Rozdział drugi — Hide it in the hiding place where no one ever goes
Wiosna w sześćdziesiątym ósmym trafiła się niespodziewanie duszna, a jakby tego było mało, pod koniec marca wzmożono produkcję i od fabryki nadpłynęła nad miasto lepka, śmierdząca mgła, która nie opuściła Cokeworth aż do maja. Choć z drugiej strony wtedy zaczęły się wichury i człowiek już nie wiedział, na co narzekać najpierw. Na szczęście w tym samym czasie do Anglii przybyło również coś znacznie, znacznie lepszego: aż do lata z każdego wystawionego na parapecie radia rozbrzmiewał na okrągło nowy singiel duetu Simon & Garfunkel. Do wakacji Petunia nauczyła się słów piosenki na pamięć. Czuła się tak, jakby pani Robinson była jej osobistą znajomą, chociaż nie do końca rozumiała, dlaczego właściwie muzycy kazali jej coś chować w spiżarni razem z babeczkami — każde rozsądne dziecko wiedziało, że to tam szuka się skarbów w pierwszej kolejności.
— Petuniooo! Będziemy ostatnie nad rzeką!
Wystała przy parapecie wdowy Stevens dopóki nie rozbrzmiała ostatnia nuta Mrs. Robinson. Potem, w przerwie na reklamy, znajomy, głęboki głos zaczął zapowiadać nowe arcydzieło kinematografii MGM, którego Petunia i tak nigdy w życiu nie będzie miała szansy zobaczyć, choćby nie wiadomo jak błagała rodziców. W Cokeworth nie było kina.
— No chooodź!
Lily pomachała jej z przeciwnej strony ulicy, a Petunia mało nie dostała zapaści — nie miała pojęcia, o co właściwie chodziło, ale słyszała o niej regularnie od matki w chwilach wzburzenia i domyślała się, że musiała być spektakularna. W te pędy dobiegła do siostry, przytrzymując przy kolanach przykrótką spódniczkę w białe kropki. Młoda zaraz zarobiła sójkę w bok.
— Miałaś na mnie zaczekać!
— Ale ile chciałaś tam stać? Do nocy? — Lily zapiszczała z pretensją w odpowiedzi, choć tym razem nie udawała, że się marze. Takie rewelacje odchodziły w obecności rodziców.
— A jakby cię ktoś przejechał? Miło by ci było, co? — Petunia złapała siostrę za ramię, prowadząc ją statecznym krokiem wzdłuż głównej ulicy.
— Miło! — zapewniła z takim zapałem, jak to tylko ledwo odrośnięte od ziemi ośmiolatki potrafią.
„Główna ulica" Cokeworth była taką wyłącznie z nazwy, bo poza dawno już zamkniętą pralnią samoobsługową i nędznym sklepem spożywczym — w którym nigdy niczego nie mieli — nic się na niej specjalnie nie działo.
— Mówię ci, będziemy tam ostatnie — kłóciła się Lily, wycierając wierzchem dłoni spocone czoło i kark.
— Tak, uważaj, bo ci ta rzeka ucieknie — odgryzła się Petunia, tym razem rozsądnie sprawdzając czy nic nie jedzie, zanim skręciły w uliczkę przy zamkniętym browarze.
— Zawsze może wyparować!
— Wyparować?
— Wyparować! — powtórzyła zaraz głośno, ponieważ ostatnimi czasy Lily wychodziła z założenia, że im wyższy będzie jej ton głosu, tym więcej racji po jej stronie.
Petunia nic na to nie odpowiedziała. Rozejrzała się ostatni raz, zanim skręciły w polną drogę przy lesie, która prowadziła prosto nad rzekę. Wiedziała, rzecz jasna, że prawdopodobieństwo napotkania tego dnia samochodu na ulicy było równie wielkie, co wizyta świętego mikołaja, ale mimo wszystko duma ze świecenia przykładem młodszej siostrze wzięła nad nią górę.
