– Hyuugaaa!

Jowialne powitanie Jirayi sprawiło, że każdy z goszczących w knajpie odwrócił się w stronę drzwi, aby kiwnąć głową nowo przybyłemu mężczyźnie. Tamten odpowiedział obojętnym skinieniem z dotknięciem dwoma palcami ronda kapelusza i usiadł przy barze.

– Dawno przyjechałeś? – zagaił Jiraya, podając mu piwo z cieknącą po ściankach pianką.

– Kilka godzin temu – odparł tamten spokojnie, podwijając rękawy koszuli. – Już prawie zapomniałem jak to jest mieszkać tutaj…

– Tęskniłeś?

– Nie wiem – wzruszył ramionami. – Życie tam… przywykłem.

Po chwili na krześle obok usiadł mężczyzna o półdługich, spiętych w wysokiego kucyka włosach. Przyglądali się sobie krótką chwilę.

– Neji – kiwnął głową.

– Shikamaru. Też wróciłeś z wielkiego świata.

– Tydzień temu. Ino też ma przyjechać niedługo.

– Uch. Po co?

– Rodzice jej zagrozili, że nie dostanie od nich ani grosza, jeśli nie wróci na wakacje. – Shikamaru wyraźnie to bawiło. – Jak chcesz, to jeszcze nie jest za późno, żeby wysłać jej pieniądze.

– Zabawne, Shikamaru.

– Masz gościa na ranczo, Neji – Jiraya nagle wciął się w dyskusję,nie mogąc już ani chwili dłużej trzymać tych rewelacji tylko dla siebie.

– Aaa, chłopcy coś wspominali – przyznał. – Po to przyszedłem.

Knajpa Jirayi była swoistym węzłem, w którym gromadziły się wszystkie informacje i wiadomości. Każdy kto tylko dowiedział się czegoś ciekawego i pragnął się tym podzielić z innymi lub też chciał zasięgnąć języka na nurtujący go temat, przychodził właśnie tam. Wystarczyło opowiedzieć Jirayi w czym rzecz bądź rzucić odpowiednie hasło. Przez niego wieści rozchodziły się z prędkością światła. Jeśli miałeś jakiś problem – Jiraya z pewnością wiedział kto go rozwiąże. Co więcej – nie musiałeś nawet kontaktować się z tym kimś osobiście. Zazwyczaj tego samego lub następnego dnia ktoś mogący ci pomóc zgłaszał się do ciebie sam. Naprawienie pompy przy studni, wymiana opony, deratyzacja, umycie okien, potrafił nawet znaleźć nianię dla dziecka! – wystarczyło przyjść i powiedzieć Jirayi, że potrzebuje się pomocy. Co więcej – w jego knajpie można było spotkać każdego. Wystarczyło przyjść i poczekać. Każdy miejscowy, który skądś wracał, najpierw pojawiał się właśnie tam. Nie żeby jego powrót nie został zauważony wcześniej. Jednak pojawienie się u Jirayi było oficjalnym zaanonsowaniem swojej obecności. Konoha rządziła się swoimi prawami.

– To kobieta – zaczął siwowłosy z powagą. – Przyjechała z północy. Sama. Na koniu. Wyobrażasz sobie? Kobieta sama przyjechała na koniu – zarechotał. – Kiba pojechał zaglądnąć do konia. I dzięki bogu, bo w innym wypadku zanim byśmy się zorientowali, że nie żyje, minęłyby tygodnie.

– Nie żyje!? – Neji poderwał się z krzesła, prawie przewracając przy tym piwo.

– Żyje, żyje – uspokoił go Jiraya z lekceważeniem. – Dostała udaru z gorąca. Kiba zastał ją półprzytomną. – Zrobił przerwę, żeby dolać Hyuudze i Shikamaru piwa. – Spędziła tydzień u Sakury w szpitalu, potem wyszła i… mieszka na twoim ranczo.

– Hmm – Neji mruknął z niezadowoleniem. – Opuszczasz się, Jiraya. Sądziłem, że powiesz mi o niej coś więcej. Tyle mogłem się dowiedzieć od kogokolwiek – prychnął.

– W tym problem, Hyuuga. Nikt o niej nic więcej nie wie. Nie zdradziła niczego poza imieniem. Nic nie mówi, a nikt przecież wprost nie zapyta.

– Ja zapytam – stwierdził, dopijając piwo i podnosząc się z krzesła. – Mieszka na moim ranczo, chyba mam prawo coś o niej wiedzieć.

