ROZDZIAŁ PIERWSZY: Triumf i porażka

Babcia Anuszka w rozmarzeniu uniosła twarz, grzejąc czoło w młodym wiosennym słońcu. Pod jej kosturem wesoła wstążka lodu układała się w zygzaki i spirale. Staruszka pokiwała z przekonaniem głową.

- Kiedy umrę, zostanę płaszczką.

Otabek Altin nie zwykł owijać w bawełnę.

- Pierniczysz, Banuszka. Nawet nie wiesz, jak wygląda płaszczka – stwierdził krótko. Roześmiała się, ukłuła chłopaka w stopę końcem kostura i pociągnęła za ucho. Posłusznie schylił głowę, żeby mogła go czule pocałować w czubek nosa.

- Jak ty mnie zawsze potrafisz przywrócić do rzeczywistości, Otabiczka! Skarb z ciebie. – Klepnęła go w udo, nie zważając na marsową minę ulubieńca. Dobrze umiała rozpoznać każde drgnienie jego niewzruszonej twarzy. Otabek pozwolił się poszturchiwać i trochę poprzytulać. Dawno się nie widzieli, a Babcia Anuszka lubiła wylewnie okazywać swoje sympatie. Oczywiście, nie była jego prawdziwą babcią. Syn dumnych Kazachów pochodził z odległego wschodu, gdzie jego klan hodował konie na rozległych równinach, a dzięki swoim talentom łyżwiarza i wojownika otrzymał szansę na trening w stolicy Królestwa, z wybitną młodzieżą całego kraju. Tutaj mierzył się z najlepszymi, zarówno w walce, jak i na lodzie. Tutaj też natknęła się na niego Babcia Anuszka – rzekomo wujeczna babka lub cioteczna wujenka samego władcy, dawna mistrzyni łyżew i nauczycielka wielu pokoleń rycerzy. Szanowana ze względu na równie cenne co złośliwe porady, omijana ze względu na kapryśne dziwactwa. Bez żadnego widocznego powodu upodobała sobie Kazacha Otabka Altina. Wcielenie zdrowego rozsądku, wyważone usposobienie, szokujący na tle frywolnych młodzików zmysł praktyczny, nader skąpo okazywane emocje, a już na pewno nawet senne mary nie widziały, żeby kiedykolwiek okazał jakiś entuzjazm – tak Otabek jawił się na pierwszy rzut oka. Z wiecznie bujającą w obłokach staruszką niewiele mógł mieć wspólnego. Nawet z wyglądu stanowili osobliwą parę, bo chłopak, choć silny i barczysty, był niższy od Anuszki o dobre dziesięć centymetrów. Oczywiście, powiedział jej wprost, że przypomina mu jego rodzoną babcię.

Babci opowiedział o Anuszce, oczywiście. A babcia, sztywno prostując plecy i postukując pejczem o cholewkę buta, oznajmiła, że nie podoba jej się jakoś ta stołeczna zdzira. Jednak, dodała zwięźle, w swojego Otabka wierzy bardziej niż w perfidię wszystkich nawet zdzir tej plugawej stolicy. Więc niechże się chłopak zadaje z kim chce i nabiera doświadczeń.

Otabek nie czuł się do końca swobodnie z większością kolegów z obozu treningowego. Miejskie rycerzyki były przeważnie zbyt zblazowane, a chłopcy z prowincji zbyt zaangażowani w nadrabianie miną. Mało kto potrafił poważnie przykładać się do ćwiczeń, nie udając przy tym wybranka bogów i nadziei Królestwa. Kiedy Babcia Anuszka upodobała sobie towarzystwo Kazacha i zaczęła wciągać w wielogodzinne dyskusje – czy też raczej monologi – nie protestował. Opowiadała mu o tradycji Skarbu Lasu, o przydatnych dla osoby jego postury przerzutach w tańcu grupowym na lodzie, o słabostkach członków Rady Królestwa i małych grzeszkach nauczycieli z obozu rycerskiego. Wspominała swoich kochanków, podsuwała Otabkowi ich wnuków i wnuczki na ewentualną weekendową przygodę, znała wszystkie sekrety rycerskiego rzemiosła, a jeździć konno po lodzie umiała niemal tak sprawnie jak sam Altin. Doceniał ją, szanował i bardzo lubił, niewiele mówił, a godzinami słuchał, wiedząc, że sam też zostanie wysłuchany, kiedy już wyrazi głośno jakąś wątpliwość.

