Shuuhei nie pamiętał, kiedy ostatni raz tak bardzo nie wiedział, co powinien zrobić. Z jednej strony nie chciał niczego innego, jak być przy przyjaciółce i po prostu… być, poklepać po plecach, cokolwiek. Z drugiej obawiał się, że Corrien będzie miała do niego pretensje, że traktuje ją protekcjonalnie. W końcu zawsze była samodzielna, silna. Krążył po pokoju, gdzie oprócz niego była jedynie nieprzytomna Kimiko. Kensei i Miho wyruszyli na poszukiwanie jedzenia.
Kimiko przy trzecim okrążeniu Hisagiego miała dość udawania. Chciała być uprzejma i nie narażać porucznika na niezręczną sytuację, w której podwładny widzi go takiego roztrzęsionego, ale widocznie Hisagi nie miał w planach się uspokajać. Podniosła się i odprowadziła porucznika wzrokiem przy kolejnym okrążeniu, gdzie on zupełnie nie zwrócił na nią uwagi. Chrząknęła.
Shuuhei zatrzymał się w pół kroku i uśmiechnął się przelotnie. Przykucnął przy posłaniu Kimiko.
− Jak się czujesz?
− Dobrze, dziękuję − odpowiedziała Kimiko jak zwykle uprzejmym tonem. − A jak się czuje Shiroyama-san?
Shuuhei mógł tylko odwrócić wzrok.
− Chyba dobrze − odpowiedział dyplomatycznie. − To silna kobieta, poradzi sobie. Niedługo będzie pewnie coś do jedzenia.
− Może to nieuprzejme z mojej strony, w końcu nie znam pani Shiroyamy aż tak dobrze jak pan, ale uważam, że powinien być pan w tej chwili przy niej. − Teraz ona odwróciła wzrok, zapatrzyła się na widok nieba ledwo widocznego za brudnym okienkiem. − Można być nie wiadomo jak silnym, można uważać, że nigdy nie będzie potrzebować się niczyjej pomocy. Można dumnie połykać łzy i wszystkim mówić, że jest dobrze, ale nadal cieszyć się z otrzymanego wsparcia.
Shuuheia trochę zatkało i nie za bardzo wiedział, co na to odpowiedzieć. Tak naprawdę nigdy nie rozmawiał z Kimiko, znał ją najmniej ze swoich podkomendnych. Kensei, cokolwiek by o nim nie mówić, przynajmniej szczerze wyrażał swoje uczucia. Miho znał jeszcze z dawnych lat i potrafił się z nią dogadać. Ale z Kimiko wymieniał co najwyżej nic nieznaczące uwagi. Nigdy nie potrafił powiedzieć, o czym myśli.
− I dlaczego ja pana jeszcze tutaj widzę? − zrugała go, obrzucając zirytowanym spojrzeniem.
− Masz rację, dziękuję − powiedział z lekkim uśmiechem i wyszedł w poszukiwaniu Corrien.
Kimiko, zostawszy sama, podciągnęła kolana do piersi, objęła ramionami. Sama nie wiedziała, dlaczego udzieliła takiej rady Hisagiemu − więcej było w niej szczerej troski czy złośliwości. Nie znała Shiroyamy i naprawdę nie wiedziała, jak ta zareaguje i czego tak naprawdę potrzebuje. Jednak jej widok na tamtym dachu i później, gdy widziała ją oczami Generała, przyniósł wspomnienia jej samej, gdy dotarło do niej, że została sama, że wszystkie wpajane jej wartości przestały mieć znaczenie. To przerażające uczucie walącego się spod stóp gruntu i zapętlone w głowie pytanie "co teraz mam ze sobą począć?". Powoli udało jej się znaleźć jakieś oparcie, ale doskonale zdawała sobie sprawę, jak wątłe ono było, jak łatwo można było je strzaskać. Czy wtedy też by oddała swoją dumę za drugie ramię, na którym mogłaby się oprzeć? Wolała nie znać na razie odpowiedzi na to pytanie. Jednak przy okazji przypomniała sobie, widząc porucznika Kirę i Corrien obok siebie, w jakim kontekście po raz pierwszy usłyszała nazwisko Shiroyama. Uśmiechnęła się. To mogło być dość ciekawe.
Znalezienie Corrien nie było takie oczywiste, kobieta ewidentnie nie chciała być widoczna, ale Shuuhei postanowił jako pierwszy sprawdzić dach, na którym pili. Nie znalazł jej tam, ale na kolejnym dachu. Nie ukrywał się, gdy podchodził, naprawdę starając się nadać swojemu reiatsu chociaż odrobinę uspokajającego odcienia, ale zdawał sobie sprawę, że Kazeshini i tak psuł efekt.