Lipiec zapoczątkował zwodniczy tydzień burz, dzięki któremu zalana ściekami z fabryki rzeka oczyściła się do tego stopnia, że można było w niej pływać. O toksycznych, rakotwórczych odpadach nikt jeszcze nie myślał, a zarząd nie przejmował się na tyle, by coś z tym zrobić — kiedy zaczęły się upały, a temperatury osiągnęły rekordowy wynik dziewięćdziesięciu pięciu stopni w cieniu, matki marzyły już tylko o drzemkach i pozbyciu się dzieciaków z domu. Ojcowie kisili się zaś w nieprzyzwoicie dusznych biurach i halach maszyn, więc nie wtrącali się za mocno w temat aktualnej lokalizacji swoich pociech, dopóki o piątej po południu nie odbili karty — choć wtedy domagali się już raczej tylko obiadu i kapci.
— Szybciej! — Lily pognała przed siebie leśną ścieżką, gdy z oddali doszło ją chlupanie i chichoty.
— Lily, zaczekaj! — Petunia nie mogła biec tak szybko — już dawno wyrosła z tej sukienki, więc jeżeli podniesie kolana za wysoko, wszyscy będą mieli okazję zobaczyć jej majtki.
Gdy dotarła do przyrzecznych szuwarów i zaczęła się przedzierać przez zarośla ostrego tataraku, zdążyła pokaleczyć palce w kilku miejscach, zanim w końcu dotarła do maciupeńkiej „plaży", czy też raczej: suchego, wydeptanego placka ziemi, który oddzielał rzekę od roślinności. Lily, której z jakiegoś powodu zarośla nigdy się nie imały, dawno zrzuciła swoje ubrania i zostawiła je na kupce utworzonej z sukienek, spodni, bluzek i butów innych dzieci. Gdy Petunia stanęła przy brzegu, jej siostra, w samej bieliźnie, właśnie skoczyła prosto w sam środek błotnistej rzeki. Petunia została na brzegu sama.
Zdjęła powoli buty i ułożyła je w pewnej odległości od wody, równo obok siebie, by stykały się nosami. Odkąd przeczytała bajkę o parze butów, która była małżeństwem i została rozdzielona w tragicznych okolicznościach, postawiła sobie za cel dopilnować każdego obuwia w domu. Bardzo przejmowała się zachowaniem porządku.
— Petunia, chodź! — Lily przypomniała sobie o niej, gdy stała już po pas w brudnej wodzie.
— Poczekam tu na ciebie! — Odmachała jej, udając stanowczość. Usiadła na piasku zmieszanym z błotem, mocząc jedynie nogi i mając nadzieję, że Lily nie będzie więcej naciskać. Nie chodziło nawet o to, że od jakiegoś czasu nie podchodziła już tak niefrasobliwie do kwestii bielizny — to nie tego wstydziła się pokazać.
Siedziała więc na chłodnym piasku, co w sumie, wmawiała sobie, również bardzo orzeźwiało. By zabić czas, grzebała patykiem w kupce podgniłych liści, choć nie dane jej było pobyć w samotności długo:
— Czemu nie wchodzisz do wody?
Odwróciła się zaraz, gotowa bronić swojego zdania, aczkolwiek szybko się rozmyśliła. Przed nią stał wyjątkowo dziwny chłopak, którego nigdy wcześniej nie widziała. Był dużo niższy od niej, a do tego niespotykanie chudy. Pomimo upału miał na sobie dżinsowe, podarte ogrodniczki, jego włosy wyglądały, jakby nikt ich nie czesał od tygodni, a skórę miał tak bladą, że Petunii natychmiast przyszły na myśl wampiry z „Opowieści z krypty". Chłopak, nic sobie nie robiąc z jej wnikliwych obserwacji, sam zmierzył ją analitycznym, bezczelnym spojrzeniem, po czym kiwnął głową z pełnym zrozumieniem.
— To dlatego, że masz cycki?
Petunia zrobiła wielkie oczy i zasłoniła rękami wątłą klatkę piersiową. Nieznajomy zmarszczył czarne brwi.
