Esien i Lucrecio – dziękuję Wam za komentarze.

Jak wspomniałam wcześniej, „OZ" zmierza w stronę nieparodystycznego tekstu. W tym rozdziale jest jeszcze trochę prześmiewczych fragmentów (ale i tak mniej niż w pierwotnej wersji), za to od trzeciego styl staje się bardziej neutralny, chociaż odrobina humoru też się w tym opowiadaniu będzie pojawiać. Za ponuro by się zrobiło, gdyby to wszystko miało być przedstawiane tylko i wyłącznie w najciemniejszych barwach.

Rozdział 2

Zebranie

Następnego dnia Severus zaczął nawiedzać korytarze Hogwartu o nieprzyzwoicie wczesnej godzinie. Co prawda, pierwotnie nie miał takiego zamiaru, ale decyzję tę wymusiły okoliczności.

Obudził się bardzo wcześnie, ale po zaskakująco dobrze przespanej nocy, co zapewne miało związek z faktem, że spędził ją w swojej własnej komnacie, w wygodnym łóżku, a nie gdzieś kątem u któregoś ze swoich drogich przyjaciół Śmierciożerców. Kiedy tylko zarejestrował, że znów pada i przelotnie zerknął na tarczę zegara, wskazującego, o zgrozo, 6:41, natychmiast odwrócił się na drugi bok, z mocnym zamiarem złapania jeszcze co najmniej godziny snu. Jednak nim ogarnął go błogosławiony stan nieświadomości, przez myśl przemknęło mu dość mgliste i niesprecyzowanego wrażenie, że dzisiaj ma coś bardzo ważnego do zrobienia. Trzasnęło to w niego jak grom z jasnego nieba. Oczywiście! Spotkanie z gronem nauczycielskim. Z miejsca zdenerwował się tą perspektywą i z tego zdenerwowania postanowił natychmiast wstać.

Oprzytomniał nawet dość szybko, w czym bardzo pomógł mu kontakt z zimną wodą w łazience. Poranne ablucje załatwił w pięć minut, śniadanie w dziesięć i w rezultacie dysponował aż nadmiarem czasu. Nie miał jednak zamiaru bez celu błąkać się po szkolnych korytarzach. Miał za to konkretny plan działania, chociaż może niezbyt uporządkowany. Sprawę zapewne ułatwiłaby lista rzeczy do zrobienia, ale Severus miał awersję do sporządzania podobnie nonsensownych notatek, wychodząc z założenia, że jeżeli czegoś nie pamiętał, to widocznie nie było to godne zaprzątania jego uwagi. Jedyne, co notował, to receptury eliksirów.

Zanim wyszedł z lochów, zajrzał do swojego dawnego nauczycielskiego gabinetu. Nie rozstał się z nim nawet wtedy, gdy wreszcie otrzymał upragnioną obronę przed czarną magią, chociaż teoretycznie powinien był go odstąpić Slughornowi. Ale nowy nauczyciel jakoś nie upierał się przy otrzymaniu akurat tej komnaty, pomimo, że znajdowało się tam świetnie wyposażone laboratorium. Może po prostu nie miał odwagi poprosić Snape'a, by urządził sobie pracownię w innym miejscu.

Severus miał lekkie obawy, kiedy zaglądał do swojego gabinetu. Obawiał się, że zastanie tam takie same pobojowisko, jak w swoich prywatnych komnatach. O dziwo, sytuacja nie wyglądała tak źle. Prawie wszystko znajdowało się na swoim miejscu. Być może aurorzy brzydzili się obmacywać jego kolekcję, może obawiali się, że niektóre ze składników eliksirów Snape'a gryzą (oczywiście myliliby się sądząc, że tylko niektóre), a może po prostu interesowały ich wyłącznie papiery. Pobieżnie sprawdzając stan swojej kolekcji nie zauważył większych szkód – poza brakiem jednego słoja, tego z trzeciej półki, z gałką oczną smoka. Albo ktoś go rąbnął, albo stłukł – tak czy inaczej należało spisać go na straty.


O tej godzinie na korytarzach nie było żywej duszy. Martwej zresztą też nie. Nawet Irytek się gdzieś schował. Snape nie zdziwiłby się, gdyby był zajęty bazgraniem gdzieś po kątach jakiegoś obraźliwego napisu pod jego adresem.

Teraz jednak nie miał głowy do zajmowania się Irytkiem. Poszedł prosto do sowiarni, z zamiarem wysłania liściku z zamówieniem do pobliskiej herbaciarni. Co jak co, ale brak Earl Greya był poważną sprawą i należało temu jakoś zaradzić.

Kilkanaście szkolnych sów drzemało na swoich grzędach, w ogóle nie zwracając na niego uwagi. Severus pogrzebał chwilę w kieszeniach i znalazł kawałek czystego pergaminu. Podszedł do okna i na parapecie skreślił kilka słów liściku z zamówieniem. Rozejrzał się i wybrał najbliżej siedzącą sowę. Ptak otworzył jedno oko i łypnął na niego nieżyczliwie, kiedy przymocowywał liścik do jego nóżki. Do mieszka, przywiązanego do drugiej, wsunął kilka sykli, przeznaczonych na pokrycie rachunku.

— Do herbaciarni w Hogsmeade — powiedział do sowy. Ptak, jeszcze nie do końca rozbudzony, nastroszył pióra, hucząc nieżyczliwie. Snape zdecydowanym ruchem otworzył okno i wypuścił, a właściwie bezceremonialnie wyrzucił sowę w chłodną, poranną mżawkę, w ogóle nie zwracając uwagi na jej obiekcje. Ostatecznie Hogsmeade nie leżało na końcu świata. Jakoś doleci. Byleby herbata nie zamokła.

Miał do załatwienia jeszcze jedną sprawę. O tej porze wszyscy normalni ludzie jeszcze spali i dzięki temu mógł liczyć na to, że obędzie się bez świadków. Wyszedł z sowiarni i, niezauważony przez nikogo, wymknął się z zamku. Zarzucił na głowę kaptur. Nie zwracając uwagi na wciąż siąpiący deszcz, szybko przeszedł przez błonia, kierując się w stronę brzegu jeziora. Szczyty gór tonęły w gęstej, mlecznej mgle, a przeciwległy brzeg ginął za zasłoną deszczu.

