Po miesiącu John zgodził się, że powrót Sherlocka do współpracy z policją to najlepsze rozwiązanie dla nich obu. Sherlock coraz częściej budził go w nocy, jednak nie dlatego, że miał ochotę na przegrzebanie apteczki, ale żeby przedyskutować sposoby użycia sztyletu czy też konstrukcje najlepszych materiałów wybuchowych. John odetchnął z ulgą, jednocześnie współczując Lestreadowi. Jeśli nie mógł być z Sherlockiem na miejscu zbrodni, dostawał mmsy ze zdjęciami zwłok, najczęściej w najmniej oczekiwanych momentach. Pomimo szaleńczego tempa John czuł, jakby jego życie wreszcie wróciło na właściwe tory. Jako, że dziś kończył pracę późno, to mieli zamiar zjeść z Sherlockiem kolację w domu, o ile ten wróci ze Scotland Yardu przed północą. Jednak kiedy po wyjściu ze szpitala zauważył czarną limuzynę wiedział, że nie będzie to spokojny wieczór. Mycroft z gracją wysiadł z auta i zapinając płaszcz podszedł do Johna.

- Widzę, że jakoś udało ci się nad nim zapanować.

- Ty jakoś niespecjalnie panujesz nad swoją manią kontrolowania, co? – John wsunął ręce do kieszeni spodni.

- Gdybyś spędził dzieciństwo z moim bratem, to zrozumiałbyś. Jednak póki co, wiedzie się wam całkiem nieźle? – zapytał z kpiącym uśmiechem.

- To pytanie byłoby uzasadnione, gdybyś nie kontrolował każdego naszego kroku - odburknął John.

- Wiedziałem, że jego poświęcenie się przy powrocie do Londynu pomoże. To prawie jak romantyzm w jego wydaniu, co? - kpiąco uśmiechnął się Mycroft.

John spojrzał na niego zdumiony.

- Jakie poświęcenie?

Przez oczy Mycrofta przemknął cień zdumienia.

- Czyli jednak nic ci nie powiedział? Jego upośledzenie w pewnych dziedzinach życia jest wprost niewiarygodne

- Czego mi nie powiedział? – zapytał John z naciskiem.

- Wiadome było, że to, że Sherlock przeżył powinno dotrzeć do jak najmniejszej ilości ludzi. Początkowo, kiedy zniknął, poświęcał się rozwiązaniu siatki Moriartiego, co mu się udało. Nie mógł wtedy powrócić, gdyż nie było pewności, że niebezpieczeństwo do końca minęło. Wykonywał więc pomniejsze misję w różnych częściach Europy. Chciał wrócić już wcześniej, ale poświęciliśmy tyle czasu, aby wsiąknął w środowisko, że nie można było tego zmarnować. Sherlock wykazał się więc właściwą sobie upartością i głupotą i sprowokował bójkę z obiektami, które śledził. Wiedział, że kiedy znajdzie się w stanie zagrażającym życiu, to będziemy musieli go stamtąd zabrać, więc nie bronił się szczególnie. Ledwo zdążyliśmy gozabrać. – Mycroft zacisnął wargi w bardzo wąską linię.

John próbował powstrzymać rozszalałe myśli. Nadal nie wiedział, jak Sherlock przetrwał skok. Jednak jego idiotyczny pomysł na wymuszenie powrotu…John nawet przez chwilę nie wątpił w prawdziwość akurat tych słów Mycrofta.

- Nie wiem skąd ten wyraz zdziwienia na twojej twarzy. – Mycroft uśmiechnął się z udawaną uprzejmością – Do rzeczy: zmniejszę stopień inwigilacji, pod warunkiem, że zobowiążesz się do informowania mnie, jeśli Sherlock wpadnie w kłopoty. Co, znając go, wydaje się nieuniknione.

- Szlachetne z twojej strony. – John zarzucił kaptur na głowę i ruszył przed siebie, nie zaszczyciwszy Mycrofta pożegnalnym spojrzeniem.

