Betowała Pantera.

część druga


Sunęła bezszelestnie wzdłuż muru, a blady sierp księżyca skradał się za nią po atramentowym niebie. Cisza pulsowała jej w uszach i kobieta czuła adrenalinę krążącą wraz z krwią w jej żyłach, popychającą do przodu, wciąż do przodu, do działania! Rozkoszowała się wypełniającym ją podekscytowaniem niczym najsłodszą ambrozją. Wszystkie zmysły Arabelli były wyostrzone jak u nocnego drapieżcy, nastawione na polowanie i żer.

Wznosząca się za wysokim murem, pogrążona we śnie rezydencja Gilderoya Lockharta praktycznie błagała o włamanie. "Przeskocz mnie!", wołało ogrodzenie, "Stłucz mnie!", prosiły okna, "Złup mnie!", dudnił ukryty gdzieś szczwanie w środku budynku skarbiec. Jak Arabella mogłaby odmówić? Nie chcąc się przekonać, co też sławny pisarz hoduje w swoim ogrodzie (agresywne białe pawie? napakowani ochroniarze?), wybrała dach dworu na pozycję, z której przypuści szturm. Zakręciwszy nad głową liną z przytwierdzonym na końcu hakiem, zarzuciła ją na kamienny mur, z którego zwinnie, kunowatym ruchem przeskoczyła na dach, wykonując w locie zbędnego, choć nadzwyczaj spektakularnego fikołka. Przepełzła kilka stóp nad rynną, a następnie stamtąd spuściła się ostrożnie na dość szeroki gzyms, przedtem macając go stopą, czy na pewno wytrzyma jej ciężar (należy w tym miejscu wyraźnie zaznaczyć, by uniknąć nieporozumień, że ciężar panny Figg był tak naprawdę lekki, gdyż szczyciła się ona idealną figurą, jaką dały jej lata morderczych ćwiczeń, choć i bez nich byłaby oczywiście szczupła). Przywarła płasko do ściany dworu i na kilka sekund zamarła, nasłuchując. Ogród w dole był skąpany w ciszy i widmowej poświacie księżyca. Żadnych podejrzanych białych pawi, żadnych goryli. Okay. Zygzakowatym ruchem, wywoływanym przez posuwiste pociągnięcia biodrem, dotarła do okna. Rozglądając się bacznie jak osoba, która generalnie coś knuje, odchyliła połę czarnej peleryny i wyciągnęła z rajtuzów diamentowe ostrze. Zakreśliła nim na szybie spore koło, które przy pomocy profesjonalnej przyssawki wyjęła i odstawiła ostrożnie na bok. Przez powstały otwór sięgnęła do klamki i otworzywszy okno, wsunęła się do ciemnego wnętrza.

Gdy jej stopy dotknęły podłogi, natychmiast przykucnęła i przeturlała się za okrytą białym prześcieradłem sofę, chcąc uniknąć przebywania na otwartym terenie. Przyczajona jak tygrys i ukryta jak smok, wytężyła słuch, lecz panującej wokół ciszy nie zmącił żaden dźwięk. Oookay. Teraz ta trudniejsza część. Wytknęła głowę zza oparcia sofy, zmrużonymi oczami penetrując przestrzeń. W ciemnościach świeciły jedynie białka jej oczu, resztę twarzy skrywała maska w stylu wojownika ninja. Błyskawicznie przekoziołkowała się za fotel stojący przy drzwiach. Tam ponownie znieruchomiała, wyczekując jakiejkolwiek reakcji, lecz gdy ta nie nadeszła, szybko podpełzła do wyjścia i przez szparę zlustrowała korytarz.

Panowała cisza jak makiem zasiał, jedynie dochodzące gdzieś z głębi korytarza senne tykanie zegara splatało się z rytmem uderzeń jej serca. Arabella już raz zawitała nocą do tego dworu, wtedy gdy mieszkał tu jeszcze ten obrzydły, podstępny magnat finansowy Bulstrode wraz ze swoją rodziną. Po serii niewyjaśnionych kradzieży, dokonanych na należących do nich budynkach, uciekli stąd jak niepyszni, przeklinając zuchwałą łydkę, psie odchody na trawnikach (manchesterska biedota z mściwą satysfakcją wyganiała swoje zawszone kundle na ich tereny) i tutejsze żarcie. Arabella uśmiechnęła się z nostalgią na wspomnienie swojego pierwszego, większego triumfu; myśl o nim za każdym razem przydawała jej wiary we własne możliwości i w cel misji. Jednak nie czas na rozważania! Z nowym przypływem sił wyślizgnęła się na korytarz, natychmiast przywierając na płask do podłogi, po czym ruchem gąsienicy popełzła pod przeciwległą ścianę, gdzie nie docierał chłodny blask księżyca.

Gilderoy Lockhart musiał wprowadzić się do budynku całkiem niedawno, gdyż niewiele zdążył zmienić. Tu i ówdzie przejście zastawiały sporych rozmiarów skrzynie, niektóre puste, niektóre otwarte i wypełnione po brzegi osobliwymi przedmiotami niewiadomego pochodzenia i użytku (nasza urodziwa bohaterka zdołała wychwycić swym bystrym okiem wielgachny, zakrzywiony kieł, wystającą spod przymkniętego wieka mackę, pokłapującą z cicha szczęką czaszkę i, co przeraziło ją najbardziej, białą, falbaniastą koszulę z dekoltem – męską!), i Arabella musiała bardzo uważać, aby nie władować się w którąś z nich.