Nie musiał szukać długo tego miejsca, chociaż nigdy tutaj nie był. Grób Dumbledore'a dało się dostrzec już z daleka. Biały kurhan znajdował się tuż nad brzegiem jeziora. Rozejrzał się uważnie, nim do niego podszedł. Wyjątkowo nie na rękę byłoby mu, gdyby ktoś ujrzał jego – mordercę, stojącego nad grobem swojej ofiary...

Wysoko na niebie, zaciągniętym jednolitą, szarą warstwą chmur, krążyła chmara ptaków. Ich donośne, żałobne kwilenie niosło się echem nad błoniami i jeziorem. Wąskie wstęgi mgły wiły się nad wychłodzoną przez noc ziemią, a czarna, zbita gęstwina drzew Zakazanego Lasu, majacząca w oddali, sprawiała wyjątkowo posępne wrażenie.

Severus przez długą chwilę spoglądał na biały pomnik, moknąc w deszczu. „Albus Percival Wulfryk Brian Dumbledore, 1881 – 1997" — tylko tyle głosiła inskrypcja. Skromnie jak na kogoś uważanego za najpotężniejszego czarodzieja stulecia.

Sam nie wiedział czego właściwie oczekiwał, przychodząc tutaj. Spokoju? Wyciszenia? Chwili refleksji?

Daremne nadzieje. Mistrz Eliksirów nigdy nie miał skłonności do melodramatu, a nawet jeżeli kiedyś mu się to zdarzyło, to we wczesnej młodości i dlatego wolał o tym nie pamiętać. Nie mógł jednak zaprzeczyć, że od samego początku nękały go poważne wątpliwości, czy jego misja w ogóle ma jakiekolwiek szanse na powodzenie. Jak długo będzie w stanie utrzymać w ryzach Carrowów? Jak długo uda mu się kontrolować sytuację w szkole, nim ktoś nie wznieci buntu? Jak miał to wszystko ogarnąć, będąc sam jeden? Co prawda Severus nigdy nie należał do zwolenników pracy zespołowej, ale nie zmieniało to faktu, że jak na jedną osobę tego wszystkiego było trochę za dużo. Nie mógł się przecież rozdwoić. Poza tym w tej rozgrywce zbyt wiele zależało od przypadku. Zbyt wiele było niewiadomych. Snape znów poczuł przypływ złości. Dumbledore i ten jego wspaniały plan! Severus coraz wyraźniej widział, że ów plan składał się z samych niedociągnięć. A największym z nich było poleganie na Potterze. Nie miał pojęcia, gdzie teraz znajduje się chłopak i na wszelki wypadek wolał nie wiedzieć. Ale wobec tego jak się miał z nim skontaktować, gdy nadejdzie czas?

O drobnej kwestii jak zdoła przekazać mu polecenie Dumbledora tak, by chłopak mu uwierzył i dał się zaszlachtować jak bezmyślna owca idąca na rzeź, wolał na razie nie myśleć, gdyż nie miał w zwyczaju marnować czasu na roztrząsanie rzeczy nierealnych.

Właściwie to zazdrościł Dumbledore'owi. Albus miał już przynajmniej święty spokój. A on? On musiał kontynuować swoją podwójną grę, tak długo, jak było to możliwe. Cóż z tego, że teraz cieszył się tak dużym zaufaniem Czarnego Pana? Nie miał pewności, jak długo to jeszcze potrwa. Ilu już było Śmierciożerców, którzy stracili swoją uprzywilejowaną pozycję? W najlepszym razie, tak jak Lucjusz, popadali w niełaskę, zaś w najgorszym... To, co ich czekało, było nie do pozazdroszczenia. Snape łatwo mógł podzielić ich los. Wystarczy, że podkabluje go któreś z jego drogich śmierciożerczych przyjaciół Carrowów. Nie mógł sobie pozwolić na to, by stracić czujność choćby na chwilę.

Deszcz zaczął przybierać na sile. Snape rzucił ostatnie spojrzenie na biały pomnik i szybko wrócił do zamku, przez nikogo niezauważony.

A przynajmniej tak mu się wydawało.


— Wcześnie jesteś na nogach, Severusie — powitał go Albus.

Snape spojrzał na portret, nic nie odpowiadając. Wielu było takich, którzy traktowali postacie z obrazów jak żywe osoby. Jednak w rzeczywistości stanowiły one tylko ich namiastkę, cząstkę zmarłego utrwaloną na płótnie olejną farbą. Nie miał zamiaru rozmawiać z obrazem o wątpliwościach, jakiego go trapiły. Chociaż portret mógł mu służyć radą, czerpiąc z doświadczeń i osobowości Albusa czy udzielić mu wskazówek, jeżeli ten jakieś dla niego zostawił jeszcze za życia, to nie miał bezpośredniego wpływu na to, co działo się w Hogwarcie. Prawdziwego Dumbledore'a już po prostu nie było.

— Tylko o tej porze mam jeszcze względny spokój — powiedział wreszcie Severus, starannie zamykając za sobą drzwi dyrektorskiego gabinetu.

Zdjął mokry płaszcz i osuszył go zaklęciem, a potem odesłał na wieszak. Podszedł do biurka i zapalił świece w lichtarzu, by nieco rozproszyć panującą w gabinecie poranną szarugę.

Dobrze, teraz mógł usiąść i spokojnie pomyśleć. Pierwsze, co należało zrobić, to zebrać nauczycieli. Ale nim spotka się ze wszystkimi, należało najpierw porozmawiać z Minerwą. Była rozsądną osobą, powinna zgodzić się na współpracę... W przeciwnym razie... Cóż, Severus wolał na razie nie myśleć o tej możliwości. Skoro zdecydowała się pozostać w szkole to chyba nie po to, żeby teraz zrobić coś nierozważnego...? Snape zerknął na zegar. Było jeszcze bardzo wcześnie. Zebranie miał zamiar wyznaczyć na godzinę piętnastą, więc czasu było aż nadto. Postanowił odczekać jeszcze trochę i posłać do niej wezwanie na piśmie albo jeszcze lepiej – wysłać po nią Filcha.