Powrót do domu zajął mu dłużej niż zwykle, bo taksówkę udało mu się złapać dopiero w połowie drogi. Nie był to koniec niespodzianek dzisiejszego wieczoru. Kiedy przemoczony wchodził po schodach, usłyszał, że Sherlock z kimś rozmawia. Przyspieszył, a po otwarciu drzwi roztoczył się przed nim jeden z najbardziej kuriozalnych widoków w jego życiu. Sherlock siedział w swoim fotelu, jak zawsze ubrany bez zarzutu, z miną wyrażającą uprzejme zainteresowanie. W fotelu Johna siedziała natomiast Harry i wyglądała na zadowoloną. Przed nimi, na stoliku stały dwie prawie opróżnione filiżanki z herbatą, a na talerzyku obok kruche ciasteczka.

- Co ty tu…- zdołał wyjąkać John.

- Och, wróciłeś wreszcie! Sherlock mówił, że będziesz późno!

- Yy…kiedy umawialiśmy się na wizytę? – John nie ruszył się z miejsca.

- Nie umawialiśmy się, bo ignorujesz mnie od kilku tygodni. – odpowiedziała Harry z uprzejmym uśmiechem.

- Nie ignoruje cię! Byłem po prostu zajęty!

- Nie wątpię – Harry wręcz rozpromieniła się.

– Sherlock był tak miły, że pozwolił mi zaczekać u was. Rozmawialiśmy.

Głowa Johna przesuwała się z Sherlocka na Harry, usiłując znaleźć jakiś sens w tym, co widzi.

- Rozmawialiście? – John był prawie pewny, że jego usta nadal pozostają otwarte.

- Tak – powiedział Sherlock wstając i zapinając marynarkę – Przejdę się, Molly wspominała coś o gnijącym, rozpołowionym ciele – Nigdy mi nie mówiłeś, że miałeś kota – spojrzał na Johna z błyskiem w oczach.

- Ależ nie, nie musisz wychodzić! – Harry uśmiechnęła się. Sherlock szybko narzucił płaszcz, skinął z uśmiechem głową w kierunku Harriett i rzucił, zamykając drzwi: -Będę za dwie godziny.

Drzwi głucho stuknęły o futrynę. John nadal stał przy wejściu, mając na sobie kurtkę.

- On jest wspaniały! – Harry wstała z fotela i podeszła, by go przytulić – Jak mogłeś go przede mną ukrywać? I czemu nie odzywałeś się, kiedy wrócił? Rozumiem, że teraz nie możesz się nim nacieszyć, ale…

- Wspaniały? – John patrzył na nią z niedowierzaniem. Zdecydował się wreszcie ściągnąć kurtkę i w butach usiadł w fotelu Sherlocka. Kątem świadomości odnotował, że fotel jest jeszcze ciepły – O czym rozmawialiście?

- Takie tam rozmowy. Zapytał mnie o nową pracę, opowiedział o kilku waszych sprawach. Jest naprawdę inteligentny i zabawny. Nie dziwie się, że go wybrałeś.

- Poczekaj, prowadził z tobą zwyczajną rozmowę? – zapytał John. – Był niemiły?

- Oczywiście, że nie. Bardzo cieszę się, że go wreszcie poznałam.

- Słuchaj – John splótł ręce na kolanach i spojrzał w podłogę – Bardzo cię przepraszam, że od czasu, kiedy Sherlock wrócił nie spotkałem się z tobą. Nie powinienem był ignorować twoich telefonów. Nie wiem jakie odnosisz wrażenie, ale my z Sherlockiem nie jesteśmy parą.

- Słucham? – Harry wyglądała na lekko zdezorientowaną.

- Tak, mieszkam z nim i pomagam mu, ale nie jesteśmy razem. Mówiłem to już jakiś milion razy.

Harry uśmiechnęła się lekko i zaczęła w niego wpatrywać. Po kilku chwilach ciszy powiedziała:

- Ok, rozumiem – nadal się uśmiechała.

- Nie, my naprawdę nie jesteśmy parą! – John zerwał się z fotela.

- Usiądź, spokojnie. Posłuchaj mnie przez chwilę, a potem sam dasz mi znać, co sądzisz. Co robisz jutro?

- Pracuje – odparł John zdziwiony nagłą zmianą tematu.

- Wiem, ale potem?

- Idziemy z Sherlockiem do restauracji.

- A w weekend?

- Nie wiem, pewnie pojawi się jakaś sprawa…

- Którą razem rozwiążecie?