— Nie przejmuj się. Widziałem już jedne u sąsiadki. — Usiadł obok niej bez zaproszenia i wziął do ręki leżący nieopodal kamień. — Nic specjalnego — poinformował ją, w razie gdyby nadal czuła się niezręcznie. Obserwował chwilę jezioro, mrużąc oczy w skupieniu i marszcząc swój wielki nos. — Ale twoje pewnie są jeszcze za małe, wiec tym bardziej nie masz czym się zadręczać.
To powiedziawszy, mały podglądacz wyważył kamień w dłoni i rzucił go przed siebie z pełną precyzją. Trafił największego chłopaka prosto w kark, a gdy ten się odwrócił, spojrzał bezpośrednio na zaskoczoną Petunię, która wyglądała na bardzo winną. Kiedy zerknęła w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą siedział ten dziwny chłopiec, zobaczyła tylko odciski bosych stóp na mokrym piasku. Domyśliła się, że musiał skoczyć w tataraki, co zaraz sama uczyniła, bo ogromny, ostrzyżony na jeża lokalny łobuziak parł przez wodę w jej stronę, krzycząc, że ją zabije — w co święcie mu wierzyła.
Uciekała przez zarośla, starając się nie nadepnąć na porzucone przez bezdomnych potłuczone butelki lub ostre kamienie, cały czas słysząc za sobą wściekłe okrzyki. Kiedy w końcu przedarła się przez florę otaczającą błotnisty brzeg rzeki, w oddali zobaczyła uciekającego rozbójnika w ogrodniczkach. Był niezwykle szybki. Przeskakiwał przez suche krzaki i zwalone gałęzie z taką zwinnością, jakby sam stanowił część lasu.
— Mam cię! — Usłyszała nagle ze swojej lewej i poczuła ostre szarpnięcie. Upadła prosto w błoto.
Wyrośnięty ponad wiek rozbójnik, którego trafił kamień obcego urwipołcia, był synem zastępcy dyrektora fabryki. Spośród wszystkich dzieci zawsze pozwalał sobie na najwięcej, bo dobrze wiedział, że nikt mu nie podskoczy.
— Co, myślałaś, że jesteś taka zabawna? Zaraz ci pokażę! — Wziął w tłustą rękę kawałek zakopanej w piachu cegły, po czym z całej siły rąbnął nią w ramię Petunii.
Zawyła z bólu, jednocześnie odsuwając się od niego tak szybko, jak pozwalała na to obecna niezręczna pozycja.
— Patrzcie jak ucieka! Masz rację, uciekaj! — Złapał ją za nogi i uniósł znowu rękę.
Petunia zakryła twarz, gotowa na otrzymanie kolejnego ciosu, ale w tym samym momencie usłyszała gdzieś z boku znajomy, wojowniczy pisk:
— HEJ!
Zaraz potem drobne, bose stopy zabiły o piasek i ktoś wpadł na chłopaka z całą swoją mocą.
— Zostaw moją siostrę, Bradley! — zakrzyknęła Lily, skacząc na niego ze zwinnością małej i wyjątkowo rozwścieczonej wiewiórki, którą zresztą bardzo przypominała.
Szarpała go za uszy, wsadzała palce w oczy, kopała go po nogach i generalnie stosowała wszystkie chwyty dozwolone na podwórku.
Dzieciaki taplające się w rzece były zbyt zajęte zabawą, by zauważyć, że Bradley znów się nad kimś znęca — nie stanowiło to też wielkiej nowości. Gdy Lily odciągnęła napastnika rozpaczliwymi atakami, Petunia w przypływie odwagi rozejrzała się za bronią. Niestety, w tatarakach dostrzegła jedynie potłuczoną, brązową butelkę ze znajomą, pomarańczową etykietką piwa Bass. Będzie musiała improwizować…
— Hej, Bradley!