— Severusie... — odezwał się Dumbledore, wyrywając go z zamyślenia. — Jest coś, co musisz zrobić. Nie zdążyłem ci powiedzieć tego wcześniej.

— Tak? — zdziwił się uprzejmie Snape. — Cóż to się stało, że teraz oto nadszedł ten odpowiedni moment, aby uchylić kolejnego rąbka tajemnicy?

— Wciąż wprawia mnie w podziw, Severusie, że potrafisz być złośliwy nawet o 8:00 rano.

— 8:03 — odruchowo skorygował Snape. — Zamieniam się w słuch.

— Chodzi o miecz Godryka Gryffindora.

Severus odruchowo spojrzał na przeszkloną gablotę, w której leżało srebrzyste ostrze o wysadzanej rubinami rękojeści. Kicz w gryfońskim stylu, ale za to z jaką prezencją... Snape wiedział, że w ciągu ostatnich kilku lat funkcje dekoracyjne nie były jedynym zastosowaniem miecza.

— No i co z nim?

— Wyjmij go z gabloty.

Severus, zaintrygowany, wstał zza biurka. Otworzył gablotę i wziął miecz do ręki. Nawet w szarzyźnie poranka, panującej w gabinecie, ostrze zdawało się lśnić własnym blaskiem.
— I co teraz?

— Za moim obrazem jest skrytka. Naciśnij ramę z prawej strony.

Snape odłożył miecz na biurko i podszedł do portretu Dumbledore'a. Przez dłuższą chwilę szukał odpowiedniego miejsca. Wreszcie wyczuł pod opuszkami palców wypukły element. Nacisnął lekko. Obraz odchylił się od ściany, ukazując pozornie niewielką, ale dość głęboko sięgającą skrytkę. Severus sięgnął do środka i po chwili trzymał w rękach drugi miecz, na oko identyczny z tym pierwszym.

— Kiedy zamówiłeś replikę? — zapytał Snape z zainteresowaniem.

— Mam ją od dawna. W przewidywaniu tego co nieoczekiwane.

Severus przez chwilę spoglądał na dwa miecze, leżące obok siebie na blacie biurka.

— Albusie, o ilu jeszcze rzeczach mi nie powiedziałeś?

— Wszystko w swoim czasie — odparł wymijająco Dumbledore. — Miecz trzeba będzie podrzucić Harry'emu, ale jeszcze nie teraz.

Snape zgrzytnął zębami na samo wspomnienie o Potterze.

— Wiesz, co sądzę o...

— Wiem — przerwał mu Albus.

— Nie mam pojęcia, gdzie teraz znajduje się Potter. Gdyby jeszcze był na Grimmauld Place...

— Zbyt duże ryzyko.

— Te antyzaklęcia Moody'ego dałoby się obejść... — powiedział Snape z namysłem.

— Później się tym zajmiemy — przerwał mu Dumbledore. — Na razie miecz trzeba trzymać w ukryciu.

— Czy one różnią się czymś od siebie?

— Miecz ze skrytki jest falsyfikatem, ale tylko dobry rzemieślnik by to zauważył. I oczywiście gobliny. Ale to nie wszystko. Są pewne szczegóły w detalach wykonania. Układ rubinów na rękojeści trochę się różni od pierwowzoru.

Snape przez co najmniej pięć minut wpatrywał się intensywnie w obydwie rękojeści, ale nie mógł dostrzec żadnej różnicy.

Albus w końcu się zlitował i niepytany podpowiedział:

— Na podróbce drugi rubin nad jelcem po lewej stronie jest krzywo obsadzony.

Co prawda Severus nie dostrzegł tego krzywego obsadzenia, ale głupio mu było się przyznać, więc szybko zmienił temat.

— Czy miecz w gablocie nie powinien być fałszywy?

— Owszem. Dlatego proszę cię o dokonanie zamiany. Nie zdążyłem tego zrobić.

Severus ukrył prawdziwy miecz Gryffindora w skrytce za obrazem, a podróbkę umieścił w gablocie. Odsunął się o krok i przyjrzał uważnie leżącemu na czerwonym aksamicie ostrzu. Faktycznie, wyglądał identycznie jak pierwowzór.

Wrócił za biurko i spojrzał z niechęcią na pokaźny stos papierów, który zalegał na blacie.

— Ten śmietnik tutaj to coś, co należy do moich obowiązków? — zapytał ponuro, jednocześnie żywiąc nadzieję, że usłyszy przeczącą odpowiedź

— Tak. Dokumenty, sprawy administracyjnie szkoły i takie tam — wyjaśnił Albus. — Przeważnie nudne.

— Dużo tego — stwierdził Severus z rezygnacją osoby, która wiedziała, że będzie musiała się z tym wszystkim zapoznać. Spojrzał na losowo wybrany ze stosu papier, który okazał się rachunkiem, opiewającym na sumę trzystu osiemnastu galeonów i czternastu knutów za karmę dla hipogryfów w ubiegłym miesiącu. — Nawet nie wiedziałem, że utrzymanie tych bestii tyle kosztuje — mruknął do siebie.

— To jeszcze nie wszystko — poinformował go Dumbledore. — Resztę pewnie ma Minerwa. A to tutaj leży jeszcze od końca lipca.

— Jak to od lipca? To znaczy, że każdy mógł tutaj sobie wchodzić tak po prostu?

— Jeżeli tylko znał stare hasło to owszem. Minerwa czasami tutaj pracowała. Zawsze mi pomagała przy całej tej biurokracji.

— Wydawało mi się, że gabinet powinien wpuścić tylko dyrektora.

— Severusie, Minerwa była i jest nadal wicedyrektorką, co dało jej pełne prawo do przebywania tutaj.

— Nie musisz mi o tym przypominać. Nie mam zamiaru jej dymisjonować — powiedział.

„Przynajmniej tak długo, jak będzie to możliwe" — dodał w myśli, a na głos zapytał:

— Często tutaj bywała?

— Tak. Chociaż jakiś czas temu przestała przychodzić.

