2. Sny i Wspomnienia
Gałęzie uderzają, ciernie kaleczą...
Remus obrócił się na bok, wsunął ręce pod poduszkę i wtulił głowę głębiej w puch cicho modląc się o sen.
Plaskanie jego własnych stóp, jego chrapliwy oddech, tupot łap podążający za nim...
Złapał brzeg kołdry i nasunął ją na ramiona zwijając się w pozycję embrionalną; marzył, by jego umysł się uciszył.
Kora drzewa pod jego placami...
Jego stare blizny paliły i bolały; blizna po ugryzieniu – linie biegnące wzdłuż pleców i okrąg wyznaczony przez ślady kłów, który znaczył jego szyję – mrowiła, swędziała i doprowadzała go do szaleństwa, chociaż starał się ją ignorować.
Ból przenikający jego plecy, gdy pazury ściągają go na ziemię...
Dlaczego to się działo? Dlaczego przydarzało się właśnie jemu? Dlaczego był w lesie? Dlaczego był sam? Gdzie byli jego rodzice?
Błysnęły zęby. Żółte oczy płonęły...
Dlaczego ich tam nie było? Dlaczego nie było ich przy nim? Dlaczego, dlaczego, dlaczego...
Tak wiele bólu...
Tak wiele...
Bólu.
Jego gardło było okropnie wysuszone, ale nie ośmielił się powiedzieć nawet jednego słowa – nie chciał otrzymać za swoje szlochy kolejnego siarczystego policzka. Niewiele widział w zapadającej ciemności, jedynie gałęzie i jeżyny drapiące jego twarz i ramiona, gdy przedzierali się coraz głębiej w las, a po lewej stronie blakły ostatnie, odległe promienie zachodzącego słońca.
Wkrótce wzejdzie księżyc.
Mężczyzna – jeśli to w ogóle był mężczyzna, bo Remus nigdy wcześniej nie widział człowieka z tak szponiastymi pazurami i ostrymi zębami – nie rozluźniał swojego uchwytu: jedną ręką przyciskał go mocno do piersi, by uniemożliwić mu szarpanie się, drugą zaś mocno wbił w delikatną skórę na szyi, domagając się w ten niemy sposób ciszy. Remus wciąż czuł jego cuchnący oddech na czubku głowy, gdy pędzili przez las;mężczyzna nie dbał o jakąkolwiek krzywdę, która mogła dosięgnąć jego samego lub dziecko, które niósł – wciąż gnał naprzód, naprzód, naprzód, głębiej między drzewa, oglądając się za siebie i od czasu do czasu wybuchając śmiechem.
Remusowi nie podobał się ten śmiech. Nie podobał mu się ten człowiek.
Chciał wrócić do domu.
Nie rozumiał, co się dzieje; nie wiedział, dlaczego ten mężczyzna zabrał go rodzicom i uciekł do lasu – niegdyś tak kochanego, teraz złowrogiego – który rósł nieopodal ich domu. Był zdezorientowany, oszołomiony i przerażony; chciało mu się płakać, ale wiedział, że karą za łzy będzie ból. Słońce już niemal całkowicie zaszło, a jemu nie wolno było przebywać poza domem, gdy było ciemno.
Dlaczego to się działo? Dlaczego był tutaj?
Ten mężczyzna krzyczał na jego tatusia. Rzucał różnymi rzeczami. Przeklinał. Wdarł się przemocą w spokój ich wieczora. Użył słów, których Remus nie zrozumiał.
Zadośćuczynienie. Zemsta. Sprawiedliwość.
Tatusiowi nie podobały się te słowa – a mężczyźnie nie podobała się odpowiedź taty. Nie podobało mu się też uderzenie mamy, bo właśnie wtedy mężczyzna porwał go i zabrał w to miejsce.
Nagle został rzucony na ziemię. Z trudem złapał powietrze, przeszyty bólem, gdy korzenie i ciernie aż do krwi poraniły jego drobne ciało. Próbował podnieść się na nogi, kiedy szponiasta ręka złapała jego ramię i obróciła tak, że stanął twarzą w twarz ze swoim porywaczem.
Twarz mężczyzny była szeroka, poorana niezliczonymi, paskudnymi bliznami; najświeższa rana, nabyta podczas biegu przez las, znaczyła jego policzek szkarłatem krwi. Jego włosy były skołtunione i bezładnie rozwichrzone, a oczy złociły się w nadchodzącej ciemności.