- J.J. przysięga, że zdobył największy skarb Lasu.

Cały obóz treningowy aż huczał od plotek, odkąd wczoraj wszyscy uczestnicy tegorocznego Polowania powrócili do swoich kwater. O zachodzie słońca mieli kolejno zaprezentować władcy i Radzie Królestwa swoje zdobycze, aby można było wyłonić spośród nich największego bohatera. Otabek trochę sceptycznie – jak to on – podchodził do tradycyjnych kryteriów nagradzania. Uzbieranie tęczowych grzybków na skraju lasu nie stanowiło poważnej podstawy do obdarzenia danego rycerza szacunkiem i respektem. Jednak – oczywiście – chłopak nie mógł się już doczekać, aż wreszcie nadejdzie jego kolej. To był jego ostatni sezon w grupie młodzików – już za rok będzie miał prawo uczestniczyć w Polowaniu, wjechać do lasu i przywieźć najprawdziwszy, magiczny skarb.

Miał nadzieję, że nie skończy się na grzybkach.

Las oznaczał dla niego przygodę i wyzwanie – takie, gdzie wreszcie sam na sam zmierzy się z nieznanym, bez wszechobecnych w stolicy oczu i uszu nauczycieli, rywali czy choćby ciekawskich świadków. Rozległe równiny ziemi Kazachów przyzwyczaiły go, że muzykę lodowego tańca najlepiej słyszy się w ciszy. Tutaj ciężko było znaleźć choćby kącik cichy i ustronny, a co dopiero przestrzeń do ćwiczeń. W Lesie jednak, ufał Otabek, na pewno będzie inaczej. Bawiły go gierki starszych kolegów, którzy z byle podgniłym pazurem irbisa obnosili się dumnie jak z diamentową koroną. On sam chciał oczywiście udowodnić swoją wartość, zachwycając władcę i dwór przyniesionym z Lasu skarbem – pragnął, aby klan Kazachów zawsze mógł się szczycić tym osiągnięciem przed próżnymi mieszczuchami. Jednak najważniejsze było dla niego wyzwanie i szansa wkroczenia na nowy poziom umiejętności. Już za rok będzie mógł się z tym zmierzyć – a na razie trzeba było cierpliwie czekać i przyglądać się, jak tegoroczna elita młodzieży prezentuje na wielkiej gali swoje zdobycze. Jean-Jacques Leroy, nazywany zwykle JJ-em, dziedzic wielkiego miasta klanu Kanadianów, pierwszy powrócił z wyprawy do Lasu – i najbardziej ze wszystkich uczestników puszył się, że jego skarb nie ma sobie równych. Pewny siebie, roześmiany i rzeczywiście niebywale sprawny wojownik nigdy nie uznawał skromności za walor godny rycerza, ale ostatniej nocy mówił rzeczy tak butne, że latami musiałby je odszczekiwać, gdyby nie miały podstaw. Chełpił się swoją mocą i wdziękiem, które miały jakoby urzec nawet Stwory z Lasu i wyjednać mu nagrodę największą z możliwych. Z przekonaniem stwierdził, że po prezentacji niechybnie zostanie namaszczony na następcę największych czarodziejów, tak niezwykły skarb udało mu się zdobyć.

- J.J. przysięga, że zdobył największy skarb Lasu.

Anuszka w zamyśleniu nawinęła na palec kosmyk posiwiałych włosów.

- Otabiczek – zagadnęła ciepło, jakby mówiła do przedszkolaka – pamiętasz ty w ogóle, o co chodziło ze Skarbem Lasu?