— Rozmawiałeś z nią?

— Trochę.

— A... na mój temat?

— Nigdy.

Snape'owi jakoś trudno było w to uwierzyć, ale nie dopytywał się o szczegóły. W gabinecie zapadła nieprzyjemna cisza.

— Masz tam plany zajęć? — zainteresował się nagle Dumbledore.

— Czy co ja mam? — zdziwił się Snape.

— Plany zajęć lekcyjnych, Severusie.

Snape zaczął przekopywać się przez dokumenty, ale nic mu z tego przekopywania nie przyszło. Sama myśl, że być może te upiorne plany nie są jeszcze ułożone, wystarczyła, by włosy stanęły mu dęba na głowie. A jeżeli w tym roku to dla niego pozostawiono ten przemiły obowiązek? Ale zaraz, spokojnie, to niemożliwe. Plany zawsze układała Minerwa i to chyba jeszcze pod koniec lipca, kiedy znano już wyniki z SUMów i wiadomo było do jakich klas kwalifikują się uczniowie.

Zapoznanie się z całą tą makulaturą, nawet pobieżne, zabrało mu oczywiście o wiele więcej czasu, niż przewidywał. Nie czytał dokładnie każdego świstka, ale wyrobił sobie mniej więcej pogląd na całość i zauważył, że brakuje akurat tej bardziej istotnej części. Jak choćby listy pierwszorocznych, protokołów ocen, umów o pracę nauczycieli... no i oczywiście planu zajęć.

Severus odłożył na bok papiery i wstał, żeby rozprostować kości. Postanowił przejść się po korytarzach zamku i skontrolować sytuację. Zdjął z wieszaka swoją pelerynę i zarzuciwszy ją na ramiona opuścił gabinet.

Było już po jedenastej, więc brak jakiegokolwiek śladu życia w zamku zaczął go odrobinę dziwić. Umarli wszyscy, czy co? Tylko przez moment, w oddali, mignęła mu jakaś postać, która, sądząc po wzroście, była Filiusem Flitwickiem. Na widok Snape'a wydał z siebie coś jakby krótki kwik i szybko zniknął za zakrętem korytarza. Severus przeszedł nad tym do porządku dziennego.

Najpierw zajrzał do Carrowów. Rodzeństwo akurat kończyło śniadanie. Severus zamienił z nimi kilka słów, stanowczo odmówił wypicia filiżanki herbaty (nie dość, że zaparzonej z torebek, to jeszcze owocowej) i poinformował o zaplanowanym zebraniu.

— Jakim zebraniu? — zdziwił się Amycus.

— Nauczycielskim — wyjaśnił Snape. — O piętnastej. Normalna procedura.

— A gdzie jest to zebranie? — zapytała nieufnie Alecto, w której słowo „procedura" najwyraźniej wzbudziło jakieś obawy.

— W pokoju nauczycielskim — odparł Severus. — Wiecie gdzie jest, prawda?

— Nie — odparł Amycus.

— Tak — powiedziała w tym samym momencie Alecto.

Snape spojrzał na nich z dezaprobatą.

— Zdecydujcie się na coś.

— Trafimy — powiedziała Alecto z naciskiem.

— W takim razie do zobaczenia na zebraniu. — Snape skinął im głową i opuścił ich komnaty.

Zszedł do sowiarni, z nikłą dozą nadziei, że wróciła sowa z jego zamówieniem. Oczywiście, nie było po niej nawet śladu.

„Poleciała na Cejlon po tę herbatę, czy co?" — pomyślał z irytacją, wychodząc z sowiarni.

Kiedy znalazł się w głównym holu, zobaczył Minerwę, która akurat schodziła na dół. Nawet nie zdążył pomyśleć, jak bardzo było mu na rękę to spotkanie, bowiem McGonagall zareagowała na jego widok dość osobliwie. Gwałtownie zwolniła, a na jej obliczu pojawił się wyraz zaskoczenia i zaniepokojenia. Zeszła jeszcze dwa stopnie niżej i zatrzymała się. Severus nieco się zdziwił. W końcu wczoraj już go widziała, więc zapewne zdążyła oswoić się z myślą, że powrócił do Hogwartu i doprawdy, taka reakcja była zupełnie nieuzasadniona. Dopiero gwałtowny łoskot od strony korytarza po lewej, sprawił, że Snape odwrócił się z furkotem szaty. I w tym momencie pojął, co zobaczyła Minerwa.


Trzeba było zbiegu okoliczności, żeby ledwie chwilę po Mistrzu Eliksirów przez hol przechodził Hagrid, niosąc ogromny kosz, wyładowany świeżo narąbanymi klocami drewna, przeznaczonymi do podpałki w zamkowej kuchni. Na widok Snape'a Hagrid zdrętwiał i zaniemówił z oburzenia. Nikt wcześniej nie miał odwagi powiedzieć mu wprost, kto zostanie nowym dyrektorem, a że w ostatnim zebraniu kadry nie uczestniczył, nie był na bieżąco z najnowszymi informacjami. Oczywiste wydawało mu się, że nową dyrektorką będzie McGonagall. Z kolei Minerwa, której w ostatnich dniach nie brakowało trosk, odłożyła swoją rozmowę z Hagridem, która przecież i tak musiała nastąpić, na później, sądząc, że do przybycia Snape'a ma jeszcze trochę czasu. Tymczasem Snape zjawił się wcześniej bez uprzedzenia, będąc absolutnie nieświadomym faktu, że w szkole znajduje się ktoś, kto nie ma pojęcia o jego nominacji.

I właśnie dzisiejszego przedpołudnia, Minerwa, nie mogąc już dłużej odwlekać sprawy, z ciężkim sercem szła do Hagrida, żeby jakoś w łagodny sposób zakomunikować mu wstrząsającą nowinę. Obecnie nie było to już konieczne. Sam się dowiedział...

Hagridowi z wrażenia o mało co nie wyleciał z rąk ciężki kosz z drewnem. Odstawił go gwałtownie – kilka kloców spadło na posadzkę, wywołując rumor, który jeszcze niósł się echem po korytarzu i klatce schodowej. Charakter zawsze miał gwałtowny. Nie myślał o tym, jak morderca Dumbledore'a dostał się do zamku. Jedyne co chciał zrobić, to dostać go w swoje ręce i udusić na miejscu.


