Varric uśmiechał się na samą myśl o tamtych czasach. Jego towarzysze w milczeniu popijali grzane wino. Aliste oparła się o Fenrisa. To jeszcze bardziej zaintrygowało Varrica. Krasnolud nie pamiętał by elf kiedykolwiek pozwalał sobie na takie spoufalanie. Ale czas się zmieniał wszystkich, ostatni raz widział go jakieś… siedemnaście lat temu?

- Zostając z tyłu miałem nie raz okazję przyglądać się chaosowi, jaki potrafił uczynić z pola walki Hawke. – Na potwierdzenie jego słów Fenris pokiwał ze zrozumieniem głową.

- Czasem, gdy starczyło na to czasu, pomiędzy jedną serią z Bianki a drugą mogłem podziwiać radosną niefrasobliwość, z jaką Czempion Kirkwall rzucał się w wir walki.

- Tutaj Varric nie przesadza, to było prawdziwie widowisko – wtrącił elf.

- Wyobraź sobie – krasnolud zwrócił się do kobiety - Adama ze swoim olbrzymim dwuręcznym mieczem, wielkiego, jak niedźwiedź i równie kudłatego, który parł na przód nie robiąc sobie nic z niebezpieczeństwa, jakby był pewien, że żaden miecz go nie zrani, strzała, czy bełt nie zadraśnie, zaklęcie nie ogłuszy.

Tamtego dnia, stojąc na niewielkim wzniesieniu obserwował armagedon przed moimi oczami starając się zapamiętać, jak najwięcej szczegółów do celów mojej najnowszej powieści.

- Aż dziwne, że nigdy jej nie napisałeś – stwierdził wojownik.

- Miałem ku temu powody, jak się sam wkrótce przekonasz. A teraz przestań wchodzić mi w zdanie. – Varric pociągnął ze swojego kufla, po czym zaczął na nowo.

- Nawet nie specjalnie się śpieszyłem, od czasu do czasu posyłając bełt w nieopatrznego łucznika lub nawiedzonego krasnoluda. Po prawej Merill powstrzymywała kolejną grupę za pomocą magii ziemi. Anders raził piorunami nieszczęśników, którzy ukrywali się za jedną z prowizorycznych barykad…


Sytuacja była nie tyle niebezpieczna, co wyczerpująca. Wrogowie o wiele liczniejsi, a jednak bez szans i mimo to ciągle rzucali się wprost pod ostrze Adamowego miecza. Mało tego ciągle przybywali nowi, zastępując padłych towarzyszy. Tak samo odziani, te same poszarzałe twarze i nieprzytomne spojrzenia. Varric wietrzył w tym niezgorszą historię. Rzecz stała się naprawdę intrygująca w momencie, gdy z przeciwległego końca wąwozu zaczęła napływać kolejna fala krasnoludów. W zasadzie oni nie napływali ale cofali się – zdał sobie sprawę. Po chwili ukazała się przyczyna popłochu. Troje walczących, z przykurzonych metalowych tarcz wyzierały skrzydła gryfów.

- Strażnicy ? – wymruczał do siebie.

Dwoje wojowników i mag – stwierdził, aczkolwiek ciężko było coś więcej zobaczyć, gdy mag Strażnik sprowadzał na wroga burzę. Kurz poderwany podmuchami wiatru przesłonił na moment arenę walki. Jedno z nich – można było poznać po ruchach, że to kobieta – wysunęła się z kurzawy rąbiąc wrogów z okrutną efektywnością. Pomiędzy nią a Adamem trupy ścieliły się gęsto. Drugi ze strażników pozostał z tyłu osłaniając przed atakami maga.

Z nowo przybyłymi walka przerodziła się w rzeź i znów zadziwiał fakt, że napastnicy nie próbowali uciekać.

Wreszcie padł ostatni z nich, Varric zszedł ze swojego wzniesienia, za jego plecami podążali Merrill i Anders do miejsca, gdzie Adam ocierał swój miecz z krwi.

- Nie sądziłem, że jest tu ktoś oprócz nas.

Strażniczka otarła swoje ostrze po czym obróciła się do nich, jednocześnie zdejmując skrzydlaty hełm z głowy.

Z pod niego ukazała się spocona twarz, potargane ciemne włosy i duże, intensywnie błyszczące oczy.

- Varric, chyba się zakochałem – usłyszał cichy głos Adama.

