celem strącenia ręki dyrektora. — Nie można do tego dopuścić, prawda? Tak ci zależy na podtrzymaniu tej farsy, że jesteś gotów poświęcić niewinnych.
— Farsa, mówisz? — głos Dumbledore'a zabrzmiał ostrzej. — To ty do mnie wtedy przyszedłeś.
— Miałeś ją ochronić — Snape wziął głęboki wdech. — W zamian za to oddałem ci siebie. Dosłownie.
— Lily i jej mąż zaufali niewłaściwej osobie — Dumbledore uniósł brew. — Zapewniam cię, że możesz być spokojny. Doceniam to, co dla mnie robisz. Wiesz, że możesz mi ufać.
Snape gwałtownie wstał. Zaczął przechadzać się w tę i z powrotem.
— Czyli według ciebie mam to zrobić — syknął. — Iść tam, zabrać dziewczynę i zabić pozostałych. I zapomnieć o wszystkim.
— Wiesz, że nigdy o tym nie zapomnimy — odparł posępnie Dumbledore. — Ale to konieczne, żeby nie wzbudzić jego podejrzeń. Voldemort jest coraz silniejszy, a jak obaj wiemy, Harry nie będzie mógł dłużej liczyć na moją pomoc.
Snape zatrzymał się. Postawił filiżankę na biurku i powiedział:
— Sam do tego doprowadziłeś. Po jakie licho wkładałeś pierścień na rękę. Prawisz każdemu kazania, a sam…
Zrobił pauzę i zacisnął usta.
— Mnie tu nie będzie, ale ty zostajesz. Musisz być dla niego wsparciem.
— Wsparciem — w głosie Snape'a słychać było ironię. — Na odległość, owszem. Po spełnieniu twojej prośby będę rad, jeśli moja głowa pozostanie na swoim miejscu.
— O tym wiemy tylko my — odrzekł dyrektor. — Twoje oddanie nie ma sobie równych, Severusie. Dalej będziesz chronił Harry'ego, kiedy inni będą uważać cię za mojego zabójcę.
— Jakie to patetyczne — zadrwił Mistrz Eliksirów. — Nie będą zmuszeni tak myśleć – jestem zabójcą. Od bardzo dawna.
— Nie zabijałeś z własnych pobudek — Dumbledore spojrzał mu prosto w oczy. — Każdy ma prawo do błędów.
— Błędy — podchwycił Snape. — Przystąpienie do Czarnego Pana było jednym z nich i największym. Płacę za to do dziś. Jutro przejdę samego siebie.
— To konieczne — Dyrektor odwrócił wzrok i westchnął.
— Nie waż się tego powiedzieć — warknął Snape. — Nic nie tłumaczy to, co zamierzam zrobić. Twoje argumentowanie „w imię wyższego dobra" byłoby makabryczną groteską.
— Nie zamierzałem nic mówić — Dumbledore zacisnął palce na oparciu krzesła tak mocno, że zbielały.
— Ta dziewczyna — Severus wziął głęboki wdech. — Nie może okazać się charłakiem. Jeśli tak będzie, nie będę miał wyboru.
Palcami zabębnił o blat biurka.
**
Stało się. Spełnił wolę Czarnego Pana, czując do siebie obrzydzenie. Aportował się w swoim mieszkaniu na Spinner's End. Niema i niezdolna do wykonania jakiegokolwiek ruchu dziewczyna patrzyła na niego z czystym przerażeniem. Znajdowali się w obskurnym i ponurym przedpokoju; Snape otrzepał szatę i wycelował różdżkę w Bethany:
— Za chwilę cię uwolnię. Pewnie będziesz krzyczeć, więc z góry uprzedzam — rzuciłem na ten dom najsilniejsze zaklęcia wyciszające. Nikt cię nie usłyszy, więc twoje wysiłki są daremne.