− Corrie?
Podniosła głowę i uśmiechnęła się bezbarwnie. Yukikaze zniknęła, dając im trochę prywatności. Jednocześnie posłała Hisagiemu jednoznaczne spojrzenie mówiące, że ma nie zostawiać jej shinigami nawet, jeśli ta będzie zapierać się rękami i nogami, że sobie radzi.
– W porządku. Nic mi nie jest – zapewniła bez przekonania.
Sama w to nie wierzyła, ale co miała powiedzieć? Przecież bez tego widział, że jest źle. Zdawała sobie sprawę z tego, jak wygląda w jego oczach. Gdzieś w pamięci pojawiło się wspomnienie tamtego popołudnia po pierwszej bitwie z Quincy. Wtedy znalazł ją w podobnym stanie – kryjącą się przed całym światem za kapitańskim biurkiem, ledwo panującą nad łzami.
Usiadł obok, blisko, tak żeby stykali się ramionami. Teraz nie rozumiał, skąd w ogóle wzięło się wcześniejsze wahanie, przecież to oczywiste, że powinien być przy niej, za żadne skarby nie zostawiać samej. Tylko wciąż nie wiedział, jakie słowa będą właściwe, w końcu to ona zawsze wiedziała najlepiej, jak wyciągnąć go z dołka.
− U wszystkich wszystko jest w porządku, wszyscy czują się dobrze − powiedział i zerknął na kobietę. − To po co w ogóle rozmawiać?
– Wybacz, musiałeś nadstawiać za mnie karku – odparła, wpatrując się w swoje kolana. – Resztę chyba też powinnam przeprosić.
Ewidentnie starała się uniknąć tematu. Jak zawsze, to ona ich wyciągała ze wszelkich dołków, udając, że u niej jest w porządku. Ile razy Yuki powtarzała, że ma przestać, i tak nie słuchała i robiła to samo. Po prostu uciekała. Zdawała sobie z tego sprawę, tylko chyba nie potrafiła inaczej. To inni nadawali jej życiu sens, nauczyła się uśmiechać dla innych. Tej maski już nie potrafiła zdjąć, choć teraz przypominała raczej karykaturę.
− Nic, czego nie zrobiłbym dla przyjaciółki − powiedział ze szczerym uśmiechem. Chociaż zaraz złośliwy głosik podpowiedział, że Kirę też uważał za przyjaciela. − A dzieciaki i tak mają u ciebie dług wdzięczności, tak samo jak ja, po walce z tamtym Arrancarem. − Na wspomnienie tamtej walki, zwłaszcza mocy Arrancara, przechodziły go nieprzyjemne dreszcze i klął na siebie, że tak łatwo dał się usidlić, przez co wszyscy prawie zginęli. − Świetnie − mruknął, kręcąc głową nad swoimi myślami. − Przyszedłem, żeby… żeby pocieszyć ciebie, a już zacząłem się użalać nad sobą. Ale tak sobie myślę, że czasem nie warto, znaczy… Nie warto udawać, że wszystko jest w porządku. − Patrzył na swoje splecione dłonie. − Czasem się zastanawiam, czy jakbym wtedy po wypadku w Akademii, kiedy zginęli Kanisawa i Aoga, czy jakbym wtedy o tym z kimś porozmawiał, to czy narodziłby się Kazeshini. − Gdzieś z tyłu głowy rozległ się szyderczy śmiech. − Później, gdy w końcu nie wytrzymałem i powiedziałem o wszystkim kapitanowi Tousenowi, było za późno, by coś w tej kwestii zmienić, ale z drugiej strony zostałem uratowany… przynajmniej do czasu. − Odwrócił się w stronę Corrien, tak żeby uchwycić jej spojrzenie. − Corrie, może nie warto czekać, aż się wewnętrznie zniszczymy, aż wyjdzie ta biała larwa i nas całych pożre. Bo nie wszystko zawsze jest w porządku, do cholery jasnej, i też mamy prawo… bo ja wiem… być ludźmi.
Słuchała go w milczeniu, nie podnosząc głowy. Pewnie w innej sytuacji zdobyłaby się na uśmiech, ale nie dziś. Nie miała siły być uszczypliwa czy zbywać tematu.
– Przepraszam – szepnęła. – Przepraszam.
Ze złością starła pierwszą łzę, ale to nie pomogło. Tama w końcu pękła, wyrywając z niej tłumiony szloch.
