Część druga tłumaczenia, świeżutka, bo ledwo co skończona.
Kiedyś mi powiedziano, że ja nie zawsze tłumaczę, tylko czasem interpretuję - piszę, o co chodzi. W sumie tak jest łatwiej, bo często używam angielskich zwrotów, które przetłumaczone bezpośrednio na polski brzmią dziwnie, ale sumienie mnie nie gryzie, kiedy młócę własną produkcję. Proszę zatem nie porównywać tłumaczenia z oryginałem. ;)
Disclaimer: Postaci w większości pożyczone, nie mam praw autorskich ani do nich, ani do fragmentów dialogów z odcinka „Reichenbach Fall" s2e03 serialu „Sherlock" BBC, które się pojawią w tej części, a których polską wersję albo wzięłam z napisów autorstwa caffrey, albo przetłumaczyłam sama, zależnie od fragmentu. Mam tylko legalne DVD z obydwoma sezonami, z czego jestem bardzo dumna, więc proszę mnie nie oskarżać o piractwo. ;)
Rozdział 2: Nagranie
Wszyscy byli na miejscu. Cóż, wszyscy, którzy w tej sprawie mieli znaczenie. Naczelnik i rzeczniczka prasowa Yardu siedzieli za stołem. Sierżanci Donovan i Anderson, oboje z zaciekawieniem na twarzach, ustawili się koło okna. Greg Lestrade siedział naprzeciwko swojego prawie-byłego szefa i wyglądał na zmęczonego; cóż, nie można specjalnie wypocząć na przymusowym urlopie, prawda? Nawet John był obecny, stał przy ścianie blisko drzwi, z założonymi rękami i starą laską opartą o prawą nogę.
Jako ostatni w sali konferencyjnej Scotland Yardu pojawił się technik z wydziału informatycznego. Usiadł niedaleko naczelnika, podłączył laptopa i zerknął na szefa.
Naczelnik podał mu plastikową torebkę z telefonem komórkowym wewnątrz.
- Doktorze Watson, może pan potwierdzić, że to telefon mojego brata? – spytał Mycroft, siedzący u szczytu stołu. John pokuśtykał bliżej blatu, wziął torebkę.
Czarny iPhone 4, wyłączony, lekko podrapany przez nieostrożne obchodzenie się z nim. Nic niezwykłego, mógł należeć do kogokolwiek. Ale ten miał małe „Od JW" wygrawerowane przy logo Apple.
- Tak, należał do Sherlocka. Zleciłem grawerunek, tutaj. – Pokazał im małe literki. Podał telefon naczelnikowi i mruknął: – Nigdy nie myślałem, że będę po nim identyfikował jego własność...
- Panie Kinney – odezwał się naczelnik, wyciągając telefon z torebki. Informatyk wziął komórkę i podłączył ją do laptopa. Obraz z komputera był wyświetlany na dużym ekranie za stołem. Zobaczyli, że Kinney z łatwością dostał się do wszystkich plików w pamięci telefonu.
- Miał to zabezpieczone hasłem – przypomniało się zaskoczonemu Johnowi.
- Już nie. Musiał to odblokować – wyjaśnił Kinney. – W porządku, co my tu mamy. Wyczyszczona większość archiwum SMSów, ostatni został wysłany o 6:47 rano, 15 czerwca. Cóż... – Kinney zawiesił głos.
Na ekranie było wyświetlone zaproszenie na dach szpitala św. Bartłomieja. Wysłane do Moriarty'ego. I odpowiedź o 10:13 rano, tego samego dnia: „Czekam... JM".
- Numer tego JM jest taki sam, jak numer telefonu znalezionego przy ciele Brooka – zauważył Anderson.
- Oczywiście, bo Jim Moriarty i Richard Brook to jedna i ta sama osoba – odparł John.
- John... – zaczęła Sally, ale przerwało jej „Zamknijcie się wszyscy" Lestrade'a. Najwyraźniej nie obchodziło go, co inni o nim myśleli, po prostu wypowiadał myśli na głos, nie patrząc na nikogo. Mycroft zdał sobie sprawę, że były inspektor nie miał nic do stracenia.
- Ooo-kej... – usłyszeli niepewny głos Kinney'a, próbującego rozluźnić atmosferę. – Jest tutaj plik audio, datowany na 15 czerwca, nagrany około 10:25 przed południem – rzekł. – Wygląda na prawdziwy.
- To znaczy? – spytał Anderson.
- Nikt przy nim nie grzebał – wyjaśnił technik. – Nagrywanie, bla bla bla, stop. Nic ponadto. To właściwie pierwszy raz, kiedy ktoś to odtwarza.
Zobaczyli linie kodu, które dla nich nie znaczyły nic, ale bardzo dużo dla Kinney'a. Informatyk zapewnił ich, że plik rzeczywiście był nagraniem, a nie jakimś montażem.