Krasnolud przewrócił tylko oczami, kochliwość Hawka w nieodpowiednich kobietach była równie legendarna, co jego pojedynek z Arishokiem.

- Cholera – wysyczał z tyłu za nim Anders.

Kobieta podeszła do nich z ujmującym uśmiechem. Zignorowała szczerzącego się do niej Adama oraz Varrica, który na końcu języka miał już kwiecisty komplement, zignorowała też drobną Dalijkę. Nim ktokolwiek się zorientował Anders dostał prawy sierpowy, na tyle mocny by tymczasowo zaniemówić.

- To za ucieczkę – oświadczyła, po czym rzuciła mu się na szyję całując go w policzki. Varric nie był pewnie ale wydawało mu się, że w międzyczasie zdążyła mu coś szepnąć do ucha.

- Czy ja też mogę dostać całusa?

Varric parsknął na komentarz Adama, Hawke wpatrywał się w nowoprzybyłą wzrokiem świeżo wpojonego szczeniaczka.

- Przepraszam, ale to powitanie jest zarezerwowane dla starych przyjaciół – oświadczyła obca obracając się w końcu do nich.

- Przyjaciół? Nie chcę wiedzieć, jak traktujesz wrogów. Hawke, Adam Hawke. – Czempion wyciągnął do niej rękę uśmiechając się przymilnie. Jeśli jednak myślał, że obca zareaguje entuzjazmem na jego nazwisko, przeliczył się.

Kobieta obrzuciła go badawczym spojrzeniem zanim podała swoją dłoń.

- Dis – przedstawiła się krótko.

- Dis jaka? – odezwał się Varric mierząc ją badawczym wzrokiem. Coś mu świtało, gdy tak przyglądał się bladej bliźnie przecinającej jej policzek.

- Dis Szara Strażniczka – oświadczyła spokojnie, machając na pozostałą po przeciwnej stronie dolinki parę towarzyszy.

Varric przedstawił się jej oraz nieśmiało spoglądającą zza niego Merrill, gdy nagle Adam wybuchł głośnym śmiechem po czym ruszył w stronę pozostałej dwójki Strażników.

Krasnolud usłyszał perlisty śmiech Bethany Hawke i tubalne pokrzykiwania Adama. Oboje rzucili się sobie w ramiona. Trzeci ze strażników patrzał na to wszystko z podejrzliwością do momentu aż Beth przedstawiła go swojemu bratu.

- Skąd się tu wzięliście?

Adam prowadził Beth do reszty towarzyszy, gdzie nastąpiła kolejna fala powitań.

- Ci paskudni lunatycy napadli mnie w Denerm – odparła w końcu Beth, trącając butem jednego z martwych krasnoludów.

- Ciebie też?

- Chyba mają do nas jakąś urazę, braciszku.

- W każdym razie, tropy przywiodły nas tutaj – dodała Dis.

- Więc może połączymy siły? – Adam popatrzał na Strażniczkę zalotnie.

- Może… ale bylibyśmy wdzięczni za dyskrecję. – Bethany spojrzała znacząco na Varrica. - Jesteśmy tu incognito.

W ciągu dnia napotkali jeszcze dwie grupy lunatyków. Każda z nich rzucała się bez zastanowienia pod ostrza. Jedyna różnica pomiędzy nimi, a tymi z Kirkwal stanowiły widzialne znaki zarażenia pomiocią chorobą. Strażnicy potwierdzili to, co wcześniej przypuszczał Anders, w pobliżu musiały być pomioty.

Gdy późnym popołudniem pozbyli się ostatnich trupów, Strażnicy nalegali by spalić ciała, postanowiono rozbić obóz.

Znaleźli wąską dolinkę z kilkoma rachitycznymi drzewami otaczającymi jej wschodni kraniec. Na północy skryte w chmurach majaczyły pasma gór Vinmarku, nagie i szare niczym obnażone zęby mitycznego potwora.

- A ty ciągle piszesz te swoje dzienniki? – Varrik usłyszał obok głos Bethany.

- Słoneczko, te bazgroły będą kiedyś na wagę złota.

- Były by coś warte, gdyby nie rozmijały się z faktami tak często – rzucił Anders siedzący po drogiej stronie ogniska. Varrik zdołał zauważyć że, mag był nadzwyczajnie cichy dzisiejszego wieczoru.

- No wiesz co, czuję się dotknięty.