Jak powiedział, tak zrobił. Dziewczyna zerwała się na równe nogi i zaczęła szarpać za gałkę w drzwiach wyjściowych. Snape skrzyżował ramiona i obserwował jej wysiłek. Nie mogąc otworzyć drzwi, zaczęła w nie walić i wołać pomocy. Po kilku minutach zmęczyła się i z płaczem osunęła na kolana.
— Mówiłem — odparł Severus.
— Zabiłeś Mari — jej głos zadrżał. — Dlaczego nie załatwiłeś mnie od razu?
— Mam plany co do ciebie — mruknął. Jego spokój wstrząsnął Bethany. To psychopata i pewnie jest bardzo niebezpieczny. Skoro i tak zginie, przynajmniej umrze ze świadomością, że się broniła. Wstała szybko i szarpnęła za gałkę. Już wcześniej była sfatygowana – teraz dzierżyła ją w dłoni. Cisnęła nią w Snape'a, który patrzył na to wszystko ze znużeniem. Gałka zatrzymała się centymetr przed jego twarzą – po chwili cicho wylądowała na jego dłoni.
— Muszę ją naprawić — mruknął i schował przedmiot do kieszeni. — Dziękuję za przypomnienie.
Bethany rozszerzyła oczy ze zdumienia i przywarła plecami do drzwi. Utkwiła wzrok w jego różdżce i przełknęła konwulsyjnie.
— Zamierzasz wbić mi to w gardło? — spytała. — I zabetonować w piwnicy?
— Odrzućmy na chwilę czarne scenariusze — powiedział i zrobił krok w jej stronę. — Co powiesz na to…
Błysnęło i na posadzce pojawił się wąż. Syknął i uniósł łeb – Bethany krzyknęła i cała zesztywniała. Gad wysunął język i ruszył w jej stronę. Snape cały czas trzymał różdżkę w pogotowiu – zarówno w celu pozbycia się węża jak i dziewczyny, gdyby okazało się, że nie posiada zdolności Gauntów.
Zwierzę było już blisko, gdy Bethany wysyczała:
— Zatrzymaj się.
Wąż spełnił polecenie – uniósł łeb i przyjrzał się jej.
— Znasz mój językkkk?
— Tak — odparła Bethany. — Chcę, żebyś zaatakował tamtego człowieka.
— On sprawiłłłł, że tu jestem — zasyczał gad. — Wcześniej trzymano mnie w klatce. Dlaczego miałbym skrzywdzić tego, który zwrócił mi wolność?
— Nie ma wobec ciebie uczciwych zamiarów — syknęła dziewczyna. — Zabije mnie, a potem ciebie. Wolisz ufać komuś, kto kieruje się własnym egoizmem niż temu, który zna twój język?
Ostatnia część zdania przekonała węża, który odwrócił się w kierunku Snape'a. Ten tylko na to czekał. Machnął różdżką i zwierzę zniknęło. Bethany milczała, przyszpilając mężczyznę wzrokiem. Zaczął cicho klaskać, na co zareagowała:
— Przestań!
Gdy to zrobił, spytała cicho:
— Skąd wiedziałeś?
— To długa historia — powiedział. — Wszystko ci wyjaśnię.
— Co mi wyjaśnisz? — Bethany wzięła głęboki wdech. — Dlaczego zabiłeś Mari? Odpowiem za ciebie: jesteś psycholem, świrem, czubkiem…
— Wystarczy — głos Snape'a zabrzmiał ostro. — Masz rację. Jestem mordercą, ponieważ mam na rękach krew twojej koleżanki, dyrektorki i pozostałych osób, które tam były.
— Dlaczego to zrobiłeś? — spytała drżącym głosem. — Co się w ogóle dzieje?
— Będziemy rozmawiać w przedpokoju? — Snape uniósł brew. — Może przejdziemy do salonu?
— Nigdzie z tobą nie pójdę — odparła, czując suchość w ustach.