- I naprawdę – dodał po którymś z kolei pytaniu rodzaju „czy jesteś pewny". – Wiem, do kogo należał ten telefon, wybaczcie mi, ale nienawidziłem Sherlocka Holmesa na długo przed tym, jak ludzie zaczęli twierdzić, że to oszust. Nie, żebym w to wierzył, ale... – Kinney przerwał, kiedy zauważył spojrzenie naczelnika. – To znaczy, nie mam powodu, by kłamać. Data wskazuje moment niedługo przed jego skokiem z dachu. Plik jest prawdziwy. Cokolwiek to jest, jego to prawda i nie obrażę się, jeśli mi nie uwierzycie i dacie to do przetestowania przez kogoś innego. Przecież to właśnie robię, prawda? Odkrywam prawdę?
- Panie Kinney, byłby pan łaskaw odtworzyć nagranie?
John czuł przyspieszenie tętna, silne bicie w jego piersi, coś, o czym myślał, że nigdy więcej nie poczuje. Lestrade nieco zbladł. Donovan i Anderson wyglądali na zmartwionych. Jedynie Mycroft pozostał spokojny, tylko zacisnął mocniej dłoń na rączce parasola.
Nieco przytłumione („Pewnie miał telefon w kieszeni" - Kinney) „Staying alive" Bee Gees nieco ich zaskoczyło, ale potem usłyszeli „oto jesteśmy. W końcu". Program do identyfikacji głosów ze stuprocentową pewnością zidentyfikował go jako należący do Moriarty'ego. Wszyscy słuchali tego głosu, głosu szaleńca, który zwyciężał, pokonywał jedyną osobę, która mogła do niego dotrzeć, wyjaśniał wszystko, co zrobił, by zniszczyć wielkiego człowieka. Kilka minut później rozległo się „Rich Brook to po niemiecku Reichenbach", wypowiedziane spokojnym, głębokim głosem Sherlocka. „Ta sprawa uczyniła mnie sławnym", dodał. Sally wciągnęła głośno powietrze. John czuł, jak wilgotnieją mu oczy. Niemal widział swojego zmarłego przyjaciela, wielkiego człowieka o wielkim umyśle, stojącego tam, na tym dachu, stawiającego czoła szaleńcowi, bez możliwości ucieczki, bez wsparcia, z reputacją rozbitą na miliony kawałków, nazywanego oszustem, tylko dlatego, że był zbyt mądry, by inni mu uwierzyli, zdradzonego przez kogoś bliskiego.
Lestrade był blady jak duch.
Mycroft poruszył się lekko przy kwestii „nie było żadnego klucza" i dobrowolnych uczestników Włamań XXI Wieku. Zdał sobie sprawę, że sieć Moriarty'ego sięgała daleko, że miał on dostęp do największych sekretów państwa. Zapamiętał sobie, żeby później sprawdzić postępy w śledztwach w sprawie owych trzech pamiętnych przestępstw.
Kiedy z głośników dobiegło „Twoi przyjaciele zginą, jeśli tego nie zrobisz", świat Johna i Lestrade'a rozpadł się na kawałki.
Nikt nie zauważył, że John powolutku osunął się wzdłuż ściany na podłogę, by usiąść.
Słuchali w ciszy. Słyszeli groźbę Moriarty'ego, prośbę Sherlocka o chwilę prywatności, potem zmianę sytuacji, jego śmiech, jego nadzieję, że snajperów można było wycofać. Wszyscy, którzy go znali, nie mieli problemu z wyobrażeniem sobie Sherlocka zimnego jak lód.
„Jestem tobą", powiedział do Moriarty'ego, znów zimny i spokojny. „Gotowy na wszystko. Gotowy, by spłonąć."
John przypomniał sobie pierwszą groźbę Moriarty'ego: „Wypalę ci serce". Tak, Sherlock był na to gotowy, tego John był pewien. Wystarczyło przypomnieć sobie twarz Sherlocka tuż przed jego „zajęciem się" agentem CIA, który skrzywdził panią Hudson. Sherlock spłonąłby za swoich przyjaciół bez chwili wahania.
John nigdy wcześniej nie był tak dumny.
„Gotowy na to, czego zwykli ludzie by nie zrobili", słyszeli Sherlocka. „Chcesz uścisnąć mi dłoń w piekle? Nie zawiodę cię. […] Och, mogę być po stronie aniołów, ale nie myśl nawet przez sekundę, że jestem jednym z nich."
Sherlock był aniołem zemsty. Wcześniej było oczywiste, że to John zabiłby wszystkich, którzy próbowaliby skrzywdzić detektywa. Teraz widzieli, że Sherlock też był do tego zdolny.
Potem rozległo się Moriarty'ego „Dopóki żyję, masz szansę uratowania przyjaciół, masz drogę wyjścia. No to życzę powodzenia."
I huk!
Wystrzał.
Spanikowane „Nie!" Sherlocka i potem jego ciężki oddech.
Kiedy nie widział innej opcji.
Chwila ciszy...
Koniec nagrania.
Siedzieli w ciszy przez kilka minut.
- Co teraz? – ktoś spytał. Może Sally. Może Kinney, który był tak samo wstrząśnięty, jak John i Lestrade.