– Spanikowałam – przyznała. – Nie umiałam… nie umiem podnieść miecza przeciwko niemu. Spanikowałam… Dlaczego? To się nie powinno wydarzyć. Przecież jego nie ma… Nie ma… Odszedł, a ja nawet nie mogłam choćby spróbować czegoś zrobić. Więc dlaczego? Czy to jakaś kolejna cholerna iluzja? W co ja mam teraz wierzyć, Shuu?
Spojrzała na niego, nie kryjąc już rozpaczy i zagubienia. Już była przeżarta przez wewnętrzną ciemność, niewiele zostało z dumnej, wiecznie uśmiechniętej Trzeciej Oficer Szóstki. Jedynie cień, choć tak dobrze to ukrywała.
– Powiedz, że to tylko zły sen – poprosiła. – Że wystarczy się obudzić i znów będzie w porządku.
Przytulił ją, przyciągnął do piersi, wydawało mu się najwłaściwsze, a może po prostu nie mógł znieść tego wyrazu rozpaczy na jej twarzy. Zaczął głaskać. Bądź przeklęty Kira, pomyślał zły na siebie, na świat, jak mogłeś jej coś takiego zrobić.
− Nie wiem, czy to tylko zły sen − powiedział szczerze, bo chociaż kłamstwo byłoby łatwiejsze, to nie chciał, żeby uciekała od rzeczywistości. − I nie obudzimy się w cudownym świecie. Nie wiem, czy to co się stało z Kirą to tylko iluzja czy jakaś inna podła sztuczka i w sumie niewiele mnie to interesuje, bo w tej chwili jedyne, co jestem w stanie ci obiecać, to to że znajdę gnoja, który za tym stoi i zwyczajnie zabije − powiedział spokojnie i pewnie. W tym momencie boleśnie uświadamiał sobie, że Kazeshini naprawdę jest częścią jego duszy, bo tak jak on miał ochotę się uśmiechnąć. Ostatni raz, kiedy czuł się tak pewny swojej decyzji, by kogoś zabić, to podczas walk o sztuczną Karakurę, gdy wbijał miecz w głowę stwora, który był kiedyś jego mentorem. Chwycił twarz Corrie, pogładził kciukiem policzek. − Nie jestem zbyt dobry w chronieniu osób, na których mi zależy, ale nie pozwolę, by ktoś jeszcze cię skrzywdził.
Spuściła wzrok. Już nie płakała. Zagubienie spowodowane sytuacją nie minęło, ale zdołała się uspokoić, przynajmniej trochę. Najważniejsze, że nie niosła tego już samotnie. Może sama uważała to za głupie, ale z Hisagim u boku poczuła się pewniejsza tego, że jakoś się ułoży.
– Dziękuję, Shuu – uśmiechnęła się ciepło, spoglądając mu w oczy. – Za wszystko, co dla mnie robisz.
Dopiero po chwili zorientowała się, jak blisko są ich twarze i jakoś ją to speszyło. Odsunęła się, słysząc z tyłu głowy rozbawiony chichot Yukikaze. Modliła się tylko, żeby jej policzki nie pokryły się różem. Hisagi mógłby to opatrznie odebrać.
Przez chwilę, gdy ich twarze znajdowały się tak blisko, że oddechy mieszały się ze sobą, miał ochotę pocałować Corrie, ale tym razem zabrakło alkoholu, który dodałby odwagi. Ale nadal odrobinę zabolało, gdy dziewczyna się odsunęła − przez głowę przemknęła myśl, że przecież mógłby się zaopiekować Corrien równie dobrze, co Kira. Zaraz jednak wymierzył sobie siarczystego, mentalnego plaskacza za to, że chciał zachować się jak jakiś gnojek, który wykorzystuje rozpacz kobiety do jakiś niecnych celów. W dodatku przed chwilą rozmawiali o tej prawdziwej miłości Corrie, która być może jednak żyje, może będzie dało się go uratować. Chyba był masochistą, albo naprawdę brakowało mu, nie tyle kobiety, co zwyczajnej bliskości.
− Naprawdę nie masz za co dziękować − powiedział z nieco kwaśnym uśmiechem. − Tylko pamiętaj, że nie musisz być najsilniejsza na świecie. − Zaśmiał się niewesoło. − Nie myślałem, kiedy mówiłem ci, że reishi nie odchodzi, że będzie to takie dosłowne. − Spojrzał na nią poważnie. − Będziesz chciała go szukać razem ze mną?