Pamiętał, oczywiście, i dał temu wyraz jednym drgnięciem brwi. Z domu wyniósł opowieści o tęsknocie za magią, o szansie na przywrócenie dawnej świetności zmaganiom na lodzie, ostrzeżenia od Najstarszych Kazachów – że Skarb zdobyć całkiem łatwo, jeśli się odpowiednio za niego zapłaci. Otabek Altin wiedział, że natura tylko piękno daje za darmo – za pożytki trzeba płacić. Kazachowie płacili chętnie – potem, trudem, wysiłkiem, fioletem sińców od końskich kopyt i skórą ogorzałą od kapryśnych wiatrów. Skarby sowicie opłacone można było szanować. Otabek nie wiedział jeszcze, jakiej zapłaty zażąda od niego Las – ale był gotów wiele oddać, jeśli znalazłby się jakiś skarb godny poważania. Anuszka kiwała głową, jakby potakiwała jego myślom. Nigdy nie zaprzeczała opowieściom, które wyniósł z domu czy od innych nauczycieli – zawsze tylko poszerzała, powiększała granice prawdy i możliwości. Opowiedziała mu, jak po wielkim rozłamie mieszkańcy Królestwa tęsknili za utraconymi braćmi z Lasu, a władca najlepszych swoich reprezentantów posyłał do Stworów, aby przywieźli znak dobrej woli, nadzieję, że uda się kiedyś naprawić zdradzoną więź. Nawet, gdy zapomniano już o nadziei, przetrwał obyczaj Polowania i poszukiwania Skarbu Lasu. Usłyszał Otabek opowieści smutne, o pięknym rycerzu, który powrócił z klątwą ubraną we wdzięczne kształty klejnotu, o wojowniczce, pociętej okrutnie w cieniu drzew. Gdy jej bracia spalili połać Lasu w zemście, sprawca krzywdy znalazł się w Królestwie, a nie poza nim, ale przepaść rosła i rosła od takich nieporozumień. Były jednak i najpiękniejsze baśnie – a to właśnie dzięki nim władcy Królestwa nadal cierpliwie, rok po roku wychowywali elitę młodzieży i odsyłali w Las, niechże szukają sobie skarbów. Pradziadowie dzisiejszych rycerzy, uczyła Anuszka, pamiętaliby jeszcze piękną wróżkę, którą spotkał w lesie i poślubił syn władcy i prawowity dziedzic tronu. Przepiękną stworzyli parę, pełną miłości, dobra i magii, a cały kraj szalał z radości, że oto zakończy się rozłam i powróci braterstwo. Nigdy nie spełniła się jednak przepowiednia o miłości, która zbuduje most. Tym razem to z głębi Lasu nadpełzła trucizna: zazdrosny towarzysz magicznych tańców przybył do utraconej przyjaciółki, opowiadając tęsknie o domu, uroczyskach i zagajnikach. Kiedy zaś nie chciała go słuchać, przysięgając miłość ludzkiemu wybrankowi, kiedy odesłała przyjaciela precz, życząc mu szczęścia równego jej szczęściu – ludzkim żelazem gardło jej poderżnął i u jej stóp przebił własne serce, w proteście przeciwko obcym, niepojętym czarom, które zabrały mu towarzyszkę. Następca tronu rozpaczał, szalał, gasł w oczach – nigdy jednak nie zezwolił na ślepą zemstę na krainie magii. Oddał Stworom ciała ich dzieci i nie spojrzał już w stronę Lasu, aż śmierć go uśpiła w smutku niewiele miesięcy później. Wielu rozpaliło od tego iskry świeżej nienawiści, inni czerpali nową nadzieję i niegasnące szanse na zadzierzgniecie więzi. Zaś ta, która umarła, nie mogła już udowodnić, że kochała wiernie i prawdziwie swojego ludzkiego wybranka: choć zginęła za tę miłość, nie przyniosła zwaśnionym światom odpowiedzi. Tego jednak mają szukać wszyscy rycerze, którzy wkraczają do Lasu: więzi, zjednoczenia, dopełnienia. Skarb, którego się szuka, to odnalezienie miłości, przyjaźni czy partnerstwa w tańcu i walce, które kunszt zmieniłoby w doskonałość obojga uczestników. Otabek Altin znał prawdę o poszukiwaniach Skarbu Lasu.