Adam doprawił gulasz gotujący się na kotle. Z nich wszystkich potrafił najlepiej przyrządzić coś z niczego. Gdy miał wszystkie składniki był mistrzem.

- Gotowe – oświadczył nalewając pierwszą miskę i podając Dis. Kobieta uśmiechnęła się do niego wąchają potrawkę przed konsumpcją.

- Nie powinnaś się otruć – rzuciła Beth. – Adam zna się na rzeczy.

- Czy jest jakaś rzecz, której potężny Czempion Kirkwal nie potrafi?

- Och, uwierz mi moja pani, jestem mistrzem w wielu dziedzinach.

Strażniczka uniosła jedynie brew zdecydowana ignorować sugestywny uśmiech Hawke'a.

Beth przyglądała się z rozbawieniem zabiegom Adama. Najwidoczniej niewiele się zmienił przez te lata, jeśli chodzi o charakter. Fizycznie jednak, przez moment, w tej dolince była przekonana, że widzi ojca. Gdy żegnała brata na Głębokich Ścieżkach był jakby trochę mniejszy i nie taki zarośnięty. Gdzieś podziała się jego szczupła sylwetka osłonięta teraz imponującą tężyzną fizyczną i ciężkim pancerzem. Nie widziała go też nigdy z tak długimi włosami i z brodą. Gdy teraz patrzała na niego bardziej niż kiedykolwiek przypominał jej Malkolma Hawke. Na pierwszy rzut oka wydawał się skory do śmiechu, pogodny z tym swoim błyskiem w oku i filuternym uśmiechem. Siostra jednak widziała więcej. Linie na jego czole, ledwo dostrzegalne cienie pod oczami, wyraz jego oczu, gdy patrzał w dal. Życie Czempiona nie było sielanką, poznała to po tym głębokim smutku ukrytym pod warstwą wesołości i licznych bliznach na jego rękach.

Kobieta podniosła się z ziemi otrzepując kurzu z szat.

- Pójdę nazbierać trochę więcej opału.

- Ech, myślałam, że poradzisz sobie z małym ognikiem – Adam uśmiechnął się do niej krzywo. W dzieciństwie Beth przepadała za zaklęciami ognia. Carver nazywał ją piromaniakiem.

- Wolałabym przespać się trochę zamiast pilnować ognia całą noc.

Adam powinien zrozumieć, że nie tylko on się zmienił. Bethany czuła, że nie jest już tą samą osobą, którą była w Kirkwall. Przestała być małą narwaną siostrzyczką, która korzystała z magii, gdy tylko miała ku temu okazję. Z czasem przyszło zrozumienie, czym włada i poszanowanie dla tej siły drzemiącej tuż za Zasłoną.

- Pomogę ci – Roger uśmiechnął się do niej nie dostrzegając grymasu, jaki przebiegł przez twarz Hawek.

Adam miał zwyczaj terroryzować wszystkich wielbicieli siostry. O ile kiedyś było to przydatne teraz tylko ją zirytowało. Była dorosłą osobą, zresztą Roger był tylko…

- Nie ma potrzeby – Hawke spojrzał na Strażnika wymownie – ja z nią pójdę, utniemy sobie pogawędkę, jak za starych dobrych czasów, co Beth?

Czarodziejka jedynie przewróciła oczami.

Roger zajął się czyszczeniem napierśnika, ale jego oczy biegły co jakiś czas w bok, pomiędzy majaczące na skraju obozowiska pnie drzew, gdzie dostrzegał cień czarodziejki pochylającej się, by podnieść z ziemi zeschłą gałąź. Do jego uszu dolatywały jedynie urywki słów i melodyjny śmiech Bethany spowodowany słowami brata. Ten śmiech, taki prawdziwy i z głębi serca wywoływał zawsze ciepłe uczucie, gdzieś wewnątrz niego. Lubił ten dźwięki do tego stopnia, że starał się przeróżnymi sposobami wywołać je w czarodziejce. Z biegiem lat doszedł w tym do pewnej wprawy.

Teraz Hawke zawtórował siostrze swoim niskim głosem równie przyjemnym do słuchania, co aksamitny śmiech Beth.

Gdy go usłyszał po raz pierwszy wcale mu się nie podobał, jak i cały barczysty mężczyzna trzymający w uścisku jego…

- Ferelden jest piękny o tej porze roku – usłyszał kobiecy głos obok siebie.

