Rozdział 1
Swotulu
Dwa miesiące wcześniej leciałem na grzbiecie Tsteu - mojego ikrana, na wschód. W stronę morza, gdzie miałem nadzieję znaleźć to, dla czego Riker był gotów zniszczyć każdego kto stanąłby mu na drodze.
Nie byłem bohaterem.
Żaden Tipani nie nazwałby mnie tym mianem. Może dlatego, że w jakiejś części sprowadziłem na nich te wszystkie nieszczęścia stawiając pierwszy, poniekąd fatalny w skutkach krok w moim nowym domu - Pandorze.
Zabiłem Riker'a i niemal podzieliłem jego los. Tipani uratowali mi życie - przeprowadzili rytuał w którym moja świadomość, dzięki Eywie, została na zawsze w ciele avatara. Moje dawne ciało natomiast, wróciło w taniej trumnie na Ziemię, definitywnie zamykając pewien rozdział mojego życia. Teraz byłem niebieski na pełen etat. Czułem się z tym świetnie.
Miałem dług do spłacenia, a moja walka nie dobiegła końca. Jeszcze nie.
Tsahik Sänume na krótko przed moim odejściem wręczyła mi coś dziwnego - małą gałązkę jaśniejącą niesamowitym blaskiem. Nie wyjawiła, lub nie chciała wyjawić czym mogła być. Powiedziała jedynie, że tego szukał Riker i przestrzegła, że pojawi się więcej takich jak on. Nie mogłem do tego dopuścić. To miała być moja ostateczna próba.
Tsahik powiedziała też, że muszę wyruszyć w stronę morza. Według mojej wiedzy, najbliższe znajdowało się na wschodzie, z opowieści innych Na'vi wiedziałem też, że tamte rejony zamieszkiwał dumny lud jeźdźców ikranów. Pomyślałem, że to dobry cel podróży na początek.
Tereny Ludzi Nieba zostawiłem daleko za sobą. Wraz z Jane.
Z krwawiącym sercem musiałem ją zostawić bez najmniejszego wyjaśnienia w Piekielnych Wrotach mając nadzieję, że będzie tam bezpieczna. Była jedyną osobą którą kochałem w życiu i nie mogłem pozwolić aby ruszyła moimi śladami, a wiedziałem, że prędzej czy później do tego by doszło. Taka była właśnie Jane.
Obiecałem sobie, że gdy to wszystko się skończy będziemy razem. Bez względu na wszystko.
Przede mną i Tsteu rozpościerała się ogromna dolina. Do doliny wpływała rzeka wijąca się długą wstęgą aż po horyzont. Nieco dalej w dole dało się dostrzec duże stado areomeduz przeczesujące wysokie partie drzew w poszukiwaniu potencjalnych ofiar. Ominęliśmy je szerokim łukiem.
Podróżowaliśmy od paru dni. W tym czasie prawie nic nie jedliśmy. Wyczułem, że Tsteu również potrzebuje chwili wytchnienia. Dolina wydała mi się odpowiednim miejscem na przystój i napełnienie brzuchów. Liczyłem na mięso, chociażby ryby.
Obniżyłem lot kierując Tsteu między korony drzew. Kiedy już mocno uczepił się jednego z nich, mogłem podnieść się na jego grzbiecie i zeskoczyć na najbliższy konar.
Był środek dnia. Przede mną rozpościerał się tytaniczny krajobraz lasu deszczowego. Wszędzie wokół można było zobaczyć rośliny o niebywałych, fantastycznych kształtach, zwisające z pomiędzy konarów lub porastające obficie prastare drzewa. Powietrze zdawało się nieco duszne. Miało mocno metaliczny posmak. Wokół krążyło mnóstwo owadów pogrążonych w sobie tylko znanych, pozornie bezsensownych pląsach. Z dołu dobiegał cichy szmer rzeki - obietnica dobrego posiłku.
Tsteu obrócił leniwie łeb w moim kierunku wydał z siebie głośny skrzek i jednym machnięciem ogromnych skrzydeł podniósł się w powietrze ruszając na łowy. Nigdy nie martwiłem się, że Tsteu nie wróci. Był mój, a ja byłem jego. Wybrał mnie podczas rytuału w Iknimaya więc wieź była zawarta aż do śmierci jednego z nas. Wszystko sprowadzało się do tego, że prędzej czy później zawsze wpadaliśmy na siebie.