Przez chwilę nic nie mówiła, obserwując go. W sumie mogła się domyśleć, że ta kwestia w końcu padnie. Kiedy już odzyskała nieco panowanie nad sobą, pojawiła się decyzja o znalezieniu Kiry, choćby miała to zrobić całkiem sama. Tylko wiedziała, że gdyby to powiedziała, dostałaby ochrzan. Nie puściłby jej samej, zresztą Yukikaze też by się nie zgodziła, znając wynik poprzedniego starcia. Przecież może się to powtórzyć.
– Właściwie to miałam o to zapytać. – Nieco przekłamała rzeczywistość. – Nie potrafiłabym tego tak zostawić. Jeśli jest jakakolwiek szansa, nie wybaczyłabym sobie, że z niej nie skorzystałam, a mam wystarczająco dużo powodów do żalu.
Podniosła się i podeszła do skraju dachu, spoglądając na niebo. Przez głowę przeszła jej myśl, że być może Kira też na nie spogląda gdzieś tam, gdzie teraz jest.
– Poza tym kto inny za nim pójdzie? – zapytała.
− Zatem postanowione − powiedział, również wstając. − Nie wiem dokładnie, od czego powinniśmy zacząć szukać, ale…
− Ale najpierw możecie coś zjeść − wtrąciła wesołym głosem Miho, która stała kawałek za nimi. − I tak przy okazji, Shuu, jak masz zamiar powiedzieć o tym Kenseiowi? A i jakby co zaprosiliśmy również na posiłek pani drużynę, Corrien-san, pani też jest mile widziana.
Shuuhei się zbytnio nie zdziwił, że Miho ich tak podeszła, co najwyżej zastanawiał się, od jak dawna ich obserwowała. Zrobiło mu się trochę głupio. Z drugiej strony zadała dobre pytanie, jak tutaj przekazać Kenseiowi i Kimiko, że zostają na miejscu bez wywoływania awantury. W końcu nie zabiorą dzieciaków ze sobą.
Przez twarz Corrie przeszedł cień na myśl, że będzie musiała skonfrontować się z Shoheiem i Ayase. O ile dziewczyna nie była problemem, to Kimura już tak. Wcale by się nie zdziwiła, gdyby nie miał ochoty puszczać jej na tę wyprawę. Jednak to chwilowo pozostawiła na później.
– Z chęcią, Miho. – Uśmiechnęła się do dziewczyny i pociągnęła Hisagiego za rękaw. – Niech więc nie czekają.
Shuuhei dał się poprowadzić, Miho szła za nimi. Tylko przez chwilę panowała cisza.
− Trzeba było dać mu się pocałować, Corrien-san − odezwała się Miho wesoło. − Ostatnią kobietą, o której wiem, że Shuu miał, była matka Kenseia, a to, jak sama się możesz domyślić, było wieki temu.
− Miho, musisz?! − rzucił przez ramię cały czerwony. − To nie jest odpowiedni czas i miejsce na takie żarty! − próbował zabrzmieć poważnie i autorytatywnie.
− To ja pójdę przodem − rzuciła dziewczyna ze śmiechem i shunpnęła, znikając z widoku.
Corrie spurpurowiała i puściła rękaw Hisagiego, jakby się oparzyła. Nie tylko z powodu słów Miho, ale nawet bardziej z winy Yukikaze, która dziewczynie przyklasnęła. Nic nie dało warknięcie, żeby Zanpakutou się zamknęła. Przez to też nie potrafiła powiedzieć niczego sensownego, co rozładowałoby sytuację. Owszem, Abarai wielokrotnie im wytykał, że kłócą się, jakby byli parą, ale to zawsze były żarty. Byli przyjaciółmi, Corrie zawsze czuła się w towarzystwie Hisagiego, jakby zyskała starszego brata, któremu może niewinnie podokuczać, ale nie było w tym żadnej chemii. Może jedynie Yukikaze od zawsze podżegała ją do pchnięcia tej relacji krok dalej, ale to kwestia tego, że Zanpakutou sama miała do niego słabość. Corrie nie chciała niszczyć tej przyjaźni, by nie stracić kolejnej osoby, która nadawała jej życiu sens. Tylko że…
Potrząsnęła gwałtownie głową. To nie był czas na takie rozterki, a Yukikaze też nie pomagała swoim nagle wyśmienitym humorem.