Pozwólmy pannie Figg skradać się w skupieniu wzdłuż ściany, a sami zajmijmy się przez ten czas historią zegara, który właśnie minęła. Otóż zegar ten trafił do nobliwej, choć niesławnej rodziny Bulstrode'ów zaledwie wiek z kawałkiem wcześniej, pewnej ciemnej, burzowej nocy, gdy przodek wszystkich dalszych Bulstrode'ów, Bulstrode I, który to zapoczątkował tradycję nieposiadania imion przez męskich członków rodziny (warto nadmienić, iż trend ten stał się później popularny również wśród innych nikczemnych rodów, między innymi Averych, Mulciberów, Selwynnów i Yaxleyów, choć nie u dobrze nam znanych Malfoyów, którzy wyznaczali własne trendy), wparował do dworu, wyszarpany wściekłym wiatrem, zakrwawiony i z obłędem w oczach, wyjął zza pazuchy płaszcza ów zegar, a następnie zaśmiawszy się maniakalnie, padł i wyzionął ducha. Jego rodzina nie do końca wiedziała, co o tym myśleć. Bulstrode II urządził ojcu wystawny pochówek (trumnę kazał trzymać zamkniętą, ponieważ z twarzy zmarłego nie dało się w żaden sposób usunąć grymasu lubieżnego, wręcz obłąkańczego triumfu) i po kilku miesiącach całkowicie zapomniał o tajemniczym, czarnym czasomierzu, który nie miał mu tego bynajmniej za złe i od tamtej pory cykał sobie spokojnie a niewinnie na gzymsie kominka. Niektórzy, co bardziej wrażliwi na ezoterykę goście Bulstrode'ów, przechadzając się długimi korytarzami rezydencji, w pewnym momencie wyczuwali na swoich plecach czyjeś nieprzyjazne spojrzenie i przenikał ich naraz ziąb tak straszliwy, jakby wokół nich rozhulał się uwolniony wicher. Jednak gdy nieco zaniepokojeni spoglądali przez ramię za siebie, w pobliżu nie było nikogo oprócz nich i tylko zegar tykał sobie łagodnie i usypiająco z kominka. Lecz najstarsze matrony przedmieść Manchesteru znały prawdę, one wiedziały, one wiedziały!, szeptały nad michami, obierając ziemniaki i wymieniając się jeszcze ciepłymi ploteczkami. Zegar był zły, bez dwóch zdań. Aż do najmniejszej sprężynki, aż po czubek srebrnej, ostrej jak ostrze sztyletu wskazówki. Nazywały go "Czarnym Zegarem", czasem też "Bzowym Zegarem", choć tej nazwy nie potrafiły akurat wyjaśnić, coś im jednak podpowiadało, że właśnie tak powinno się o tym gadać. Mówiło się, że podstępny przedmiot chce wyrwać się spod władzy swoich właścicieli, że zanosi się złowieszczym cykotem, ilekroć ktoś z rodziny Bulstrode'ów umiera. Mówiło się, że pragnie zawładnąć światem, zniszczyć ludzkość! …dużo się mówiło i nie zawsze z sensem. Faktem było li jedynie to, że Bulstrode'owie, uciekając w popłochu przed prześladowaniami ze strony ludu i tajemniczej złodziejki, kompletnie zapomnieli o rodzinnej pamiątce. Cóż więc miał uczynić zegar, tak bezdusznie będąc porzuconym? To, co robią inne zegary – tykał dalej.

Możliwe, że Arabella nie była osobą wystarczająco uduchowioną lub że, jak wyjęczała jej w dłoń jakaś uliczna wróżbitka, zanim nie zgarnęła jej straż miejska, nie posiadała "wewnętrznego oka", dość powiedzieć, że w chwili, kiedy przekradała się koło niesławnego zegara, nie poczuła niczego szczególnego, a już zwłaszcza jakichś przeciągów czy nienawistnych spojrzeń. Możliwe też, że Czarny Zegar był w gruncie rzeczy uczciwym czasomierzem i nie miał żadnych mrocznych zamiarów względem świata (czasem oszukiwał na minutach i sekundach, nic więcej). Możliwe.

Wreszcie ściana się skończyła i Arabella ostrożnie łypnęła za róg, w stronę zamkniętych, majaczących w głębi drzwi. To tam Bulstrode zagrabiał niegdyś w stosy swoje nieczysto zdobyte dobra, upychając je w opancerzonych szafach i sejfach. Miała cichą nadzieję, że Lockhart podtrzymał ten zwyczaj i nie będzie zmuszona przewrócić do góry nogami całego dworu. Oczywiście, istniała możliwość, że okaże się godniejszym przeciwnikiem niż jej poprzedni oponenci, więc powinna zachować maksimum czujności. Zbliżyła się powoli do masywnych, nieprzyjaźnie wyglądających drzwi, wyciągając zza rajtuzów futerałek z podręcznym zestawem łomów, wytrychów, siekierek, spinaczy, szpilek do włosów i wykałaczek, i nachyliwszy się, sprawdziła zamek. Ha! Ten nieszczęsny głupiec nie zmienił nawet zabezpieczeń! Wyśmienicie! Wybrała wytrych, który pozwolił jej pół roku wcześniej dostać się do środka i naparła lekko na drzwi, wsuwając go w zamek i planując trochę w nim pogmerać. Zdębiała. Drzwi, pchnięte jej ramieniem, bezszelestnie się otworzyły. Z powstałej szczeliny wypłynął kłaczek gęstej, niemal namacalnej ciemności i osiadł na wytrychu. To wprost niewiarygodne! Lockhart nawet nie zamknął tych drzwi! Na jakim świecie on żył?!