Pełen nadziei na nieco obfitszy posiłek ruszyłem w dół z łatwością lawirując wśród powykręcanych kniei. W połowie drogi skoczyłem w kierunku olbrzymich baldachimowych liści ześlizgując się za każdym razem z wyższego na niższy, aż do momentu gdy moje stopy dotknęły podłoża.
Rzeka w miejscu w którym się znalazłem była płytka ale dosyć szeroka, kilka dużych korzeni tworzyły naturalny pomost który skręcał się aż do drugiego brzegu.
Zdjąłem z pleców łuk i dobyłem z kołczanu strzałę. Z niejaką wprawą nabytą u Tipani przywiązałem do niej nić z tworzywa sztucznego którą wyjąłem wcześniej z podręcznej torby u pasa. Na'vi używali sznurka, nie miałem jednak pojęcia z jakiego włókna go robili. Improwizowałęm.
Kiedy zestaw do połowu był gotowy wbiegłem na korzeń, aż nad koryto rzeki. Koniec nici przywiązałem do jednej z wypustek korzenia i nałożyłem strzałę na cięciwę. Teraz pozostało tylko uważnie obserwować kryształowo czystą taflę rzeki i czekać…
Minęła dłuższa chwila zanim zauważyłem ruch w piaszczystym dnie. Błyskawicznie napiąłem cięciwę.
Świst!
Strzała trafiła idealnie. Chwilę później wyciągałem już swoją zdobycz. Była to niewielka odmiana pandorańskiej ryby, może nieco bardziej podobna do Ziemskiej płaszczki. Idealna na surowo.
Podziękowałem rybie odmawiając krótką sentencję myśliwego i jednym ruchem noża zakończyłem jej cierpienia. Taka była kolej rzeczy. Ryba musiała ulec aby stać się częścią łowcy. To było uczciwe i za to kochałem ten świat.
Był uczciwy.
Rozpalanie ognia w środku lasu to niemądre zwracanie na siebie uwagi, więc tak jak wcześniej zamierzałem, posiliłem się surowym mięsem.
Po posiłku przysiadłem na jednej ze skał nad brzegiem rzeki. Łuk położyłem obok. Rozmyślałem nad zawiniątkiem na dnie torby, no i o Jane. Pomyślałem, że przydałoby się teraz jej naukowe myślenie. Potrzebowałem wskazówki.
W górze zagrzmiał tryumfalny ryk Tsteu co znaczyło, że on również miał swój obiad. Podobnie jak ja nie marnował czasu.
Wyjąłem gałązkę ze swej torby przyglądając się jej uważnie, jak robiłem to wiele razy wcześniej. Nie przypominała żadnej rośliny którą znałem. Reagowała na dotyk, zmieniając barwę. Jakim cudem zdawała się żyć? Czy to w ogóle była roślina? Było w niej coś dziwnie znajomego…
Przerwałem przemyślenia gdy przypadkiem zwróciłem wzrok ku drugiemu brzegowi rzeki. Ktoś mnie obserwował.
To był Na'vi, patrzył wprost na mnie, zamarł w bezruchu gdy zauważył, że zdaje sobie sprawę z jego obecności. Wykonał gest powitalny, więc uczyniłem to samo. Następnie zdjął z pleców łuk, wbiegł na skałę nad brzegiem i zajął pozycję, gotów do połowu.
Zza jego pleców wyłonili się inni. Również mnie zauważyli. Na'vi zwrócił się do nich i wyraźnie gestykulując wskazał koryto rzeki.
Wszyscy byli stosunkowo młodzi oprócz tego który właśnie poławiał. Wszyscy uważnie przyglądali się starszemu. Wyglądało to jak lekcja.
Ledwo zajął pozycję, a już było słychać donośny plusk. Chwilę potem Na'vi wyciągał już dorodny okaz. Podał rybę jednemu z młodych, powiedział coś i cała reszta zajęła pozycje wzdłuż brzegu dobywając swoich łuków. Nauczyciel pokiwał głową z aprobatą po czym ruszył przez pomost w moim kierunku, wolnym, spokojnym krokiem.
Natychmiast schowałem podarunek Tsahik do torby u pasa, podniosłem z ziemi łuk i przewiesiłem przez plecy.