Neji rzucił na blat banknot dziesięciodolarowy, skinął na pożegnanie i ruszył w stronę wyjścia.

– Nie zapomnij wrócić – krzyknął za nim Jiraya i z zadowoleniem wrócił do polerowania blatu i ubijania wrednych much, upierających się przy swoim prawie do równego współegzystowania z ludźmi.

.

.

Stadnina Hyuugów mieściła w sumie pięćdziesiąt boksów i każdy z nich miał swego mieszkańca. W środku unosił się koński zapaszek, który kowboje nazywali eau de ranch – zapach rancza. Końskie rżenie słychać było z daleka, a latające muchy dawały się we znaki od momentu przekroczenia progu stajni.

– Którego konia ci osiodłać, Neji?

– Sam to zrobię.

Długowłosy dokładnie pamiętał w którym boksie mieszka jego ukochany rumak. Wiedziony przyzwyczajeniem złapał po drodze swoje siodło i podszedł do boksu.

– Ryuu – wypowiedział miękko imię konia, wchodząc do środka.

Powitało go radosne rżenie. Koń od razu rozpoznał dawno niewidzianego właściciela. Koński ogon machnął raz w lewo, raz w prawo, stąpnął dwa razy z przednich kopyt na tylnie i nadstawił swój koński łeb do pogłaskania.

Ryuu był karym mustangiem. Oficjalnie mustangów nie wolno było hodować. Były dzikimi pełnymi majestatu końmi. Jednak Ryuu przypałętał się jako źrebię. Neji znalazł go samotnego, na środku bezkresnej prerii, a w zasięgu wzroku nie było jego stada. Nie mógł go przecież zostawić na pastwę losu, żeby padł z wyczerpania albo został ofiarą kojotów. Przygarnął zwierzę, które odwdzięczyło mu się przepełnioną zaufaniem i szacunkiem przyjaźnią. Neji nie pozwalał przesadnie przycinać jego grzywy – tylko tyle, żeby nie przeszkadzała zanadto. To nadawało koniowi majestatycznej dzikości. Poza tym gdy galopowali przez rdzawy bezkres prerii, włosy Nejiego powiewały na wietrze razem z końską grzywą. Nie raz i nie dwa swoim widokiem spowodowali wybuch plotek. Raz – o jakimś Indianinie z rezerwatu kręcącym się po okolicy. Drugi raz – o ekipie filmowej robiącej nieopodal miasteczka western z walecznym Indianinem w tle. Neji jednak rzadko zwracał uwagę na takie szczegóły jak bycie na językach ludzi i nie poddawał się presji, nie pozwalając przy tym skrócić ani grzywy konia ani… swojej własnej.

Gdy wyprowadził wyczyszczonego i osiodłanego Ryuu ze stajni, wsadził but w strzemię, przerzucił nogę nad końskim grzbietem i umościł się wygodnie w siodle, poczuł się panem świata. Przed jego oczyma rozpościerały się ziemie. Jego ziemie. Wzrokiem był w stanie ogarnąć kilka, może kilkanaście mil zupełnie płaskiego terenu. Rdzawo-buro-zielona preria przyzywała go, przywoływał wspomnienia, nęciła opowieściami o swoich dawnych mieszkańcach, podmuchy wiatru zdawały się pchać tam, gdzie czekały na niego duchy przeszłości.

Wiatr unosił tumany kurzu w powietrzu. W oddali pasły się krowy. Horyzont przecinały szyby naftowe i wiatraki pompujące wodę ze studni i pojące jego stada. Dziecinny dreszcz emocji przeszył jego lędźwie, gdy koń zastukał kopytami ze zniecierpliwieniem.

– Dalej Ryuu, wio! – krzyknął, dając koniowi sygnał do galopu, równocześnie nakierowując go na chatę, w której zamieszkała nieznajoma.

.

.

Wiatr we włosach, koń galopujący przez bezkresną prerię, szum wiatru uderzający do głowy i kurz zgrzytający między zębami. Północne Stany, w których przebywał na co dzień, nie oferowały takich doznań. Dreszcz w lędźwiach, którzy poczuł w stajni, trwał nieprzerwanie przez całą jazdę. Końskie kopyta uderzały o ziemię z charakterystycznym stukotem, który wraz z wieczornym wyciem kojotów i muczeniem krów, mógłby z powodzeniem zastąpić każdy, nawet najlepszy przebój country.

