Słaby punkt

Rozdział 2

Stał przed drzwiami sklepu Madame Malkin z Draco. Nie miał najmniejszej ochoty wchodzić do środka; gdy ostatni raz popełnił ten błąd, spędził w nim blisko godzinę. Przez cały ten czas siedział na krześle, bezgranicznie znudzony, czekając, aż jego przyjaciel zdecyduje się wreszcie na jakąś szatę.

– Muszę odwiedzić Nokturn – odezwał się Harry.

Nie było to zresztą kłamstwo. Sklep U Borgina i Burkesa zwykle miewał większe dostawy towaru co drugi poniedziałek. Harry mimowolnie zaangażował się w cichą obsesję Toma na punkcie czarnomagicznych ksiąg (lub po prostu jakichkolwiek starych i wartościowych ksiąg). Nie mógł jednak przyznać, że głównym powodem zainteresowania się nimi była ich zawartość. Większość z nich niemiłosiernie go nudziła, jednak widok czytającego z zainteresowaniem Toma w pełni mu to rekompensował.

Podczas tej błahej czynności zawsze opadały wszystkie z jego masek. Kiedy czytał, przestawał być przywódcą Śmierciożerców, stając się za to zapalonym czytelnikiem. Czasem podczas czytania ściskał nasadę nosa lub mimowolnie unosił brew. Kręcił niezauważalnie głową, jakby przeczytał właśnie coś niedorzecznego. Sięgał po pióro i, nawet nie odrywając wzroku od księgi, zaczynał coś zawzięcie notować na pergaminie.

Draco zawahał się z odpowiedzią. Rzucił przelotne spojrzenie wyludnionej ulicy, garstce wyraźnie przestraszonych, śpieszących się gdzieś ludzi i budynkom, za których kamiennym labiryntem znajdowało się mroczne wejście na Nokturn.

– Spotkamy się tutaj za godzinę – dodał uspokajająco Harry. – W porządku?

– Sądzisz, że to bezpieczne? Nie masz tam do załatwienia, no nie wiem, czegoś poważnego?

– Boisz się, że jeżeli coś mi się przy tobie stanie, Voldemort cię zabije? – Harry uśmiechnął się do niego złośliwie. Wiedział, że Draco nie przyjaźnił się z nim jedynie z powodu Toma, jednak i tak zawsze droczył się z nim w podobny sposób. Obserwowanie rosnącego oburzenia chłopaka sprawiało mu przyjemność.

Drugiemu Ślizgonowi, tak jak się tego spodziewał, wyraźnie nie spodobała się jego odpowiedź.

– Nie, Potter – odpowiedział ostro. Harry zdołał zauważyć, że skrzywił się niezauważalnie na dźwięk imienia Voldemort. – Tylko pytam, czy nie potrzebujesz pomocy. Na Nokturnie od lat nie było tak niebezpiecznie.

– Poradzę sobie. Odwiedzę wyłącznie Borgina i Burkesa. I może jeszcze jeden antykwariat, nic więcej.

Draco w końcu niechętnie przystał na propozycję Harry'ego, po czym rozstali się przed sklepem.

Harry ruszył w kierunku ulicy Śmiertelnego Nokturnu. Minął ponad tydzień, odkąd Tom i Śmierciożercy zaatakowali Hogsmeade. Zniszczenia budynków zostały już w większości odbudowane dzięki magii, jednak i tak miasto sprawiało wyjątkowo ponure wrażenie. Niektóre sklepy zamknięto, gdzieniegdzie zalegał jeszcze gruz. Nad domami unosiło się niewidzialne widmo strachu.

Harry czuł w związku z tym wszystkim jedynie niepokój; i ponownie uczucie to nie miało nic wspólnego z przerażonymi, nieznanymi mu ludźmi, a z coraz większymi wpływami Toma. Z jednej strony cieszyło go osiąganie swoich celów przez mężczyznę. Ale z drugiej dobrze wiedział, że jego metody są po prostu złe, sprawowane przez niego rządy są niczym więcej jak dyktaturą, a on sam jest fanatykiem. Wiedział też o tym, jak najczęściej kończyli fanatycy, i wiedza ta w żadnym wypadku nie sprawiała, że czuł się spokojniejszy.