W miarę jak nieznajomy zbliżał się do mnie zauważyłem, że nosił skórę wężowilka co oznaczało, że musiał być Txan tsamsiyu - wielkim wojownikiem swojego klanu. W pewnym momencie on również zauważył, że nie wyglądałem jak zwyczajny Na'vi. Z pewnością zdradzały to pewne elementy mojego ekwipunku jak torba, czy wojskowy nóż zamiast tradycyjnego wiszący na pasie na piersi. Zwolnił nieco kroku, podchodząc nieufnie.
Odezwałem się pierwszy:
- Oel Ngami kameie.
- Kaltxi, Chodzący we śnie. Jesteś daleko od swojej wioski i kunsip. Nie jesteś Harper ani Takeshi. Kim jesteś? Ludzie Nieba cię przysyłają?
Wziął mnie za avatara, nie było w tym nic dziwnego ale znał Takeshi'ego. Jakąś chwile musiałem przetrawić, że mówił do mnie po angielsku. Totalnie zbiło mnie to z tropu.
- Nazywam się Alex Pinbaker. Jestem Tipani. - odpowiedziałem.
Gdy to powiedziałem wyraz jego twarzy zmienił się. Teraz wyrażał bardziej zdziwienie, niż nieufność.
- Alexpinbaker. - wymówił nieco z trudem charakterystycznie przeciągając „r" . - Znam to imię. Każdy Tipani je zna. - płynnie przeszedł na język ojczysty - Poprowadziłeś nas do walki w Grzmiących Górach. Wybacz, że cię nie poznałem Synu Wiatru. Jestem Tan Jala. Witaj w Swotulu.
Więc trafiłem tu na Tipani - pomyślałem - tak daleko od Drzewa Domowego… Do tego nazwał to miejsce Swotulu - Święta rzeka.
- Wybacz, że przeszkodziłem wam w połowie. Chciałem się tylko posilić i wyruszyć w dalszą drogę.
- Za to się nie przeprasza Alexpinbaker. Święta rzeka karmi wszystkie dzieci Tipani.
Obrócił się w stronę młodych myśliwych. Niemal każde z nich trzymało już swoją zdobycz. Podjął po chwili:
- Chodź Alexpinbaker. Zjesz i odpoczniesz z nami.
Tsteu jeszcze nie wrócił więc postanowiłem skorzystać z niespodziewanego zaproszenia. Ruszyłem wraz z Tan Jalą i myśliwymi wzdłuż rzeki która powoli skręcała na południowy wschód. Do wioski była tylko jedna droga biegnąca wzdłuż rzeki.
Tan Jala okazał się naprawdę otwartym rozmówcą i chętnie odpowiadał na moje pytania. Okazało się, że bardzo dobrze znał zarówno Takashiego i doktora Harpera. Ten drugi nauczył go nawet angielskiego kiedy szkoła jeszcze funkcjonowała. Był też jednym z pierwszych Tipani którzy napotkali Ludzi Nieba.
Wytłumaczył również, że Swotulu do ziemia niezwykle ważna dla Na'vi i dla ich więzi z Eywą. Wiele Tsahik, w tym Tsahik Sänume przybywało tu co jakiś czas aby szukać odpowiedzi i wsparcia w Wielkiej Matce.
Po wydarzeniach sprzed dwóch tygodni, kiedy stało się jasne, że Riker zniszczył pokój między Tipani, a Ludźmi Nieba , kilku wojowników i wojowniczek wyruszyło wraz z młodymi myśliwymi aby strzec świętej rzeki na wypadek gdyby pojawili się Ludzie Nieba i uczyć polować młodych Tipani na bezpieczniejszych terenach.
Wioska była niewielka. Była zbudowana wokół dwóch, bliźniaczych wodospadów rzeki. Większość struktur mieszkalnych znajdowała się w południowej części. Przekroczyliśmy jeden z dwóch zbudowanych przez Na'vi mostów, mając wodospady po lewej stronie. Następnie zeszliśmy ścieżką w dół, w stronę zabudowań.
Na dole kilka kobiet odebrało zdobycze z rąk młodych myśliwych. W powietrzu czuć było już swąd paleniska.
Tan Jala poprowadził mnie najpierw przez drugi pomost, a następnie po spiralnej konstrukcji prowadzącej w górę jednego z drzew, tam mogłem odpocząć chwilę przed kolacją. Miałem wiele pytań ale pomyślałem, że mogą poczekać gdy pokazał mi jeden z hamaków. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę jaki byłem zmęczony.
