Zamiast wstępu: Chciałabym podziękować wszystkim tym, którzy po przeczytaniu rozdziału pierwszego sięgnęli po rozdział drugi. Jak już pewnie zauważyliście nie grzeszą one długością... ", Jeśli komuś to przeszkadza to obiecuję, że w ramach rekompensaty postaram się dodawać kolejne fragmenciki przynajmniej raz w tygodniu.


John musiał się bardzo starać żeby nadążyć za Sherlockiem. Jego przyjaciel miał nie tylko dłuższe nogi, ale i dużo silniej działała na niego zapowiedź nowego wyzwania. Ich szybkie kroki niosły się echem po opuszczonej galerii Tate Britain, gdy niemal biegnąc mijali zgromadzone tam obrazy i rzeźby, nie zaszczyciwszy ich nawet jednym spojrzeniem. Nieliczni policjanci, którzy przyjechali razem z Lestradem, aby zabezpieczyć miejsce zbrodni, nawet nie próbowali ich zatrzymywać; większość z nich, była zapewne święcie przekonana, że mają do czynienia z duchem, a przynajmniej to sugerowały ich śmiertelnie blade twarze i rozdziawione szeroko usta.

Kolekcja obrazów Richarda Fairbrooka z pewnością nie była uważana przez władze muzeum, za najbardziej reprezentatywną część ekspozycji. Salka była tak mała, że aż klaustrofobiczna, co było zaskakujące, zważywszy na fakt, iż wszystkie zgromadzone tam obrazy niemal promieniowały kwintesencją klasycznego piękna i dobrego smaku. Watson nie wiedział nawet na czym ma oko zawiesić; czy na nieśmiałych średniowiecznych damach głaszczących jednorożce, czy na antycznych mędrcach głoszących swe lekcje, czy na walkiriach zagrzewających rycerzy do boju czy też na tajemniczych tancerzach wirujących wokół siebie na balu maskowym.

Lestrade, Donovan i Anderson już czekali na nich z obstawą, przy czym dwoje ostatnich nawet nie próbowało ukrywać, co myślą o obecności Sherlocka. Lestrade natomiast uśmiechnął się lekko na widok swojego konsultanta i skinął głową na powitanie i jemu i doktorowi.

- Zupełnie nie rozumiem, dlaczego to on ma się zająć tymi obrazami – syknął jadowicie Anderson. Uwaga skierowana była do Donovan, ale wygłosił ją na tyle głośno, by usłyszeli ją wszyscy.

- A ja zupełnie nie rozumiem, dlaczego to ty miałbyś się tym zająć, skoro mój narzeczony jest najsłynniejszym na świecie detektywem – odparła obrzydliwie słodkim głosem młoda kobieta, do tej pory schowana za jednym z filarów. Wyglądała tak, jakby sama wyszła z jednego z obrazów: ubrana była w czarną wiktoriańską suknię z białymi koronkami i kołnierzykiem, a długie niemal białe włosy miała spięte w lekki kok. Jej skóra była wręcz chorobliwie blada i jedynymi kolorowymi akcentami w jej postaci były wielkie błękitne oczy oraz pomalowane krwistoczerwoną szminką usta. – Tak dawno się nie widzieliśmy, Sherlock… - wyszeptała z rozczuleniem, podchodząc powoli do młodszego z braci Holmes.

Na wzmiankę o tym, iż młoda arystokratka rodem sprzed kilku epok, jest narzeczoną Sherlocka w sali zapadła prawie grobowa cisza. Każdy, kto znał choć trochę bruneta, był teraz w wystarczającym szoku, by podnosić szczękę z ziemi (wliczając w to Watsona).

- Nie tak szybko, lalko Fairbrook – zawołał detektyw w stronę dziewczyny, wykorzystując jednocześnie zdezorientowanego Johna jako tarczę. Blondynka posłusznie wykonała kilka kroków do tyłu. – Mam do ciebie kilka pytań, między innymi dlaczego używasz moich inicjałów, ale najpierw pokaż, o które obrazy chodzi.