Zanim wyjątkowo agresywny wyrostek zdołał zrobić Lily coś gorszego, niż wytarganie jej za włosy, Petunia dopadła do niego i przyłożyła mu kolanem prosto w krocze — zupełnie jak ta aktorka w westernie, na który ojciec zabrał je w zeszłe święta. Nie spodziewała się, że będzie z tego tyle krzyku, a on padnie jak długi, ale część dzieciaków zaczęła się śmiać, więc nie żałowała swojego czynu zbyt mocno. Lily wykazała się refleksem — zaraz złapała swoje ubrania i czmychnęła do lasu, a Petunia natychmiast podążyła za nią. Wszyscy się przed nimi rozstąpili i na jeden, poważny moment przestało ją obchodzić, że kompletnie porwała spódnicę i pokaleczyła sobie kolana.
Tego dnia obydwie panienki wróciły do domu umorusane błotem, podrapane i ogólnie w stanie, który Linda Evans podsumowała nieziemską awanturą. Gdy siostry zostały odesłane do łóżka bez kolacji, jeszcze długo leżały w ciemności i nie mogły zasnąć. Wiedziały, że odtąd będą dzielić straszliwy, mroczny sekret — pokonały w walce największego łobuza i uszły z życiem. Jasnym było, że Bradley już planuje zemstę i następnym razem pewnie je dopadnie, ale dziś były wojowniczkami. Siostrami na zawsze.
Do solennej przysięgi o siostrzeństwie, wymienionej z Lily szeptem, Petunia dodała w duchu własny podpunkt — dobrze zapamiętała, przez kogo tak naprawdę wpadły w kłopoty i nie zamierzała mu tego darować.
Siostry zdołały uniknąć zemsty Bradleya aż do rozpoczęcia nowego roku szkolnego, kiedy „sprawiedliwość" została wymierzona Petunii przy okazji podwórkowej gry w palanta. Bradley walnął ją piłką tak mocno, że starsza panna Evans przez cały dzień chodziła z opuchniętym policzkiem. Miała szczerą nadzieję, że gdzieś uda jej się spotkać tego, który był za ten cały bałagan odpowiedzialny, ale w ciągu kilku kolejnych tygodni zorientowała się, że on chyba nie chodził do szkoły wcale. Zanim klątwy i wyzwiska zdołały jednak dosięgnąć samozwańczego dziwaka znad rzeki, życie po raz pierwszy pokazało Petunii, że ma dużo większe poczucie humoru, niż mogłaby je o to podejrzewać.
Zarząd otrzymał od hrabstwa natychmiastowy nakaz zamknięcia fabryki w Cokeworth. W okolicy świąt na dobre przestała działać. Gdy w nocy z dwudziestego na dwudziestego pierwszego grudnia stanęły wszystkie turbiny w maszynach, a z komina uleciał ostatni obłok duszącego dymu, mieszkańcy z najdłuższą rezydenturą słusznie przeczuwali, że dla miasta oznacza to początek końca. Nie mylili się, bo i też złorzeczące starsze panie rzadko kiedy się mylą.
Bradley i jego rodzina wynieśli się wraz z nadejściem nowego roku, podobnie jak znakomita większość, która straciła pracę. Petunia odetchnęła z ulgą. Nie wiedziała, że prawdziwe kłopoty miały dopiero nadejść; co więcej, minie jeszcze trochę czasu, zanim zorientuje się, że faktyczne fatum zwiastują sowy.
Na swoje jedenaste urodziny Petunia dostała od matki pierwszą książkę, która jej się spodobała. Wznowione wydanie debiutu Agathy Christie, oprócz wciągającej historii, zawierało dodatkowe ilustracje: rysunek fragmentu testamentu oraz mapę domu, w którym rozegrało się morderstwo. To ostatnie zaciekawiło dziewczynkę najbardziej. Spędziła kilka następnych godzin wodząc palcem po ścianach i ścieżkach, starając się dociec kto zabił.