Z każdą kolejną przejechaną milą, drewniana chata zwana Budą robiła się coraz większa, aż w końcu był w stanie dostrzec siedzącą na werandzie kobietę. W rękach miała coś, co odbijając światło dawało niespotykany błysk. Gwoli ścisłości – na prerii nic nie miało prawa błyszczeć. Każda świeżo położona, przywieziona prosto z huty blacha, każdy gwóźdź, śruba, każdy metalowy wyrób najdalej po tygodniu spędzonym na prerii, zamieniał się w prerię: śniedział, rdzewiał i absolutnie przestawał odbijać światło słoneczne, przybierając dominujący w pejzażu kolor: rdzawo-bury. Jeśli więc coś dawało błysk, musiało niepokoić. Światło odbijały oślinione zęby dzikiego, wściekłego zwierzęcia, które tylko czekało, żeby zaatakować. Naostrzone i błyszczące ostrze noża mogącego posłużyć do wbicia go komuś w plecy. I w końcu – lufa dobrze wypielęgnowanej strzelby doskonale sprawdzająca się jako argument za opuszczeniem cudzej posesji.

Na Dzikim Zachodzie nie zadawano pytań. Jeśli zabiłeś intruza na własnej posesji, szeryf przyjeżdżał, pakował go w czarny worek i zabierał do kostnicy, nie zadając pytań.

Na Dzikim Zachodzie nie dzwoni się pod 911.

– Stój, bo strzelam! – dotarło do jego uszu, gdy był może dwadzieścia metrów od werandy, na której siedziała młoda kobieta o upiętych w dwa koczki, brązowych włosach i pewnym siebie, hardym spojrzeniu. Między jej zębami tkwiła wykałaczka, a ona sama trzymała broń wyjątkowo profesjonalnie, najwyraźniej dobrze wiedząc jak się z nią obchodzić.

– Ostrożnie z tym – odparł, zeskakując z konia, jednak dyskretnie sięgając za siebie, do zapiętej na pasku kabury z dziesięciocalowym pistoletem Baby Eagle na naboje 9x19mm. – Nie celuje się do kogoś, jeśli nie zamierza się strzelać.

– Skąd wiesz, że nie zamierzam? – kobieta odparowała raźno i jakby na potwierdzenie swoich słów poprawiła celowanie.

– Bo więzienia na dzikim zachodzie są zimne, brudne i dostaje się w nich suchy chleb i wodę, ma'am – odparł, postępując krok do przodu. – A właśnie tak kończą ci, którzy decydują się na zastrzelenie gospodarza na jego własnym ranczo.

– Och? – Atmosfera rozluźniła się, gdy przestała trzymać go na muszce, a lufa strzelby odwróciła się na bok tak, że nawet gdyby przypadkowo wystrzeliła, nie miała komu zrobić krzywdy.

– Och – przytaknął, prowadząc swojego konia za wodzę w stronę chaty. Kobieta zabezpieczyła strzelbę i odłożyła ją na bok, a on uwiązał konia tuż przy korycie pełnym wody, przy którym akurat poił się inny koń, zapewne należący do przybyszki. – Rabusie nie przychodzą od frontu i nie są aż tak bezczelni, żeby napadać samotne damy w biały dzień – zapewnił ją. – Tutaj szanuje się kobiety,…

– TenTen – odparła, podnosząc się z drewnianego krzesła, na którym siedziała i przesadzając na raz wszystkie trzy stopnie werandy. – A ty musisz być Neji Hyuuga.

– Znasz imię swojego gospodarza – odparł z mocno przerysowanym ukontentowaniem. – Wejdziemy do środka? Zaraz powyłamuję sobie zęby na tym kurzu.

Kowboje zwykle nie mówili dużo. Ich dyskusje sprowadzały się do mruknięć i krótkich, urywanych zdań, witali się i żegnali poprzez kiwnięcia głową i wypowiedzenie swych imion, nie mówili więcej niż to absolutnie konieczne, a gdy już musieli porozmawiać na zewnątrz, ustawiali się zawsze tyłem do wiatru. Winny był kurz – wieczny towarzysz człowieka prerii. Kurz, który przedostałby się nawet pod skafander kosmiczny. Kurz, którego nie dało się w żaden sposób uniknąć czy pozbyć. Kurz trzeba było zaakceptować jako jedną z sił natury, z którą również należało współżyć tak pokojowo, jak tylko można.

– To twój dom – odparła i po chwili stali już w chłodnym, surowym, skąpanym w półmroku wnętrzu.

Wszedł do środka, rozglądając się uważnie. Buda była taka, jaką ją zapamiętał, choć od czasów dziecinnych harców, które zwykł tu urządzać, minęło już wiele lat.