- Słuchaj, to nie jest tak jak wygląda! Czemu wszyscy próbują mi to wmówić!

- Bo może ci wszyscy dostrzegają to, czego ty, idioto, nie potrafisz dostrzec? – Harry przestała się uśmiechać i wcisnęła głębiej w fotel.– Nie wiem, co ty widzisz. Ale powiem ci, co ja widzę. Kiedy Sherlock zniknął, byłeś tak zdesperowany, że nawet skontaktowałeś się ze mną. Nie zaprzeczaj! – machnęła ręką, kiedy John zaczął mówić. – Nie ma czemu zaprzeczać, byłam fatalną siostrą. Ale mimo wszystko znam cię i wiem co się z tobą dzieje. Kiedy on zniknął nie byłeś w zwyczajnej żałobie po stracie przyjaciela. Ty byłeś zwyczajnie, dogłębnie zrozpaczony, tak jakbyś stracił sens życia. Sherlock wraca, swoją drogą nadal nie wiem jak się to stało…

- Ja też – mruknął John z obrażoną miną.

- …ale znowu zacząłeś być sobą! To znaczy, oczywiście to, że mnie ignorowałeś było oburzające, ale…Posłuchaj. – pochyliła się w jego stronę. – Założę się, że się tego nie spodziewałeś. Wiem, że to dla ciebie zaskoczenie. Ale już raz go straciłeś. Chcesz, żeby to się jeszcze raz stało, tym razem przez to, że nie chcesz się przed sobą przyznać?

- Nie jestem gejem! – John czuł że robi mu się coraz bardziej gorąco.

- Skąd wiesz? – Harry wciąż lekko się uśmiechała.

- Bo umawiam się z kobietami. Sypiam z kobietami! Nie zwracam uwagi na innych mężczyzn…to znaczy na mężczyzn! Nie myślę o nich, nie fantazjuje o nich!

- Bez wątpienia do tej pory spotykałeś się z kobietami. Tylko dlaczego dotąd z żadną się nie związałeś? Nawet kiedy Sherlock zniknął?

- Po prostu z żadną jakoś się nie ułożyło się! – John wstał szybko z fotela i przeszedł do kuchni, wstawił wodę i zaczął przygotowywać herbatę.

Harry również wolno wstała z fotela i oparła się o futrynę.

- Ok, nie jesteś gejem. Tylko że tak się składa, że jesteś szczęśliwy tylko z Sherlockiem. Oczywiście, macie jakiś dziwny, pokręcony tryb życia, z trupami, krwią i tak dalej. Jeśli jednak nic do niego nie czujesz, to czemu z nim zamieszkałeś po jego powrocie?

- Żeby nie ćpał! – John trzasnął kubkiem. – Sherlock ćpał, kiedy go nie było, ćpał wcześniej, gdyby nie przestał, to trafiłby na odwyk!

- I czemu mu na to nie pozwoliłeś? – Harry oderwała się od futryny i usiadła po przeciwnej stronie stołu. – Widzisz, na uzależnieniach się trochę znam. Odwyk pomógł mi dopiero, kiedy naprawdę się zakochałam i miałam dla kogo walczyć.

- On ćpa bo się nudzi!

- A odkąd mieszka z tobą, to zdarzyło mu się to?

John nie odpowiedział, skupiając się na krojeniu cytryny.

- Nie twierdzę, że interesują cię inni mężczyźni. Myślę, że interesuje cię tylko jeden.

John nabrał powietrza, ale Harry podniosła rękę i spokojnie dokończyła: – Wy już jesteście parą! Mieszkacie razem, wspieracie się, tęsknicie za sobą. Spędzacie razem czas wolny. Jesteś gotowy wskoczyć za nim w ogień, jestem pewna, że on też wiele jest w stanie zrobić dla ciebie.

Na przykład dać się pobić John szybko odepchnął nieproszoną myśl i skupił się na herbacie, coraz bardziej zaciskając zęby.

- On cię rozśmiesza, wybaczasz mu, bez niego czujesz się zagubiony. Nigdy nie widziałam cię tak nieszczęśliwego jak wtedy, kiedy on zniknął. Jesteście w związku, nie ważne czy to przyjmujesz, czy nie.