Spojrzał nieco nieprzytomnie na elfkę siedzącą obok. Jej dłoń spoczywała na stylu różdżki. Między powykrzywianymi gałęziami zwieńczającymi go połyskiwał ciemnozielony kamień.

- Jesień przynosiła ze sobą wszystkie odcienie żółci i czerwieni – ciągnęła Merrill nie zauważając braku zrozumienia u swojego rozmówcy. – Tutaj wszystko jest po prostu szare, nie sądzisz?

Roger jedynie skinął głową i elfka uśmiechnęła się promiennie.

- Zastanawiam się… - spojrzała nieśmiało na Strażnika – zastanawiam się, czy tak samo wygląda jesień w Obcowisku, w Denerim. Nigdy tam nie byłam, Dalijczycy nie lubią miast, zawsze omijaliśmy je z daleka, szczególne te większe, Fereldeńczycy nie są tak wrogo nastawienie, jak wcześniej, to pewnie dlatego, że walczyliśmy podczas Plagi, mój klan brał udział w odbijaniu stolicy, ale ja zostałam z tyłu, nie widziałam Obcowiska…

Stwórco i to wszystko na jednym wdechu – pomyślał Roger wodząc wzrokiem za „swoją" czarodziejką. Elfka jednak paplała dalej zupełnie niezrażona jego milczeniem

- Może ty je widziałeś? Czy jest tam dużo drzewa, czy może jest ono takie szare, jak Obcowisko w Kirkwall?

Po chwili zmiarkował, że zadała mu pytanie.

- Nie wiem, jak wygląda Obcowisko w Kirkwall. – Zastanawiał się czemu właśnie jemu zadawała te wszystkie pytania. Czy może rozpoznała w nim „mieszańca". Roger był świadom, że jego wygląd nie zdradzał pochodzenia. Najwidoczniej odziedziczył większość cech po nieznanym nawet z imienia ojcu. Jedynie jego oczy… Obrócił się do elfki, pierwszy raz obdarzając ją bacznym spojrzeniem. Była wiotka, szczupła i blada, z potarganymi ciemnymi włosami i dużymi zielonymi oczami w szczupłej twarzy.

- A w Denerim?

Przytaknął jej zastanawiając się, czy powinien opowiedzieć o Obcowisku, jakie pamiętał z dzieciństwa, brudnym i biednym. Drewniane domostwa stłoczone w centrum miasta, otoczone murem, śmiecie walające się po błotnistych uliczkach, dzieci bawiące się kamykami w cuchnących zaułkach. Nie, nie musiał jej tego mówić.

- Wiele się zmieniło od czasu Plagi i pożaru. – Znikło wielu mieszkańców – dopowiedział w myślach.

- Słyszałam, że król odbudował Obcowisko.

Znów kiwnięcie głową. Rzeczywiście teraz ta dzielnica nie różniła się już tak bardzo od innych. Spalone domy po lewej stronie zastąpiły nowe, solidne kamienne budynki, główną drogę wybrukowano. Zniesiono zakaz uprawy ogródków przydomowych i prowadzenia własnych sklepów. Elfom żyło się teraz lepiej, chociaż niektórzy mieszkańcy Denerim uważali taką politykę za skandal.

- Czy mają tam takie drzewo?

- Vhenadhal, spłonęło podczas pożaru – wyjaśnił, ale widząc badawcze spojrzenie czarodziejki dodał po chwili namysłu. – Ale hehren zasadził nowe, a nabrzeże, gdzie były kiedyś magazyny król nakazał obsadzić drzewami, gdy urosną będzie to wyglądało, prawie jak las.

To wyraźnie uspokoiło elfkę. Z uśmiechem na ustach wróciła do segregowania swoich zapasów ziół.


- Następnego dnia dobrnęliśmy do podnóża gór. Na skalistych stokach widać było budowle, po konstrukcji można było poznać rękę krasnoludów. Wiele z nich rozsypywało się już, inne były pobieżnie połatane i sądząc po zaopatrzeniu w nich złożonym zamieszkiwane.

- Wydawało mi się, że w górach Vimmark nie ma żadnych osiedli? – usłyszał Aliste.

- Ktoś tu przykładał się na lekcjach geografii.

Dziewczyna rzuciła krasnoludowi poirytowane spojrzenie. To tylko utwierdziło go w przekonaniu, że jest tak młoda, na jaką wygląda.