Jednak w ostatnich latach naoglądał się bardzo, bardzo dużo magicznych grzybków.

Nie to, że nie wierzył w miłość od pierwszego wejrzenia z jakimś leśnym czupiradłem. Widywał ludzi zakochanych w sobie nawzajem bez sensu i logiki. Ba, widział już i parę wróżek, i sporo innych chochlików: bynajmniej nie były estetycznie nieprzyjemne dla oczu. Ale syn klanu Kazachów bardziej cenił sobie sam wspaniały sprawdzian Polowania, niż wątłą perspektywę obcowania z magicznymi Stworami. Prawdopodobieństwo jakichś znaczących i od wieków przepowiadanych przeznaczeniem zajść było dość nikłe, a Otabek wierzył w rachunek prawdopodobieństwa. Strzygoni było w Lesie więcej niż wróżek i żaden koniarz nie przeszedłby obojętnie obok perspektywy posiadania płaszcza ze skóry strzygonia.

- Wiem, czego szukać – oznajmił Otabek babci Anuszce. Staruszka uniosła brew, ale zmilczała. Właśnie to trzeźwe spojrzenie na świat lubiła w Altinie najbardziej.
Nie mogła się już doczekać jego miny, kiedy Las wstrząśnie całym jego światem.

- Jean-Jacques też wiedział, czego chce – przyznała. – Tylko może trochę za głośno o tym gadał.
- To mu nie przeszkodziło zdobyć skarbu – zauważył Otabek. Anuszka pokręciła głową.
- To mu nie przeszkodziło zdobyć… czegoś – poprawiła. – Co do skarbu… Las lubi wyzwania. Jeśli wjedziesz tam, trąbiąc głośno, że szukasz diamentów, nie będzie się wysilał, żeby pokazać ci tęczowodne kryształy. Ty lubisz uczciwe interesy, prawda, Otabek? No to pamiętaj: tajemnica za tajemnicę. Nie dawaj się za łatwo rozszyfrować, a nie zbędą cię byle czym.

– Jestem prostym Kazachem – przypomniał jej zwyczajnie. Tego jednego nigdy nie zamierzał zmieniać. – Nie pasuje mi jakieś… Flirtowanie z magią.

- Już magia się postara, żeby ci spasować – zaśmiała się babcia i z lekkim stęknięciem podniosła się na nogi. – Pora na ciebie, Kazachu. Ruszaj oklaskiwać Kanadiana. – Swoim zwyczajem pożegnała Otabeka klepnięciem w tyłek i patrzyła za nim z czułym rozbawieniem w oczach.

- Czekaj, ty prosty Kazachu. Czekaj, aż zobaczysz Las – mruknęła do siebie. Odwróciła twarz w stronę odległej, niewidocznej krainy Stworów. – Tylko nie ważcie się go rozczarować!