Wszedł na mroczną i chłodną ulicę Nokturnu. Bezzębna kobieta rzuciła mu łapczywe spojrzenie znad swojego straganu z ziołami. Kilka zakapturzonych głów odwróciło się w jego kierunku. Widząc to, przyśpieszył. Dla większości w czarodziejskim świecie wydawał się politycznie neutralny, a dla mniejszości znajdował się po stronie Voldemorta (na co teoretycznie wskazywał jego przydział do domu Slytherina i powszechnie znana przyjaźń z Draco Malfoyem). Nie sądził, by w tym rejonie spotkało go jakiekolwiek zagrożenie, jednak wolał nie kusić losu i nie zabawiać w nim zbyt długo.

Znajdował się w połowie drogi do sklepu Borgina i Burkesa, gdy zdał sobie sprawę z tego, że ktoś go śledzi. Przeklął się za nieuwagę, zwalniając kroku. Rozejrzał się niepostrzeżenie za bardziej zaciemnionym zaułkiem. Jego uwagę przykuł jeden. Zwrócił się w jego kierunku. Obrzucił spojrzeniem wąskie ustronie i śpiącego na jej końcu nędzarza. (Coś podpowiadało mu jednak, że ten nie spał, a był po prostu martwy). Przystanął w niewielkiej wnęce wewnątrz jednej ze ścian i czekał.

Nie musiał zresztą robić tego zbyt długo – już pół minuty później śledząca go osoba znalazła się u wylotu zaułka. Harry jednym, szybkim ruchem chwycił mężczyznę za przód szat. Popchnął go z całej siły na ścianę, po czym wbił koniec różdżki w jego gardło.

– Black – wycedził. Spojrzał w szare, na wpół zaskoczone, na wpół zbolałe nieokreślonym uczuciem oczy mężczyzny. Jego brązowe włosy przypominały strąki, policzki były wychudłe i zapadłe. Niechlujna broda dodawała mu lat i wyglądu włóczęgi. – Mogłem się spodziewać, że to ty. Ile razy będziesz jeszcze za mną chodził?

Odkąd ministerstwo uznało jego niewinność i wypuściło go z Azkabanu, Syriusz Black wciąż chodził za nim krok w krok. Niejednokrotnie śledził go w Hogsmeade, raz nawet zastąpił mu drogę w czasie jednej ze szkolnych wycieczek. Wysyłał mu prezenty urodzinowe, dziesiątki krótkich i długich listów, nieskończoną ilość zdjęć Lily i Jamesa Potterów. Toma początkowo bawiła jego obsesja, jednak podczas czytania któregoś z kolei listu adresowanego do Harry'ego, w końcu stwierdził, że zabije mężczyznę.

Harry poprosił go jednak, aby tego nie robił; być może obsesja jego ojca chrzestnego rzeczywiście od dawna zaszła już za daleko, ale wciąż uważał, że ten nie zasłużył na śmierć. Sądząc po tonie głosu Toma: cokolwiek brutalną śmierć. Tom niechętnie przystał na jego prośbę, choć z zaznaczeniem, że jeżeli ta przybłęda posunie się choć o krok dalej, nie pomoże już żadne wstawiennictwo.

– Odłóż różdżkę, Harry. – Widząc, że chłopak nie ma zamiaru tego zrobić, a co więcej teraz przyciska ją jeszcze mocniej, dodał: – Proszę.

– Och, nie jestem tak naiwny jak ty – odpowiedział Harry. Syriusz Black sprawiał, że zaczynał powoli żałować darowanego mu życia. – Masz minutę na wyjaśnienia. Jeżeli ją przekroczysz, po prostu przeklnę cię czymś paskudnym. Już dawno powinienem to zrobić.

– Chciałbym porozmawiać z tobą w innym miejscu. Może w Trójgłowym Smoku?

– Ta rozmowa potrwa więcej niż minutę.

– Tak, potrzebuję przynajmniej dziesięciu minut. Ale po tym czasie, jeżeli sam nie będziesz tego chciał, już nigdy nie będę próbował się z tobą skontaktować. To będzie ostatni raz.

Harry zawahał się na moment. Mężczyzna patrzył na niego z cichą prośbą i oczekiwaniem, wzbudzając w nim jeszcze większą pogardę.

– Dziesięć minut – powiedział wreszcie. Stwierdził, że w obliczu notorycznego śledzenia go przez mężczyznę podobne zapewnienie jest cokolwiek intratne. – Nie wyślesz mi również żadnych listów lub prezentów. Zapomnisz o mnie.

W drodze do Trójgłowego Smoka, ponurego pubu, w którym unosił się odór najtańszego goblińskiego alkoholu, Black wciąż próbował nawiązać z nim rozmowę.