- O wszystkie – odparła „lalka" obejmując gestem całą salę. – I, niestety, nie ma żadnych nagrań z kamer bezpieczeństwa, bo tamtego dnia doszło do zwarcia i aż do dnia następnego nikt nie włączył z powrotem znajdujących się w tej sali zabezpieczeń.

- Cóż za ciekawy zbieg okoliczności – zaśmiał się Sherlock w stronę pani kustosz, która stała za Lestradem i próbowała jak najmniej zwracać na siebie uwagę. – Czy ktoś sprawdził te obrazy?

- Kustosz Julia Gordon twierdzi, że… - zaczął Anderson.

- Anderson, wynoś się stąd, do cholery! – wrzasnął Holmes. – Przez twoją głupotę nie da się myśleć!

Gdy w końcu Lestrade'owi udało się zmusić policyjnego detektywa do opuszczenia sali, Sherlock utkwił swoje spojrzenie w pani Gordon. Na pierwszy rzut oka wydawała się być dystyngowaną i pewną siebie kobietą w średnim wieku, jednak pod naporem spojrzenia bruneta to złudzenie zaczęło się rozpadać. W momencie, gdy jej kolana zaczęły lekko drżeć, otworzyła usta, by przerwać w końcu tą kompromitującą ciszę, nie zdążyła jednak wydobyć z siebie ani słowa.

- Kolekcja Fairbrooka to dość nietypowy element ekspozycji – zauważył pozornie uprzejmie Holmes. – Richard Fairbrook cenił klasyczne piękno i uwielbiał wspierać tych młodych i nieznanych nikomu twórców, którzy podzielali jego upodobania artystyczne. W efekcie jeden z najbogatszych ludzi w Anglii uzbierał mnóstwo tanich obrazów malarzy, którzy nigdy nie byli modni. Obrazów, które nie pasują do Tate Britain, bo są zbyt nowe i jednocześnie nie pasują do Tate Modern, bo nie są nowoczesne. Dlatego właśnie nigdy nie interesowała się pani tą kolekcją i nie ma pani zielonego pojęcia, czy to, co znajduje się tu obecnie jest w rzeczywistości wystawą falsyfikatów, mam rację?

Sherlock zamilkł na chwilę, by dać wszystkim czas na przetrawienie jego słów. Nie pozwolił jednak pani kustosz na wytoczenie kontrargumentów i zaczął mówić dalej:

- A jednak, ktoś tak doświadczony jak pani powinien być w stanie zauważyć kilka szczegółów. Skoro nie interesowała się pani obrazami z kolekcji Fairbrooka to z pewnością nigdy nie zostały one poddane odpowiedniej konserwacji. A ponieważ wiele lat wisiały w starym dworze, narażone były na działanie wilgoci, więc tył ramy, który z pewnością był słabiej zaimpregnowany, powinien być mocno zniszczony. Mógłbyś odwrócić któryś z tych obrazów, John?

- Och, dajcie spokój! – prychnęła Donovan. – Przecież od razu widać, że to wszystko jest intrygą tej żałośnie zakochanej dziewczyny żeby zwabić tu Sherlocka!

John, nie zważając na jej słowa, chwycił za obraz przedstawiające leśne boginki tańczące na polanie, ściągnął go z haczyków i odwrócił tak, aby wszyscy mogli zobaczyć jego spód. Tył obrazu był zupełnie nowy, nie było na nim ani jednej plamki, która sugerowałaby, że chociaż chwilę wisiał gdzieś indziej niż w klimatyzowanym muzeum. Lestrade pokręcił głową i z rozbawieniem poklepał po ramieniu niezadowoloną Sally. Watson spojrzał z podziwem na przyjaciela, który jak zwykle miał rację, na co ten najwyraźniej czekał, bo dopiero wtedy, z lekkim uśmiechem na ustach ponownie zwrócił się do Gordon:

- Czyli na razie wiemy, że cztery dni temu, czyli siedemnastego września, w Tate Britain doszło do awarii prądu. Usterkę usunięto we wszystkich salach poza jedną i właśnie w owej sali doszło do kradzieży, przy czym wszystkie obrazy zostały zastąpione swoimi doskonałymi kopiami…

- Zmusili mnie…! – załkała kustosz, upadając na kolana. Twarz ukryła w dłoniach i zaczęła rozpaczliwie szlochać. – Śledzili mnie, wysyłali mi listy z pogróżkami…

- Więc dlaczego nie zgłosiła się z tym pani na policję? – zapytał uprzejmie John.