Kobieta zdjęła z materaca swoje rzeczy. Dostrzegł wśród tej sterty ubrania, bieliznę, coś co wyglądało jak portmonetka i… koc chłodzący?

– Siadaj. Herbaty? Piwa?

– Masz tu lodówkę? – spytał, rozważając przedstawione mu opcje.

– Kiba stwierdził, że jego stara lodówka kurzy się w szopie – odparła, w mig rozumiejąc o co chodzi. Po chwili do uszu Nejiego dotarł dźwięk odskakującego kapsla i syk uciekającego przez wylot butelki gazu. – Przyszedłeś złożyć towarzyską wizytę?

– A jak sądzisz? – Upił łyk piwa i przyłożył lodowatą butelkę do policzka. Przyjemnie było poczuć coś tak chłodnego na skórze po jeździe w upale. – Nikt nic o tobie nie wie, nawet szeryf, o Jirayi nie wspominając.

– Uhm – odparła, opierając się o ścianę i upijając łyk piwa ze swojej butelki. – Przyszedłeś wypytywać – stwierdziła z nutą niezadowolenia.

Zmierzył ją spojrzeniem od góry do dołu. Nie była drobna, ale nie była też szczególnie dobrze zbudowana. Nosiła za dużą, bordową koszulę flanelową i proste, męskie jeansy, do tego najprostszy skórzany pasek, który jako jedyny zdradzał szczupłość jej sylwetki. Dopiero po chwili męski wzrok odkrywał krągłości – ładne, choć pomniejszone przez za dużą koszulę piersi, z tego co przyuważył wcześniej, krągłą pupę, którą prawdopodobnie zupełnie nieświadomie zmysłowo poruszała podczas chodzenia. Nie mógł się nie uśmiechnąć na myśl, że Jiraya nie mógł jej widzieć na własne oczy, bo z pewnością już wcześniej podzieliłby się z Nejim tymi rewelacjami.

– Nie daję schronienia przestępcom – zastrzegł, lustrując ją uważnym spojrzeniem, nie dostrzegł jednak niczego podejrzanego. Niczego prócz tego, że wyraz jej twarzy nie zmienił się ani trochę. Wciąż wpatrywała się w niego swoimi orzechowymi oczami, które zdawały się ostrzegać go, że nie pozwolą łatwo rozpracować swej właścicielki.

– Nie martw się.

– Tylko tyle masz mi do powiedzenia?

– Niby co więcej chciałbyś wiedzieć, hm?

– Przybywasz niewiadomo skąd, robisz zamieszanie, osiedlasz się w Budzie na moim ranczo, a potem próbujesz mnie sprzątnąć i jeszcze masz czelność pytać co chciałbym wiedzieć?

Odpowiedziała mu ciężkim westchnieniem, odbiła od ściany i ciężko opadła na materacu tuż obok niego. Nie uszedł jego uwadze fakt, że siedziała po męsku, z szeroko rozstawionymi nogami, opierając łokcie na kolanach i popijając piwo. Uśmiechnął się pod nosem. Jako antropolog dostrzegał wszelkie niuanse w jej wyglądzie i zachowaniu, które niestety nic mu nie mówiły. Nie wskazywały na przynależność do konkretnej kultury, ugrupowania czy kasty społecznej. Jedyne co mógł o niej powiedzieć to, że z pewnością wychowywała się wśród mężczyzn lub spędzała z nimi większość czasu. Naturalna jednak była dla niej zmysłowość. Zagadką dla niego było jednak czy stara się maskować ją celowo czy zupełnie nieświadomie.

– Ile muszę ci o sobie powiedzieć, żebyś mnie stąd nie wyrzucił?

Zmarszczył brwi i odwrócił się do niej przodem tak, że jego kolano dotykało jej kolan. Popatrzył jej prosto w oczy. Dostrzegał w nich coś, czego wcześniej tam nie było – strach.

– Nie udawaj zbitego psa – skarcił ją ostro, krzyżując przedramiona na piersi. Nie wierzył w nagłe przebicie się uczuć przez tę warstwę nieprzeniknionej obojętności, którą raczyła go, odkąd przestąpił próg chaty. – Tyle, żebym miał pewność, że nie ściągniesz mi FBI na kark.

– Nie ściągnę ci FBI na kark. Jak mam cię w tym upewnić?

– Podając mi swoje nazwisko?

– Nie mam nazwiska.

– Jak możesz nie mieć nazwiska?

– To wolny kraj.

