II
Wybiegła na podwórze. Bolało ja serce. W pewnym momencie chciała zerwać się i uciec jak najdalej od tego przeklętego miejsca… z Fleet Street. To było więcej niż mogła przeżyć.
Podeszła do płotu i oparła się o niego. Nad sobą usłyszała grzmot, jednak całkowicie go zignorowała. A niech mnie nawet piorun trzaśnie, myślała. Ten kretyn i tak nie zwróci na to uwagi. Była tak zdenerwowana jak jeszcze nigdy od wielu lat. Nie była pewna, czy ostatni raz czuła taką wściekłość, kiedy była jeszcze nastolatką… Zanim poślubiła swego pierwszego męża. Powinna zachowywać się doroślej a tymczasem nie dość że płacze jak dziecko to jeszcze zebrało jej się na umartwianie się w deszczu. Myśl trochę jaśniej, głupia Lovett – mówiła do siebie. Zachorujesz i umrzesz.
Chociaż kto jej teraz potrzebował…?
Deszcz zaczął padać. Czuła zimne krople wiosennego deszczu na swych nagich ramionach. Nie ruszyła ani kroku. Nie pójdę do domu, myślała. W domu nie dość, że jest duszno, to jeszcze jest taka cisza. Czuję się taka samotna. Boję się tej ciszy. Nie chcę jej słyszeć… Niech szum deszczu i dźwięki tego przeklętego miasta odgrodzą mnie od tej morderczej ciszy…
Jak ona mogła się łudzić, że on ją kiedykolwiek pokocha… Przecież on jej o mały włos nie zabił. Wciąż czuła zaciśnięte palce na swej szyi, wciąż widziała obłęd w jego oczach… Wciąż w jego oczach odbijała się Ona… Ta, której Lovett nigdy nie zastąpi…
Z czasem, jak deszcz zaczynał coraz bardziej padać na ciemny Londyn, pani Lovett coraz bardziej odgradzała się od tego okropnego świata. Odwróciła się plecami do schodów i spoglądała na Fleet Street. Jej włosy były już całkiem przemoczone, ciężki materiał sukni nasiąkał powoli wodą. Czuła krople deszczu na twarzy, spływające po jej karku… Czuła jak spływa z niej cały brud tego nędznego świata. Z kroplami deszczu zlewały się jej łzy. W pobliżu rozległ się huk pioruna, pobliską uliczką przebiegł jakiś pies. Nie zdawała się jednak go zauważyć…
Tą drogą, mówiła do siebie w myślach, przybył do mnie Todd… W tę ciemną noc… Kiedy nikogo się nie spodziewałam. A to był on… Wkroczył do mojego życia tak nagle…
- Chodź…
Usłyszała za swymi plecami głos i odwróciła się przestraszona.
W świetle błyskawic pojawił się tuż obok niej Sweeney Todd. W dłoni trzymał jedną ze swych brzytw. Patrzył na nią z góry, jak zwykle tym zimnym, beznamiętnym wzrokiem. Majestat jego postaci podkreślił grzmot. Widok jego brzytwy w dłoni mocno ja zastraszył… Ostrze rozbłysło w świetle błyskawic. Cofnęła się o krok, lecz chwilę później się opanowała. Jeśli cokolwiek ma się stać, myślała, nie powstrzymasz tego Lovett. Staraj się być… pełna honoru.
- Więc przyszedłeś dokończyć, to co rozpocząłeś na górze, panie T.? – spytała wyniośle, spoglądając na śmiercionośne srebro w jego ręce. – Nie wahaj się, nie będę Ci uciekać! – podniosła na niego głos, chyba po raz pierwszy. Łzy płynęły jej po policzkach, gdy Todd zbliżył się do niej i zmierzył ją hipnotyzującym spojrzeniem. – Dalej…
- Z tego deszczu zaraz się rozchorujesz, pieseczku. Już zaczynasz opowiadać niestworzone historie. – uciszył ją Todd. Wtem przykrył ją swym skórzanym płaszczem i delikatnie przysunął bliżej siebie. – Bredzisz głupoty. Brzytwę biorę ze sobą wszędzie, przecież wiesz. Przede wszystkim po to, by eliminować każdego, kto nam stanie na drodze.
„Nam"?
Pani Lovett drżała, otulona jego płaszczem. Nie wierzyła swoim uszom i temu, co się dzieje. Postanowiła nic nie mówić, bo też i nieco odebrało jej mowę.
- Chodź. – powtórzył Todd, potrząsając lekko mokrymi włosami. – Chodź do domu.
I otulając jednym ramieniem, zaprowadził ja w progi domu na Fleet Street.
Deszcz wciąż padał.
