Deszcz bębnił cicho w brudną szybę, pozostawiając na niej krople wody, które spływały w dół, co jakiś czas łącząc się w wąskie strumyki. W końcu, po trwającej kilkanaście sekund drodze, kończyły na dole plastikowej ramy, trzymającej szkło.
Piwne oczy czarnowłosej dziewczynki z lekkim zainteresowaniem obserwowały coraz to nowsze strumyki. Postać, nieruchoma niczym kamienny posąg, siedziała na prostym, metalowym łóżku i, nucąc pod nosem, postukiwała lekko palcami w rytm melodii o parapet okna. Dopiero, gdy w niewyraźnym odbiciu zauważyła, że drzwi niewielkiego pokoju otwierają się powoli, delikatnie odwróciła głowę w stronę gościa, który wszedł do pomieszczenia.
Na twarzy dziewczynki pojawił się szeroki uśmiech. Szybko zerwała się z łóżka i podeszła do jednej z opiekunek sierocińca.
- Dzień dobry, panno North - przywitała się z kobietą.
- Dzień dobry, Eithen. Pani Stephenson będzie się chciała z tobą widzieć po śniadaniu - odpowiedziała opiekunka. - Chodź, zaprowadzę cię na stołówkę - dodała i pokazała jej ręką, aby udała się za nią.
Uśmiech zniknął z ust Eithen, kiedy wraz z trzydziestokilkuletnią kobietą przemierzała puste korytarze czarodziejskiego sierocińca i rozmyślała nad powodem, dla którego została wezwana do dyrektorki. Pani Stephenson, wdowa po znanym aurorze, była zgorzkniałą starszą kobietą, która starała się ograniczyć swoje kontakty z dziećmi przebywającymi pod jej opieką do minimum. W przeciwieństwie bowiem do pięciu opiekunek, obecnych dzień i noc w sierocińcu, nie przejmowała się zbytnio losem sierot. Ważne było dla niej jedynie to, żeby kontrole zlecane przez Ministerstwo Magii przebiegały pomyślnie, a ona sama mogła dalej zajmować swoją w miarę dobrze płatną posadę.
Eithen - tak jak zapewne zdecydowana większość jej kolegów i koleżanek - nie była w stanie przypomnieć sobie, żeby kiedykolwiek z nią rozmawiała, dlatego też była pewna, iż jakikolwiek był ku temu powód, musiała to być ważna sprawa.
Schodząc po wąskich, spiralnych schodach panna Riddle bez problemu mogła usłyszeć gwar wielu rozmów, dochodzący z niedalekiej stołówki. Z każdym jej krokiem dobiegający ją hałas zdawał się wzrastać, aż w końcu pożegnała się z panną North i weszła do przestronnego, jasnego pomieszczenia, w którym jadano posiłki.
Przy kilkunastu stolikach, rozstawionych w przypadkowych miejscach w całej sali siedziały dzieci w różnym wieku. Jako że kilka dni wcześniej skończył się rok szkolny, do młodszych osób, jedzących jak zwykle na stołówce dołączyli nastolatkowie, którzy wrócili niedawno z Hogwartu. Eithen słyszała, jak z podekscytowaniem rozmawiali o zaklęciach, których się nauczyli i o Quidditchu, wprawiając w zachwyt podsłuchujących ośmio-dziewięciolatków.
Riddle podeszła do zwykle zajmowanego przez nią stolika, przy którym siedziała już jej najlepsza przyjaciółka - Regina Green.
- Cześć, Eith! - pisnęła z podekscytowaniem, starając się doprowadzić do porządku swoje długie, brązowe włosy, sterczące na wszystkie strony. Patrząc na jej zmagania z fryzurą, Eithen cieszyła się w duchu, że swoje włosy miała krótko ścięte ,na chłopaka". - Widziałaś może Lauren? Zniknęła gdzieś dziesięć minut temu i nikt nie wie, gdzie znowu polazła.
Eithen w odpowiedzi pokręciła jedynie głową i ugryzła gorącego jeszcze tosta.
- Strasznie leje, a jej się pewnie znowu zachciało pobawić z tym lisem z pobliskiego lasu - kontynuowała Regina i wzięła łyk aromatycznej herbaty. - Naprawdę nie rozumiem, jak w taką pogodę można gdzieś wychodzić, a tym bardziej do jakiś brudnych... zwierząt - ostatnie słowo niemal wypluła, wzdrygając się z obrzydzenia.