− Ta Miho jak coś czasem głupiego chlapnie. Naprawdę boję się, że kiedyś jej się za to oberwie po łbie − powiedział z taką powagą, że było widać, jak bardzo się stara. − Ale jakby pomyśleć zawsze taka była, zbyt wygadana dla swojego własnego dobra. Zresztą kilka razy jej się oberwało laską od oba-san. − Mimowolnie uśmiechnął się do wspomnień.
Te kilka lat w domu Saga były najnormalniejszymi, jakie w życiu miał. Może poza drobnym faktem bycia wykorzystanym przez Yoko-san. Nie mógł powiedzieć, że został zgwałcony, ale nadal ciężko było nazwać to szczególnie czułym zbliżeniem. On był młody i zupełnie zielony, za to Yoko-san doskonale wiedziała, co robi i robiła to dobrze… Obiad! Myśl o obiedzie, upomniał się spanikowany. Jeszcze tego mu brakowało. Kilka głębokich oddechów.
− Ale jestem głodny − stwierdził z entuzjazmem. − Ciekawe, co dzisiaj udało się upolować do ryżu, może makrelę z puszki.
– Oddałabym wiele za kawałek jabłka z ogrodu Trzynastki – westchnęła Corrie.
Była mu wdzięczna za próbę zmiany tematu, to pozwoliło jej odzyskać nad sobą panowanie, dzięki czemu gdy dotarli do pozostałych, nie było po niej widać, że coś się wydarzyło. Może nie był to szczyt zdrowia i szczęścia, ale powinno wystarczyć.
Kimiko nie była szczególnie przekonana do pomysłu Miho, żeby zaprosić szóstą drużynę na wspólny posiłek, jej argument, że przecież będzie zabawnie, jakoś nie trafiał. Ale żadnego szczególnego argumentu przeciw też nie miała. Dlatego teraz starała się, jak mogła, robić za dobrą gospodynię, podając każdemu jego porcję, zagajając rozmowy na tematy, które mogłyby zainteresować gości. Niezbyt dobrze znała członków szóstki, ale korzystała z tego, co słyszała, o ile było wystarczająco neutralne. Chyba nie szło jej źle.
Shohei był nieco zaskoczony zaproszeniem, raczej nie było wyraźnego powodu zacieśniania więzów pomiędzy ich drużyną a tą prowadzoną przez porucznika Hisagiego nawet, jeśli dowódcy przyjaźnili się od wielu lat. Jednak nie odmówił, przynajmniej ich dowódczyni nie będzie miała wymówki, żeby nadal ich unikać. Czuł niczym nieuzasadniony niepokój, odkąd wróciła do bazy, ale się nie pokazała. Mimo to sprawiał wrażenie rozluźnionego i śmiało podtrzymywał rozmowę zainicjowaną przez Kimiko. Ktoś zresztą musiał przynajmniej zachować pewne pozory, widział, że dziewczyna się stara, a z Ayase czasami ciężko było wyciągnąć więcej niż parę słów.
– Jaki przyjemny obrazek – rzuciła Corrie już od progu. – Przyjaźń kwitnie.
– Nie powinniśmy być gorsi od naszych dowódców – odparł Shohei, przyglądając się Shiroyamie. – Znowu dałaś się poharatać. Co tym razem? Pusty? Fullbringer?
Nie podobało mu się to, co zobaczył. Może i ewidentnie Corrie starała się wyglądać jak zwykle, ale trudno było przeoczyć zaczerwienione od płaczu oczy, smutne spojrzenie, pozostałości po rumieńcu na policzkach i zaschniętą krew na ramieniu.
– To tylko draśnięcie. Nie wstawaj, Ayase – odpowiedziała pozornie lekkim tonem. – Nie będziemy psuć posiłku niepotrzebną dyskusją. – Spojrzała surowo na Kimurę.
Niechętnie przytaknął, bo też robienie jej wyrzutów przy kimś spoza drużyny było niewskazane. Miał jednak złe przeczucia co do tego, co od niej usłyszą. Coś w jej zachowaniu jasno wskazywało, że wydarzyło się coś złego, choć szczerze wolał, aby choć raz ich to uniknęło. Ostatnio i tak musieli się zmierzyć z wieloma nieprzyjemnymi sprawami. Na myśl o zdradzie Akiry nadal czuł bezsilną wściekłość – udało mu się jedynie ochronić Ayase, a i tak to Corrie wzięła na siebie najgorszą część. Niby udawała, że jej to nie obeszło, ale przez te kilka dni więcej się samotnie włóczyła niż siedziała w bazie.