*/*

Tłumy szalały, klaskały i skandowały imiona kolejnych rycerzy, podczas gdy ci wjeżdżali na lód królewskiej areny, popisywali się najwspanialszym tańcem i prezentowali przyniesione z Lasu zdobycze. Michele Crispino z klanu Italianów zachwycił widownię czymś zupełnie przedziwnym – po kolejnych piruetach i skokach spod jego łyżew zaczęła się wydobywać gęsta, połyskliwa wstęga ciemnej mgły, która spowiła go jak szarfa zwycięzcy. Piękny występ i wspaniała zdobycz – jednak Mickey nie wydawał się Otabekowi tak dumny i radosny jak zazwyczaj bywał. W oczach rozpacz, twarz blada, jakby wstęga wysysała z niego całą przyjemność z jazdy na łyżwach? Kazach rozejrzał się za siostrą Italianina, ale Sary nigdzie nie było widać, chociaż zazwyczaj byli nierozłączni. Otabek wyraźnie pamiętał, że w dniu rozpoczęcia Polowania widział Sarę Crispino odprowadzającą brata. Polowanie i gala dla dziewczęcej reprezentacji rycerskiej zakończyły się już kilka tygodni temu, Italianka odniosła wielki sukces, przynosząc z Lasu misternie rzeźbione obręcze, które jak ulał pasowały na jej opalone nadgarstki. Sara powinna teraz zasiadać na ławie dla najbliższych krewnych rycerzy i oklaskiwać brata – nic dziwnego, że jej nieobecność tak przygnębiła Michela. A może to jednak ciężar Skarbu? Otabek bacznie przyglądał się starszym kolegom, ale trudno było ocenić ewentualne problemy z ich zdobyczami. Phichit Chulanont pląsał na lodzie lekko i beztrosko jak zawsze, choć jego pamiątka z Lasu przypominała kształtem wstęgę Michela. Był to jednak bardziej jakby futrzasty szal, mieniący się lisimi odcieniami brązu. Nie sprawiał wrażenia, jakby cokolwiek z kogokolwiek mógł wysysać – ale też, ocenił trzeźwo Otabek, nie widać było, żeby miał jakieś magiczne zastosowania. Mogły się jednak skrywać pod mechatym futerkiem, oczywiście. Phichita pożegnały rzęsiste oklaski – i wreszcie na skraju areny pojawił się wyczekiwany przez rzeszę widzów Jean-Jacquez. Otabek Altin szczerze podziwiał styl starszego kolegi, którego wyczyny na lodzie nie miały sobie równych. Jednak w oczach Kazacha nadmierna bufonada Kanadiana nie pozwalała go naprawdę szanować, choć piękno jego talentu każdy musiał docenić. Cóż zamierzał pokazać samozwańczy król lodowiska? Nie pozwolił widowni długo trwać w napięciu. Po kolejnej sekwencji skoków podjechał do bramki lodowiska – i powrócił na taflę, trzymając w ramionach bladoskórą, czarnowłosą piękność.

- Panie i panowie! Władco nasz i mędrcy Rady! Poznajcie moją piękną Isabellę! Najpiękniejszą księżniczkę Lasu! Panie i Panowie! Nasza miłość po wszystkich latach niedoli położy kres podziałom między Ludźmi a Stworami!

Entuzjazm, jaki wybuchł, mógłby śmiało powalić nawet najstarsze drzewa Lasu. Tłum szalał, fani krzyczeli ogłuszająco, a dwie najmłodsze dziedziczki tronu Królestwa wyglądały, jakby już chciały zepchnąć z tronu ojca i usadzić na nim Leroya z jego bogdanką.

Chuda, ocenił Otabek. Chude dziewczyny i chudzi chłopcy umieli drzeć z życiem koty tak samo, jak każdy wielki osiłek, ale ta skrzywiona brunetka obok promiennego J.J-a sprawiała wrażenie wątłej laleczki wyciętej z bibuły. Po pierwszej przejażdżce w kazaskim siodle miałaby siniaki na wylot.

Cóż, może ma tę moc.

Tę jakąś tam magię i potęgę, i niezwykłość, i czar - może Isabella nawet gdzieś tam to wszystko miała. Z cichego Lasu prosto na zgromadzenie wyjących tłumów – to zawsze szokuje. Otabek za pierwszym przyjazdem do stolicy krzywił się tak samo niechętnie, jak ona teraz. Pewnie wystarczy dać jej czas, a udowodni swoją magię.

I miłość.

Jean-Jacques Leroy wykrzykiwał w zapale o swojej wielkiej miłości, szczęściu i jak to Skarb Lasu czyni go niezwyciężonym. Isabella łaskawie pozdrowiła widownię uniesieniem delikatnej rączki – wystarczyło, by wzbudzić ślepy zachwyt i oczarować nawet sędziów Rady Królestwa. Najwyraźniej pozycja zwycięzcy tegorocznego Polowania była już przesądzona. Kiedy J.J. zjechał z tafli razem ze swoją leśną narzeczoną, wszyscy długo jeszcze nawoływali za nimi i klaskali z entuzjazmem. Otabek prawie przeoczył pojawienie się przy bramce lodowiska ostatniego uczestnika gali.

Yuuri Katsuki z Klanu Nipponów minę miał bardzo, ale to bardzo nietęgą.