Arabella zrobiła się nagle podejrzliwa. A jeśli to była chytrze obmyślona zasadzka? A jeśli Malfoy spiknął się z Lockhartem i razem postanowili ją schwycić i poddać wymyślnym torturom, na jej oczach rwąc w strzępy jej rajtuzy? To nie mogło przecież okazać się tak proste, nikt nie był aż tak głupi! Ale z drugiej strony równie głupie byłoby wycofanie się tylko dlatego, że za łatwo poszło. Musiała podjąć właściwą decyzję! Zacisnęła zęby i uchyliwszy drzwi, postąpiła krok do wnętrza pomieszczenia.

Było puste, jeśli nie liczyć trzech znacznych rozmiarów szaf, które wyglądały dla odmiany na nadzwyczaj pełne. W ścianie dusiło się małe, zakratowane okienko, bezdusznie wciśnięte pomiędzy kamienne tablice z wypisanymi przez poprzedniego właściciela rezydencji klątwami i obietnicami wyrafinowanej śmierci dla potencjalnych rabusiów.

"Czarujące", pomyślała przelotnie Arabella, odrywając wzrok od rozpisanego szczegółowo, punkt po punkcie, planu postępowania w przypadku schwytania złodzieja. "A teraz… Szafa numer jeden, numer dwa czy numer trzy?"

Nie miała zamiaru wybrzydzać. Wybrała środkową, podeszła i położyła dłoń na złoconej klameczce. Nie zaszkodziło sprawdzić, czy ten Lockhart nawalił także przy zabezpieczaniu sejfu. Niestety dla Arabelli – nawalił. Ledwie nacisnęła klamkę, drzwi szafy odskoczyły, jakby pchnięte od wewnątrz nagłą siłą, i ostatnim, co zobaczyła Arabella, zanim otoczyły ją gwiazdy i smolista czerń, była spiętrzona fala papieru.


Nie miała pojęcia, ile czasu tak leżała, na wpół zagrzebana w morzu kartek i lekko przytępiała, ale nie mógł to być jakiś znaczny odcinek czasu. W każdym razie za okienkiem nadal trwała noc. Poruszyła ręką i nogą, jęknęła, tłumiąc przekleństwo.

— A niech to wszyscy… — Zdjęła sobie z twarzy nachalną kartkę i już chciała ją cisnąć w kąt pomieszczenia, gdy naraz spostrzegła, że jest to zdjęcie. Mrużąc oczy, podsunęła sobie fotografię pod sam nos i z niezadowoleniem zaobserwowała, że przedstawia ona łagodnie uśmiechniętą twarz Gilderoya Lockharta. Skrzywiła się.

— Nic ci się nie stało?

Oderwała wzrok od zdjęcia i spojrzała do góry. Nad nią pochylał się z zainteresowaniem w oczach bóg. Na moment zaparło jej dech w piersi. Adonis jak żywy! Sprężyła wszystkie mięśnie i spróbowała go capnąć za nogawkę, lecz wykonał sprytny unik i dalej patrzył. Nie pozwoli mu znowu uciec!

— Wszystko w porządku? — nadpłynął ponownie ten obcy, zatroskany głos.

Arabella zamrugała. Bóg czmychnął. Kto właściwie do niej mówił? Wpatrywała się w nią jakaś twarz. Oddawać boga, bydlaki! Aa, to znowu ten facet z księgarni, a nie żaden bóg. Czy musiał ją prześladować nawet tutaj? A tak właściwie to gdzie ona…

Arabella podskoczyła jak oparzona, wydając z siebie zduszony okrzyk i natychmiast zrywając się na równe nogi. Dwór Lockharta! Włamanie! ZONK!

— Szedłem właśnie do łazienki, a tu takie cuda… — tłumaczył konwersacyjnym tonem Lockhart, najwyraźniej paląc głupa i w międzyczasie obmyślając zapewne jakiś morderczy plan, który uwzględniał ostre narzędzia.

Arabella zmierzyła go od góry do dołu nienawistnym spojrzeniem. Który normalny człowiek pytałby złodzieja przyłapanego na kradzieży o to, czy się dobrze czuje? Lockhart na pewno chciał uśpić jej czujność. Cwane, bardzo cwane, ale nie z takimi łajdusami miało się już do czynienia. A łajdus przed nią maskował się wyjątkowo umiejętnie: życzliwy uśmiech, promienne spojrzenie, dłuższe, pofalowane, jasne włosy, błękitny szlafrok doskonale podkreślający jego bystre oczy… CO?! Co ona, do cholery, wyrabia?! Rusz się, Figg, działaj, bo zaraz łajdus wbije się tymi olśniewającymi ząbkami w twoją szyję! Natychmiast przyjęła bojową pozycję i zamarła, drążąc go gorejącymi oczami.

