Z trudem rozumiałam, co się wokół mnie działo. Z trudem rozumiałam, że pod plecami mam zimną nawierzchnie, kafle kuchenne, które były tak lodowate, że prawie pażyły.
Jakie to głupie uczucie. Zimno parzy z gorąca.
Nic nie widziałam. W uszach miałam szum. Łapałam z trudem powietrze, czułam mdłości, więc w pewnym momencie chyba zaczęłam wymiotować. Włosy zlepiły się od potu, a nogi wyrabiały dzikie akrobacje.
Umierałam.
Znowu.
Matka i ciotka były przy mnie. Czułam zapach cynamonu, którym zawsze pachniała mama. I na skroniach miękkie, acz lekko spocone dłonie ciotki.
Wzrok zaczął wracać, powoli, powitany przeze mnie jak dobry, stary przyjaciel. Twarz matki, najpierw rozmazana, teraz wydawała się wręcz zbyt ostra. Po chwili, raczej dłuższej, widziałam już normalnie. Obrzydliwy zapach wymiocin drażnił nozdrza, ale chwilowo nie mogłam z tym nic zrobić.
Wspólnymi siłami matka i ciotka przeniosły mnie na łóżko w pokoju cioci. Był najbliżej. Zamknęły cicho drzwi, a ja dopiero w tedy się popłakałam.
Obudziłam się znowu w nocy, czując się całkiem nieźle. Mama zostawiła mi na stoliku nocnym kartkę, jak zawsze, więc musiałam lapkę nocną włączyć, by przeczytać treść. Kilka słów, zapewniających, że będzie lepiej. Że damy sobie z tym radę.
Jasne.
Wypiłam duszkiem szklankę wody, którą któraś zostawiła w pokoju, jakby pamiętając, że będę czuła sie jak zwłoki, tęskniące za wodą.
W sumie dziwnie to zabrzmiało.
Spuściłam nogi z łóżka. Bose stopy dotknęły podłogi i odkryłam, że jest coś nie tak. Łaskotanie dywanu w podeszwę stopy nie powinno być wręcz... bolesne.
Dłonie działały jak trzeba. Ale nie nogi.
Przeszłam na próbę kilka kroków. Lewa stopa była problemowa, ale chodzić jednak mogłam. Cudownie.
Jutro mam z głowy szkołę. Nauczyciele wiedzieli o moim stanie organizmu, więc właściwie lekcje tylko częściowo były szkołą życia. Ludzie tam zostawiali mnie w spokoju, a plotki na temat tego, że prawdopodobnie już powinni mnie chować urosły do tego stopnia, że nie miałam tak naprawdę nawet z kim porozmawiać.
No, chyba że nie licząc szkolnej psycholog. Nigdy nie trafiłam do jej gabinetu z własnego pomysłu, ale zawsze zatrzymywała mnie w drodze na stołówkę, mówiąc, że zawsze będzie miała czas, by porozmawiać. Bałam się tej kobiety. Była zbyt entuzjastyczna, jakby szukała sytuacji bez wyjścia, którymi mogłaby się wybić. Moje życie, nie jej. Może i w jakiś sposób by pomogła, ale... Była obca. I ponad połowy nie mogłabym jej powiedzieć.
Jak zwykle zlazłam do kuchni. Mam wrażenie, że ostatnio za często tu przesiadywałam. Wzięłam z lodówki butelkę coli, zerknęłam na nią i zastanowiłam się szybko.
I po chwili już siedziałam w piwnicy. Loki, czy jak on tam się zwał, nienalepiej wyglądał. Miał podbite oko, rozwalone usta. Długie włosy były w takim nieładzie, że jeszcze trochę a będzie wyglądał, jakby nosił afro.
- Nienajlepiej wyglądasz - ocenił z rozbawieniem.
Głos wydawał się silny. Jednak jego wygląd...
- I kto to mówi. Jak chcesz, przyniosę ci tu jakieś plastry, czy coś. O ile będziesz umiał tego używać - nie wiedziałam, co takiego Asgardczycy myśleli o naszym zestawie pierwszej pomocy, bo byłam pewna, że w domu znajdzie się porządna skrzynka z lekami, bandażami i całą tą medyczną resztą.