— Zatem porozmawiamy tutaj — odrzekł. — To, co zobaczyłaś, to magia. Dla mnie jest to coś oczywistego, dla ciebie nie. Pocieszę cię – nie jesteś jedyną czarownicą, która dorastała wśród mugoli i która myśli, że świat stanął na głowie.
— Jestem czarownicą? — dziewczyna była zszokowana. — Nie, to niemożliwe.
— Jak wytłumaczysz zdolność posługiwania się wężomową? — spytał Snape. — Uważasz, że każdy tak potrafi? Oświecę cię: to bardzo rzadki dar, który jest przekazywany z pokolenia na pokolenie.
— Dziedzicznie? — Bethany wciągnęła ze świstem powietrze. — Chcesz powiedzieć, że moi rodzice żyją?
— Niczego takiego nie zasugerowałem — głos Snape'a zaostrzył się. — Twoja matka przekazała ci tę umiejętność; z kolei ona zawdzięczała ją swojemu ojcu.
Dziewczyna oddychała ciężko. To wszystko było pokręcone.
— Moi rodzice nie żyją — odparła. — W każdym razie tak mi powiedziano. Czy jest inaczej?
— Nie — Snape pozbawił ją złudzeń. — Tutaj mugole mieli rację.
— Mugole? — Bethany zmarszczyła czoło, więc wyjaśnił:
— Niemagiczni ludzie. Tak ich nazywamy.
— Wspomniałeś coś o moim dziadku.
— Owszem — Severus przyszpilił ją wzrokiem. — To on przysłał mnie po ciebie.
Bethany zamurowało. Przejechała dłonią po szyi i spytała:
— To ja mam dziadka?
— Tak — Snape skinął głową. — Nie byle kogo. Jest najpotężniejszym żyjącym czarnoksiężnikiem. Nie mógł zjawić się osobiście.
Bethany wzięła głęboki wdech.
Niech to wszystko okaże się koszmarnym snem. To jakaś psychoza. Porwanie, czary i dziadek nie pasujący do rzeczywistości.
— Nie jesteś ciekawa, dlaczego? — spytał, unosząc brew.
Dziewczyna uszczypnęła się w policzek w nadziei, że za chwilę wszystko zniknie i ocknie się w łóżku, w pokoju, który dzieliła razem z Mari. Pisnęła i zamknęła oczy. Usłyszała śmiech. Jego śmiech.
— Nadal tu jesteś i raczej nieprędko odejdziesz — powiedział rozbawiony. — To dzieje się naprawdę, Bethany.
Otworzyła oczy. Miał rację – to była jej rzeczywistość.
— Wiem, że ciężko jest ci w to uwierzyć — odparł Snape. — Ale nasz świat istnieje. Byłaś jego częścią od momentu poczęcia.
— Co się ze mną stanie? — spytała cicho. — Trafię do niego i wtedy mnie zabije?
— Nie bądź niemądra — w głosie mężczyzny zabrzmiała szorstka nuta. — Nikt nie zamierza cię zabić. Kroki, których się podjąłem, były niezbędne.
— Nie mogłeś ich oszczędzić? Mogłeś mnie zabrać, ale im pozwolić żyć.
— To nie była moja decyzja — odrzekł. — Wykonywałem rozkazy.
— On ci kazał — w jej głosie słychać było wściekłość. — Ten, który podaje się za mojego dziadka.
— To jest twój dziadek — Snape zrobił krok w jej stronę. — Chce się tobą zaopiekować. Nic ci nie grozi z jego strony.
— Kazał zabić Mari — wydyszała. — I pozostałych.
Wyciągnął rękę w jej stronę, na co zareagowała histerycznie:
— Zostaw mnie! Chcę stąd wyjść! Niech ktoś mi pomoż…
Nie dokończyła, ponieważ osunęła na ziemię, nieprzytomna. Severus wziął dziewczynę na ręce i przyjrzał się jej. Wytłumaczenie jej czegokolwiek nie będzie łatwe. Jedno wiedział na pewno – musi zaakceptować to, co przyniósł jej los. Nie miała wyboru.