Lockhart niepewnie przestąpił z nogi na nogę. Dostrzegł zdjęcie, które Arabella cały czas ściskała w swojej dłoni i od razu pojaśniała mu twarz.

— Przyszłaś po autograf! Ale ze mnie głupiec, powinienem był się od razu domyślić… Tych w szafie nie zdążyłem jeszcze podpisać, ale poczekaj, chyba mam przy sobie kilka "gotowców". — Wetknął dłoń do kieszeni szlafroka i zaczął w niej intensywnie szperać.

Arabella zakołysała się, cały czas utrzymując ciężar ciała na jednej nodze, z drugą nogą zgiętą w kolanie i uniesioną. Powinna kiedyś pomyśleć o zmianie pozycji bojowej, zdecydowanie. Lockhart ją prowokował, grał na zwłokę. Mylił się, myśląc, że ona tego nie widzi.

— … nawet sobie nie wyobrażasz, co moje niektóre czytelniczki są w stanie zrobić, żeby uzyskać ode mnie autograf — snuł niezniechęcony milczeniem Arabelli Lockhart, przetrząsając energicznie drugą kieszeń. — Nie mam im tego za złe, chociaż czasami wolałbym wywoływać wokół siebie mniej szumu, rozumiesz? Sława ma swoje dobre i złe strony. Sława… to sława i już. Aha, jest! — Z ukontentowaniem wyciągnął rękę ze znalezioną fotografią w stronę Arabelli, która na chwilę zawiesiła na niej bezmyślne spojrzenie. Musiała się nad tym wszystkim poważnie zastanowić… wnikliwie przemyśleć sytuację, bo czegoś tu nie rozumiała. Wnioski, do jakich doszła, były porażające.

Dopadła Lockharta i złapawszy go za przód szlafroka, porządnie nim potrząsnęła.

— Odbiło ci?! Przyszłam cię okraść, kapujesz?! Nie po twój zawszony autograf, tylko po twoje zawszone pieniądze!

Lockhart zdawał się powoli wybudzać z głębokiego, sielankowego snu, w którym na halach pasły się przeczyste owieczki, a ludzie wzajemnie odstępowali sobie ostatni kawałek czekolady.

— O-Okraść? Ale… jak to? Dlaczego?

— Nie udawaj niewiniątka! Wszyscy, WSZYSCY jesteście tacy sami, łotry! Gadaj mi tu zaraz, gdzie trzymasz kosztowności, bo zatłukę!

— Nie, poczekaj! Porozmawiajmy! Zostańmy przyjaciółmi!

— Panie Lockhart, ten tego… Wszystko gra tam u góry? — zadudnił nagle z dołu gromki głos.

Pięść Arabelli wyhamowała z piskiem tuż przed nosem nieszczęsnego pisarza. Ochroniarz! A więc znajdował się w budynku! To pogarszało sytuację.

— Dobra, panie Lockhart. Mam złe przeczucie, to idę do góry. Zaraz będę.

ŁUP! — rozległ się pierwszy, ciężki krok na schodach na końcu korytarza. Lekko zadrżała podłoga i ściany. Zaczynało się robić niewesoło. Arabella wyobraziła sobie ponurą, sunącą po stopniach i pomrukującą górę, która była ochroniarzem. Czas wiać. Ruszyła prędko w kierunku drzwi, lecz ku jej niebotycznemu zdumieniu drogę zastąpił jej Lockhart.

— Nie mogę pozwolić ci odejść, chciałaś mnie okraść.

Arabella ze zdziwieniem pomyślała, że jednak czasem coś mu w tej głowie świta.

— Zejdź mi z drogi — warknęła, przygotowując pięść jako argument o największej sile przebicia.

— Nie uderzysz mnie! Jestem artystą i brzydzę się przemocą! — zaryzykował rozpaczliwie Lockhart, nie do końca wierząc w moc swojej perswazji.

ŁUP! — przypomniał o sobie ochroniarz.

Pisarz wpatrywał się w krewką złodziejkę przenikliwym wzrokiem, a na jego obliczu malowały się upór i determinacja. Arabella złapała się na tym, że ona też się w niego wpatruje. Wiedziona nagłym impulsem, gwałtownie chwyciła mężczyznę za kołnierz i przyciągnęła do siebie, w niespodziewanym porywie pasji wczepiając palce w jego aksamitnie miękkie włosy. W tym miejscu, aby móc w pełni rozkoszować się powabem Arabelli, spójrzmy na nią przez chwilę oczyma Lockharta.