- Przecież z nim nie sypiam! Nigdy nawet się nie całowaliśmy – szczęki Johna zacisnęły się mocno.

- Tak, to jest wasz słaby punkt. Zdecydowanie powinniście to nadrobić. – Harry podeszła do Johna, pocałowała go w policzek, a potem ruszyła po płaszcz. – Mam nadzieję, że tym razem spotkamy się szybciej. Kocham cię – rzuciła, wychodząc i zostawiając Johna z dwoma kubkami świeżo zaparzonej herbaty i ogromną gonitwą myśli.

Kilka chwil później John odebrał telefon od Lestrada, który w biegu przekazał mu szczegóły sprawy porywacza, którego właśnie ścigali z Sherlockiem. Sherlock nie miał być u Molly? zdążył pomyśleć John, zanim złapał taksówkę i pojechał pod wskazany adres. Efekty były takie, jak zawsze. Porywacz został schwytany, John i Sherlock zdyszani dochodzili do siebie, a Lestrade wykrzykiwał przez telefon wskazówki dla pozostałej części pościgu. Wracali do domu na piechotę, pomimo podwiezienia zaproponowanego przez Leastrada. Wieczór był wyjątkowo ciepły i bezdeszczowy.

- Powiesz mi o co chodziło z moją siostrą? – zapytał John.

- Nie pije, już od jakiegoś czasu. Jej zadbany wygląd wskazuje na chęć wzbudzenia zainteresowania jakiejś partnerki. Nosi soczewki kontaktowe i była bardzo zainteresowana moją osobą, nie w sensie seksualnym oczywiście. John pokręcił głową.

– Chodziło mi o tą herbatę. Czemu jej po prostu nie powiedziałeś, żeby wróciła kiedy indziej?

- Wtedy nie dowiedziałbym się tych wszystkich szczegółów z twojego dzieciństwa - odparł Sherlock.

John czuł, że jego głowa pęka. Nie potrafił ułożyć w głowie wydarzeń z dzisiejszego dnia. Nie miał genialnego umysłu Sherlocka, jego myśli pędziły jak oszalałe, a żaden fragment nie chciał wskoczyć we właściwe miejsce. John bardzo chciał uciszyć wszystkie głosy w głowie, więc po powrocie szybko wskoczył pod prysznic i poszedł do łóżka. Po jakimś czasie obudziły go jakieś ciche, niewyraźne dźwięki. Leżał w ciemności i słuchał. Rozpoznał urywane dźwięki skrzypiec Sherlocka. Zszedł do salonu, gdzie w fotelu siedział Sherlock, co jakiś czas pobrzękując na skrzypcach. Zauważył Johna i zamachał lewą ręką.

- Nadal nie działa.

John podszedł do niego i chwycił szybkim ruchem jego dłoń, zanim Sherlock zdążył ją schować. Badał ją bardzo delikatnie, zginając palce i wyginając ją pod różnymi kątami.

- Zadziała – spojrzał na Sherlocka. Nadal trzymał jego dłoń, choć nie wiedział czemu.

- Skoro tak myślisz. – Sherlock wciąż trzymał skrzypce w drugiej dłoni i patrzył na Johna.

John w końcu puścił jego rękę i odsunął się. Było to doskonałe dopełnienie dzisiejszego dnia. John, w piżamie i Sherlock, nadal w codziennych ubraniach. Sytuacja zdawała się co najmniej abstrakcyjna. Sherlock nagle szybkim ruchem odłożył skrzypce na ziemie i wstał z fotela. Stali teraz naprzeciw siebie. W pokoju było cicho, dobiegały ich tylko odgłosy z ulicy. Panował półmrok, który rozpraszała lampka przy fotelu Sherlocka. Zanim John zdołał pomyśleć zrobił mały krok do przodu, lekko wspiął się na palce i szybko musnął ustami usta Sherlocka. Ten pocałunek jest najbardziej niewinnym pocałunkiem, jaki przeżył. Całował się z wieloma kobietami, jedne z nich całowały lepiej, inne gorzej. Większość go podniecała i lubił to robić. Jednak dopiero to krótkie zetknięcie się warg sprawiło, jakby wszystko stanęło w miejscu. Przez chwilę John prawie czuje zakrzywienie czasoprzestrzeni. Nie słyszał głośnych odgłosów londyńskiej ulicy, w oddali nie trąbił żaden autobus. Ta chwila trwa tylko przez ułamek jej upłynięciu John szybko odsunął się i przeczesał włosy palcami. Jego plan wyjścia z tego pokoju tu i teraz zatrzymał cichy głos Sherlocka:

- A więc jednak się zdecydowałeś.