– Słyszałem o twoich wynikach, drugi w całej szkole. Jestem pod wielkim wrażeniem.

Harry zacisnął zęby. Myśl o tym, że Hermiona Granger, Gryfonka z niemagicznej rodziny, osiągnęła najlepsze wyniki w Hogwarcie, lepsze od niego, uczonego przez samego Toma, była niczym ziarna gorczycy.

– Dalej trenujesz quidditcha? Podobno nie brałeś udziału w ostatnim meczu Ślizgonów z Gryfonami.

– Zrezygnowałem z quidditcha – uciął.

Blacka zdumiała ta odpowiedź.

– Twój ojciec nigdy nie zrezygnował z quidditcha. Nawet, gdy był już dorosłym facetem, grywał ze mną, Lunatykiem i... z nami wszystkimi – powiedział. – Rozgrywaliśmy co piątek mecz dwa na dwa. Przegrani stawiali wygranym dwa kufle piwa. Najczęściej wygrywał ten, kto znajdował się z nim w drużynie. Na miotle i w powietrzu był naprawdę niesamowity, szybki jak cholerna błyskawica.

– Wzruszająca historia – podsumował Harry. – Dla mnie quidditch jest jednak niczym więcej jak jedynie stratą czasu. I szczerze nie obchodzi mnie to, co lubił mój biologiczny ojciec.

– Mówisz o tym w taki sposób, jakbyś miał innego prawdziwego ojca – odparował Black. – Czarny Pan pełni dla ciebie tę rolę?

– Nie mam żadnego ojca.

Myśl o uważaniu Toma za swojego ojca wydawała mu się niewłaściwa. Ale z drugiej strony, za miesiąc będąc już pełnoletnim, zaczął zdawać sobie sprawę z tego, że nie potrafił jednoznacznie określić łączącej ich relacji. Na pewno nie była to relacja ojca z synem. A, choć określał ją mianem więzi między uczniem a mentorem, określenie to wydawało mu się równie niedokładne.

Weszli do Trójgłowego Smoka. Wnętrze pubu sprawiało wrażenie magicznej speluny. W jednym z zatęchłych kątów pomieszczenia w karty grało dwóch goblinów. W innym para zakapturzonych postaci mówiła o czymś szeptem, co jakiś czas nerwowo spoglądając na boki. Barman z całą pewnością nie mógł być człowiekiem. Ściany lokalu były ciemne, a jego wnętrze zadymione i cuchnące.

Harry bez słowa usiadł przy jednym ze stołów, po czym rzucił na jego obszar zaklęcie tłumiące dźwięki. Syriusz podążył w jego ślady, zajmując miejsce naprzeciw.

– Więc o czym chcesz rozmawiać? – zapytał Harry. – Nie zapominaj o tym, że masz tylko dziesięć minut.

– Chciałbyś się czegoś napić?

– Nie piję alkoholu. Przejdź do sedna.

– Dobrze – odpowiedział mężczyzna. Przez chwilę nic nie mówił, jakby szukał odpowiednich słów. – Chciałbym zaproponować ci miejsce w Zakonie. Wszyscy chcemy to zrobić.

– Jacy „wszyscy"?

– Wszyscy członkowie Zakonu Feniksa – sprecyzował Black.

Harry miał ochotę się roześmiać.

– Zakon jest ostatnim miejscem, w którym bym siebie widział.

– To… jedynie propozycja. Ultimatum.

– Jakie ultimatum?

– Jeżeli się nie zgodzisz, zostaniesz uznany za zdrajcę Ministerstwa. Niektórzy mają dość twojego stanowiska.

– Nie mam żadnego stanowiska.

– Nie każdy w to wierzy.

– Nie obchodzi mnie to, w co wierzą.

– Harry… zastanów się nad tym. Powinieneś wreszcie wybrać jakieś stanowisko. Właściwe stanowisko. Jak możesz być po tym wszystkim tak lojalny w stosunku do Czarnego Pana? Zabił twoich rodziców. Później zrobił to samo z twoim wujostwem. Zabił nawet ich syna.

– Nie opłakuję swoich własnych rodziców i nie mam zamiaru robić tego z wujostwem, które nawet nie utrzymywało z nim żadnych kontaktów. Zresztą nie znałem nikogo z nich. Nie wychowywali mnie. Gdyby nie zdjęcia, nie wiedziałbym nawet, jak wyglądali. Nie mają dla mnie znaczenia.