Gilderoy w pierwszej chwili zesztywniał, czując zamykające się wokół niego ramiona nieznajomej. Co prawda, nierzadko miał do czynienia z ogólnocielesnymi atakami przypuszczanymi przez fanatyczne wyznawczynie jego powieści, lecz to było coś zupełnie innego. Coś… znacznie przyjemniejszego. Roziskrzone oczy złodziejki błyszczały w ciemnościach niegasnącym żarem, a obcisłe, zielone rajtuzy opinały jej pośladki, zdradzając każdy najmniejszy szczegół wdzięcznych nóżek: ponętny kształt ud, szlachetnie zarysowaną linię kolana i w końcu – ach! przede wszystkim! – tę łydkę, ten apetyczny, niebiański łuczek, za który wielu oddałoby zapewne swą duszę, gdyby pannie Figg miała się ona na cokolwiek przydać. Gilderoy wpatrywał się w niego przez chwilę w nabożnym uniesieniu, dopóki jego właścicielka nie podwinęła maski skrywającej jej twarz – na tyle, by uwolnić spod niej dorodne, karminowe usteczka, niosące obietnicę grzesznych rozkoszy. Jej pierś zafalowała od cichego westchnienia, gdy przyciągnęła go jeszcze bliżej siebie, tak blisko, że niemal czuł bicie jej… czy to były jej piersi?... a potem – och, niebiosa! Upajał się tymi ustami niczym miodową słodyczą, płynną czekoladą, krówką ciągutką, bitą śmietaną, watą cukrową…! Trochę go zemdliło od nadmiaru słodkości, więc poprzestał na dotychczasowych porównaniach, pozwalając się unieść fali namiętności i w cichej ekstazie odwzajemniając pocałunek. Jedynie nieczuły, zazdrosny babulec z najpodlejszych przedmieść Manchesteru nie byłby w stanie dostrzec tego sekretnego piękna, którym promieniowała w tamtym momencie Arabella.

Całkowicie niespodziewanie, gdy Gilderoy przygotowywał się z zapałem do zainicjowania kolejnego pocałunku, rajska rozkosz dobiegła końca. Jeszcze nie całkiem otrząśnięty ze słodkiego odurzenia, z umysłem lepkim od zbyt dużej ilości łakociowych porównań, odnotował, że anielska istota w rajtuzach wyślizgnęła mu się z objęć i dała nura pod jego wciąż uniesioną rękę na korytarz.

Ściany drżały od coraz bliższych kroków ochroniarza, gdy Arabella pędziła przed siebie, wypatrując w popłochu okna. Usta, na które z powrotem zsunęła maskę, paliły ją jakby żywym ogniem, policzki płonęły. W tym momencie wolała się nawet w ogóle nie wgłębiać w to, co zrobiła, na razie zadowalając się wytłumaczeniem, że działała odruchowo, w obronie własnej. Potem wymyśli coś bardziej przekonującego. A póki co – WIAĆ! Kroki goryla ustały i rozległ się głośny dźwięk szurania, znaczący tyle, że ochroniarz był tuż, tuż i właśnie zaczął się obracać. Szlag!

— Nie, nie odchodź! Poczekaj! Pokradnij jeszcze trochę! Chcę patrzeć, jak kradniesz! — wołał Lockhart, pędząc za nią i co i rusz wpadając na własne skrzynie.

Arabella przyhamowała, widząc z przerażeniem monstrualny cień, kładący się parę kroków przed nią na posadzce, który zwiastował równie, o ile nie bardziej monstrualny, ruchomy obiekt przemieszczający się zza zakrętu w ich kierunku. Zaklęła, robiąc w tył zwrot i w rezultacie zderzając się czołowo z Lockhartem.

— NIE PLĄCZ MI SIĘ POD NOGAMI, DURNIU! — Chwyciła rozanielonego pisarza za chochoł i wziąwszy zamach, cisnęła jak najdalej od siebie. Rozległ się brzęk tłuczonego szkła; trafiła nim w pobliskie, niezauważone przez nią dotąd okno. Lockharta nie było nigdzie w zasięgu wzroku, ale akurat to martwiło ją najmniej. Droga do wolności stała ziejącym w szybie otworem! Doskoczyła do okna, chwytając się parapetu niczym dryfującej na morzu pełnym rekinów tratwy i rzucając za siebie ostatnie, szybkie spojrzenie.

Ochroniarz właśnie wykolebał się zza zakrętu i napotkał jej wyzywający wzrok. Z głębi olbrzyma dobiegł niski pomruk niezadowolenia, ogromna pięść zacisnęła się ze złowieszczym chrupnięciem. Arabella wskoczyła lekko na parapet, chwyciła, jako łup, pierwszą rzecz, która wpadła jej w ręce, a niezwykłym zrządzeniem losu był to Czarny Zegar, do tej pory przypatrujący się całemu zamieszaniu chłodnym, jasnym okiem tarczy, po czym skłoniwszy się gorylowi jak artystka w cyrku, zarzuciła linę z hakiem do góry i wspięła się na dach rezydencji.

— Wpadnij jeszcze kiedyś! — usłyszała za sobą rozmarzony głos Lockharta, dochodzący gdzieś z okolic krzaków pod oknem, którym uciekła.

"Oo tak, mojej kolejnej wizyty możesz być pewien", obiecała mu mściwie w duchu Arabella.


Chudy Artur zmełł przekleństwo i poprawił połatany tobołek, który bezlitośnie wrzynał mu się od jakiegoś czasu w kościste ramię.

— Ja sie nie denerwuje, ale te kundle zapchlone, psia ich mać, mogłyby już nas wpuścić! — Podrapał się agresywnie po szczeciniastej gębie. — A potem bendom gadać, żeśmy sie spóźnili, sucze syny.

— Hej! — przytaknął jego obszarpany towarzysz, otrząsając się na chwilę z alkoholowego zamroczenia.