— TYYYY! — ryknął Hagrid przeraźliwie.

No tak, Snape przypuszczał, że z Hagridem mogą być drobne kłopoty. Aczkolwiek ta reakcja i tak nieco go zaskoczyła.

— Jak śmiesz się tu pokazywać!

Wczoraj Minerwa, dzisiaj Hagrid... Zmówili się, czy co?

— Zabiłeś go! Zdradziłeś! A on ci ufał!

Severus zdążył pomyśleć, że chyba niezupełnie w tej kolejności.

Hagrid ruszył w jego kierunku jak rozjuszony rogogon i Snape uznał za słuszne zaniepokoić się o całość swojej osoby. Nie stracił jednak zimnej krwi. W jednej chwili w jego ręce znalazła się różdżka.

— Ani kroku dalej — warknął rozkazującym, lodowatym tonem, celując prosto w półolbrzyma. Nie cofnął się, ale lewą ręką złapał i uniósł brzeg swojej długiej peleryny, na wypadek gdyby musiał szybko się wycofać. Tylko tego brakowało, żeby w tym krytycznym momencie się w nią zaplątał.

— Hagridzie! — zawołała McGonagall z odrobiną nagany w głosie. Severus jednak podejrzewał, że gdyby Hagrid zaczął rozrywać go na strzępy, to nie protestowałaby zbyt gwałtownie. — Hagridzie! Proszę, posłuchaj mnie!

Ku zdziwieniu Severusa, Minerwa minęła go i stanęła na drodze Hagridowi. Gajowy zatrzymał się, zaskoczony. McGonagall podeszła do Hagrida i złapała go za ramię.
— On ma prawo tutaj być. Jest dyrektorem.

Snape nieznacznie opuścił różdżkę, w milczeniu przypatrując się tej scenie. Nie wątpił, że McGonagall zadziałała z troski o Hagrida, a nie o niego. Sam jednak nie był pewien, czy jego zaklęcia oszałamiające podziałaby skutecznie na rozwścieczonego półolbrzyma, toteż odetchnął w duchu z ulgą. Mało brakowało, a jego dyrektorska kariera skończyłaby się przed upływem dwudziestu czterech godzin.

Hagrid był wyraźnie zaskoczony słowami profesor McGonagall.

— Znaczy, że co?

— Przepraszam, że nie powiedziałam ci tego wcześniej, ale to oficjalna nominacja.

— Taka z Ministerstwa? — zdziwił się Hagrid. — Pogięło ich, czy jak?

Severus stwierdził, że pora się wtrącić.

— Skoro już sobie wszystko wyjaśniliśmy... Uznam tę demonstrację za jednorazowy wybryk.

Na sam dźwięk jego głosu Hagrid aż się zatrząsł z oburzenia, ale obecność profesor McGonagall powstrzymała go od rzucenia się na Snape'a.

— Nic cię tutaj nie trzyma, zajmij się swoimi sprawami — Severus wskazał różdżką na schody. — W tym zamku jest nieco więcej pomieszczeń.

— Hagridzie, proszę — powiedziała cicho Minerwa.

Hagrid, aczkolwiek niechętnie, pozbierał porozrzucane kloce drewna i dźwignął ciężki kosz. Przechodząc obok Snape'a posłał mu zabójcze spojrzenie, ale Severus się tym zbytnio nie przejął, bo specjalistą od rzucania takich spojrzeń był tutaj on. Spokojnie poczekał, aż Hagrid się oddali i zwrócił się do McGonagall:

— Minerwo, chciałbym zapoznać się z dokumentacją. Ta znajdująca się w gabinecie jest niekompletna.

Przyjął swój zwykły zimny ton; jak na osobę, która właśnie przeżyła próbę zamachu na swoje życie, wyglądał całkiem nieźle, może tylko odrobinę bardziej blado niż zwykle.
McGonagall nie kryła swojego sceptyzmu. Najwyraźniej ani przez chwilę nie wierzyła, że nowy dyrektor ma zamiar przejąć wszystkie obowiązki związane z tym stanowiskiem.

— Masz coś szczególnego na myśli? — zapytała z wymuszoną uprzejmością.

Severus o mało co nie wypalił: plany zajęć, ale w porę ugryzł się w język. Przez Dumbledore'a wydawały mu się teraz najważniejszą kwestią.

— Krótko mówiąc: wszystko. Poza tym, o ile się nie mylę, niektóre z urzędowych papierków wymagają takiego drobiazgu jak podpis dyrektora — powiedział, kładąc nacisk na ostatnie słowo.

— Niestety tak — potwierdziła Minerwa. — Chcesz to mieć teraz czy możesz zaczekać pół godziny?

Snape bez oporów zgodził się na tę drobną zwłokę w czasie. Wrócił do dyrektorskiego gabinetu, przy każdym zakręcie korytarza zachowując szczególną ostrożność i sprawdzając, czy nie czai się tam Hagrid z siekierą.

Na szczęście nie czaił się i Severus mógł bez przeszkód wrócić do siebie.


W swoim gabinecie Minerwa dość nerwowo przerzucała dokumenty. Ze zdziwieniem zauważyła, że ręce jej drżą. W jego obecności jakoś udało jej się zachować spokój, ale teraz, kiedy była sama... Leżąca na wierzchu teczka ześlizgnęła się z pokaźnego stosu i spadła na podłogę wraz z kilkoma protokołami.

Musiała wziąć się w garść. Nie mogła okazać słabości nawet przez chwilę.