– Czarny Pan cię skrzywdził – powiedział Black ostro. – Nawet nie wiesz, ile nocy nie przespałem przez wiadomość o tym, że uczył cię niewybaczalnych zaklęć, gdy miałeś zaledwie dziesięć lat. Dlaczego wciąż tak kurczowo się go trzymasz? Czy to przez twój syndrom sztokholmski?

– Jaki syndrom sztokholmski? – odrzekł Harry, kręcąc głową ze zmęczenia tą rozmową. – Voldemort nigdy mnie nie skrzywdził i nie zamierza zrobić tego w przyszłości, a tym samym nie jest moim oprawcą.

– Nawet nie wiesz, jak bardzo cię skrzywdził.

– Wasz Zakon Głupców, stawiając mi ultimatum, jest jeszcze bardziej zuchwały, niż początkowo sądziłem. Powtórzę jeszcze raz: nie mam żadnego stanowiska. Ale, gdy bezpośrednio stanę się jego celem, zajmę to przy Voldemorcie. Możecie mieć pewność, że to zrobię.

– Grozisz Zakonowi?

– Tylko ostrzegam Zakon. – Wstał od stołu. Nie miał zamiaru wysłuchiwać podobnych bzdur przez okrągłe dziesięć minut. Być może darowanie życia Blackowi faktycznie okazało się błędem. – Możesz przekazać to wszystkim.

– Przekażę. – Chciał odejść, jednak w miejscu zatrzymały go kolejne słowa jego ojca chrzestnego. – Jak wyobrażasz sobie swoją przyszłość u boku Czarnego Pana, skoro nie zamierzasz do niego dołączyć? Przez całe swoje życie będziesz pełnił rolę jego pieprzonej maskotki? A może to nie tylko rola maskotki? – spytał zjadliwie Syriusz Black. Harry nigdy nie słyszał u niego tak dwuznacznego tonu głosu. – Po mordercy, który kazał dwunastolatkowi zabić nauczycielkę mugoloznawstwa, można spodziewać się wszystkiego.

Harry zamarł. Spojrzał na Syriusza Blacka. Pragnął wyciągnąć różdżkę, ale dobrze wiedział, że nie skończyłoby się na jednym Cruciatusie. Wszystko to musiało być zresztą doskonale widoczne na jego twarzy. Tom wciąż mu powtarzał: „Jesteś bardziej odkryty niż otwarta księga".

Syriusz Black wydawał się czerpać z tych słów nieokreśloną satysfakcję. Jakby wreszcie zdał sobie sprawę z tego, że nigdy nie stracił Harry'ego, bo tak naprawdę nigdy go nie miał. A z tym spostrzeżeniem musiało łączyć się poczucie krzywdy i chęć odpłacenia przynajmniej za jej część. Jego wargi wygięły się w uśmiechu, który bardziej przypominał grymas, odkrywając ubytek w uzębieniu. Uśmiechając się w ten mściwy sposób, wyglądał na bardziej szalonego, niż był w rzeczywistości.

Harry, nie zwracając uwagi na obecność minimum dziesięciu innych gości, wymierzył mu cios z pięści. Nos Blacka wydał z siebie okropny chrzęst niczym sucha, łamana gałąź.

– Potraktuj to jako drugie ostrzeżenie.

I tak definitywnie skończyła się życzliwość Harry'ego do Syriusza Blacka.

–––

Gdy wyszedł na ulicę, zaczął padać gwałtowny deszcz. Rozmowa z ojcem chrzestnym zdenerwowała go na tyle, że nawet nie dbał o to, że jego letnia szata za moment przemoknie do suchej nitki. Nie zwracał również uwagi na mokre szkła okularów. Wizyta w sklepie Borgina i Burkesa nagle straciła cały swój urok. Miał jedynie ochotę spotkać się z Draco, po czym wrócić do domu. Sądził, że uderzenie Syriusza Blacka sprawi, że poczuje się lepiej. (Tom zawsze wydawał czuć się lepiej po swoich licznych zabójstwach). Jednak wcale tak się nie czuł; czuł się jedynie jeszcze bardziej wściekły. Dał ponieść się chwilowym emocjom, a tym samym pokazał, że słowa Blacka w jakimś stopniu zdołały go zaboleć.