Pan Evans postanowił podarować córce specjalny dzień, tylko dla nich, więc po południu zabrał ją do Londynu. Jako jedyny w mieście nie stracił pracy, gdy fabryka upadła, bo z zawodu zajmował się czymś zupełnie innym, a Petunia wiedziała o tym dobrze i w swoim dziecięcym mniemaniu uważała się za bogaczkę lub przynajmniej kogoś lepszego od reszty Cokeworth. Przez całą drogę obserwowała krajobraz przez okno pociągu, głaszcząc palcami miękki, czerwony fotel i zerkając co jakiś czas, jak ojciec w zamyśleniu stuka palcami o uda, zupełnie jakby grał na wyimaginowanym fortepianie. Nie wiedziała, że jej urodziny stanowiły dla niego stosowną wymówkę, by odwiedzić stare kąty, ale on nie widział powodu, by jej o tym mówić.
W The Royal Opera pracował jego dobry kolega, Steven Tito, z którym znali się jeszcze ze studiów na akademii muzycznej. Korpulentny Anglik włoskiego pochodzenia podobno był teraz kumplem od kieliszka samego Webstera, czego Michael Evans niesłychanie mu zazdrościł. Steven, ze względu na stare czasy, pozwolił im usiąść za kulisami podczas próby do Wesela Figara. Niestety, kiedy tylko przed orkiestrą stanął dyrygent wielbiony przez całą Anglię, pan Evans nie potrafił usiedzieć w ciszy:
— Kiedyś na tej scenie występowała sama Maria Callas… — szeptał do córki, razem z nią z nabożną czcią obserwując kanał dla orkiestry przez szparę w kotarze. — Popatrz na ten fortepian! — Na widok błyszczącego, czarnego Steinwaya, wstrzymał na chwilę oddech.
Petunia nie znała się na muzyce, choć kiedy była młodsza ojciec postawił sobie za cel nauczenia jej przynajmniej kilku utworów. Umiała grać — niezbyt dobrze, bez krzty wirtuozerii, ale przynajmniej na tyle przyzwoicie, by oddać sprawiedliwość puli kompozytorskich genów, których była częścią.
Wizyta w mieście zakończyła się, całkiem niespodziewanie, przejażdżką metrem do Ealing, gdzie babcia Lily i Petunii mieszkała jeszcze od wojny. Widywała swoje wnuczki bardzo rzadko, zazwyczaj wymawiając się brakiem czasu i bólem w stawach. Petunia podejrzewała, że zwyczajnie nie przepadała za dziećmi, dlatego teraz ściskała swój bilet za trzy pensy tak nerwowo, że mokre od potu dłonie praktycznie całkowicie rozmazały tusz na szorstkim papierku.
Margaret Evans odwiedziła ich w Cokeworth tylko raz i wyjechała jeszcze tego samego dnia. Była prawdziwą Angielką, w której żyłach płynęła herbata, a akcent miała tak wyważony i elegancki, że mogłaby dawać lekcje. Co więcej, stawiała żelazny opór wszystkim pomysłom syna i nie miała najmniejszego zamiaru wynosić się do żadnego domu spokojnej starości. Skoro Niemcy nie dali jej rady, Michael szczerze wątpił, by on coś tu wskórał.
Madam Evans nie chciała również słyszeć o mieszkaniu w pobliżu synowej, za którą, delikatnie mówiąc, nie przepadała. Niechęć była całkowicie odwzajemniona. Matka zawsze uważała, że Michael ożenił się z kobietą wyjątkowo poniżej swojego statusu, co wielokrotnie dawała Lindzie odczuć — wiadomo, że gdyby został w Londynie i nie ulegał tej kobiecie, miałby szansę na dużo większą karierę! Ta kobieta natomiast nieustannie próbowała wydostać męża spod wpływu rodzicielki, ale on pozostawał głuchy na jej argumenty. Margaret Evans wychowała syna samodzielnie w czasach, gdy samotne matki chętnie wrzucano do jednego worka z prostytutkami, zatem rościła sobie pełne prawo zarówno do niego, jak i do domu w Ealing — w chwilach słabości Linda burczała pod nosem, że stara wyciągnie swoje szpony z obydwu dopiero po śmierci.
— Myślisz, że babcia ma dla mnie prezent? — zapytała Petunia, wsuwając rękę w szczupłą, gładką dłoń ojca.