- Moriarty był prawdziwy – odparł Mycroft. Poza naczelnikiem on jeden był spokojny, przynajmniej na zewnątrz. – Sherlock nie był oszustem. Musicie przyznać to publicznie. Macie moje pozwolenie na opublikowanie tego nagrania. Mój brat naprawdę był geniuszem, który by nikogo nie skrzywdził.
- Z wyjątkiem Moriarty'ego – szepnął Anderson.
- Zaskoczony? – spytał Lestrade zduszonym głosem. Właśnie się dowiedział, że zginąłby tamtego dnia, gdyby nie poświęcenie Sherlocka. Został wymieniony jako jeden z trzech przyjaciół Sherlocka Holmesa, był uważany za przyjaciela przez niego samego i jego przeciwników. Czuł się uprzywilejowany, ale bardziej zdruzgotany, ponieważ nie miał już komu za to podziękować.
- Potem zadzwonił do mnie – zdał sobie sprawę John. Nadal siedział na podłodze. – Zadzwonił do mnie i przyznał, że był oszustem. Był załamany.
Załkał cicho.
- Panno Barker – naczelnik zwrócił się do rzeczniczki. – Proszę przygotować oświadczenie dla prasy i konferencję prasową. Musimy to opublikować.
- Tak właściwie, czemu to pana obchodzi? – spytał Lestrade, patrząc na szefa. Mycroft zerknął na niego, zaskoczony obojętnością w jego głosie.
- Tu nie chodzi tylko o reputację Holmesa, która, istotnie, nie jest dla mnie ważna, ale też o pańską i Yardu – odrzekł naczelnik udając, że nie zauważył sposobu, w jaki mówił Lestrade.
- Jestem pewny, że zmusi to pannę Riley i resztę prasy do przeprosin – rzekł Mycroft, wstając. – Mam nadzieję, że reputacja mojego brata zostanie odbudowana, jeśli nie w całości, to w znacznej części. Zdecydowanie na to zasługuje.
Sally Donovan i Anderson nie byli w stanie spojrzeć mu w twarz. John uspokoił się, ale nadal siedział na podłodze. Tylko Lestrade wyraźniej zebrał się w sobie. Były inspektor wstał.
- Dziękuję, panie Holmes, za to, że mogliśmy tego wysłuchać – powiedział. – Teraz mogę odejść szczęśliwy. A przynajmniej szczęśliwszy, niż kiedyś. – Zwrócił się do naczelnika. – Moja rezygnacja już leży na pańskim biurku, Sir – dodał, skinął głową wszystkim w pomieszczeniu, wyprostował się i wyszedł.
- Co on teraz będzie robił? – spytał Anderson, zagubiony.
- Coś innego. Nie winię go – odparł John, wstając. – Dziękuję, Mycrofcie. Mam nadzieję, że któregoś dnia odzyskam ten telefon.
- Z pewnością, jeśli tego chcesz – odrzekł Mycroft.
- Tak. Do widzenia.
John wyszedł, utykając.
- Cóż – zaczął Mycroft. – Jeśli do wieczora nie zobaczę odpowiedniego oświadczenia, znajdę inne sposoby, by oczyścić imię mojego brata. Osiągnę tym znacznie więcej, niszcząc więcej karier, niż to absolutnie konieczne.
Usłyszeli groźbę.
Na zewnątrz Mycroft spotkał palącego Grega Lestrade'a. Uśmiechnął się i podszedł bliżej do byłego detektywa.
- Myślałem, że pan i Sherlock byli razem w tym „rzucaniu palenia" – rzekł lekko.
- Jest tyle rzeczy, które mnie nie obchodzą... – odparł Lestrade, uśmiechając się przez sekundę.
- Sherlock pana obchodził.
- To prawda. I nadal mnie obchodzi. I moja kariera była skończona w chwili, w której zaangażowanie Sherlocka w moje sprawy dotarło do naczelnika, więc prędzej czy później i tak bym wyleciał – dodał domyślając się, że starszy Holmes będzie chciał go zapytać o jego rezygnację. Wzruszył ramionami.
- Wierzył pan kiedykolwiek, że Sherlock był oszustem?
- Nie. Za dobrze go znałem. To były rzeczy, które musiałem zrobić, to jego aresztowanie. Było tylko dwóch ludzi, których był w stanie skrzywdzić bez wahania: Moriarty i on sam.
- Panie Lestrade, jeśli kiedyś znudzi się panu bycie prywatnym detektywem czy cokolwiek będzie pan teraz robił, proszę do mnie zadzwonić. Z pewnością znajdę panu jakieś odpowiednie miejsce.
Lestrade zaciągnął się dymem i skinął głową.
- I może, pewnego dnia, nasze życie wróci do normy – mruknął Mycroft, idąc w stronę swojego czarnego samochodu, który na niego czekał.
- Naprawdę pan w to wierzy? – krzyknął za nim Lestrade.
- Mam wszelkie powody ku temu – odparł Mycroft z uśmiechem. Lestrade zrobił wielkie oczy.
Któregoś dnia... To był tylko pierwszy krok.