— Sterczymy tu już od piętnastu minut, jak te dziady po prośbie — ciągnął z ogniem Chudy Artur, coraz mocniej się rozkręcając — a żaden nawet nie wyjaśni, co im tam sie we łbie ulęgło.

— Hej — znów potaknął sennie jego rozmówca.

Chudy Artur łypnął nań nieprzychylnie.

— Znowu se pochlałeś. Jak nic Hakoręki wygarbuje ci dziś skóre… — Urwał na widok jakiegoś poruszenia w okolicach bramy, która po kilku sekundach zaczęła się powoli, z przeciągłym zgrzytem rozwierać. Zebrany pod nią tłum robotników jak co dzień przyglądał się jej z posępnym zafascynowaniem, póki żelazne skrzydła nie uderzyły z metalicznym dźwiękiem o mur.

— Ruszać się, darmozjady! Do roboty! — doleciał zza winkla, od strony stróżówki bezcielesny na razie, mroczny Głos.

Tłum niechętnie ruszył przez bramę ku szturmującej kominami niebo fabryce, nad której wrotami jakiś legendarny bojownik o wyzwolenie mas umieścił niegdyś rozdzierający serce napis "Witamy w piekle". Jeden z nadzorców, Filch, próbował, jak co dzień od lat, usunąć go, imając się najprzeróżniejszych sposobów, lecz do tej pory udało mu się zetrzeć tylko "W" oraz "P", przez co aktualnie napis brzmiał "…itamy w …iekle", co niewątpliwie nieco osłabiało głęboko fatalistyczny wydźwięk tej frazy.

— Czy ja mówiłem "spacerkiem"? BIEGIEM, ALE TO JUŻ! — zagrzmiał Głos, po czym w następnej sekundzie zza winkla wyleciał ze świstem długaśny, wijący się bat i chlasnął jakiegoś nieszczęśnika w piętę.

— Ajć! — zawył pechowy robotnik i natychmiast wysforował się na początek kolumny, zanim zdążyli zrobić to inni zatrwożeni pracownicy.

— Hakoręki ma dobry humor — rzucił półgębkiem do Chudego Artura jakiś zwalisty chłop. — A niech go diabli!

— Słyszałem! — W ich kierunku nadleciał ze złowrogim poświstem bat i smagnął ich boleśnie po łydkach. — Nie konspirować! Nie knuć! Nie złorzeczyć! A nade wszystko NIE ZRZESZAĆ SIĘ! — Na podkreślenie ważności tych słów znów oberwali z bata.

— Pies cie troncał, łotrze niemyty — nazłorzeczył na bezdechu Chudy Artur, profilaktycznie jednak przyspieszając.

— To też słyszałem! Policzę się z tobą w fabryce, ty krnąbrny chłopie — wysyczał mściwie Głos, po czym powrócił do poganiania innych.

Chudy Artur może i był twardogłowy, ale na pewno nie twardoplecy, jednak mimo wszystko przyjął tę groźbę z ponurym spokojem. Jak się takie rzeczy słyszy codziennie, idzie się przyzwyczaić.

Robotnicy wsypali się do fabryki i natychmiast zawarły się za nimi ogromne wrota, zamykając się na setki kłódek, zamków i łańcuchów. Z nachmurzonymi minami poodkładali swoje mizerne tobołki, poprzebierali się w szarobure, wytarte fartuchy i przystąpili do katorżniczej pracy. Taśmy produkcyjne z ciężkim sapnięciem ruszyły, zaszumiał ogień pod gigantycznymi kotłami, z których buchnął w górę toksyczny, jadowicie zielony opar, układając się w kształt czaszki z czymś jakby wężem wysuwającym się spomiędzy jej szczęk. Kilku robotników konwulsyjnie zakaszlało, zanim pośpiesznie osłonili sobie twarze maskami. Zaduch panujący we wnętrzu fabryki już po paru minutach wydawał się nie do zniesienia.

— I rozpoczął się kolejny, wspaniały dzień pracy! — popłynął nad ich głowami pobrzmiewający złośliwym zadowoleniem, jedwabisty Głos. — Kolejna, niepowtarzalna okazja, którą otrzymujecie zresztą codziennie, aby pokazać, jak bardzo potraficie przysłużyć się słusznej sprawie… albo jak bardzo jesteście bezużyteczni. — Ton Głosu wskazywał dość jednoznacznie, ku której opcji osobiście się skłaniał.

Chudy Artur ponownie był zmuszony przełknąć cisnące mu się na usta przekleństwo, gdy na ułamek chwili oderwał spojrzenie od kociołka, którym aktualnie się zajmował, i zawiesił je na znienawidzonym właścicielu Głosu. Severus Snape, zwany wśród robotników Hakorękim z racji posiadania połyskliwego, ostrego jak diabli haka w miejsce lewej dłoni, naczelny nadzorca pracowników tej fabryki, czerpiący niekrytą satysfakcję z gnębienia swoich podwładnych, krążył po zawieszonej wysoko nad nimi metalowej platformie, ciskając w nich codzienną porcją jadu i nieprzyjemności. Szeptano o nim różne, często sprzeczne ze sobą rzeczy; miał stracić rękę w fabrycznym wypadku, samemu będąc przed laty robotnikiem, i podobno dlatego darzył teraz podwładnych czystą, platoniczną nienawiścią. Jednak niczego nie wiedziano o nim na pewno, oprócz jednego: był strasznym sukinsynem.