− Z przyjaźnią bym nie przesadzała, ale zawsze to przyjemniej, gdy wszyscy żyją ze sobą w pokoju − powiedziała Kimiko, podchodząc do Corrien z jej porcją ryżu i chyba makreli z jakimiś warzywami. Kensei rzucił jakąś uwagę na temat przepychanek oficerów, która została podchwycona, więc szept Kimiko przeszedł niezauważony: − Po posiłku chciałabym z tobą porozmawiać na osobności na temat, który, podejrzewam, wolałabyś, żeby pozostał tajemnicą. − Przez chwilę miała niezwykle poważną, może nawet zaniepokojoną minę, która zaraz zniknęła zastąpiona nieco złośliwym uśmiechem i powiedziała już głośniej: − I nie chcę nic mówić, Shiroyama-san, ale nadal wyglądasz okropnie. Mam nadzieję, że ten skromny posiłek ci pomoże.
– Dziękuję za troskę, Kimiko-chan. – Uśmiechnęła się słodko Corrie. – Z pewnością mi nie zaszkodzi.
Nie dała po sobie poznać, że zaniepokoiły ją słowa Hashimoto. Nie bardzo wiedziała, o czym dziewczyna chce rozmawiać, a chwilowo na głowie miała inne problemy, by się tym przejmować. Może to nic takiego.
– Nadciąga burza. – Uwagę Yukikaze też puściła mimo uszu, zajmując się jedzeniem.
Uprzejmo-neutralną atmosferę obiadu zepsuła nieco Miho, która podzieliła się cudowną ploteczką o tym, jak część dowódców − ci którzy byli za wyprawą do Tokio − skończyła z rozwolnieniami, gdy urządzili sobie przyjęcie na cześć sukcesu. Ploteczka pochodziła od znajomego Miho z drużyny medycznej Genmei-san, który musiał się zajmować wycieńczonymi i odwodnionymi bohaterami.
– Najwyraźniej nie było komu przygotować porządnie przyjęcia – skomentował to z wyraźną satysfakcją Shohei.
Corrie uśmiechnęła się, podchwytując wspomnienie dawnych popijaw głównie organizowanych przez Matsumoto. Jednak szybko posmutniała, bo jednocześnie kojarzyło jej się to z kimś innym, a w tej sytuacji śmiech był ostatnim, o czym myślała. Mimo to starała się nie dać tego po sobie poznać. Nie czas na łzy i załamywanie się.
– Macie tematy przy obiedzie – westchnęła.
− Oj tam, oj tam − powiedziała wesoło Miho − zawsze mogły to być ploteczki o romansach.
Nie wiedzieć czemu na uwagę Miho Kensei zadławił się właśnie przeżuwanym kęsem. Shuuhei pomógł mu, klepiąc naprawdę solidnie po plecach, bardziej żeby przypadkiem nie zerknąć w stronę Corrien, niż z potrzeby niesienia pomocy. Na wszystko co święte, obiecywał sobie, kiedyś osobiście spiorę Miho za takie uwagi.
Posiłek może nie pozwolił całkowicie się najeść, zwłaszcza po walce, ale przynajmniej zaspokoił głód. I upłynął w przyjemnej, niezobowiązującej atmosferze, zakończony komentarzem Miho, że muszą to jeszcze kiedyś powtórzyć.
Na koniec Shuuhei chciał jeszcze podejść do Corrie, ale wyrosła przed nim Kimiko i z uprzejmym uśmiechem wręczyła mu brudne naczynia.
− Kto nie pomagał przy robieniu posiłku, ten zmywa, poruczniku − powiedziała i wyszła, po drodze podchwytując spojrzenie Corrien. Nie szła szybko, więc dogonienie jej nie będzie żadnym problemem.
– Później – rzuciła Corrie do Shoheia, który już otwierał usta, żeby coś powiedzieć. – Pomóżcie przy sprzątaniu.
Kimura przez chwilę się krzywił, ale nie miał nic do gadania, skoro kobieta nieśpiesznie ruszyła w ślad za Kimiko. Pokręcił jedynie głową na takie zachowanie Shiroyamy, obiecując sobie, że tym razem jej nagada. Nieważne, że wątpił, że to cokolwiek zmieni.
Corrie w ogóle nie podobała się ta sytuacja, ale uznała, że im szybciej będzie miała tę rozmowę za sobą, tym lepiej. Poza tym jakaś nuta ciekawości kazała jej zapytać o powód tej konspiracji. W końcu nie miała żadnych wspólnych tematów z młodą Hashimoto.
– Więc – odezwała się, gdy miała pewność, że nikt postronny ich nie usłyszy – o czym chciałaś tak pilnie porozmawiać?