- Nim dostaliśmy się do najobszerniejszego budynku przylepionego do skalnego zbocza, wznoszącego się ponad wąwozem, zaatakowali nas znowu. Tamtejsi mieszkańcy byli, jak można było poznać po tatuażach członkami Carty. Wszyscy razem stanowili grupę lunatyków samobójców, bredzących coś o krwi Hawka i kluczu oraz o uwolnieniu swego pana.

- Czyżby jakaś rodowa wendeta? – Fenris słyszał, co nieco o tej wyprawie, ale nigdy szczegółów.

- Skąd ja to znam – wymruczała Aliste.

Varric rzucił jej rozbawione spojrzenie, prowokując do dalszych wynurzeń. Dziewczyna była młoda, niedoświadczona i dała się nabrać.

- No co? To codzienność w Antivie… - urwała widząc ostrzegawcze spojrzenie Fenrisa. Stary wyga, wiedział do czego Varric dąży.


W końcu w godzinach popołudniowych teren został oczyszczony i pozostało zbadać tylko tajemniczy budynek. Dis rozejrzała się dokoła.

- Tego nie było na naszych mapach – stwierdziła przyglądając się dość solidnie wyglądającym zabudowaniom.

- Nie wiem czy zauważyliście, ale te krasnoludy nosiły części zbroi z emblematem Straży – stwierdził Hawke trącając jednego z martwych przeciwników, na którego ramieniu widać było zardzewiałe rękawice z zatartym gryfem na przodzie.

- Myślisz, że okradli jakiś Strażników?

Bethany spojrzała na brata.

- Może po prostu Carta zagnieździła się w miejscu, które było niegdyś bazą Szarych – dodał Varric spoglądając wyczekująco na Dis.

- Gdyby był tu jakiś posterunek Szarej Straży wiedziałabym o tym.

- Myślę, że nim zatrzymamy się na nocleg warto sprawdzić te pomieszczenia, spałbym lepiej wiedząc, że nie wysypie się stamtąd masa szurniętych karsnoludów.

Reszta zgodziła się z Adamem, co spowodowało, że kolejną noc spędzili w lochach rzeczonej budowli.

Zwiedzanie opustoszałego budynku przyniosło ze sobą kilka rewelacji. Budowla okazała się o wiele bardziej rozległa niż na to wyglądało. Część korytarzy i pomieszczeń wykuto w litej skale, wąskie tunele wiodły w głąb góry, a trzeszczące ze starości drewniane schody i drabiny prowadziły ich ciągle w dół. W którymś momencie Dis stwierdziła z niemiłym dreszczem o możliwości przejścia do Głębokich Ścieżek. Było coś takiego w powietrzu, co wyraźnie przypominało jej zatęchłe korytarze pod Orzamarem. Ta informacja nie podobała się wszystkim ale najmocniej utyskiwał Anders. Potem znaleźli stare notatki leżące w jednym z pustych pomieszczeń.

- A więc jednak siedziba Strażników – stwierdził Varric.

- Nie siedziba – poprawiła Dis czytają jeden z raportów Orlaisańskiego dowódcy ekspedycji badawczej. – Raczej więzienie – mruknęła spoglądając na inny świstek papieru, pożółkły ze starości.

- Kogo niby mieli więzić Strażnicy – Anders był coraz bardziej poirytowany.

- Nie wiem i nie chcę wiedzieć.

Varric miał nieprzyjemność napotkać swojego dawnego znajomego, genialnego inżyniera, który zaprojektował Biankę. Niestety krasnolud był równie zwariowany, co reszta jego popleczników i skończył z bełtem w krtani. Po tej potyczce Varric stracił cały humor i resztę popołudnia spędził milcząco przeładowując Biankę.

Potem znaleźli szeroką salę wykutą w skale. Jak się okazało miała być to pułapka. Niestety dla krasnoludów Hawke nie cierpiał pułapek. Przy okazji tej potyczki okazało się dwie rzeczy.

Zwycięstwo przechylało się na ich stronę, gdy pomiędzy walczącymi wybuchła kula ognia. Adam i Dis zostali zdmuchnięci przez ognisty podmuch. Wśród pomylonych krasnoludów musiał znajdować się mag.

- Roger, znajdź go i załatw. – Krótki rozkaz i Dis była znowu na nogach.