Sen był niespokojny, pełen niewyraźnych i niepokojących kształtów, urywki z życia na Ziemi mieszały się ze wspomnieniami z Pandory. Riker był w nich wciąż żywy, starałem się wyciągnąć od niego prawdę ale udawał, że mnie nie słyszy. Spoglądał beznamiętnie za okno mojego starego mieszkania. Powędrowałem za jego wzrokiem. Muskularna sylwetka thanatora krążyła to w jedną, to w drugą stronę. Niecierpliwiła się.
- Znajdziesz je dla mnie Alex? - Riker zapytał wreszcie.
Pierwsze co zobaczyłem po przebudzeniu to łeb Tsteu. Nawet nie próbowałem rozważać jak mnie znalazł. Spoglądał na mnie uczepiony jednej z gałęzi. Wyciągnął szyję i skrzeknął krótko gdy zauważył, że już nie śpię.
Nie wiedziałem jak długo spałem. Pamiętając o zaproszeniu na wieczerze zostawiłem w pobliżu hamaka wszystkie moje rzeczy i ruszyłem w dół.
Słońce już niemal zaszło. W wiosce zapłonęły niebieskim blaskiem lampiony, co w połączeniu z budzącą się bioluminescencją nadawało miejscu niesamowity klimat.
Po raz pierwszy od wielu dni poczułem się bezpiecznie.
Minąłem stojaki na broń i zwróciłem kroki w stronę ogniska na środku wioski. W miarę jak się zbliżałem sylwetki na tle płomieni stawały się coraz wyraźniejsze, tak samo jak głosy.
- Tan Jala, to prawda, że został wygnany? - zapytał głos który musiał należeć do najwyżej kilkunastoletniego Tipani.
Zatrzymałem się w połowie kroku i nasłuchiwałem. Domyśliłem się o kim mowa.
- Nie mógł zostać. - odpowiedział Tan Jala - Wieżę, że Eywa wybrała dla niego tę drogę. To dla tego jest dziś z nami.
- Jest Człowiekiem Nieba? - zapytał inny głos.
- Już nie. Wielka Matka wyleczyła go z obłędu. - odpowiedział spokojnie Tan Jala.
- Ma największego ikrana jakiego widziałam! - oznajmiła nagle jedna z dziewczynek podekscytowana.
Wkroczyłem w końcu w krąg ciepłego światła.
- Na imię ma Tsteu. Później sami go poznacie.
Zaległa cisza, przerywana jedynie trzaskami ogniska. Wszystkie twarze zwróciły się ku mnie. Zebrani byli w młodym wieku, najstarszy ze wszystkich musiał być Tan Jala. Nie było ich wielu, zaledwie kilkunastu. Uczyniłem gest powitalny, w odpowiedzi reszta zrobiła to samo. Gospodarz zachęcił gestem abym usiadł obok niego.
Gdy zająłem miejsce Tan Jala podał mi tacę z jedzeniem. Wziąłem swoją porcję i podałem wojowniczce obok. Gdy młodsi Na'vi zorientowali się, że nie taki diabeł straszny rozległy się wesołe rozmowy na codzienne tematy.
Ryba była wyborna. Dawno nie jadłem mięsa z paleniska, więc nie zorientowałem się kiedy moja porcja zniknęła. Pogrążyłem się w rozmowie z gospodarzem. Tan Jala wyraził głęboki smutek na wieść o odejściu Takeshi'ego, oraz podziw gdy usłyszał jak ofiarę poniósł aby uratować mnie i Jane. Podzieliliśmy się również historiami z bitwy z żołnierzami Riker'a.
- Wielu Ludzi Nieba zabiłeś? - zapytał mnie jeden z nieco starszych wojowników włączając się do rozmowy.
Zamarłem. Proste pytanie całkowicie zwaliło mnie z nóg. Kilkunastu? Kilkudziesięciu? Odbieranie życia, nawet w słusznej sprawie było zawsze ostatecznością. Bolało tym bardziej, że parę miesięcy wcześniej nazwałbym ich wszystkich towarzyszami.
Tan Jala natychmiast wyczuł moje zakłopotanie.
- Mekenei! - skarcił młodego wojownika- Ludzie Nieba zrobili straszne rzeczy. Wkroczyli na naszą ziemię. Zabili wielu Tipani ale wojna i zabijanie to nie jest droga Na'vi. Nie jesteśmy jak Ludzie Nieba!