Obrzucił ją zdenerwowanym spojrzeniem. Nie dawała za wygraną. Co tak bardzo chciała przed nim ukryć, że była gotowa zaryzykować wyrzucenie z tej Budy, na której odniósł wrażenie, że z jakiegoś powodu jej zależy.

– Mam dość tych gierek. Możesz sobie być kobietą, a ja wciąż będę właścicielem ziemi, na której przebywasz. Jeśli nie zamierzasz mi powiedzieć kim jesteś i co tu do cholery robisz, to możesz się stąd od razu zabierać, bo nie zamierzam udzielać schronienia typom spod ciemnej gwiazdy!

Był pewien, że zmełła przekleństwo w ustach. Co ukrywała, że tak bardzo nie chciała mu powiedzieć kim jest?

– Słuchaj… – zaczęła niepewnie. – Nie mogę powiedzieć ci o sobie tyle ile byś chciał. Mogę jedynie dać moje słowo, że nie sprowadzę ci na głowę policji. Ani FBI. Potrzebuję tego… domu. Pomyśl. Nic nie tracisz. Mówiono mi, że od lat nikt tu nie mieszkał, że mieliście to rozbierać, żeby nie zawaliło się kiedyś komuś na głowę. Potrafię pracować. Odnowię ten dom tak, że kiedy już się stąd wyniosę, będziesz mógł tutaj zapraszać panienki na kolacje i długie noce pod gwiazdami. Nie masz nic do stracenia, a… – zawahała się. – Ja nie mam dokąd pójść. Nie zabawię tu długo, za jakiś czas… Moja sytuacja powinna się… unormować. Wrócę tam skąd przyszłam albo pójdę dalej, tak czy inaczej więcej o mnie nie usłyszysz. Zgoda?

Odniósł wrażenie, że mówi szczerze. Wciąż jednak nie był pewien, czy może jej ufać. Była w miasteczku trochę ponad tydzień i jeszcze nikogo nie zabiła, to był argument za. Z drugiej strony – co takiego ukrywała i dlaczego?

Neji wahał się nie bez racji. Od dziecka uczono go, że nie powinien zawierać szemranych interesów z szemranymi nieznajomymi. W niej jednak było coś, co sprawiało, że chciał zaufać i uwierzyć. Nie leżało w naturze faceta z Arizony wyrzucanie z domu samotnych kobiet. Nie prosiła o wiele. Tylko o udzielenie jej schronienia w tej cholernej chacie, w której nawet nie było kanalizacji, łazienki z prysznicem, a za toaletę robił wychodek bez tylnej ściany, z którego można było oglądać prerię. Oczywiście w całej jej okazałości. I usunięcie tej ściany nie było dziwnym fetyszem któregoś z kowbojów, a zwykłą praktyką zapobiegającą powstaniu gniazda dzikich pszczół. Wychodki miały tę paskudną właściwość, że z tymi swoimi otworkami w kształcie serduszek, wyglądały zupełnie jak ule.

– Nie mam pieniędzy – dodała po chwili, widząc, że rozważa jej prośbę. – Nie mogę więc płacić za wynajem. Jeśli chcesz, mogę pracować na twoim ranczo. Potrafię… Potrafię jeździć konno, nie boję się zwierząt, mogę coś reperować bądź zajmować się… czymkolwiek. Naprawdę.

Nagle wypuścił powietrze przez usta i obrzucił ją zadowolonym spojrzeniem.

– Nie trzeba. Ale myślę, że powinnaś znaleźć sobie jakąś pracę w mieście, bo to, że tu mieszkasz nie oznacza, że będę cię utrzymywał.

Dostrzegł ten błysk radości w jej oczach. Tuż po przerażeniu, które przebijało przez nie, gdy celowała w niego lufą swojej strzelby, to było drugie tego dnia szczere uczucie, któremu pozwoliła przedostać się na światło dzienne.

Neji z niezadowoleniem stwierdził jedynie, że niestety, ale nie udało mu się zdobyć użytecznych publicznie informacji na temat tej kobiety. Jiraya urwie mu głowę, podobnie jak reszta mieszkańców. No cóż… Niech sami próbują szczęścia. Jeśli zamierzała zostać w okolicy na dłużej, prędzej czy później będzie musiała zdradzić co nieco na swój temat. Nie wytrzyma naporu ciekawskich spojrzeń.

W końcu jakoś dowie się kim jest i po co przybyła oraz dlaczego to ukrywa. Dziki Zachód obserwował i wyciągał wnioski, nigdy się przy tym nie myląc.