− Przede wszystkim chciałam na początku przeprosić − powiedziała Kimiko bez nadmiernej skruchy. − Zupełnie nie skojarzyłam twojego nazwiska. Dopiero przy konfrontacji z porucznikiem Kirą przypomniałam sobie, w jakim kontekście je usłyszałam. Bardziej przez przypadek, bo rozmawiała moja matka z babcią o was właśnie, o tobie i poruczniku.
Corrie zmrużyła oczy. Nie bardzo rozumiała, do czego dziewczyna pije. Nie widziała żadnego argumentu, by ktoś z Czterech Rodów miałby dyskutować na temat dwojga zwykłych shinigamich. Może i byli oficerami na wysokich stanowiskach, ale to jeszcze nie powód do zainteresowania arystokracji.
– I cóż w związku z tym? – zapytała.
− Rozmowa dotyczyła tego, że można zdjąć z ciebie obserwację. − Spojrzała gdzieś w bok. − Rodzina Kira nigdy nie była szczególnie bogata czy znacząca, ale stara i lojalna. Kiedy jedynym spadkobiercą pozostał Kira Izuru, cóż… Szkoda by było zmarnować szlachecką krew, więc rodzina Hashimoto próbowała delikatnie zasugerować mu ewentualną małżonkę. Nie udało się, ale pojawiłaś się ty, Shiroyama-san. − Spojrzała na kobietę. − Potomkini jednego z Wygnanych Rodów. Powiedzmy, że były osoby, które sądziły, że właśnie taką drogą, przez mariaż z rodziną szlachecką Seireitei, niewiele znaczącą, ale nadal, Wygnane Rody próbują wpełznąć do Dworu. Byłaś bacznie, ale subtelnie obserwowana. Wyszło jednak na to, że chyba nie utrzymujesz żadnych kontaktów z rodziną, więc postanowiono zostawić ciebie i Kirę swojemu własnemu losowi. Jednak to nie do końca to, o czym chciałam z tobą porozmawiać, to tylko wyjaśnienie dlaczego postanowiłam zachować dyskrecję.
Corrie oparła się o ścianę z założonymi na piersi rękoma. W jej oczach pojawiła się nuta gniewu, choć trudno było powiedzieć, na co był skierowany. Yukikaze też pilnie nadstawiała uszu, choć nie pojawiła się przy boku swej shinigami. Było za wcześnie na takie działania, a obie wolały nie pokazać Kimiko, że jej słowa odniosły jakiś skutek. W innym wypadku trudno będzie utrzymać nadal oficjalną wersję.
– Nie bardzo podoba mi się myśl, że ktoś próbował mieszać w naszym życiu i był to ktoś poza tym srebrnym lisem – odezwała się nadwyraz spokojnie. – Trudno jednak oczekiwać czegoś innego od arystokracji pokroju rodziny Hashimoto. – Zabrzmiało to niemal jak obelga. – Jednak zupełnie nie rozumiem, co masz na myśli, mówiąc o Wygnanych Rodach, bo sama o nich nigdy nie słyszałam jako dusza pochodząca z siódmego dystryktu Wschodniego Rukongai. Zresztą mniejsza z tym. Co cię tak bardzo niepokoi?
Przyjrzała się uważnie Corrien, gdy mówiła, że nic nie wie o Wygnanych Rodach, ale nie skomentowała. Tak naprawdę na wszystko zwróciła jej uwagę Miho, która zadała dziwne pytanie, gdy przygotowywali posiłek. Spytała, czy podczas walki z Kirą nie poczuli czegoś znajomego i niepokojącego jednocześnie. Kimiko z początku nie miała pojęcia, o co dziewczynie mogło chodzić, ale im dłużej nad tym myślała, tym bliższa była przyznaniu Miho racji. Nie znała Kiry Izuru, może kilka razy widziała go na oczy, a jednak było coś, może nie w nim samym, ale obok, sama nie potrafiła dokładnie określić, skąd brało się to uczucie, ale było w nim faktycznie coś znajomego. Skojarzyło jej się z demoniczną magią używaną przez rodzinę Umari, która zapewniała magiczne zabezpieczenia dworowi Hashimoto. Jednocześnie było w tym coś obślizgłego. W tamtym momencie coś zaskoczyło. Wcześniejsze przypomnienie sobie rozmowy na temat Shiroyamy, sugestia Miho i jakieś mgliste wspomnienie o tym, że Wygnane Rody dysponowały innym rodzajem demonicznej magii.