Remus od razu znienawidził te przerażające ślepia.
Chlipnął i pociągnął nosem cofając się; nie mógł się opanować.
Cios odrzucił go do tyłu i tylko bolesny uchwyt na ramieniu uchronił go przed przewróceniem się na ziemię. Starał się nie wydać żadnego dźwięku, więc łzy w ciszy spływały po jego twarzy.
Mężczyzna prychnął z pogardą.
- Żałosny. Niczego więcej nie spodziewałem się po bachorze Lupina. Jesteś tchórzem, zupełnie jak twój ojciec. Ale dowiesz się, jaką głupotą było jego ukrywanie się i wymówki.
Głos był lodowato chrapliwy. Mężczyzna chwycił go za drugie ramię i uniósł do góry, zbliżając swoją twarz do twarzy Remusa. Jego zęby zalśniły, a za głową zniknęły ostatnie ślady blasku słońca.
- On po ciebie przyjdzie, chłopcze.- szepnął przyciskając niemal twarz do buzi swojego przerażonego jeńca. - Ale nie przyjdzie sam, o nie, przecież wie, co bym mu zrobił; najpierw wezwie swoich koleżków aurorów – a to da nam czas, akurat tyle czasu, by się zrewanżować, a potem uciec. Remus. - dziecko zadrżało słysząc swoje imię w ustach tego człowieka. - Typowo. Nadano ci imię ofiary, tak jak i mnie. Ale tak, jak kiedyś przemieniono mnie, tak i ja wywyższę cię ponad twoje imię; będziesz przemieniony; narodzisz się na nowo. Czy wiesz dlaczego?
Pokręcił głową. Był zbyt przerażony, by zrobić cokolwiek innego.
Uśmiech mężczyzny rozszerzył się – nagle wydawało się, że tych ostrych zębów jest jeszcze więcej. Kiedy przemówił, jego ponury ton niemal przypominał warczenie:
- Cóż, twój ukochany tatuś zapłaci mi, zapłaci za życie całym życiem. I to ty będziesz zapłatą.
Między drzewami pojawił się srebrzysty promień, zwiastujący pojawienie się księżyca. Mężczyzna obnażył zęby, a jego żółte oczy błysnęły z mściwą rozkoszą, gdy zadrżał i zaczął się wić pod wpływem jakiegoś nieznanego bodźca, którego dziecko nie rozumiało. Jego ukryta w cieniu sylwetka wydawała się niemal wykrzywiona, a uchwyt jego rąk na ramionach chłopca – nagle dziwny.
- Teraz będziesz uciekał... a kiedy przybiorę swoją prawdziwą postać, podążę za tobą. Pewnego dnia mi za to podziękujesz – to, co ci przekazuję, jest darem.- słowa zostały wypowiedziane w chrapliwym pośpiechu i nagle przeszły w radosny skowyt. Mężczyzna puścił ramiona chłopca, który zatoczył się do tyłu i upadł na nierówną ziemię; gdy spojrzał w górę, przerażenie zmroziło mu krew w żyłach.
Jego porywacz zmieniał się; zmieniał się jego kształt.
Głowa wydłużała się, a ubranie dosłownie rozpadło na strzępy, gdy ciało zaczęło okrywać gęste futro. Mężczyzna przykucnął, a następnie opadł na kolana, wzdychając z bolesną przyjemnością. Na wpół przemieniony, na wpół ukształtowany, rzucił się nagle ku dziecku siedzącemu na ziemi i przysuwając blisko swoją twarz coraz bardziej przypominającą pysk wycharczał jedno polecenie:
- Uciekaj.
Dziecko usłuchało, a jego pełen przerażenia krzyk uniósł się echem wśród drzew.
Ucieczka. Pazury. Ugryzienie.
Krzyczał i nie mógł przestać. Ból był niewyobrażalny, nieprawdopodobny – rozrywająca agonia ogniskująca się wokół rany, którą bezlitośnie zadały kły wilka – ale nie tkwił w miejscu, tylko rozchodził się falami, przepływał przez skórę i żyły niczym podstępna trucizna; czuł się – a może to wyobraźnia płatała mu figle? – jakby każda najmniejsza cząstka jego ciała zmieniała się, jakby sama struktura jego jestestwa była zapisywana na nowo, inaczej niż poprzednio. Ale to nie wszystko...
Była jeszcze obecność.
Co się z nim działo?