Jej podkomendny wykonał rozkaz bezbłędnie, najpierw rozproszył czar, który sprawił, że ziemia pod nogami walczących zaczęła się trząść i zapadać, potem zlokalizował maga apostatę ukrytego za skrzyniami w rogu. Rzut oka przez ramie, upewnił się, że Bethany stoi w odpowiedniej odległości. Nie chciał jej przypadkowo wydrenować z many. Później wpajany przez lata trening zrobił swoje, chwila skupienia i apostata dyszał ciężko leżąc na ziemi. Miecz Rogera efektywnie rozpłatał mu gardło kończąc żywot nieszczęśnika.

Nim jeszcze ucichły jęki umierających Roger znalazł się oko w oko z rozsierdzonym Adamem.

- Jesteś templariuszem – wysyczał oskarżycielko Hawke. Jego dłoń przyparła Strażnika do muru, druga spazmatycznie zaciskała się na ostrzu olbrzymiego dwuręcznego miecza. Roger znał historię rodziny Hawke, wiedział o śmierci jej ojca z rąk templariuszy i potrafił zrozumieć jego nienawiść do Zakonu. Zmusił się do spojrzenia w oczy Czempiona ze spokojem oświadczając jednocześnie coś, co dla niego samego było oczywiste.

- Jestem Strażnikiem.

Śmiech Hawke'a wcale nie był teraz przyjemny, brzmiał raczej jak pomruk burzy.

- A tak, werbują was żebyście mieli oko na magów, co?

Za plecami Czempiona pojawiła się Bethany.

- Jakbyś nie zauważył wśród pomiotów też są magowie. – Głos czarodziejki był ostry i to wystarczyło żeby Adam wycofał się.

- Mógł cię wydrenować.

- Stałam daleko. No, nie zachowuj się jak głąb. – Beth poklepała go po ramieniu i atmosfera się rozluźniła.

- Co ty wyprawiasz – warknął do niego Varric, gdy przemieszczali się kolejnym korytarzem w dół.

- Stare nawyki – wymruczał Hawke.

Varric jedynie przewrócił oczami. Jego uwadze nie umknął jednak sposób, w jaki Dis obserwowała Hawke, gdy ten napadł Rogera. Jej zimne kalkulujące oczy i dłoń blisko rękojmi miecza. Eh, Adam powinien naprawdę uważać, nie potrzebowali utarczki ze Szarymi Strażnikami, tym bardziej, że zbliżali się do znienawidzonych, zatęchłych Głębokich Ścieżek.

W następnej komorze czekała ich kolejna grupa zwariowanych krasnoludów i oszalałe bronto. W chwili, gdy zwierz uwolnił się z klatki i zaszarżował na czarodziejki, obie kobiety odskoczyły na boki, nie mając czasu, by rzucić jakiekolwiek zaklęcie. Adam zareagował instynktownie na głos siostry, ale to Roger znajdował się bliżej. Varric musiał przyznać, że znał niewielu ludzi równie odważnych, czy może głupich aby stanąć na drodze rozsierdzonemu bronto. Roger najwyraźniej był takim człowiekiem. Gdy zwierzę okręcało się zdołał sięgnąć go mieczem, Bethany spowolniła je lodem i czmychnęła za templariusza. Bronto zwolniło bieg ale nadal parło wprost na Strażnika, z kwikiem nadziało się na jego miecz, ale impet sprawił, że wraz z ekstemplariuszem gruchnęło o ścianę przygniatając go.

Walka była jeszcze w trakcie, gdy Beth pochylała się nad towarzyszem.

- Nic ci nie jest?

- Jest dobrze, tylko ściągnijcie ze mnie tego prosiaka.

- Adam, może raz byś się na coś przydał?!

Hawke łypiąc złowrogo na Rogera ściągnął z niego dogorywające zwierzę.

- Gdzie cię boli?

Beth zdawała się nie dostrzegać otoczenia, skupiając się na tym, by jak najszybciej odpiąć pancerz Strażnika. Hawke zauważył, że jego siostra wydawała się instynktownie wiedzieć, jak odczepić napierśnik towarzysza. Miał ochotę warknąć coś ale lodowate spojrzenie Dis sprawiło, że skupił się raczej na łupieniu martwych krasnoludów niż na Bethany obmacujących ekstemplariusza.

Dłoń czarodziejki spoczęła na wilgotnym kaftanie, nawet przez grubą materie czuł ciepło promieniujące spod jej palców. Magia Hawke zawsze wydawała mu się inna, delikatna, łagodniejsza, niż inwazyjne czary innych magów.

