Część II miniaturki, w planach jeszcze jedna. Miłego czytania.
II
Wiedziała, że musi zacząć mówić, że inaczej słowa zaduszą ją od środka. Zaczną ją spalać, obracać w popiół. Męczyć, aż dobiorą się do najgłębszych zakamarków duszy.
Już kruszała, przyjmując do siebie ten fakt. Ale to cholernie bolało. I miało boleć jeszcze bardziej.
Wyparcie się doznań, myśli, uczuć było najprostsze. Tak jak ucieczka.
Nie liczyła ile czasu trwałą w takim marazmie, w żałobie. Straciła rachubę po kilku dniach. Gdyby nie wizyty Billa mogłaby nawet umrzeć z głodu, ale niewiele ją to obchodziło.
Ona nie czuła. Nie chciała czuć. Świadomość okazała się najgorszą karą jaką kiedykolwiek otrzymała w swoim idealnym życiu.
I to wszystko za niewinność, za miłość, radość, chęć życia, uśmiech.
Przy kolejnej wizycie zauważyła zmianę, subtelną, ale bardzo wyraźną.
Bill był bardzo spięty. Nawet herbata miała inny smak niż zazwyczaj.
I nagle ją olśniło. Jakby dostała zaklęciem w plecy.
Otworzyła szeroko oczy i wzięła haust powietrza, jakby nie oddychała od dłuższego czasu. Poczuła, jak jej płuca się napełniają.
Wszystko stało się wyraźniejsze.
- Hermiona? – Bill zauważył, że zbladła i stała się jakaś dziwniejsza. Spojrzała na niego, zamrugała.
To nie były oczy dotychczasowej kobiety pogrążonej w nicości. One znów były błyszczące, przejrzyste i miały ten dawny wyraz.
Uspokoiła oddech i przymknęła powieki. Prawda dotarła do niej
Gdy podniosła wzrok zauważył najczystszy strach. Wcześniej głęboko ukryty teraz wypłynął. Nie wiedział tylko co go spowodowało.
- Rozwiodłeś się – wyszeptała, a głos jej drżał, słowa były ciężkie do wychwycenia, ale mimo to wyraźne, dosadne.
- Tak. – Odpowiedział cicho, zrozumiał już.
- Zobaczyłeś dokładnie to samo, co ja… - Urwała, jakby każde słowo sprawiało ból. – Dokładnie to samo.
Umilkła i za chwilę jej wzrok był pusty. Iskra zgasła, powróciło zamglenie. I cisza.
A śnieg padał dalej, ogień wesoło trzaskał w kominku, herbata wystygła.
Poprosiła go, żeby nie przychodził.
Nie chciała nikogo widzieć. Miała ochotę zatopić się w samotności, dać się jej pochłonąć. Najlepiej przespać ból.
Nie chciała nic słyszeć. I chociaż cisza wprawiała ją w istne szaleństwo, to wolała ją od monologu Billa.
Nie chciała czuć niczyjej obecności obok. Rozpraszało ją to, zmuszało do myślenia. A myślenie było trudne, myśli czasem niewygodne.
Nie chciała dotykać po raz kolejny gorącego kubka z herbatą, nie chciała smakować brandy na języku. Co prawda ono sprawiało, że myśli się rozmywały, ale język się rozplątywał. I nawet miała ochotę mówić, co wprawiało ją w przerażenie.
Nic nie chciała.
Ale on odmówił. I uparcie pojawiał się z nienaganną punktualnością, co do minuty. I powtarzał schematy, robił jej herbatę z brandy, prowadził monolog. Jak gdyby nigdy nic.
I tylko słyszała, że mówi coraz ciszej, zostaje coraz krócej, prawie się nie uśmiecha – jakby tracił siłę.
Zmęczenie przemawiało przez jego ciało – podkrążone oczy, nienaturalna bladość cery kontrastująca z barwą włosów, siniaki na dłoniach od zaciskana pięści.
Ale tu chyba nie do końca chodziło o zmęczenie.
Któregoś dnia milczał od progu. Wahał się, ale przestąpił próg. Otrzepał rękawiczki, niepewnie zaczął się rozbierać, ale szło mu to opornie, jakby nie chciał.
Hermiona poczuła się nieswojo. Nigdy taki nie był, więc co stało za tym zachowaniem?
Gdy miał zdejmować kurtkę, zatrzymał się.
- Nie mogę tak dłużej Hermiono. – Ujrzała w jego oczach całą gamę uczuć, ale najwidoczniejsza była rozpacz. Zobaczyła odbicie siebie, swoich uczuć z wtedy.
- Nie dam rady tak dłużej.
Hermiona bez słowa podeszła i chciała zdjąć jego kurtkę, ale zaprotestował. Wyrwał się z jej uścisku, otworzył drzwi i wyszedł, a ona stała. Patrzyła jak idzie skulony, jak brnie przez śnieg.
Dotarła do niej wszystko. Odwróciła się i podeszła do lustra. Popatrzyła w nie.
Oczy nie były już tak puste. Zobaczyła cząstkę dawnej siebie. Przebłysk, iskrę nadziei. Czuła, jak jej serce szaleńczo bije.
Wróciło, jej serce znowu zaczęło żyć.
Woda na herbatę zagotowała się, ale nie miał jej kto zrobić. A śnieg dalej padał. I nie miał zamiaru przestać.