Sygnały, że coś niepokojącego dzieje się w Ministerstwie, docierały do niej już od dłuższego czasu. Chociaż musiała się wycofać z aktywnej działalności w Zakonie Feniksa, bo sprawy związane ze szkołą zajmowały teraz większość jej czasu, wciąż otrzymywała od nich wieści i bywała na niektórych spotkaniach. Dlatego, gdy do Hogwartu dotarło oficjalne powiadomienie o tym, jak zostaną obsadzone stanowiska z wakatem, tylko McGonagall nie była zaskoczona. Albus uprzedzał ją, że może dość do sytuacji, że Śmierciożercy przejmą kontrolę nad Hogwartem. Jednak wtedy nawet jej przez myśl nie przeszło, że Severus Snape będzie za to wszystko opowiadać. Jego zdrada była czymś, czego nie przewidział nawet Albus. Sam fakt, że ten morderca chodzi jeszcze po świecie, był dla niej wielką niesprawiedliwością. A teraz jeszcze został dyrektorem! Nie ma co, doczekał się swojej nagrody. Czy ceną za nią było życie Albusa?

Minerwa pozbierała wszystkie dokumenty i wyszła ze swojej komnaty.

Gargulec, strzegący wejścia, wpuścił ją na okrągłą klatkę schodową, wiodącą do gabinetu. Minerwa, zgodnie z wszelkimi normami dobrego wychowania, zapukała do drzwi, poczekała, aż usłyszy wypowiedziane zimnym tonem „proszę" i weszła do środka.

Nie była tutaj od dłuższego czasu. Właściwie od kiedy dowiedziała się, kto zostanie dyrektorem. Gabinet wyglądał dokładnie tak samo, jak za czasów Albusa. Pomijając oczywiście fakt, że za dyrektorskim biurkiem, nad dokumentami wyglądającymi na oficjalne, siedział ten obmierzły drań i udawał, że pracuje. W swoich czarnych, nauczycielskich szatach i nieodłącznej pelerynie wyglądał tak samo, jak zwykle. Może przez króciutką chwilę uległaby złudzeniu, że ma przed sobą dawnego Severusa Snape'a. Ale wystarczyło tylko, że spojrzał na nią tym swoim przeszywającym wzrokiem, by to wrażenie natychmiast zniknęło. Na Merlina, jak ten człowiek to robił, że roztaczał wokół siebie taką aurę grozy? Trzeba było naprawdę dużej samokontroli, żeby jej nie ulec. Wiedziała, że Snape to niebezpieczny przeciwnik. O wiele bardziej niebezpieczny niż tamta dwójka. Jak większość nauczycieli starszych stażem, miała do czynienia z Carrowami. Rodzeństwo nie należało do błyskotliwych uczniów. Alecto miała kłopoty z transmutacją i nie była w stanie uzyskać nawet Z z SUMów. Jej bratu jakoś się udało. Poza tym nie wyróżniali się właściwie niczym.

— Usiądź, Minerwo. — Pozornie uprzejma wypowiedź brzmiała jak rozkaz.

McGonagall zajęła miejsce na krześle naprzeciwko biurka, chociaż najchętniej po prostu dała by mu przyniesione dokumenty i odeszła bez słowa. Nie bez satysfakcji powiększyła panujący na biurku śmietnik o stos przyniesionych papierów.

Snape'owi na moment zrzedła mina, ale szybko powrócił do swojego normalnego, czyli ponurego, wyrazu twarzy.

— O piętnastej odbędzie się zebranie w pokoju nauczycielskim — zakomunikował. — Obecność obowiązkowa. Przekaż to pozostałym, proszę. Poza tym, jeżeli chodzi o sprawy administracyjne... Przeglądałem dokumenty, wszystko jest w porządku.

Minerwa przez moment nie wiedziała, co odpowiedzieć. Jak on z nią rozmawiał! Wydawał polecenia nie znoszącym sprzeciwu tonem, tak jakby należała do jego podwładnych.

— Więc tak to sobie wyobrażasz? — zapytała cicho. — Że będziemy bez protestu wypełniać wszystkiego twoje rozkazy?

— Owszem. W przeciwnym wypadku...

— ...wszyscy skończymy jak biedna Charity — podsumowała gorzko Minerwa. To nie było pytanie.

Mogłaby przysiąc, że Snape lekko pobladł. Nie próbował nawet szukać żadnego wykrętu, co ją odrobinę zdziwiło.

— Zasady się zmieniły, Minerwo.

— Wiem — powiedziała cicho McGonagall, ze smutkiem spoglądając na portret Albusa, wiszący tuż nad dyrektorskim biurkiem. Dumbledore musiał spoglądać na to, co działo się z tą szkołą i miał jeszcze mniej wpływu na jej losy, niż pozostali nauczyciele. Dlaczego musiało do tego dojść?

— Tak długo, jak będziesz się do nich stosować, nic ci nie grozi. Tylko tyle mogę obiecać.

— Obiecać? — zapytała Minerwa. — O czym ty mówisz? O zasadach? Jakich zasadach? Ile jest warte twoje słowo, Severusie? Ile jest warte słowo Śmierciożercy?

Snape milczał przez chwilę. Jego twarz nie miała żadnego wyrazu.

— A więc rób to, co uważasz za najlepsze dla szkoły.

Dla szkoły... Jaką szkołą stanie się Hogwart pod rządami Śmierciożerców? Bez Dumbledore'a jej los wydawał się przesądzony. Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać zmieni ją w szkołę Czarnej Magii, wyłącznie dla czarodziejów czystej krwi, a jeżeli dotychczas nie pozbył się starej kadry to tylko dlatego, że nie miał ich kim zastąpić.

— To wszystko, co chciałem ci powiedzieć. Zastanów się nad tym. Zobaczymy się na zebraniu.

McGonagall w milczeniu wstała. Tuż przed wyjściem zawahała się na moment. Odwróciła się i spojrzała na nowego dyrektora Hogwartu.

— Kiedyś myślałam, że jesteś innym człowiekiem — powiedziała cicho, nie zdając sobie sprawy z tego, że tym samym dobija Snape'a ostatecznie. Nie czekając na jego odpowiedź wyszła, zamykając za sobą drzwi.


Severus przez długą chwilę siedział nieruchomo za biurkiem. Cisza, jaka panowała w gabinecie była przytłaczająca.

On też chciałby być innym człowiekiem.

Ale teraz nie mógł już tego zmienić.

Wrócił do pracy.

Po kilku godzinach spędzonych nad dokumentami, miał taki mętlik w głowie, że sam już nie wiedział gdzie jest i czym się właściwie zajmuje. Nawet z własnym nazwiskiem mógł mieć kłopoty. Postanowił na razie dać sobie z tym spokój.