I nagle ręce – ręce, które go chwytają, wszędzie wokół krzyczący ludzie i głos, który wymawia jego imię, ale wydaje się docierać z bardzo daleka; jego wstrząśnięty i dziwnie sparaliżowany umysł nie jest w stanie utworzyć spójnej odpowiedzi, więc pozostaje tylko krzyk, ciągły krzyk. Remus zostaje czymś owinięty, być może kocem, i podniesiony z ziemi. Przez moment miga mu przed oczami twarz ojca, który trzyma swojego syna w mocnym objęciu i szepcze do niego uspokajającym tonem. Czuje się kompletnie odseparowany, odłączony od swojego umysłu, zupełnie jakby szybował w przestworzach, a po chwili ta obecność, to coś opanowuje jego drobne ciało i sprawia, że ono zaciekle walcząc stara się oswobodzić z uścisku ojca. Dlaczego walczy? Przecież wcale tego nie chce! Chce tulić się i być tulonym, dopóki koszmary tej nocy nie znikną... ale nie ma już nad sobą kontroli.
To coś ją ma.
Remus czuje tę obecność niczym mgłę zasnuwającą jego umysł, ale po chwili wrażenie zmienia się – to coś w okrutny, nieustępliwy sposób przedziera się przez jego świadomość jakby próbując dotrzeć do samej jego istoty; stara się nim zawładnąć; stara się nim być.
On tego nie chce! Chce, żeby to odeszło! Odejdź, odejdź!
Zupełnie stracił poczucie czasu – nie miał pojęcia, jak długo walczył ze sobą i z ojcem zanim pojawiły się ściany, przerażone twarze, które obserwowały go, gdy został położony na jakimś miękkim łóżku w długiej, wyłożonej boazerią, nieznanej sali. Ramiona jego ojca nagle zniknęły i przytrzymały go obce ręce; ostatnim wysiłkiem woli Remus przebił się na powierzchnię i najgłośniej jak potrafił zawołał swojego tatusia zanim brutalnie został ściągnięty z powrotem w głąb. Za plecami nieznanych osób w zielonych uniformach dostrzegł przez moment swoją matkę, której blada twarz była zalana łzami. Obok niej stał ojciec i odpędzał od siebie ubraną na zielono kobietę, która kręciła się wokół niego; jego ubranie było całe we krwi, szyja była posiniaczona i podrapana na skutek ataku syna, a postawa dziwnie nienaturalna, ale to wszystko zdawało się nie mieć dla niego żadnego znaczenia.
Obserwował swojego rzucającego się syna z pełnym rozpaczy i przerażenia wstrętem.
Po chwili jednak był już przy nim; odsunął tych obcych ludzi, wyciągnął dłoń i przyłożył swoją różdżkę do czoła szarpiącego się Remusa. Zaraz to wszystko naprawi i odgoni precz to coś. Przecież tatuś zna się na takich rzeczach. Jego tatuś potrafi wszystko naprawić.
Twarz ojca była blada i zacięta. Wymówił jedno słowo:
„Obliviate."
- Remus! Remus!
Ręce. Ręce, które nim potrząsają, wciąż potrząsają; sapnął i instynktownie walczył, próbując uwolnić się z ich uchwytu. Cofał się przed nimi, a oczy wciąż miał zamknięte. Nie pozwoli im! Nie pozwoli...
- Remus, na litość boską, obudź się!
Rozległ się plusk i lodowata woda oblała twarz Remusa i zmoczyła jego włosy. Parskając, mężczyzna otworzył oczy i ujrzał nad sobą zatroskane twarze Poppy Pomfrey i Minerwy McGonagall; zamrugał zdziwiony. Co, u licha...?
Rozejrzał się dookoła i zrozumiał, że wciąż jest w swoich komnatach w Hogwarcie – jego wzrok prześlizgnął się szybko po znajomych kotarach łoża z baldachimem, wyłożonych panelami ścianach i grubo ciosanej szafie. Światło poranka wpadało do pomieszczenia przez wąskie okno, zwiastując nadejście kolejnego dnia, oraz podkreślało zmarszczone brwi i zmartwienie wyryte na obliczach dwóch pochylających się nad nim kobiet.
Wciąż oddychając głęboko, z myślami kotłującymi się bez najmniejszego ładu w jego głowie, Remus podparł się na łokciach i spróbował nadać swemu głosowi neutralne brzmienie.
- Minervo, Poppy – co wy tu, w imię Merlina, robicie?
Wyraz twarzy Poppy Pomfrey był niemal oskarżycielski.