- Nie powinieneś pakować się wprost pod to zwierzę, mogło cię przecież zagnieść – wymruczała sondując jego ciało. – Wierz, że nie jestem najlepsza w leczeniu…

Tuż obok siebie usłyszała ciche chrząknięcie. Oczywiście zapomniała, że mieli Andersa. Przez ostatnie lata przyzwyczaiła się, że była jedynym magiem w drużynie i pogotowiem ratunkowym dla rannych w walce. Oczywiście z nawyku chciała sprawdzić, czy nic nie jest Rogerowi i ewentualnie załatać go. A może chodziło o to, że Roger wydawał się lubić dotyk jej magii… heh, Stwórco… co ja sobie wymyślam…

Anders potwierdził jej diagnozę, nic nie było złamane. Czarodziejka odczuła ulgę. Roger miał głupi nawyk stawania pomiędzy nią a wrogiem. Czasem przez to obrywał. Czasem się zastanawiała nad tą jego opiekuńczością. Może to jego trening jako templariusza uczulał go wrażliwym na jej słabości? Cokolwiek by nie mówiono, pierwszym obowiązkiem templariusza było chronić maga. A może to dlatego, że uczyła jego siostrę. Kto podjąłby się nauki małej czarodziejki, gdyby jej coś się stało?

Wyciągnęła do Strażnika dłoń podnosząc go z ziemi. Gdy on zajęty był zapinaniem puklerza, Beth wyjęła zza paska chusteczkę. Z rozmysłem ignorowała jego spojrzenie, gdy zmoczyła róg materiału wodą i zaczęła ocierać jego brodę i policzki.

- Jesteś cały we krwi – wymruczała przesuwają szmatką po dolnej wardze. Coś przypominającego motyle poczęło łaskotać ją w brzuchu, gdy przecierała raz i drugi usta towarzysza. Wyglądały na takie miękkie i zapraszające.

Za sobą posłyszała cichy chichot Merrill i jeszcze cichsze słowa – Ale to słodkie.

Nagle stała się bardzo świadoma, że ma ze sobą widownie i tego, że twarz Rogera robi się coraz bardziej pąsowa.

- Teraz lepiej – powiedziała nie mając odwagi spojrzeć mu w oczy. Z kłopotliwej sytuacji wybawił ją Adam.

- Beth zobacz, co znalazłem, może się przydać.

Nim Roger zdołał cokolwiek odpowiedzieć, albo złapać ją w ramiona i po prostu pocałować czarodziejka była już w drugim końcu sali, najwyraźniej nie mając pojęcia o pragnieniach ekstemplariusza.

Ze skupieniem przyglądała się wspaniałemu mahoniowemu stylowi połączonemu metalem z oprawionym wrzecionowatym purpurowym kamieniem na szczycie. Coś bardzo znajomego było w tej różdżce. Beth po prostu czuła ją na skraju świadomości. Gdy wzięła ją w dłoń z ust dobył się ciche westchnienie. Ciepło powędrowało od miejsca, gdzie dotykała drzewa poprzez całą dłoń, budząc w niej uczucie znajomej magii, dawno już zapomniane.

- Beth?

Kryształ osadzony w drewnie zabłysł słabo i zgasł.

- Co się dzieje?

- To nie możliwe – wyszeptała, przyglądając się uważnie różdżce. I owszem znalazła to czego szukała, maleńki znak, glif którym zawsze znaczył swoje rzeczy ojciec, miniatura sokoła tak mała, że można by ją zasłonić kciukiem.

- Ale jakim cudem?

Hawke był tak samo zdumiony, co siostra.

- Ta różdżka należała do naszego ojca – wyjaśnił podchodzącym bliżej towarzyszom.

- Co wasz ojciec robił w takim miejscu?

Na pytanie Dis rodzeństwo jedynie wzruszyło ramionami. Nie wiele wiedzieli o życiu Malkolma z przed ucieczki do Fereldenu. Nie opowiadał im o swojej przeszłości.

- To się zaczyna robić coraz ciekawsze – oznajmił Varric.

Chwilę potem poruszali się w szerokim korytarzem, znacznie obszerniejszym i bardziej zadbanym niż jakikolwiek inny w tym dziwnym labiryncie.

- Porządna krasnoludzka robota – oświadczył ima Varric.