Otabek wiedział już, że jego starszy kolega – jeden z najstarszych uczestników Polowania – ogromnie łatwo się peszy, ale chyba powinien być już przyzwyczajony do walki o uznanie w cieniu Kanadiańczyka? Wydawało się jednak, że Yuuri zupełnie stracił zapał. Przez chwilę szeptał o czymś z sędzią porządkowym, jakby się spierali, wreszcie czarnowłosy rycerz wjechał na lód. Przed władcą Królestwa, członkami Rady i widownią odtańczył na lodzie piękne figury, ale przy skokach przewrócił się i obił o lodowisko. Tłum szemrał współczuciem, ale i przyganą: po wyczynach J.J.-a i innych oczekiwali przynajmniej wyrównanego poziomu rycerskiego rzemiosła. Może chociaż jego zdobycz z Polowania będzie godziwa? Yuuri jakby wyczuł napięcie widowni i opuścił nisko głowę.

- Ja… Nie przyniosłem niczego, czym mógłbym się przed wami pochwalić – wyznał cicho, ale wyraźnie.

Otabek aż wytrzeszczył na niego oczy.

Nic? Ani grzybka? Chyba nigdy nie słyszał o takim przypadku. Każdy chciał się czymś popisać po powrocie z Polowania – a jeśli przyniesiony Skarb nie był zbyt imponujący, rycerz nadrabiał swadą, wymową i popisowym tańcem na lodzie. Katsuki już zepsuł wrażenie z tańca – a teraz jeszcze coś takiego? Zupełnie przedziwne.

Właściwie, Otabek był skłonny uznać to za dość podejrzane.

Yuuri Katsuki cierpiał na brak pewności siebie, ale determinacji mu nie brakowało. Dopełzłby chyba chociaż do kwiatów avonu? Albo pióro wrzaskuna by przyniósł? Dziwne. Oświadczenie Nippończyka zaszokowało Radę i wszystkich obecnych. Na moment zapadła cisza – taka, jak zwykle przytrafia się tuż przed wybuchem publicznego oburzenia. Nie przerwał jej jednak wybuch, tylko…

Szczeknięcie?

Głośne, wesołe szczeknięcie spod bramki lodowiska.

Ludzie zaczęli się rozglądać, sędziowie Rady zmarszczyli brwi. Na arenę nie wolno było wprowadzać żadnych zwierząt, nawet psy obronne pozostawały na ten czas w stajniach. Żaden strażnik nie przepuściłby psa, żaden garderobiany nie ośmieliłby się przemycić nawet kanarka. Yuuri Katsuki odwrócił się w stronę bramki z absolutnym przerażeniem w oczach.

- Kazałem ci zostać!

Oburzenie widzów znikło, zastąpione rozbawieniem, gdy na taflę lodowiska wpadło z rozpędem dorodne, kudłate psisko. Zaszczekało jeszcze kilka razy, potknęło się, przejechało kawałek na brzuchu i w końcu dotarło do Katsukiego. Młody rycerz odruchowo poklepał go po długich uszach – i aż się skurczył pod surowym wzrokiem władcy.

- To… To jest Makkachin – wykrztusił z siebie Yuuri. – Ja… Znalazłem go w Lesie! Słowo honoru!

Niepozbawiony sympatii śmiech, oklaski za odwagę, aplauz. Widzownie może nie mieli powodu, żeby szczególnie podziwiać rycerza, ale nie ukrywali sympatii dla rozczochranego psa. Sędziowie aż wstali i nachylili się nad zwierzakiem, dyskutując jego ewentualne magiczne pochodzenie.

- A może to wilczomruk?

- Z tymi uszami pudla?!

- Widziałem tylko ogon wilczomruka, podobny był…

- Gdzie tam, to zwykły kundel, zabłąkał się biedak między drzewami.

- Dobrześ zrobił, żeś go przygarnął, synu.

Yuuri Katsuki został lekko jeszcze obśmiany, wyklepany po głowie i psie oraz odesłany do domu z niewypowiedzianą głośno sugestią, że może ustąpiłby miejsca w elicie rycerstwa lepszym i śmielszym od siebie. Otabek Altin patrzył, jak Yuuri odchodzi – dłoń odruchowo wędrowała mu w stronę psa, który ochoczo podstawiał się do pieszczot. Wszystko razem nie wyglądało na taką znowu sromotną klęskę.