- Nie było cię na śniadaniu, a potem Hagrid wspomniał o tym, co ci się przydarzyło wczoraj wieczorem. - kolejne piorunujące spojrzenie. - Spodziewałabym się usłyszeć to wszystko od ciebie, Remusie Lupin, i to natychmiast, a nie następnego ranka. Słowo daję, że jesteś najbardziej upartym młodym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek...
- Martwiłyśmy się o ciebie, - Minerwa grzecznie, lecz stanowczo przerwała nadciągające kazanie Poppy. - więc przyszłyśmy sprawdzić, czy wszystko jest w porządku – i wtedy usłyszałyśmy twój krzyk.
Remus zamrugał; było naprawdę strasznie jasno.
- Przegapiłem śniadanie? Która jest godzina?
- Nie zmieniaj tematu. - głos Minerwy był surowy.
- Nie miałem takiego zamiaru.
- Oczywiście, że miałeś. - opiekunkę Gryffindoru niełatwo było zmylić. - Dlaczego krzyczałeś?
Remus nie mógł oprzeć się niejasnemu, ale dokuczliwemu wrażeniu, że znów jest uczniem, a opiekunka jego Domu przepytuje go na temat tego lub innego z wybryków; potrzebował paru chwil by uświadomić sobie, że nie jest już dzieckiem, ale dorosłym mężczyzną, a do tego nauczycielem w tej szkole. Usiadł.
- To był tylko koszmar senny. Nic, czym trzeba by się było przejmować.
Poppy uniosła sceptycznie brew.
- Nic, czym trzeba by się było przejmować? Słyszałyśmy cię z korytarza. Gdyby nie to, że jest niedziela, to prawdopodobnie uczniowie...
- Wszystko w porządku. - Remus wiedział, że jego ton jest co najmniej niegrzeczny, ale naprawdę nie miał ochoty dyskutować z kimkolwiek na temat swojego – snu? Wspomnienia? – dopóki sam sobie nie poradzi z falą emocji, które wywołało. To przeżycie było zbyt osobiste, zbyt intymne, a przede wszystkim zbyt świeże, by mówić o nim na głos. Remus potrzebował, by zostawiono go samego. Potrzebował czasu, bo to wszystko przemyśleć.
Żółte oczy, jasny blask pełni księżyca, umazana krwią twarz jego ojca, kiedy wyciągał różdżkę... wszystkie te obrazy tańczyły przed jego oczami; Remus zmusił się, by je od siebie odsunąć.
Proszę, zostawcie mnie. Wiem, że chcecie dobrze, ale proszę...
- To nie było nic ważnego. –powtórzył bardziej stanowczo; przeczesał ręką mokre włosy, które wpadały mu do oczu, odrzucił kołdrę na bok i chwycił się jednego ze słupów łóżka, by stanąć na nogach. Miał wielką nadzieję, że nie wyglądał na tak roztrzęsionego, jak się czuł – jego ramiona były spięte, a blizna po ugryzieniu zdawała się jednocześnie świerzbić go i palić. – Dementorzy trochę mną wstrząsnęli, ale teraz już wszystko jest w porządku. Całe to zamieszanie jest zupełnie niepotrzebne.
Chyba powinien był spodziewać się dwóch surowych spojrzeń, które skierowały się na jego twarz; były mieszaniną sceptycyzmu i znużenia.
Poppy ofuknęła go jako pierwsza.
- Zamieszanie? Troska o twoje zdrowie to nie zamieszanie, Remusie Lupin!
Minerwa od razu przyszła jej z pomocą.
- Remus, spotkanie z dementorami, zwłaszcza gdy posiada się takie wspomnienia, jak ty, nie jest czymś, co powinno się ot, tak zignorować. Powinieneś...
Znużony, Remus uniósł dłonie w geście bliskim poddania.
- Minerwo, Poppy, proszę; jeszcze nie do końca się nawet obudziłem i mam nie lada mętlik w kompletnie mokrej głowie. Czy mogłybyście dać mi chwilę żebym mógł się ubrać i nieco ogarnąć?
Ani pielęgniarka ani nauczycielka nie wydawały się uważać tego za dobry pomysł, ale widząc żałosną minę Remusa wymieniły tylko niepewne spojrzenia i westchnęły jednocześnie.
- Skoro nalegasz... - Poppy w końcu zgodziła się niechętnie. - Ale oczekuję, że zjawisz się jutro w Skrzydle Szpitalnym przed rozpoczęciem zajęć.