Uniósł brew.
- Ach, a więc jesteś w stanie mnie zobaczyć - powiedział w zadumie. Mrużył zielonkawe oczy, a ja westchnęłam. Przyuważyłam pustą butelkę coli, która leżała obok prostego łóżka.
- Smakowało? - zapytałam z zaciekawieniem. Sama piłam tego hektolitry i chociaż było niezdrowe, matka nie umiała mi odmówić.
- Obrzydliwe - odpowiedział prosto, po czym wyciągnął rękę w kierunku mojej butelki, pełnej. Podałam mu bez słowa, uśmiechając się nieco złośliwie.
Usiadłam sobie na podłodze, wyciągając nogi. Lewa noga poruszała się, jakby drgała. Spojrzałam na to raz, chociaż on także zauważył.
- Łzy w oczach. Paskudnie cuchnąca magia, którą na ogół się nie parała. Którą się brzydziła - zaczął mówić cicho, nie spuszczając ze mnie wzroku. Jego spojrzenie było niepokojące - A ty byłaś powodem tego stanu, w jakim tu przyszła zadając pytania. I jest twoją matką.
Dotknął skóry pod okiem, które miało mocno fioletową barwę. Mówił trochę niewyraźnie, rana na ustach powodowała, że miał z tym problem. Uśmiechnęłam się lekko.
- To dobra mama - powiedziałam, chcąc chociaż trochę ją bronić. Torturowała go. Na pewno. Ta wiedza jednocześnie cieszyła, jak i przerażała. Nie byłam pewna, co o tym myśleć. Więc to zignorowałam, chociaż lekki strach został.
- Matki kochają swoje dzieci - powiedział w zadumie, po czym pociągnął łyk, krzywiąc się. Chyba nie był przyzwyczajony do bombelków - Jakiekolwiek by nie były.
Ton był staranny i nie wyrażał kompletnie niczego. I tak byłam zdziwiona, że w ogóle ze mną rozmawia.
- Chciała wiedzieć, jak cię wyleczyć. To zabawne, prawda? - przemówił. Nie wiedzieć czemu, ale przyszło mi do głowy, że to dziwne, że mówi. - Masz w sobie dwa rodzaje magii, które nawzajem się zwalczają. Nie pożyjesz za długo. Każdy dzień powinien być dla ciebie prezentem - powiedział prawie łagodnie.
Widok mojego zasępienia i strachu wydawał się być dla niego zadawalający. A ja nie mogłam zapanować na mimiką. W końcu jednak... Przecież to nic nowego. Oprócz tej całej... magii, a raczej dwu z nich. O tym tylko nie wiedziałam. Efekt znałam, to przyczyna była zagadką.
- Mówi się trudno. Skoro tak, pora zaplanować wycieczkę do disneylandu - powiedziałam spokojnie. Aż zdziwiłam się, że nie zabrzmiałam płaczliwie. Bo chciało mi się płakać.
- Cokolwiek powiesz - odpowiedział.
Ha, pewnie nie wiedział, co to disneyland. No, ale mniejsza. Skoro nie da się nic zrobić, to znaczyło, że trzeba korzystać z życia na tyle, na ile się da.
Wstałam, otrzepałam tyłek.
- Bywa, niektórzy nie dożywają nawet mojego wieku. - Stwierdziłam ni to ze znudzeniem, ni to po prostu ot tak. Skierowałam kroki ku górze, kiedy odezwał się znowu.
- Mógłbym ci pomóc. Ale nie ma nic za darmo - powiedział. Wstał, a ja zobaczyłam, że utyka. Miał roztrzaskane biodro, co zobaczyłam z zaskoczeniem. Krew lała się, ale nie wydawał się tym przejęty. Och, Boże. Moja matka... - Wypuść mnie, a ci pomogę.