John obrócił to zdanie parę razy w myślach, a kiedy już był pewien, że się nie przesłyszał wydusił z siebie krótkie:

- Co?

- Jednak zdecydowałeś się to zrobić. – Sherlock wydawał się bardzo spokojny, biorąc pod uwagę zaistniałą sytuację.

- A co, niby wydedukowałeś wcześniej, że to zrobię? – John czuł się tak, jakby część jego mózgu była zablokowana, więc mówienie sprawiało mu wielką trudność.

- Teraz to było oczywiste, wcześniej prawdopodobne - powiedział Sherlock, przekrzywiając głowę.

- Uważasz, że miałem ochotę zrobić to wcześniej?!

- Tak, kilka razy. Cztery, o ile dobrze pamiętam. Ostatnio po moim powrocie, ale wtedy walczyłeś też ze sobą, żeby mi nie przywalić.

John usiadł w fotelu z głośnym jęknięciem, zakrywając twarz dłońmi. Odezwał się po dłużej chwili, głosem balansującym na granicy szaleństwa:

- Skoro wiedziałeś, że rzekomo chce to zrobić, to czemu nie zareagowałeś?

- Za każdym razem rezygnowałeś.

- Sherlock!

- A, chodzi ci pewnie o ogólną sytuację. Zawsze zaprzeczałeś, że jesteśmy parą, co dość jasno ustawiało twoje preferencje. Ponadto, swoimi dotychczasowymi randkami stwarzałeś model związku, który ci odpowiadał. Wybacz, ale nie jestem zwolennikiem romantycznych spotkań, przynoszenia kwiatów i nijakiego seksu.

- Spotykałem się z kobietami…- powiedział cicho John.

- Wiem, ale one nigdy nie stanowiły zagrożenia.

- Zagrożenia? – John opuścił ręce.

- Były co najwyżej przeciętne. Nigdy nie rozumiałem, czemu się z nimi spotykasz.

- Dlaczego nic nie mówiłeś?

Sherlock obrócił się i ruszył w stronę biurka.

- A ty?

- Bo nie wiedziałem! – John zerwał się z fotela i zaczął spacerować dookoła niego.

Czuł się, jakby wrócił z bardzo dalekiej podróży i nie poznał miejsca, do którego wraca.

- Miłość jest niedookreślonym konstruktem – odezwał się Sherlock. – Jest irracjonalna, ludzie pod jej wpływem zachowują się wbrew prawom logiki. Co więcej, jej zasady z jednej strony są z góry określone, a z drugiej indywidualne dla każdej osoby. Nie da się jednoznacznie określić, czym owa miłość jest ani wnioskować na temat jej składników.

John uznał, że ta odpowiedź dość jasno przestawia ich dalsze relacje. W panice pomyślał, że może jutro rano o wszystkim zapomną.

- Wolę myśleć o tym jako systemie binarnym – dokończył Sherlock

- Co? - zapytał ogłupiały John

- Zero i jeden, jako zakodowane..

- Wiem, co to jest system binarny. Uważasz, że jesteśmy jak jeden i zero? – Pokręcił głową, nie mogąc powstrzymać uśmiechu - Więc...wziął głęboki oddech – co z tym zrobimy?

- Fakt, że dostrzegasz istnienie tego zjawiska w zasadzie go nie zmienia, ponieważ istniało ono już wcześniej. – Sherlock podszedł do Johna i szybko go pocałował. Był to krótki, jakby sondujący pocałunek. Jego analiza wypadła chyba pomyślnie, bo znów schylił się, tym razem po dłuższy, bardziej namiętny. John czuł się z jednej strony ogłuszony, a z drugiej pobudzony. Czuł, jakby każde zetknięcie ich ust wywoływało napięcie elektryczne w powietrzu. Zaraz powie mi, że to niemożliwe pomyślał niejasno.