- A ja chcę cię widzieć w moim gabinecie. - brwi Minerwy poszybowały w górę za szkłami okularów. - Wciąż nie wiem, jak będą wyglądały egzaminy końcowe z Obrony Przed Czarną Magią.
Remus uprzejmie skinął głową; starał się ignorować krople wody, które spływały z jego nosa i brody i kapały na podłogę.
- Oczywiście.
Przez chwilę jeszcze Poppy Pomfrey spoglądała na niego krytycznie; jej spojrzenie było specjalnie wyszkolone do tego, by przebijać się przez mury zapewnień o dobrym samopoczuciu i odnajdywać prawdziwe problemy, które się za nimi kryły. Remus miał jednak wprawę w chronieniu się przed takimi atakami. Widząc jego spokojny uśmiech, Poppy skinęła głową i cofając się wyszła na korytarz. Minerwa posłała mężczyźnie swoje własne, surowe spojrzenie i podążyła za pielęgniarką zamykając za sobą drzwi.
Remus opadł na łóżko.
Merlinie. Drogi Merlinie.
Nagle zaczął drżeć, niemal trząść się. Schował swoją wilgotną twarz w dłoniach i pochylił się, walcząc z dreszczami. Czuł się fizycznie chory, pusty i straszliwie skrzywdzony. Koszmarne wspomnienia – ciemnego lasu, jasnego księżyca, żółtych ślepi, błysku zębów i niewyobrażalnego bólu – kłębiły się w jego głowie, tak świeże, jakby został ugryziony wczoraj... i to wszystko wydarzyło się naprawdę. Nie miał wątpliwości – to, co zobaczył, czego doświadczył w objęciach snu nie było halucynacją. Było prawdą. Prawdą o nocy, podczas której został wilkołakiem; nocy, która naznaczyła całe jego życie.
Nie była to prawda, której się spodziewał.
Jeszcze wczoraj, zapytany, odpowiedziałby, że wspomnienie tego pamiętnego ugryzienia rozjaśni całą jego historię, ale tak naprawdę sprowadziło tysiąc nowych pytań.
Remus nie zawędrował do lasu sam; został tam zaciągnięty. Dlaczego?
Porwał go wilkołak, który ugryzł go celowo. Dlaczego?
Pamiętał skradanie się bestii i okropieństwo dzikiego ataku już dwadzieścia lat przed incydentem z 1981 roku, ale wciąż był sobą. Dlaczego?
Kiedy leżał w szpitalu krzycząc z bólu, jego ojciec miał jedynie dość sił, by wymazać wspomnienia Remusa dotyczące tamtej nocy. Dlaczego? Dlaczego, w imię Merlina?!
Wydarzyło się wtedy coś, o czym Remus, według jego ojca, nie powinien pamiętać. O czym nie powinien wiedzieć. Co takiego?
Ten wilkołak obwiniał jego ojca; twierdził, że wyrównuje rachunki. A Reynard Lupin wymazał pamięć swojego syna, by zataić prawdę o tym wydarzeniu, i przez trzydzieści lat ukrywał swój sekret , podczas gdy życie i cierpienie Remusa były jego konsekwencją.
Niepomny faktów. Dosłownie.
Trzydzieści lat.
Serce Remusa zabiło mocniej. Jego urodziny! Były już za dwa tygodnie. A to znaczyło, że w tym tygodniu... Jak mógł zapomnieć?
Dwa tygodnie i trzy dni do jego urodzin. To dziś. To dziś jest rocznica jego ugryzienia.
Musiał porozmawiać z ojcem. Teraz.
Reynard Lupin na pewno będzie w domu. W chatce w Zimowej Dolinie, w której Remus urodził się i wychował, a w której jego ojciec od czasu śmierci matki mieszkał sam i teraz rzadko już kiedy ją opuszczał.
Remusa bardzo martwiło odosobnienie ojca odkąd sam został zatrudniony w Hogwarcie, ale dzisiaj znów się zobaczą; Reynard musiał wyjaśnić mu kilka spraw.
Remus bardzo kochał ojca; po śmierci matki Reynard był jedyną rodziną, jaka mu pozostała. Ale nie zamierzał dłużej dawać się oszukiwać i nie zamierzał akceptować kłamstw.
Sięgnął po swoje szaty znużonym gestem. Jego twarz była zarazem ponura i smutna.
Czas na rodzinne spotkanie.