Coraz bardziej brakowało mu herbaty i brak ten zaczynał mu nieco szkodzić. Sowy wciąż jakoś nie było widać. Wyglądało na to, że poleciała nie na Cejlon, a do Chin.

„Szlag by ją trafił" — pomyślał ze złością.

Lunch ominął (i tak nic nie przeszłoby mu przez gardło) i ostatni kwadrans przed wyjściem spędził na dość nerwowym krążeniu po dyrektorskim gabinecie. Tak naprawdę był wściekły na Dumbledore'a, za to, że przez jego „ostatnią prośbę" znalazł się w takiej sytuacji. Teraz będzie musiał stanąć twarzą w twarz z ludźmi, którzy znali prawdę – a raczej, którym wydawało się, że ją znają. Jak miał z nimi rozmawiać, skoro uważali go za mordercę i zdrajcę? W takiej sytuacji żadne wyjście nie było dobre.

Wreszcie nadeszła pora zebrania. Pokój nauczycielski był pusty, kiedy do niego przyszedł. Nauczyciele schodzili się kolejno, w milczeniu zajmując swoje miejsca i unikając jego spojrzenia. Severus stał przy oknie, z założonymi na piersi rękami. To, co miał im do powiedzenia, nie było tak naprawdę istotne. Nie układał w myślach jakiegoś długiego przemówienia, wolał zająć się obserwacją. Nie zawahał się też przed dyskretnym użyciem legilimencji, by wybadać nastroje zebranych. Odczucia były podobne: niechęć, strach, zwątpienie, niepewność, wrogość. Nie oczekiwał niczego innego.

Nikt nie zbojkotował zebrania. Jednak niewidzialny mur, który oddzielał go od nauczycieli, był prawie namacalny. Severus wcale nie miał zamiaru go obalać. Większość nauczycieli się go po prostu bała. Także dlatego, że jego obecność oznaczała zagrożenie dla wszystkiego, co Hogwart zawsze sobą reprezentował. Slughorn krył się gdzieś z tyłu, Pomfrey ani razu nie podniosła wzroku, zaś Flitwick był chyba pierwszy raz zadowolony ze swojego niskiego wzrostu, dzięki czemu nie rzucał się w oczy. Trelawney wślizgnęła się do komnaty jako jedna z ostatnich i drżała jak osika za każdym razem, gdy Snape spoglądał w jej stronę. Filch stanął gdzieś w kącie, pod drzwiami i podobnie jak większość zgromadzonych zerkał z niepokojem na dyrektora. Jako charłak nie mógł być pewien swojego losu. Były jednak wyjątki. McGonagall nie unikała jego wzroku, kiedy na nią spoglądał i nie kryła pogardy, jaką do niego żywiła. Hagrid ponuro łypał na niego okiem. Cóż, znając jego charakter i zważywszy na fakt, że dopiero dzisiaj dowiedział się o wszystkim i tak zaskakująco dobrze to przyjął.
Brakowało Binnsa i Firenzo, co zresztą nie było dla niego zaskoczeniem, i oczywiście Carrowów. Spóźniali się już prawie kwadrans.
„Merlinie... z kim ja muszę pracować" — pomyślał Snape z irytacją.

Cisza była przytłaczająca. Sprout poruszyła się niespokojnie, jakby chciała zabrać głos, ale rozmyśliła się. Sinistra szepnęła coś do Vector.

Snape poprzysiągł sobie, że później porozmawia sobie z Carrowami i opuścił swoje strategiczne miejsce pod oknem, podchodząc bliżej do stołu, wokół którego siedzieli nauczyciele. Sam jednak nie zajął miejsca u jego szczytu, gdzie znajdowało się krzesło przynależne dyrektorowi.

— Gdzie jest Firenzo? — zapytał. Pytanie zawisło w przestrzeni. Nikt mu nie odpowiedział.

— Minerwo?

— Wrócił do Zakazanego Lasu — odpowiedziała krótko McGonagall.

Snape uniósł lekko jedną brew.

— Cóż. W takim razie wraca pani na pełen etat, profesor Trelawney.

Trelawney o mało co nie spadła z krzesła, kiedy Snape zwrócił się bezpośrednio do niej.

— Nie pani nic przeciwko, prawda, pani profesor? — zapytał z lekką kpiną.

— Nie — pisnęła cienko Trelawney.

— Doskonale.

W tym momencie otworzyły się drzwi i do środka weszli mocno spóźnieni Carrowowie.

— Mówił ci, że to tutaj — powiedział Amycus do siostry.

Spojrzeli po obecnych. Snape nie dał im szansy, by zrobili lub powiedzieli coś głupiego.

— Alecto i Amycus Carrowowie — przedstawił ich zgromadzonym nauczycielom. — Będą pełnić funkcję — zrobił krótką pauzę — nauczycieli mugoloznawstwa i obrony przed czarną magią. Ale o tym zapewne już wiecie. W końcu w tej szkole wszyscy są o wszystkim doskonale poinformowani... — Spojrzał przelotnie na Hagrida, po czym zwrócił się do Carrowów:
— Alecto, Amycusie... Siadajcie tam — Wskazał im dwa krzesła przy końcu stołu, pomiędzy Babbling a Hooch.

„I nie przeszkadzajcie" — dodał w myśli.

Niezależnie od tego, co i w jaki sposób powiedziałby Severus, i tak byłoby to odebrane jako ironiczne, cyniczne i ociekające jadem. Nie silił się więc na dobieranie uprzejmych słówek.

— Miło, że zechcieliście zaszczycić nas swoją obecnością — zaczął. — Najlepiej postawić sobie sprawy jasno, żeby później nie było niedomówień. Jedyne, czego się od was oczekuje, to wypełniania waszych obowiązków, tak jak dotychczas. Nic mniej. I nic więcej. Wiecie, na jakiej zasadzie tu jesteście. Kto zostanie, godzi się na moje warunki. Kto chce odejść niech zrobi to teraz – droga wolna.