Michael uśmiechnął się tylko enigmatycznie, zaczynając gwizdać pod nosem swoją ulubioną piosenkę. Gwizdanie, jak wiadomo, to nie taka sobie zwykła czynność — owszem, każdy jest w stanie przywołać taksówkę, ale wydać z siebie czysty, niefałszujący takt? Do tego trzeba praktyki, której on miał akurat mnóstwo. Na nic jednak zdały się jego wysiłki zmiany tematu, Petunii nadal pociły się ręce. Zawsze myślała, że babcia jej nie lubi i zastanawiała się gorączkowo, czy coś się w tej kwestii zmieniło.
Gdy wyszli ze stacji, przeszli spacerem wzdłuż Alexandra Street, mijając szeregi identycznych, białych domków otoczonych żelaznymi płotkami i murkami z czerwonawej cegły. W końcu dotarli do ostatniego po lewej. Petunia poznała babcię już po niewyraźnym zarysie sylwetki w witrażowych wstawkach w drzwiach wejściowych.
— Michael! — Starsza pani przywitała się z synem dość wylewnie, zanim przeniosła uwagę na wnuczkę.
— Hmm, wyrosłaś — zauważyła, patrząc na nią z nieodgadnioną miną, po czym nadstawiła upudrowany, gładki policzek. — Daj babci buziaka.
Kiedy weszli do salonu, urządzonego całkowicie na żółto, mieszkające w ozdobnej klatce papużki faliste zaskrzeczały na widok gości.
— Cicho tam!
Na ten rozkaz natychmiast się uspokoiły, a gdy pani domu podała herbatę, Petunia z wielkim trudem usiadła w miejscu. Rozglądała się po urządzonym ze smakiem pomieszczeniu, podziwiając obrazki, ozdobne talerze, obrusy, serwety i antyki. Nie pamiętała, kiedy była tu ostatnio i zamierzała zapamiętać wszystko, by ze szczegółami zreferować Lily. Im więcej ciepłej herbaty wypijała, tym bardziej zaczynała się odprężać. Babcia, przez moment ignorując gości, karmiła papużki, mamrocząc coś do nich z czułością. „Z pewnością nie może być aż taka straszna", pomyślała Petunia rozsądnie.
— A tak! — Margaret ledwo wygładziła spódnicę, by usiąść i zaraz się podniosła. — Chodź ze mną — zadyrygowała, wyciągając dłoń do wnuczki. — Twój prezent czeka na górze.
Podniecona Petunia odstawiła ostrożnie filiżankę na stolik i poszła za babcią, podczas gdy Michael rzucił szybkie spojrzenie ku stojącemu w rogu pianinu. Obydwie nie zdążyły nawet postawić stopy na piętrze, gdy w całym domu rozbrzmiał Mozart.
— Chodź. — Babcia otworzyła drzwi swojej sypialni, której ściany i obicia mebli były z kolei wyłącznie niebieskie.
Na dużym łóżku z baldachimem spoczywało tekturowe pudełko, do którego Petunia zaraz przyskoczyła. Margaret obserwowała, jak dziewczynka wyjmuje ze środka ciężką, zgniłozieloną, elektryczną maszynę do pisania i kładzie ją niepewnie na puszystej pościeli. Maszyna nosiła wyraźne ślady użytkowania, ale była w całkiem dobrym stanie.
— Przenoszenie wiersza nie działa, ale to przecież można robić ręcznie. Nawet wciąż dzwoni. — Starsza pani usiadła na łóżku i pogładziła palcem wytarty, okrągły klawisz spacji. — Pracowałam na niej dla gazety, rozumiesz. A teraz twoja kolej.
Petunia nie zrozumiała aluzji. Wpatrywała się w swój prezent, jak w coś absolutnie magicznego.
— Jeżeli szybko się nie wydostaniesz z tego zgniłego miasta, zasiedzisz się tam razem z resztą plebsu — wyjaśniła Margaret z przebiegłą miną. — A ja mam wobec ciebie dużo większe plany, moja droga.