Snape przeszybował, łopocząc czarną peleryną, na drugą platformę. Umiał latać, co tylko przydawało jego mrocznej sylwetce dodatkowej grozy; nikogo nie dziwiła specjalnie ta dziwaczna umiejętność, twierdzono, że była zgodna z jego i tak już przeżartą złem naturą.

— Moim przywilejem — kontynuował niewzruszenie Snape, ignorując liczne, podejmowane z dołu próby spopielenia go wzrokiem — jest poinformować was, że odwiedzi nas dzisiaj dobroczyńca i opiekun tej fabryki, szlachetny i nieskończenie łaskawy pan Lucjusz Malfoy.

Oblicza robotników zasnuły się burzowymi chmurami. Gdzieniegdzie podniosły się pojedyncze szmery, lecz natychmiast ustały, gdy nadzorca pieszczotliwie pogłaskał hakiem trzymany w drugiej ręce bat.

— Spieszę również donieść, iż z racji tego, że jaśnie wielmożny pan Malfoy w bezmiarze swej wspaniałomyślności nie chce przeszkadzać wam w pracy, przybędzie on tutaj i wygłosi swoje orędzie w porze waszej przerwy na lunch.

Szmery rozbrzmiały na nowo, tym razem o wiele wyraźniejsze, a burzowe chmury zasnuwały już nie tylko twarze robotników, lecz także rozpełzły się pomiędzy taśmami produkcyjnymi i kotłami.

Snape strzelił ostrzegawczo batem.

— Cisza!

Chudy Artur szemrał o dwie sekundy za długo. Hakoręki wyłowił go swoim sokolim okiem z tłumu robotników i nadpłynął ku niemu niczym najprawdziwsza chmura gradowa, z ewidentnym zamiarem zemsty za wcześniejsze zniewagi.

— Czy chciałbyś mi coś powiedzieć, robotniku? — Objął Chudego Artura ramieniem, kładąc swój wypolerowany hak zdecydowanie zbyt blisko jego szyi i wytrzeszczając na mężczyznę przekrwione oko. — Może wyrazić jakieś… wątpliwości? — podpowiedział, przeciągając sylaby, a jego głos stał się jeszcze bardziej jedwabisty.

Widząc, że Chudy Artur zamarł i przestał reagować na bodźce, najwyraźniej zawiedziony Snape powoli poruszył szczęką w lewo, a później w prawo, po czym po krótkim namyśle postanowił zaatakować z innej strony.

— Co to jest? — Pogardliwie dźgnął hakiem kociołek, który pracownik ściskał w rękach.

— Kociołek, panie nadzorco.

— Co tam mamroczesz pod nosem? — Snape nadstawił złośliwie ucha.

— KOCIOŁEK, PANIE…

— Coo? Podnosisz na mnie głos? — Nadzorca pokręcił głową jak gotujący się do ukąszenia wąż, po czym błyskawicznym ruchem chlasnął Chudego Artura batem po łydkach, aż ten głośno syknął. Snape westchnął z udawanym smutkiem. — Wiedz, nieszczęsny człowiecze, że twoja niesubordynacja boli mnie tak samo jak ciebie. Minus dwie pajdy chleba do końca tygodnia dla wszystkich przy twojej taśmie produkcyjnej. — Nachylił się w stronę zbitych w zalęknione stadko robotników, żeby jeszcze trochę ich zastraszyć. — Może pusty brzuch nauczy was szacunku do pracy, obiboki.

Z ukontentowanym wyrazem twarzy podryfował w inne rejony fabryki, aby poszukać nowych ofiar i postraszyć robotników, znienacka wyskakując na nich zza kotłów. Chudy Artur markotnie powrócił do zaopatrywania trzymanego kociołka w uchwyt. Hakoręki dawał im na to dziesięć sekund, za przekroczenie tego limitu obrywali po gołych piętach.

Godziny piekielnej kaźni wlokły się w nieskończoność, lecz wreszcie, po trudach i krwawym znoju, nadeszła pora lunchu. Ledwie jednak wygłodniali i umordowani robotnicy zdążyli się rzucić w kierunku majaczących w dali drzwi do stołówki, by zdołać posilić się choćby i skąpą piętką czerstwego chleba w pięć, regulaminowo przyznanych im na przerwę minut, jeden z bardziej znikczemniałych nadzorców, Igor "Stary Cap" Karkarow, zabarykadował im z pokrętnym uśmieszkiem drogę, zaganiając wszystkich z powrotem na środek sali. Snape szybował to tu, to tam, smagając opornych batem, aż w końcu podfrunął do góry i ulokował się wygodnie na platformie, przyglądając się, jak inni nadzorcy zbijają robotników w masę, naprędce próbując nadać jej kształt czworoboku. Kiedy już powiodło się upchnięcie ludu pracującego w jako takie kolumny oraz szeregi, Hakoręki przemówił:

— Otrzymałem wiadomość, że najjaśniejszy pan Malfoy przybył właśnie na teren fabryki. — Przez tłum robotników przetoczyła się fala niepokoju, którą Snape zaobserwował z jawnym zadowoleniem. Po efektownej pauzie pozwolił sobie kontynuować mrocznie rozradowanym tonem: — Jak doskonale wam wiadomo z wcześniejszych doświadczeń — tu znów zawiesił głos, aby dać proletariuszom, wykazującym coraz więcej oznak zdenerwowania, moment na przypomnienie sobie tych prawdopodobnie najgorszych chwil w ich nędznym żywocie — wasz dobroczyńca nie toleruje braku dyscypliny i nieporządku. — Omiótł ludzką masę u swoich stóp szyderczym spojrzeniem, uświadamiając ją nadzwyczaj wymownie, że aby w pełni zadowolić w tej kwestii pana Malfoya, trzeba by ją było stąd natychmiast uprzątnąć. — Żywię nadzieję, iż zrobicie wszystko, co w waszej nędznej mocy, aby nie zawieść jego oczekiwań — dokończył z politowaniem.