Prychnęłam, wychodząc powoli, by nie dodawać sobie zmęczenia lub zadyszki. Tak, już to widzę, jak chętnie mi pomoże. Pomoc może oznaczać, że skręci mi kark, bym nie cierpiała. Takiego wała.
Wróciłam do siebie, do swojego pokoju, patrząc na ściany skąpane w mroku, przez który nie widać było plakatów. Wszystko było takie... nudne. Takie nie moje. Ale jakoś nie zwracałam uwagi na to, jak dokłądnie mieszkam we własnym pokoju.
Zasnęłam z głupią myślą na ten temat. I starając się mieć nadzieję, że nie będzie mi się śniała mama, jak kogoś torturuje.
Jadłam śniadanie. Płatki do mleka były słodkawe, ale mi odpowiadały. Łyzka wznosiła się i opadała, a ja musiałam przyznać, że brakowało mi czegoś, czego nie mogłam zrozumieć.
W nocy znów miałam atak. A w domu byłam sama, przez co czułam zaniepokojenie. Mama albo ciocia na ogół starały się być w domu, kiedy mnie dopadały bóle i ataki, ale dzisiaj byłam kompletnie sama. No, nie licząc gościa z piwnicy.
Chrup chrup chrup.
- U was mówi się, że podobno śniadanie jest najważniejszym elementem dnia - powiedział głos za mną. Przeżuwałam spokojnie jedzenie dalej, chociaż sto różnych myśli i reakcji pchało się, by zostać wykonanym.
- Podobno - oceniłam, odwracając się. Stał tam Loki, jakby nigdy nic. Ubrany w coś w rodzaju tuniki i prostych spodni, stał boso. I wyglądał całkiem nieźle. Bez ran, bez ubytków na zdrowiu. Ciekawe...
Uniósł brew.
- Nie reagujesz... niespokojnie - ocenił. O geniuszu, brawo za zauważenie tego. Schrupałam jeszcze kilka łyżek, nim odpowiedziałam.
- Jeśli tu jesteś to mam dwa wyjścia. Albo się tutaj przeniosłeś za pomocą iluzji i nie jesteś w stanie mi zrobić krzywdy - stwierdziłam spokojnie, po czym pomieszałam łyżką w misce, nie patrząc na niego - Albo uciekłeś, a żadne moje krzyki czy próby i tak mi nie pomogą - dodałam.
Uśmiechnął się, chocia rodzaju tego uśmieszku nie umiałam spreceryzować. Ale wiedziałam, że szczery to on nie jest. Musiałam też potem powiedzieć, że zaczynał łamać nasze osłony. Z miejsca, w którym był uwięziony nie powinnien wysyłać nawet niematerialnych iluzji.
- Nie dziwię się, że zwiedzasz. Dostałabym kota na twoim miejscu - zauważyłam raczej przyjaźnie. Usiadł. Nie wiedziałam, że iluzje mogą ro robić.
- Więc mnie wypuść - zaproponował, patrząc jak jem. Było to drażniące. A miał wzrok jak głodujące dzieci z Nikeragui, które zobaczą ostatnią kurę w wiosce - Obiecuje ci, że w tedy zobaczysz bardzo wiele interesujących rzeczy.
Prychnęłam.
- Dla niektórych osób interesującą rzeczą jest kolejny odcinek Zakochanych Serc - odpowiedziałam żartem, chociaż nie miał szansy go zrozumieć.
Wstałam, odwracając się do niego plecami. To było głupie. Wsadziłam miskę do zlewu i zalałam wodą, by potem nie mieć problemu z myciem miseczki po płatkach.
Wytrzepałam ręce z wody i przyjrzałam się iluzji dość życzliwie.
- Przynieść coś ci? - zapytałam, brodą wskazując dół.
- Ten... napój - zażyczył sobie, kiwając głową.
Uśmiechnęłam się do siebie.
- Jest obrzydliwy - ocenił. A ja uśmiechałam się złośliwie dalej.
Chwyciłam za butelkę coli, lodowato zimnej, bo z lodówki i wzruszyłam ramionami. Iluzji już nie było.