Mekenei natychmiast opuścił wzrok zawstydzony. Tan Jala podjął znowu, tym razem głośniej, do wszystkich:
- Nasza ścieżka to ścieżka pokoju i harmonii ze wszystkim co żyje. W dniu w którym zaczniecie zabijać dla przyjemności staniecie się gorsi od Tawtute. Pamiętajcie.
Zebrani zgodnie przyznali, że sama Eywa przemówiła poprzez ich nauczyciela dziękując mu za słowa mądrości.
Gdy na niebie pojawiły się gwiazdy, a najmłodsi poszli już na spoczynek, Mekenei wyjął zza pleców niewielki bęben z wydrążonego pnia i zaczął wybijać prosty rytm. Chwilę później dwie wojowniczki zaczęły śpiewać prostą aczkolwiek piękną pieśń o Na'vi powracającym po długiej podróży do domu.
Chwilę wpatrywałem się w tańczące płomienie wsłuchując się w pieśń, po czym odezwałem się do Tan Jali który również odpoczywał po posiłku:
- Dziękuję.
- Wieżę Alexpinbaker, że nie było ci łatwo posyłać strzały. - odpowiedział.
- Nigdy nie jest.
Ponownie spojrzałem w płomienie posyłając tym razem myśli ku Jane. Poczułem się jeszcze bardziej samotny.
- To miejsce widzi pewnie pierwszy raz kogoś takiego jak ja? - zapytałem.
- Nie. Dawno temu odwiedziło nas dwóch Chodzących we śnie.
Zaciekawił mnie niezmiernie tym co powiedział.
- Takeshi też tu był?
- Tak.
- Wraz z René Harperem? Grace Augustine? - strzelałem.
- Nie.
- Więc z kim?
- Z tym którego zwali Riker.
To było jak uderzenie w twarz. Myśli zaczęły przebiegać po głowie gorączkowo. Riker i Takeshi? Czy to było w ogóle możliwe? Wstałem.
- Tan Jalo musisz mi wszystko opowiedzieć.
Na Pandorze zapadła noc. Staliśmy wraz z Tan Jalą na moście którym weszliśmy do wioski. Przed nami rozpościerał się wspaniały widok na dwa wodospady. Nocą wszystko wyglądało inaczej. Nawet spadająca kaskadami woda przez pływające w niej anemonoidy mieniła się jasnym fioletem i błękitem.
Tan Jala na moją prośbę podjął opowieść:
- Przyprowadziła ich do nas Lai'pei. Na długo za nim ty do nas przybyłeś. Byli dziwnie ubrani. Mówili w naszym języku ale bez najmniejszego sensu. Mówiła, że chcą się od nas uczyć. Już wtedy widziałem, że jej serce płonęło jaśniej kiedy Takeshi był z nią. Zgodziliśmy się wpuścić ich do Swotulu pod warunkiem, że Lai'pei będzie na nich uważać. Mieli wiele pytań. Zawsze odpowiadaliśmy. Chcieliśmy poznać źródło ich obłędu.
- Szukali czegoś? Muszę wiedzieć. O co pytali?
- Nieustannie chcieli słuchać o Pierwszej Pieśni i Drzewie Życia.
- Co to takiego?
Tan Jala spojrzał na mnie ze zdumieniem.
- Każdy Na'vi zna tę historię. W odległym miejscu nad Wielkim Morzem młoda Na'vi po raz pierwszy usłyszała głos Wielkiej Matki. Odnalazła Drzewo Życia które zrodziło wszystkie Drzewa Dusz. Gdy Eywa przemówiła do Na'vi, ta wyśpiewała pierwszą pieśń, tak piękną i czystą, że Wielka Matka wyjawiła jej sekret Drzewa Życia. Stała się pierwszą Tsahik. Ten moment oznaczył całą więź jaką dzielimy z Eywą.
- Co wyjawiła jej Eywa?
- To już wiedziała tylko Pierwsza Tsahik. Nie wyjawiła nikomu gdzie jest Drzewo Życia bo Matka jej zabroniła. Eywa poprzez Tsahik wskazała nam Drzewa Dusz. Od tej pory mogliśmy poznawać wolę Wielkiej Matki.
- To samo powiedziałeś Takeshi'emu i Rikerowi?
- Znali już tę historię. Nie przekazałem im nic czego by już nie wiedzieli.
- Co było dalej? - zapytałem.