Sherlock zaczął go delikatnie popychać w kierunku kuchni. Nie przerywając pocałunku pokierował nim tak, że John poczuł za swoimi plecami kuchenny stół. Sherlock oderwał swoje usta od niego, podszedł do stołu i jednym bardzo szybkim ruchem zrzucił wszystko, co na nim stało. Rozległ się huk tłuczonego szkła, ale zanim John zdążył zareagować, Sherlock wrócił do niego i do całowania go. Po chwili pocałunki przeniosły się na szyję Johna, który wciągnął głęboko powietrze. Sherlock przerywał pocałunki tylko po to, by ugryźć jego skórę lub delikatnie ją possać. Zostawi ślady pomyślał John mgliście.

Wszystkie myśli ulotniły się z jego głowy, kiedy Sherlock oderwał się od niego i ściągnął jego koszulkę przez głowę. John na sekundę odzyskał zdolność jasnego myślenia, dzięki czemu jedna z jego dłoni odnalazła guziki koszuli Sherlocka i zaczęła je bardzo niezdarnie rozpinać. Wsunął dłoń pod rozpięty materiał. Nie wiedzieć czemu, ale fakt, że skóra Sherlocka jest tak gorąca zdziwił go. Sherlock przygwoździł go do kantu stołu, nie przestając całować jego szyi i barków. Usta Johna wydały z siebie zduszony jęk, bez kontroli ich właściciela. John mógłby przysiąc, że usta Sherlocka, które właśnie całowały jego lewe ramie ułożyły się w uśmiech. Poczuł, że całe jego ciało zareagowało na bliskość innego ciała. Ze wstydem pomyślał, że Sherlock też to poczuł, ale zanim zdążył zareagować Sherlock popchnął jego biodra w ten sposób, że John usiadł na stole. Sherlock, nie przestając go całować przybliżył się do niego jeszcze bardziej. John automatycznie zarzucił obie nogi na biodra Sherlocka tak, że teraz obejmował go nimi. Byli bardzo blisko siebie i w urywkach racjonalności John żałował, że Sherlock ma na sobie spodnie, a nie piżamę. Wrócił do rozpinania guzików koszuli Sherlocka, gniotąc ją przy tym niemiłosiernie i wreszcie udało mu się ją z niego ściągnąć. Zaczął dotykać pleców Sherlocka, co spowodowało, że na jego obojczykach przybyło śladów ust Sherlocka. Po chwili jednak Sherlock wrócił do całowania jego ust. Delikatnie ssał i przygryzał jego dolną wargę, a jedyną reakcją Johna było zaciśnięcie palców na jego plecach. Znów zaczął cicho pojękiwał, czując, że już długo nie wytrzyma. Wbił paznokcie w skórę na plecach Sherlocka, co spowodowało, że ten przerwał pocałunek, nachylił się nad uchem Johna i wyszeptał, owiewając skórę Johna ciepłym oddechem

- Wiem. Wydedukowałem.

John owinął się jeszcze ciaśniej wokół Sherlocka i poczuł, że jego zmysły eksplodowały. Nie był w stanie stwierdzić, czy minęła minuta czy godzina. Kiedy było po wszystkim, rozluźnił uścisk i opadł na blat stołu, pociągając za sobą Sherlocka.

- Tu będzie niewygodnie, chodź do łóżka. – Sherlock wstał i wyciągnął do niego rękę. Był potargany, a policzki miał zaczerwienione. John usiadł i spróbował przywołać resztki racjonalności, które, jak był pewny, gdzieś tam zostały.

- Tak teraz będzie? Czy udamy, że nic się nie stało? Słuchaj…- John przerwał na chwilę, próbując złapać oddech – Nie chce tych wszystkich romantycznych rzeczy, które wcześniej wymieniłeś. Chce, żeby między nami było jak dawniej, tylko inaczej.

Sherlock spojrzał na niego z wyrazem zdziwienia na twarzy:

- Wiesz, że to, co powiedziałeś jest zupełnie nielogiczne?

John wybuchnął śmiechem.

– Ty naprawdę jesteś absolutnie zerojedynkowy, zdajesz sobie z tego sprawę?