− Pewnie samej przeszło ci przez myśl − powiedziała z namysłem − że istnieje prawdopodobieństwo, że porucznik Kira w tym stanie, w jakim go zastaliśmy, mógł być albo wielce udaną iluzją, albo przez kogoś sterowany. − Sama nie wiedziała, jak najlepiej to wszystko ubrać w słowa, bo cały czas miała wrażenie, że czegoś w tym wszystkim brakuje, nie pasuje. − I że to ty byłaś celem tego kogoś. Jednak, jakkolwiek jestem świadoma twoich zdolności bojowych, nie jesteś o wiele ciekawszym kąskiem niż ktokolwiek inny, chyba że jednak jesteś z Wygnanych Rodów. − Zaczęła mówić trochę szybciej, może podekscytowana, albo żeby wyrzucić to wszystko z siebie. − Jesteśmy cenni, wszyscy szlachetnie urodzeni, nie dlatego, że tacy jesteśmy wspaniali sami w sobie, ale dlatego że posiadamy wiedzę, nawet sami nie do końca zdajemy sobie z tego sprawę, a czasem nawet nasza krew jest cenna, bo otwiera skrytki i skarbce. − Zaczęła chodzić w tą i z powrotem. − Ty też, czy tego chcesz czy nie, jakąś wiedzę dostępną tylko twojemu rodowi posiadasz.
Spojrzenie Corrie z każdą chwilą było coraz bardziej pochmurne. Choć bardzo się starała, przez słowa Kimiko wracały do niej wspomnienia związane z Dworem Wiatru, od których chciała się odciąć raz na zawsze. Nagle to wszystko znów stało się tak żywe, jakby dopiero opuściła tamto miejsce. Na gardle poczuła stalowy uścisk strachu. Myśl, że musiałaby tam wrócić, paraliżowała ją. Zacisnęła palce na własnych łokciach, starając się opanować.
– Ponosi cię wyobraźnia, Kimiko-chan – powiedziała twardo. – Nie wiem, kto zrobił to Kirze ani dlaczego, ale wątpię, żeby były to tak wzniosłe – podkreśliła z ironią – powody, o których mówisz, wobec zwykłej duszy z Rukongai. Wszyscy dzisiaj jesteśmy dość zaniepokojeni sytuacją, ale już wystarczy. Kira nie jest twoim problemem, Kimiko.
Stanęła przed Corrien i spojrzała jej oczy.
− Może masz rację, ale nie tylko mnie może ponosić wyobraźnia. Co jeżeli ktoś chce wykorzystać Kirę, by dobrać się do ciebie, twojej wiedzy i krwi, nawet jeżeli nie jesteś tym, za kogo ja lub oni cię uważają? Co jeżeli to po prostu Wygnane Rody próbują odzyskać to, co według nich im się należy, bo nie możemy przyjąć, że wszyscy zginęli. Chodzi mi o to… − zacięła się, bo właściwie po co o tym wszystkim mówiła Corrien? Westchnęła ciężko. − Nie chcielibyśmy przekazywać przeciwnikowi, a za takiego należy uważać Wygnane Rody, kolejnej broni, więc jakiekolwiek działania zamierzasz podejmować, uważaj… żeby nie dać się schwytać żywcem.
– Ta troska jest trochę niespodziewana. – Uśmiechnęła się lekko Corrie. – I zbyteczna. Wątpię, żeby kroiła się aż tak wielka afera, to już nie Seireitei. Uspokoję cię jednak, jedyne, co mam do "zaoferowania" tym wrogom, to śmierć za krzywdzenie tych, których nie powinni krzywdzić. Jeszcze coś chciałabyś mi powiedzieć? – zapytała lekceważąco.
Westchnęła tylko, w sumie naiwnością było sądzić, że Shiroyama nawet na osobności do czegokolwiek się przyzna, a może faktycznie Kimiko się pomyliła. Może źle pamiętała, w końcu w tamtym czasie zupełnie inne sprawy zaprzątały jej głowę i zasłyszana rozmowa mogła dotyczyć kogoś innego.
− To nie troska − powiedziała nieco zmęczonym głosem − to spłata długu co najwyżej. Co jeszcze mogłabym ci powiedzieć, Shiroyama-san? Może tyle, żebyś dała znać, jak będziesz chciała wyruszyć na poszukiwania. W końcu jeden z moich Generałów widział, w którym kierunku uciekał porucznik Kira. I masz rację. − Uśmiechnęła się smutno. − To nie Seireitei. Wybacz, że zmarnowałam twój czas. − Skłoniła delikatnie głowę i odeszła.