- Z czasem Lai'pei zaczęła pokazywać Takeshi'emu naszą drogę. Budziło to sprzeciwy ale Tsahik wyraziła zgodę aby poddać go próbie. Z czasem Takeshi zaprzestał pytań poświęcając się w całości życiu w pokoju. Zaczął widzieć. Został Tipani. Bardzo rozpaczał gdy Lai'pei zginęła.
- A Riker?
- On nigdy się nie zmienił. Napawało to nas smutkiem. Nie chciał widzieć. Zadawał pytania na które nikt nie mógł mu odpowiedzieć. Chciał znaleźć drogę do Drzewa Życia, co wzbudziło nasz gniew. To miejsce należało zostawić w spokoju. Jedyną rzecz z tamtych czasów - nasz Święty Znak, miała nasza Tsahik Sänume, chciał go zobaczyć. Odmówiono mu. Pełen złości opuścił wioskę. Nigdy nie wpuszczono go już do naszego Drzewa Domowego, ani do Swotulu.
- Czy tego szukał?
Wyjąłem z torby którą przyniosłem małą gałązkę. W mroku jaśniała bielą tak mocno, że Tan Jala zmrużył oczy.
- Święty znak Tipani. - szepnął tan Jala jakby nie do końca wierzył w to co widzi. - Pierwsi Tipani przynieśli go ze wschodu. Powiadają, że zesłała go Wielka Matka. Widziałem go tylko kilka razy w nasze największe ceremonie.
- Tsahik wysłała mnie z tym do Wielkiego Morza. Do miejsca skąd przybył.
Tan Jala spojrzał mi uważnie w oczy.
- Musisz być większym wojownikiem jeśli Tsahik obdarzyła cię Znakiem. To nie przypadek, że się spotkaliśmy Alexpinbaker. Jako twój brat pomogę ci. W Swotulu mieszka ktoś kto będzie mógł powiedzieć ci więcej niż ja. Nazywa się Lungoray. To najstarszy z Tipani. Jest bardzo mądry.
- Gdzie go znajdę? - zapytałem.
- Mieszka samotnie w górze rzeki wśród Drzew Głosów. Jutro tam polecimy.
Wyruszyliśmy na ikranach wczesnym rankiem. Lecieliśmy wzdłuż rzeki, mając pod nami całą dolinę. Wkrótce widoczność ograniczyła znacznie wzbierająca mgła.
Cały czas rozmyślałem o wczorajszej opowieści Tan Jali. Brzmiała jak bajka ale zbyt wiele widziałem i doświadczyłem aby w najmniejszym stopniu ją zignorować. Pewne elementy zaczęły układać się w spójną całość. Czułem, że muszę znaleźć tego Lungoraya zanim wyruszę dalej na wschód. Tan Jala obiecał pokazać gdzie mieszka stary szaman, zaznaczył jednak, że wtedy nasze drogi się rozejdą, gdyż będzie musiał wracać do wioski opiekować się resztą.
- Nic nie widać! Zniżmy lot! - krzyknął Tan Jala również zaniepokojony gęstością mgły.
Poszedłem za jego radą starając się ponownie odnaleźć wzrokiem srebrzystą wstęgę Swotulu.
Wnet rozległ się ogromny huk. Tak jakby w jednej chwili uderzyło tysiąc piorunów burzy magnetycznej. To nie mogła być jednak burza. Burza nie powoduje głośnego szumu który rozległ się chwile potem. Przybierał na sile, zbliżał się.
Umysł podał odpowiedź zbyt późno. Poprzez mgłę nie widziałem swojego towarzysza. Zdążyłem tylko krzyknąć ze wszystkich sił aby umknął w dół.
Skierowałem Tsteu w dół chcąc zrobić unik. Prędkość z jaką leciał prom była jednak zbyt duża. Cudem nie rozpłaszczyliśmy się na kadłubie Walkirii, wpadliśmy jednak w ciąg silników fuzyjnych co kompletnie odebrało powietrze z pod skrzydeł Tsteu.
Zaczęliśmy spadać, obracając się w powietrzu. Kątem oka widziałem jak prom znika we mgle niczym ponure widmo i oddala się z ogromną prędkością w kierunku Piekielnych Wrót.
Trzymałem się mocno ale w końcu przegrałem. Wyrzuciło mnie w powietrze.
Słyszałem gdzieś z góry jak krzyk Tsteu miesza się z nawoływaniem Tan Jali.
Spadałem we mgle.