Obsceniczny podtekst Blacka nie wywarł na nim najmniejszego wrażenia. Za to wspomnienie Carolyn Fletcher (postanowił, że sam zweryfikuje lojalność Severusa Snape'a względem Toma: tylko on mógł powiedzieć o jego zabójstwie Zakonowi) już tak. I to bardziej niżby chciał, ponieważ to właśnie w tamtej chwili – dopiero w tamtej – uświadomił sobie, że Tom jest kimś, kogo inni śmiało mogą określać mianem złego człowieka, że jest mordercą, a jego morderstwa nie niosą w sobie żadnych większych idei. Jako dwunastolatek z nieokreślonych powodów był święcie przekonany, że same morderstwa faktycznie mogą nieść ze sobą jakąś głębszą idee. W końcu sam Tom mówił o nich w ten sposób, a miał w zwyczaju być bardzo przekonującym w oczach dziecka.

Owe wspomnienie bolało go o tyle bardziej, że zawsze, ilekroć przywoływał je z pamięci, zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo zmienił się przez ostatnie lata. Tamtej nocy był gotów znienawidzić Toma za wyrządzenie tylu krzywd obcym ludziom. A teraz? Wątpił, że byłby w stanie znienawidzić Toma choćby i za zrównanie z ziemią połowy świata.

–––

– Chciałeś zobaczyć inicjację – powiedział Tom.

Spojrzał na kobietę związaną magicznymi więzami i unieruchomioną w jednym miejscu tak, by nie mogła podnieść się z kolan. Początkowo jej nie poznał przez opuchnięte, przekrwione oczy, zakrzepłą krew w kąciku warg i tuzin widocznych siniaków o barwie zgniłych śliwek, jednak nie było mowy o jakiejkolwiek pomyłce. Była to Carolyn Fletcher i od roku nauczała w Hogwarcie mugoloznawstwa.

Harry nie miał z nią zajęć, jednak, jak większość chłopców w szkole, odczuwał wobec niej dużą dozę sympatii. Była wyjątkowo młoda, być może nieco ponad dwudziestoletnia. Miała oczy w kolorze cynamonu i miły kobiecy głos. Często odwiedzała bibliotekę i zawsze nosiła przy sobie jakąś książkę, ale w niczym nie przypominała tych zgorzkniałych, wiecznie zaczytanych kobiet pokroju Minerwy McGonagall.

Raz, gdy miał z nią szlaban (w halloween, a na dodatek w Slytherinie bardzo łatwo go dostać), zamiast czyszczenia podłóg, co tak lubił zlecać Argus Flitch, poleciła mu wybranie jednej mugolskiej powieści z dużego stosu zalegającego na jej biurku i czytanie jej przez godzinę. (Albo przynajmniej udawanie jej czytania, jak dodała z uśmiechem). Od tamtego czasu Harry, w tajemnicy przed Tomem i Draco, zaczął sięgać po kolejne powieści mugolskich pisarzy. Najczęściej te polecane mu właśnie przez kobietę.

Wydawało mu się, że jego stopy stopiły się z podłogą. Carolyn Fletcher poznała go równie dobrze, jak on ją samą. W pomieszczeniu znajdował się Severus Snape i trzech, na oko szesnastoletnich, chłopców, a jednak patrzyła tylko i wyłącznie na niego. Nigdy nie spotkał się z takim niedowierzaniem i bólem widocznymi w czyichś oczach.

Spojrzał na Toma. Ten uśmiechnął się, kładąc mu dłoń na ramieniu.

– To Carolyn Fletcher, nauczycielka mugoloznawstwa w Hogwarcie. Ale tobie, Harry, nie muszę już jej przedstawiać, prawda? – spytał. Harry poczuł wypełniający żebra strach. Tom wiedział. – Bardzo dobrze zdążyliście się już poznać.

– Nie musisz, panie – przyznał cicho Harry. Unikał przy tym widoku panny Fletcher.

Trójka przyszłych Śmierciożerców rzucała mu zaciekawione spojrzenia. Nie mogli nawet przypuszczać, że Voldemort znajduje się w posiadaniu Harry'ego Pottera.

– Dobrze – powiedział Tom. Dotyk na ramieniu chłopca miał w sobie coś zaborczego. – Zażyłość ze swoją ofiarą sprawia, że jej morderstwo staje się bardziej intymne.