Regina w całym sierocińcu znana była z tego, że nienawidziła wszystkiego, co się rusza. Wyjątkiem był dla niej Łatek - kilkumiesięczny kot sprzątaczki. Było to jedyne zwierzę, jakie kiedykolwiek dotknęła. No, albo przynajmniej celowo. Wiele osób dla żartu chowało bowiem w jej rzeczach drobne stworzenia, na przykład myszy, żeby ją przestraszyć. Przestali robić to dopiero, gdy po jednym z takich incydentów pielęgniarka musiała opatrzyć kilkoro żartownisiów, których zaatakowała wściekła panna Green. Od tego czasu każdy - oprócz jej dwóch przyjaciółek - trzymał się od niej z daleka.
- Hejka, o czym rozmawiacie? - rozległ się obok nich znajomy głos, a ostatnie wolne miejsce przy stoliku zajęła dobrze zbudowana blondynka. Z jej długich do ramion włosów - ,kudłów", jak określała je Regina - skapywały krople wody, mocząc wszystko i wszystkich dookoła.
- O tobie - stwierdziła krótko Green i wróciła do śniadania. Widać było, że z trudem powstrzymuje się od skomentowania wyglądu Susan Armstrong, za co Eithen była jej wdzięczna. Nie była w humorze, żeby znosić kolejną kłótnię między siedzącymi obok niej dziewczynami.
- Aha - mruknęła jedynie Sue, a następne wepchnęła sobie do ust łyżkę płatków owsianych.
Reszta śniadania minęła im w milczeniu. Kilka minut przed dziewiątą - jeśli ufać staremu zegarowi, wiszącemu nad drzwiami do stołówki - Eithen pożegnała się z przyjaciółkami i z ciężkim sercem skierowała swoje kroki ku gabinetowi panny Stephenson. Szybko minęła rząd zamkniętych pokoi, aż końcu zatrzymała się przed najszerszymi, starymi drzwiami na końcu korytarza.
Zawahała się jedynie na moment, zanim zapukała lekko do gabinetu. Usłyszała krótkie ,Wejść", po czym weszła do środka.
- Dzień dobry, pani Stephenson - powiedziała cicho, w myślach ganiąc się za swoją nieśmiałość. - Wzywała mnie pani.
- W rzeczy samej, panno Thunder. Usiądź, proszę. - Dyrektorka wskazała pulchną dłonią na stojące naprzeciwko jej ogromnego biurka krzesło i sama usiadła na dużym czarnym fotelu. - Przyszła do mnie dzisiaj sowa z listem do ciebie - odezwała się znowu, gdy Riddle zajęła krzesło.
Eithen przełknęła ciężko ślinę. Jedną z zasad domu dziecka był zakaz kontaktowania się z kimkolwiek z zewnątrz bez zgody którejś z opiekunek. Siedząca naprzeciwko niej kobieta musiała najwidoczniej dojść do wniosku, że ów list był odpowiedzią na jakąś wiadomość od panny Riddle.
- Mogłabyś mi wyjaśnić, od kogo to jest list? - spytała Stephenson, a w jej głosie zabrzmiała lekka groźba. Podniosła z pokrytego papierami biurka dużą kopertę i podała ją zdenerwowanej dziewczynce, po czym kontynuowała: - Z tego, co wiem został jeszcze tydzień do twoich jedenastych urodzin, więc na pewno nie jest to list ze szkoły.
Piwne oczy spoczęły na ozdobnych literach, tworzących napis ,Dla Eithen", a następnie zwróciły się w stronę grubej kobiety.
- Nie wiem, proszę pani - mruknęła jedynie Riddle, zdając sobie sprawę z tego, że skądś zna to pismo.
Oczy dyrektorki przez moment lustrowały jej twarz, aż w końcu Stephenson westchnęła lekko.
- W takim razie zrobimy tak. Ponieważ do tej pory nie sprawiałaś nam żadnych problemów, ten jeden raz przymknę na to oko. Następnym razem, jeśli taka sytuacja się powtórzy, wyciągnę z tego konsekwencje, zrozumiano?
- Oczywiście, pani dyrektor.
- W takim razie idź już na zajęcia. Mam nadzieję, że następnym razem spotkamy się w innych okolicznościach - zakończyła rozmowę kobieta i zajęła się jakimiś dokumentami.
Eithen z ulgą opuściła jej gabinet. Nie poszła jednak na zajęcia z tańca, prowadzone jak zwykle w wakacje, tylko prawie biegiem ruszyła do swojego pokoju.
Kiedy już stanęła na środku niewielkiego pomieszczenia, drżącymi rękami otworzyła tajemniczą kopertę, starając się nie rozedrzeć listu. Po pełnej napięcia chwili przeczytała pierwszą linijkę wiadomości, starczyło to jednak, aby w jej oczach wezbrały łzy.
To był list od Marthy.