Ejże?

Kazach zmarszczył brwi, kiedy Yuuri poderwał znienacka głowę i przez chwilę popatrywał wokoło nerwowym, zaniepokojonym wzrokiem. Jakby uspokojony, poszedł dalej – i niebawem powtórzyło się to samo: nagła panika, spłoszone spojrzenia rzucane dookoła, jakby Nippończyk podejrzewał, że ktoś się do niego zbliża w niecnych zamiarach.

Nikt do niego nie podszedł.

Otabek patrzył z dala, jak Yuuri znika. Jego fani, zawstydzeni upadkiem idola, znikli z horyzontu, a wrogów nie zaskarbił sobie aż takich, żeby go jeszcze dręczyli po pechowym występie. Nikt nie zatrzymał Katsukiego – a jednak, młodzieniec wciąż za czymś popatrywał z panicznym wręcz lękiem.

Pies mało szczekał, dużo się łasił i z całą pewnością miał ogon po wilczomrukach.

Ciekawe.

*/*/*

- Ciekawe – zgodziła się Anuszka. – Wilczomruki prędzej zeżrą słabeusza, niż oddadzą mu szczeniaka.

- To nie takie znowu szczenię – poprawił ją Otabek. – Dorosły kundel. Pół pudla, pół wilczomruka, a reszta po jamniku sąsiadów.

- A podobno mamy rozłam między Królestwem i Lasem! – zaśmiała się babcia. – Cóż, pudle i wilczomruki nie zawracają sobie dup polityką. Zdrowo dla nich, zdrowo!

Żegnali się pod samą bramą obozu treningowego – Altin wracał na lato w rodzinne strony, trenować przed swoim pierwszym sezonem w grupie seniorów dopuszczanych do Polowań. Wiele dni po gali leśna miłość J.J-a nadal była na ustach wszystkich, o Yuurim Katsukim raczej zapomniano. Otabek wypatrywał go z czystej ciekawości – jak na razie, psisko Yuuriego wyglądało sympatyczniej niż rozwydrzona nimfa Leroya. Jednak Nippończyk zaszył się gdzieś i w ogóle nie pokazywał publicznie. Altin zastanawiał się, czy rycerz w ogóle powróci do rywalizacji w następnym sezonie.

- Bywaj, Banuszka – pożegnał przyjaciółkę. – Zobaczysz mnie tuż przed tym, jak zostanę mistrzem mistrzów.

- Przywlecz ten ciężki tyłek na zimowy obóz przygotowawczy, bo w ogóle nie skręcisz piruetu na gali! – skarciła go staruszka. – Wracaj zdrowo i nie daj się zniechęcić głupim gadaniem.

Otabek zmarszczył brwi.

- Gadanie? – spytał krótko. Wzruszyła ramionami, leciutko wydęła wargi.

- Sowy szemrają, korniki szeleszczą… Ludzie gadają… - Machnęła ręką wymijająco. – Kto by w takie bujdy wierzył?

Odpowiedział ciężkim, karcącym spojrzeniem.

- Nie piernicz, Banuszka, tylko mów.

Westchnęła lekko.

- Podobno… Podobno Las tak się zachowuje, jakby faktycznie oddał Ludziom swoje Serce.

Otabek milczał. Cóż mógł właściwie wiedzieć o Lesie?

- Podobno… Podobno rzeczywiście zdobyliśmy największy Skarb Lasu.

Cóż. Kazach wzruszył ramionami. Świat był pełen skarbów, a największe zawsze były nieporęczne. Ale… Taka wyblakła mimoza?

- Wracam na zimę – oznajmił. – A następną wiosną przyniosę ci pamiątkę z Lasu na poprawę humoru. Może grzyby? Mam szczęście do grzybów.

- Już ja ci wetknę te grzybki do łyżew, skórkowańcu! – Uściskała go serdecznie. – Miej szczęście gdzie się nie obrócisz, i wracaj zdrowo. Las głupio coś gada.

- Bywaj.