- To nigdy nie wróży nic dobrego – mruknęła Dis rozglądając się dokoła. Nie chciała tego mówić, ale teraz miała już pewność, że kierują się na Głębokie Ścieżki. Nie podobało jej się to. Wyruszając na tą wyprawę obiecała, że nie będzie się niepotrzebnie narażać. Do tej pory napotkali więcej utarczek niż można się było spodziewać. Gdyby byli sami mogłoby nawet zrobić się niebezpiecznie, ale pomiędzy trojgiem Strażników i kompanią Adama potrzebaby było armii żeby ich powstrzymać. Nie mniej zmierzali w głąb ziemi, gdzie czatowała na nich armia pomiotów.

Analizując wszystkie za i przeciw podjęła decyzję. Tak dobrze było trzymać znowu miecz w dłoni. Przez ostatni tydzień czuła się sobą bardziej niż przez ostatni rok, jakby całkiem zduszona cząstka jej duszy wróciła do życia. A jednak miała inne cele i obowiązki. Musiała wracać, ale zapewne Beth będzie chciała rozwikłać zagadkę, widziała ciekawość palącą się w czarodziejce. Oczywiście Roger będzie jej towarzyszył, mogłaby dać mu rozkaz, ale nie miała sumienia ich rozdzielać. Oni oboje byli tak beztrosko nieświadomi, ha nawet Hawke czuł co się święci. Anders na pewno wróciłby z nią, nie cierpiał głębin, ale kompani potrzebny był uzdrowiciel z prawdziwego zdarzenia. Wolałaby też uwolnić się od oceniającego wzroku krasnoluda. Varric obserwował ją uważnie, zapewne domyślał się czegoś. Może ta słodka elfka zechce jej towarzyszyć. Wesoła paplanina Merrill szczerze rozbawiła ją poprzedniego wieczoru.

- Słuchajcie, jestem prawie pewna że…

Ale jak to czasem bywa nie było jej dane dokończyć.

Dobiegł ich głos, słowa wypowiedziane głębokim aksamitnym głosem, pewnym i silnym.

- Czy wy to słyszycie? – Hawke wydawał się zbity z tropu.

- Tato?

Bethny puściła się biegiem przez korytarz i w dół po schodach.

- Beth! Czekaj… cholera. – Nie było innego wyjścia, Adam pobiegł za nią, za nim cała reszta.

Dogonili ją dopiero po chwili, dziewczyna stała w bezruchu wpatrując się przed siebie. Zatrzymali się na czymś, co wyglądało jak balkon, wąska półka rozciągnięta nad przepaścią. Z ciemnej czeluści wyrastała potężna bryła wierzy, jej ściany wieńczyły emblematy gryfów i kamienne statuy krasnoludzkich wojowników.

Dis wychyliła się przez balustradę, nagle bardzo spięta i niespokojna, podobnie reagowali pozostali Strażnicy.

- Pomioty – wymruczała Dis. – Dużo pomiotów.

- Dobra, wystarczy wracamy – zakomenderował Hawke.

- Ale to był głos taty… - Usłyszał obok siebie zduszony szept Bethany.

- To mogła być tylko jakieś echo. – Starał się ją przekonać, choć sam za bardzo w to nie wierzył. Wszystko w koło miało jakiś związek z ich ojcem, ale pamięć o Głębokich Ścieżkach była nadal zbyt żywa by zmusić go do wędrówki nimi.

- I świetnie, zabierajmy się stąd – warknął Anders cofając się do tyłu.

- Auu, co do jasnej…

Beth i Merril podeszły bliżej. Z zaciekawieniem przyglądając się świetlistej błonce rozciągającej się w poprzek korytarza.

- Tego tu wcześniej nie było.

- To magia – usłyszeli za sobą Rogera.

- No co ty? Brawo za spostrzegawczość – warknął Hawke. - Trzeba to zdjąć.

Bethany obejrzała ściany, wysłała mały impuls magii by zbadać zaklęcie.

- Nie wiem jak, może Merrill?

Zapytana pokręciła głową.

- Nie wiem co to jest, opiekunka klanu nie uczyła mnie o takich pułapkach.

- Anders?

Mag przesunął się do ściany, jedno połyskujące błyśnięcie światła.

- No to super – uśmiechnął się fałszywie – tędy nie przejdziemy. Gratuluje, właśnie wygraliśmy wycieczkę po Głębokich Ścieżkach.