- Przecież to oczywiste – westchnął Sherlock i przewrócił oczami. – Nie mogła zgłosić się na policję, bo sama brała udział w kradzieży.

- Wolniej, Holmes, nie tak szybko z tymi oskarżeniami – upomniał go Lestrade. – Pani Julia jest bardzo szanowaną osobą i z pewnością nie ma z tym nic wspólnego…

Przerwał mu histeryczny śmiech pani kustosz. Kobieta zaczęła trząść się spazmatycznie, oczy niemal wyszły jej z orbit, a paznokciami zaczęła rozdrapywać sobie policzki.

- Oczywiście, że brałam w tym udział! – zawyła ciągle się śmiejąc. Drżący palec wymierzyła w pannę Fairbrook. – Na moim miejscu też byście to zrobili! Ta dziewczyna to potwór! Ona i jej cholerna matka! Sama się o to prosiła! Przeszukajcie jej dom, to się sami przekonacie. Trzyma to w piwnicy i karmi krwią niemowląt…

Nagle w sali rozległ się huk, a chwilę potem wszędzie czuć było zapach prochu strzelniczego. John, bez zastanowienia, wyciągnął swój pistolet i rzucił się w stronę Sherlocka, gotów by bronić go przed potencjalnym niebezpieczeństwem. Zorientowanie się kto i do kogo strzelał zajęło im dobrych kilka sekund, najprawdopodobniej dlatego, że początkowo wykluczyli pewną młodą osóbkę z grona podejrzanych.

- Jeszcze jedno słowo, Gordon – zasyczała panna Fairbrook, mierząc z wielkiego srebrnego pistoletu do osłupiałej z przerażenia kustosz. „Laleczka" zdecydowanie nie była już „laleczką"; cała słodycz poszła w niepamięć i jasnym się stało, że była tylko wyuczoną pozą. Z uroczej kobietki przeobraziła się w bezwzględną maszynę do zabijania. Wystarczyło tylko spojrzeć w jej oczy: przymrużone, okrutne, skupione na celu… Na misji w Afganistanie John widział takie spojrzenie u swoich kolegów i nigdy nie przypuszczał, że jeszcze kiedyś je zobaczy. – Kustosz zostaw policji, Holmes. Ty masz się zająć obrazami.

Sherlock zmierzył wzrokiem swoją narzeczoną i położył dłoń na ramieniu Johna, chcąc go w ten sposób zapewnić, że wszystko jest pod kontrolą. Założył białe rękawiczki i zabrał się za rozkładanie obrazu, który jego przyjaciel zostawił na ziemi po tym, jak padł strzał. Z pomocą doktora, po dobrych piętnastu minutach mozolnej pracy, udało mu się oddzielić ramę od stelaża i zajrzeć pod płótno. Lestrade i Fairbrook nachylili się nad nimi, by również przyjrzeć się znalezisku.

- To jest… bardzo wyrafinowana groźba – bąknął Watson odwracając wzrok od listu napisanego czymś, co niepokojąco przypominało krew. – Kim jest ten Helsing?

- Im chodzi o mnie – wyszeptała blondynka. O ile wcześniej była chorobliwie blada, to teraz wydawała się niemal błękitna. Przygryzła nerwowo dolną wargę. – Nie użyłam twoich inicjałów, Holmes. Po śmierci mojej matki musiałam przyjąć jej nazwisko, więc nie jestem Scarlet Fairbrook, tylko Scarlet Helsing.