Nauczyciele wymienili pomiędzy sobą niedowierzające spojrzenia. Nikt się nie podniósł. Część nauczycieli zerkała na Minerwę, tak jakby oczekiwali, że zabierze głos w imieniu opozycji, na którą składało się całe grono pedagogiczne. Jednak McGonagall milczała.

— Jakieś pytania?

Cisza. Wszyscy siedzieli z grobowymi minami, a zebranie nauczycielskie bardziej przypominało stypę niż cokolwiek innego. W sumie trudno się było dziwić, ale Snape jednak oczekiwał jakiejś reakcji. Może gdyby ktoś mu naubliżał, poddając w wątpliwość obecność jego kręgosłupa moralnego, przynależność do rodzaju ludzkiego, albo chociaż poczucie przyzwoitości, wiedziałyby na czym właściwie stoi. Ale to ponure milczenie okazało się znacznie bardziej dotkliwe.

— W takim razie dziękuję. Jesteście wolni.

Zważywszy na sytuację, ostatnie słowa zabrzmiały co najmniej dwuznacznie... Rozległo się szuranie odsuwanych krzeseł. Nauczyciele w milczeniu kolejno opuszczali komnatę. Sinistra wstała jako jedna z ostatnich. Przystanęła jeszcze na progu i posłała mu długie, zagadkowe spojrzenie. Snape zupełnie ją zignorował.

— Alecto, Amycusie, zostańcie — powiedział do Carrowów.

Poczekał aż za wychodzącym na końcu Filchem zamkną się drzwi.

— Jeszcze parę słów. — Dopiero teraz usiadł za stołem, jednak nie na krześle, które zwykle zajmował Dumbledore, a naprzeciwko Carrowów. — Nie życzę sobie żadnych lekkomyślnych działań.

Alecto chciała coś powiedzieć, ale nie dał jej dojść do głosu.

— Jakby nie patrzeć, jesteśmy tutaj w mniejszości. I dlatego lepiej unikać niepotrzebnych konfliktów. O wszystkim macie meldować mnie, jasne?

— Z jakiej racji? — oburzyła się Alecto.

— Z takiej, że to mnie Czarny Pan powierzył stanowisko dyrektora Hogwartu. Chcesz to zakwestionować?

Alecto otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale rozmyśliła się i nie rzekła ani słowa.

— A więc wszystko jasne — stwierdził Snape, wstając. — A, jeszcze jedno. Znajdźcie sobie jakieś bardziej stosowne codziennie szaty. Płaszcze Śmierciożerców to nie jest najlepszy pomysł.

— Nie? — zdziwił się Amycus.

— Nie — warknął Snape.

— Ale...

— Macie do mnie jeszcze jakąś sprawę?

— W zasadzie... — zaczęła Alecto i urwała.

— To jak się namyślicie, możecie do mnie przyjść. Będę w gabinecie.

— W jakim gabinecie?

— Dyrektorskim! Niektórzy tutaj pracują. Koniec zebrania! — rzucił na odchodnym, opuszczając pokój nauczycielski.


— I jak poszło zebranie? — zagadnął Albus.

— Fatalnie, tak jak przewidywałem. Ale póki się mnie boją, wszystko powinno jakoś pójść.

— Severusie, czy mi się wydaje, czy przy słowach „boją się" słyszałem nutkę satysfakcji w twoim głosie?

— Wydawało ci się.

— Na pewno?

— No dobrze, może odrobinę. Mimo wszystko wolę to zaliczyć do czynników pozytywnych, bo gdyby się mnie nie bali, to zamiast słuchać, zapewne spuściliby mnie ze schodów.

— Co za szczęście, że pokój nauczycielski jest na parterze — zauważył Dumbledore.

— To jest wysoki parter, Albusie...

Snape usiadł za biurkiem, odsuwając na bok papiery, które razem z tym, co przyniosła Minerwa, utworzyły całkiem pokaźny stos. Najgorsze było to, że musiał się tym wszystkim osobiście zajmować. Nawet nie przypuszczał, że praca dyrektora jest do tego stopnia nudnym zajęciem.

— Gdyby nie to, że Harry to wszystko widział... — powiedział cicho Albus.

Snape skrzywił się odruchowo, nie tylko dlatego, że Dumbledore wspomniał o Potterze, ale ponieważ odniósł się do wydarzeń na Wieży Astronomicznej.

— Co by to zmieniło? Wydałoby się prędzej czy później. A tak przynajmniej jest jasna sytuacja. Po tym, co się stało i tak nie mógłbym zostać w Hogwarcie.

— Ale nasza strona nie miałaby pewności, kto mnie zabił. W końcu oficjalna wersja jest taka, że zamordowali mnie Śmierciożercy.— Tylko tak się nieszczęśliwie składa, że jestem jednym z nich — mruknął Severus, bezwiednie zaciskając palce prawej ręki na lewym przedramieniu.

Dumbledore nic nie odpowiedział.

Severus czasami nienawidził go za to milczenie w momentach, kiedy najbardziej potrzebował odpowiedzi. W tej kwestii portret Albusa niczym nie różnił się od żywego.
Nagle usłyszał stukanie. Odruchowo spojrzał na drzwi, nim nie uświadomił sobie, że dźwięk dobiega z przeciwnego kierunku. Odwrócił się i spojrzał za okno Na parapecie siedziała bardzo nastroszona sowa i zawzięcie pukała dziobem w szybę. Wpuścił ją do środka. Sowa wleciała do gabinetu, rzuciła na biurko przyniesiony pakunek i wypadła z komnaty jak burza, hucząc ponuro.

Severus otworzył przesyłkę i niemal niezauważalnie uśmiechnął się pod nosem. Herbata! Jedyna dobra wiadomość tego dnia.

c.d.n.

Ilustracja do rozdziału (tradycyjnie, z linka należy usunąć wszystkie spacje):

Grób Dumbledore'a

http: / / the - black - panther . deviantart . com / gallery / 6193199# / d1jv79e

I bonusowo Alecto i Amycus Carrowowie (wyobrażenie nie do końca zgodne z książkowym opisem, ale już za późno - ja ich widzę dokładnie tak):

http: / / the - black - panther . deviantart . com / gallery / 6193199# / d1ngjam