Harry przełknął ślinę, mały obłok oddechu próbował opuścić jego płuca. Wcześniej tak bardzo pragnął zobaczyć, jak pracuje Tom i jak wyglądają inicjacje jego sług. A teraz? Teraz czuł, że w rzeczywistości była to ostatnia rzecz, jakiej by sobie życzył. Uczył się niewybaczalnych zaklęć i potrafił je rzucać, ale dotąd tylko na małe zwierzęta. Nigdy też nie widział, jak pod ich wpływem cierpią prawdziwi ludzie, a tym bardziej ktoś, kogo naprawdę polubił.

I dlaczego Tom, wiedząc o jego przyjaźni z Carolyn Fletcher, chciał jej śmierci? Severus Snape patrzył na niego wyjątkowo posępnie. Harry zastanawiał się, czy on również zdawał sobie sprawę z zażyłości pomiędzy nim a kobietą.

Gdy Tom zlecił pierwszemu chłopcu rzucenie kilku niewybaczalnych zaklęć, Harry poczuł, jak uginają się pod nim kolana. Pod wpływem ostrego krzyku Carolyn jego żołądek przewrócił się na drugą stronę. Z nosa ściekały jej strużki krwi, a jej kończyny wyginały się pod nienaturalnym kątem. Klątwy cięły jej bladą skórę, odsłaniając nagie mięśnie. Severus Snape, wciąż z tą samą posępną miną, rzucał na nią w międzyczasie zaklęcia, które sprawiały, że nie mdlała z bólu, a część z jej obrażeń została wyleczona, przygotowując ją tym samym na porcję nowych.

– Trzęsiesz się – powiedział Tom. Krzyki kobiety sprawiały, że nikt, oprócz samego Harry'ego, nie był w stanie usłyszeć jego słów. – Tak bardzo podoba ci się to, co widzisz?

– Dlaczego to robisz? – spytał przez ściśnięte gardło Harry. – Tak wygląda twoja praca?

– Moja praca wygląda znacznie gorzej.

– Chcę wrócić do domu. Proszę, zostaw już pannę Fletcher.

– Wrócimy do domu, nie martw się. Ale nie mogę powiedzieć tego samego o pannie Fletcher.

Następny z chłopców zaczął rzucać na kobietę niewybaczalne zaklęcia.

– A może sam chciałbyś poćwiczyć zaklęcia?

– Nie – odparł cicho chłopiec.

– To może ujmę to inaczej. – Mężczyzna nachylił się nad nim tak, że ich głowy znajdowały się na tej samej wysokości. – Jeżeli uda ci się zabić pannę Fletcher Avadą Kedavrą, oszczędzisz jej pół godziny tortur, a my wrócimy do domu wcześniej. Pamiętaj, że i tak umrze.

Harry wpatrywał się w niego ze zdumieniem. Nieoczekiwanie poczuł, że go nienawidzi, że Tom naprawdę musi być taki, za jakiego wszyscy go uważają. Skoro Tom wiedział o jego relacji z Carolyn Fletcher, równie dobrze musiał wiedzieć o tym, że odczuwał wobec niej sympatię, że coś dla niego znaczyła. A teraz, bez chwili zawahania lub wyrzutów sumienia, niszczył tą kruchą przyjaźń.

Miał wrażenie, że za moment krzyki kobiety na zawsze utkwią w jego uszach. Spojrzał na nią, patrzyła wprost na niego. Nigdy nie czuł tak ogromnego poczucia winy i właśnie dlatego postanowił ją zabić. Pół godziny w tym piekle musiało przeciągać się dla niej w trzy godziny. Był jej to winien.

Wyciągnął dłoń, patrząc na Toma. Tom, bez jakichkolwiek dodatkowych słów, wyciągnął swoją różdżkę i położył ją na niej. Ich różdżki miały taki sam rdzeń, a na tej należącej do Harry'ego wciąż znajdował się namiar. Młodzi Śmierciożercy i Severus Snape, widząc to, zamarli w bezruchu. Jeden z nich przestał rzucać klątwy. W sali zapanowała całkowita cisza. Nawet nauczycielka mugoloznawstwa wydawała się zamrzeć. Już nie krzyczała. Wszyscy wpatrywali się wyłącznie w Harry'ego, w którego małej dłoni znajdowała się różdżka Voldemorta.

Avada Kedavra – powiedział Harry. Nie musiał nawet krzyczeć. Z różdżki wystrzelił zielony promień, mknąc w kierunku serca Carolyn Fletcher.

By rzucić klątwę zabijającą, trzeba odczuwać dostatecznie ogromną nienawiść. A Harry nienawidził w tamtej chwili Toma bardziej niż kogokolwiek i cokolwiek innego na świecie.