W ciszy, jaka zapadła po tych słowach, rozbrzmiało nagle skrzypnięcie otwieranych drzwi. Robotnicy zamarli, niczym terakotowa armia, a ich sterane życiem oblicza pobielały. Jeśli istniało coś gorszego od Snape'a Hakorękiego, to był to Lucjusz Malfoy we własnej osobie. Jego wizyty w fabryce zdarzały się sporadycznie, lecz jeżeli już zdecydował się on opuścić któregoś dnia swoją pieczarę i udać na krótką wizytację, biada robotniczej braci! Nie masz większego okrutnika nad upiornego Malfoya!

Snape usunął się w bok, by zrobić miejsce zacnemu gościowi. Po przedłużającej się koszmarnie chwili nad balustradą platformy pojawiła się niebiańsko spokojna, złowieszcza twarz Lucjusza Malfoya. Co słabsi duchem robotnicy zadrżeli w trwodze, niektórzy sięgnęli ręką do srebrnych krzyżyków i amuletów pochowanych po portkach i fartuchach, a trzymanych, jak robotniczy zwyczaj nakazywał, na Snape'a, jeszcze inni skrzyżowali palce, by odgonić potencjalne złe oko. Lucjusz Malfoy obdarzył nieszczęśników drwiącym spojrzeniem doświadczonego demona z ostatniego kręgu piekieł, dając im jednocześnie do zrozumienia, że doskonale widział te rozpaczliwe zabiegi, uważał je za całkowicie daremne i że dziś wielkie biada i tak ich nie ominie, po czym, tytułem wstępu, zwrócił się do naczelnego nadzorcy tonem lekkiej konwersacji:

— Duszno tu trochę, czyż nie? — to mówiąc, wyciągnął z przetykanego srebrnymi nićmi rękawa jedwabny wachlarz i zaczął oszczędnymi ruchami chłodzić sobie twarz. — Ufam, iż nie jest to dla was, nadzorców, uciążliwe?

Zaczątek miny, który pojawił się na ułamek sekundy na ustach Snape'a, mówił dobitnie, że źle ufał, lecz błyskawicznie ustąpił na rzecz uległego, nieco wymuszonego grymasu, w którym można się było od biedy dopatrzyć uśmiechu.

— Nie masz pojęcia, Severusie, jak bardzo mierzi mnie ten napis nad wejściem do fabryki. Ktoś powinien się nim zająć, nie uważasz?

— Filch robi co tylko może, aby go usunąć, panie dobrodzieju.

— Taaak. — Malfoy leniwie przejechał wypielęgnowaną dłonią po balustradzie. — I jak zauważyłem, robi to nieprzerwanie od piętnastu lat.

Snape zachował dyplomatyczne milczenie, licząc widocznie na to, że arystokrata szybko zmieni temat. Lucjusz także milczał, szarpany jakimiś wewnętrznymi, ponurymi wątpliwościami dotyczącymi niezgłębionych tajemnic wszechświata, by wreszcie odezwać się chłodnym, zniżonym niemal do szeptu głosem:

— Severusie, wiesz, że uważam się za człowieka cierpliwego. Ty wiesz, że ciężko jest wyprowadzić mnie z równowagi. — Ponieważ Malfoy zawiesił znacząco głos i wbił w Snape'a groźnie wyczekujące spojrzenie, nadzorca natychmiast pospieszył z gorliwym potaknięciem. Dopiero wtedy arystokrata ciągnął dalej: — A jednak istnieje na tym świecie coś, co uwiera mnie jak kolec, jak maleńki… maciupeńki… zdałoby się, że nic nieznaczący kamyczek w moim nowo zakupionym, diabelsko drogim bucie, wartym tyle, co całe to podłe miasto razem wzięte… — Snape wykonał zapobiegawczy krok w tył. Z zaniepokojeniem dostrzegł w oczach Malfoya wzmagający się z każdym wypowiadanym przez niego słowem niszczycielski ogień. — Ty wiesz, o czym mówię, Severusie. Ty wiesz.

Przez minutę wpatrywali się w siebie wytrzeszczonymi – Lucjusz opętańczo, Snape z przyzwyczajenia – oczami, aż wreszcie, gdy napięcie unoszące się w powietrzu stało się wprost nie do zniesienia, naczelny nadzorca wyszeptał spierzchłymi z przejęcia wargami:

— Złodziejka w rajtuzach.

Wraz z tymi słowami na oblicze występnego arystokraty opadła maska mroku.

— Otóż to, Severusie. Otóż to.

wzniecający niepokój duszy koniec części drugiej